Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #143 (17.05.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 17 maja 2010Numer: 19/2010 (143)



Czwarta część Siege wywołała gorące i skrajne reakcje naszych redaktorów i forumowiczów.



Amazing Spider-Man #631
Demogorgon: Co? Czy ja widziałem to, co myślę, że widziałem? Czy Lizard....o Boże. No, przynajmniej, wypadło to lepiej, niż w Cry For Justice (albo raczje Gay For JUSTICE!) i ma jakiś sens, była w tym duża ilość dramaturgii. Rodzinka Kravena mocno namieszała. Do tego rysuni są śliczne. 7/10

Delirium: Nadal dobrze. We wstępie miałem nadzieje na pozbycie się tego klonowanego Kane'a, ale spełzły one na niczym. Na szczęście to mój jedyny zawód, bo reszta jest świetna. Czasami sam narzekałem na chaos w rysunkach Bachalo, ale tutaj to właśnie ten chaos jest kluczem, bo doskonale pasuje do wydarzeń i wewnętrznej walki Connorsa z Lizardem. Scena nie jest do końca oczywista, ale wygląda na to, że jaszczur zeżarł chłopaka i przypieczętował swoje zwycięstwo. Mocna rzecz - oby tak dalej! No i panna Kravenówna nieźle sobie poczyna. Za całokształt, mocne 7/10.

colossus28: Rzadko się ostatnio zdarza, by u Pająka dwa numery pod rząd były dobre, a tu proszę, chcieć to móc. Pierwsza część trochę słabsza, ale od momentu, kiedy na scenę wkracza Bachalo i jego zimnokrwista wersja Lizarda, robi się naprawdę nieźle. Wielki plus za walkę Spidera z Jaszczurem, dawno nie widziałem tak dynamicznego pojedynku (zasługa rysownika), drugi za wewnętrzne monologi Connorsa, dobrze ukazana walka dwóch osobowości. Konfrontacja ojca z synem na najwyższym poziomie. 8/10
Krzycer: Mocne - bardzo mocne! Dopiero Wells pokazał, czemu panie Kravinoff są naprawdę groźne - dotąd tylko wynajmowały różnych frajerów, tutaj mieszają na potęgę. Mało Spider-Mana w tym wszystkim, ale numer z tego powodu nie ucierpiał.
Tylko czemu Bachalo nie narysował go w całości?
A, i kiedy Alosza Kravinoff zrobił się zły, czy tam znowu zły? Tzn dotąd widziałem go chyba tylko w miniserii... jak ona się nazywała... Beyond? W każdym razie tam wydawał się być po Jasnej Stronie.
Z drugiej strony w tamtej miniserii nawet Hood był w miarę dobry - ale to było zanim jeszcze Bendis go ściągnął na łamy New Avengers.

GrayFox: Mocna rzecz. Wspaniale poprowadzony wątek wewnętrznej rywalizacji Curta i Lizarda. Ostatnie strony to istna masakra. Wells pojechał po bandzie, zdecydował się na bardzo odważny i drastyczny krok. Nie będę spoilerował, bo to TRZEBA zobaczyć samemu. Ostrzegam tylko, że szczękę można potem zbierać z podłogi. Bachalo poradził sobie bardzo sprawnie z rysunkami. Co prawda bardziej podobały mi się w poprzednim numerze, ale te w tym również są wspaniałe. Czekam na więcej!


Astonishing X-Men Xenogenesis #1
Hotaru: Świetne! Wspaniale się bawiłem podczas lektury. Za wcześnie na wyrokowanie o samym głównym wątku fabularnym, ale cała otoczka jest najwyższych lotów. Ellis wykazał się świetnym poczuciem humoru, które mi odpowiada, więc czytając co chwila chichrałem się do siebie pod nosem. Jest to też jeden z nielicznych scenarzystów, który ma pomysł na postać Storm, co mi się jeszcze bardziej podoba. Zdaje sobie sprawę, że rysunki Andrewsa nie wszystkim mogą odpowiadać, ale ja szybko do nich przywykłem. Sposób, w jaki rysuje Emmę, to kolejny (mało subtelny) żart, który mnie rozbawia. I chociaż wszystko tak mi się podoba, to pozostaje pytanie - dlaczego nie trafiło to głównej serii?

Delirium: Warren Ellis naucza Amerykę o problemach Afryki - rzecz chwalebna, dobrze poprowadzona i całkiem mocna. W ogóle, fabuła jest mocną stroną numeru, bo chwyta od razu i nie puszcza, chociaż w praktyce dzieje się niewiele. Ale to dopiero wstęp. Enigmą jest dla mnie Kaare Andrews, który rysuje świetnie wszystko z wyjątkiem głównych bohaterów. Czy on ich nie lubi, czy co? No dobra, Storm wychodzi mu świetnie, większość grupy nawet przyzwoicie, ale Emma jest całkowitą karykaturą. O chronologię nawet nie będę pytał, bo coś mi się widzi, że te nowe Astonishingi to w ogóle są poza jakimikolwiek ramami czasowymi. Powinienem obniżyć ocenę za rysunki, ale całość podobała mi się na tyle, że dam jednak 7/10.

Demogorgon: Warren Ellis? Jest. Świetne dialogi? Są. Genialne wejście w psychikę postaci? Jest. Humor? Jest. Poważne elementy i krótki wykład z tego, że Afryka to nie tylko Wakanda, ale istne piekło na Ziemi? Jest. Niezłe rysunki? No, powiedzmy, że są, tylko Andrews najwidoczniej nienawidzi Emmy. Mi się podobało, 8/10.


iAvengers: The Initiative #35
Hotaru: Jedyne, co mi się w tym komiksie naprawdę spodobało, to zakończenie wątku Hood vs Tigra. Tylko z tego powodu warto sięgnąć po ten numer, bo cała reszta jest... nijaka. Pozbawiona natchnienia i ikry. Pierwszych kilkanaście numerów serii było dobrych, potem poziom zaczął spadać i już nigdy nie wrócił do odpowiedniego pułapu, tak że nie będę szczególnie tęsknił za tym tytułem. A sądząc po sposobie, w jaki Gage go zakończył, sam scenarzysta też tęsknić nie będzie.

Delirium: Wielkie sprzątanie i zamiatanie Inicjatywy pod dywan. Wyszło co prawda lepiej niż się spodziewałem i nie do końca sielankowo, ale nadal czuję, że seria została zakończona bardziej z powodu braku pomysłów na ciąg dalszy, niż z jakiegokolwiek innego. Niektóre wątki zostały domknięte przyzwoicie, inne miernie. Trauma po prostu sobie poszedł. Tigra urodziła skrullo-kota gdzieś off-panel. Największym bohaterem został Captain Manboobs. I tylko New Warriors jakoś lepiej na tym wyszli, więc pewnie niedługo gdzieś się znów objawią. Rysunki znów bardzo nierówne. Tutaj dam trochę naciągane 6/10.

Demogorgon: A, takie sobie, ot, kilka zakończeń, nawet sympatycznych, ale nic po za tym. Konfrontacja Tigry z Hoodem bardzo dobra, dobrze zakończony wątek Constrictora i Diamondback, Tigra urodziła off-panel, coś tak na siłę wepchnięto tu gości, o których ta seria miała być z założenia, a i tak New Warriors dostali więcej czasu panelowego, a Baron jest wielki. Średni koniec niezłej serii, choć wolałbym, by był to dobry koniec świetnej, jaką niegdyś była. 6/10

Volf: Miło, że chociaż na pożegnanie dostaliśmy kilka stron z prawdziwymi gwiazdami tego komiksu - Cloud 9, Komodo i Hardballem. Wszystko zostało ładnie domknięte i wyjaśnione, każdej postaci poświęcono przynajmniej wzmiankę. No i dobrze, że seria się kończy, bo i tak była tylko cieniem poziomu samej siebie z pierwszych dwunastu numerów.
PeSZek: Jak i w innych numerach tego tie-ina, część o Inicjatywie przepyszna, a o odrzutkach z Resistance nieciekawa i niepotrzebna.
colossus28: Dostaliśmy średni numer na zakończenie Inicjatywy, były momenty słabe jak w operze mydlanej, kiedy Frank odlatuje w siną dal, pozostawiając Rachel samą, były niestety śmieszne, jak gdy Tigra ukazała światu swoją pociechę. Najlepiej wypada jak zwykle Taskmaster z daleka wyśmiewający się z Osborna i upokorzony Hood, coraz mniej lubię faceta, więc "dobrze mu tak". Ocena 5/10 i mam nadzieję, że nie będzie serii z Butterballem i Batwingiem. :P
LeGoL: Nie wiem, jak opisać ten numer. Średnie zakończenie średniej serii, jaką jakiś czas temu stała się Inicjatywa? Raczej tak. Miło, że wspomniano o niemal wszystkich bohaterach, ale czegoś mi tu brakowało. W tym tygodniu chyba tylko Fallen Sun mniej mnie zaabsorbował. 5/10

Krzycer: Ot, koniec. Mógłby być lepszy, tak jak cała seria, mógłby być gorszy - tak jak cała seria. Przynajmniej nie rysował go Uy.
Miło, że bohaterowie z pierwszego rzutu rekrutów znaleźli trochę czasu dla siebie.
I jaki uroczy potworek został pokazany na końcu! I pomyśleć, że Palacz i Człowiek o Wypielęgnowanych Paznokciach w "Z Archiwum X" tak się męczyli, żeby spłodzić hybrydę człowieka z obcym...

Black Widow vol. 4 #2
Delirium: Drugi numer przynosi nam więcej tego, co oferował pierwszy. Więcej W, więcej T i więcej F. Wszystko jest tak zamotane, że nawet nie próbuję tego rozkminić, tylko czytam i przechodzę do porządku dziennego. Może gdzieś w przyszłości to wszystko ułoży się w jedną całość i może nawet będzie to jasne i klarowne, ale póki co jest bajzel na kółkach. Jakieś niejasne rewelacje, dziwne konszachty i z kapelusza wyciągnięte akcje. Pani Liu, jaśniej proszę. Panie Acuna - to samo. Wciąż najwyżej 4/10.
Krzycer:
Fabularnie coś się zaczyna klarować, choć nadal wszystko jest co najmniej dziwne. Ale coś z tego może być.
Od strony graficznej... Miejscami to jest ten sam toporny Acuña co zwykle, miejscami zaś wychodzą mu świetne rzeczy. Np. na drugiej stronie rozmowy Wdowy z Loganem, pierwszy kadr - Wolverine wyszedł genialnie. Wolverine zresztą w ogóle dobrze Acuñie wychodzi. Lady Bullseye też, choć to tylko jeden kadr. Gdyby cały numer utrzymywał taki poziom, to byłaby perełka, tak jest nieźle z paroma znakomitymi wyjątkami.

Daredevil/Cage Match
Delirium: Całkiem zabawne, lekkie czytadło, które z humorem pokazuje, jak bohaterowie spędzają czas wolny. Co prawda humor i Daredevil zwykle nie idą w parze, ale możemy to potraktować jako ciekawą odmianę albo powrót do lżejszych czasów swashbucklingu. Tym bardziej, że mamy tu również Cage'a w tiarze i złotych jedwabiach. I nawet jakaś intryga się pojawia. A wszystko jest całkiem dobrze narysowane, więc będzie przyzwoite 6/10.

Krzycer: Nie wiedziałem, że DD i Cage mieli w zwyczaju wspólnie spędzać czas. Nie wiedziałem nawet, że się jakoś szczególnie dobrze znali.
No, ale skoro Spider-Man nie jest już najlepszym zamaskowanym przyjacielem DD...


fDark Avengers #16
Demogorgon: I to jest zakończenie, którego oczekiwałem. Wciągające od pierwszej strony, trzymające w napięciu, intrygujące i niezwykle klimatyczne. To jest taki koniec Osborna, jakiego chciałem. Numer tygodnia, 9/10. Samo Dark Avengers dostaje mocną ósemkę jako seria.
Hotaru: Podobało mi się. Kolejny z tie-inów Siege, który okazał się lepszy od ostatniego numeru głównej miniserii. Deodato jest u szczytu artystycznej formy - to, co w tym numerze wyprawia, to nie rysowanie, ale najwyższych lotów reżyseria. Szczególnie sceny z Victorią Hand, która okazała się nieoczekiwaną najjaśniejszą bohaterką całej tej serii. Jeśli jedyną spuścizną Dark Avengers okaże się właśnie postać panny Rączki, powiem, że było warto.
Delirium: Świetne zamknięcie serii. Poszczególne sceny są naprawdę dobre. Początkowa, nieudana próba ucieczki symbolicznie podkreśla zalety zjednoczenia bohaterów. Udana ucieczka Dakena jest co prawda maksymalnie przekozaczona, ale też pasuje do lansu postaci, więc nie będę się czepiał. Rozmowa Thora z Phobosem to świetny hołd dla Aresa. Bardzo dobra jest rozmowa Steve'a z Victorią, w której dopiero widać, jak solidną jest ona postacią. No, a finalny dialog Osborna z jego prywatnym demonem to już mistrzostwo świata. Przez parę sekund nawet zrobiło mi się go trochę żal, a to już spore osiągnięcie. Na dobrą ocenę zasługuje również Deodato - pomijając jeden przesadzony panel. Na pożegnanie dam 8/10.

colossus28: Będę tęsknił za tą serią, ostatni jej numer za mną i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Drużyna została zamknięta i tylko jeden Daken w swoim stylu umknął przed nową władzą. Bardzo cieszy ułaskawienie panny Hand, zdążyłem polubić ambitną dziewczynę i mam nadzieję, że szybko ją zobaczymy. Numer kończy się stronicami ze swoim głównym aktorem, Osborn w pełnym blasku swojego szaleństwa. 8/10

PeSZek: Fajne domknięcie większości wątków. Daken pozostaje wolnym strzelcem, nic nowego. Reszta do pierdla, z czego Hand (wyglądająca jak gwiazda porno!) będzie miała romans ze Stevem, Moonstone trafi do Thunderbolts, a Bullseye jakimś trafem ma się znaleźć w Shadowland. Ciekawe, co z Garganem. A zakończenie z Osbornem wymiata!
LeGoL: Uber kozak Daken rlz! Błagam, niech go ktoś w końcu zabije! Cała reszta jest wyśmienita, no, może prócz małego szczegółu, który zostawię na koniec. Najpierw próba ucieczki Moonstone i Bullseye'a, która świetnie wyszła razem z double hitem na koniec, a zachowanie Victorii Hand "I would like a lawyer please" wyszło idealnie. Rozmowa Thora z Phobosem również była bardzo dobra, a monolog Osborna zmasakrował mi psychikę! Facet miał rację, miał plan i miał cholerny problem z głową. Takiego ukazania Osbrona na finał jego reżimu się nie spodziewałem i przy ostatnich trzech stronach po prostu dałem się rozłożyć na łopatki. Pozostaję jeszcze ten mały szczegół... Victoria i jej rozmowa z Rogersem. z jednej strony się cieszę, bo polubiłem jej postać, z drugiej, to ot tak, po prostu ją ułaskawia? Bo chciała dobrze, a wyszło jak zwykle? Suma summarum Norman też chciał dobrze. Ale nic to. Rysunki mi się nad wyraz spodobały. Prócz kadru, w którym Cap stoi nad panią Hand - srsly? Arnold Wszparcegrzebie w młodzieńczych latach był bardziej "foremny". I tak numer tygodnia. 9/10

GrayFox: To była mocna seria. Ten numer także taki jest. Daken jak zwykle zdołał się wykpić z tego całego zamieszania, podczas gdy reszta Osbornowych Avengers była aresztowana. Świetna scena z przekazaniem Phobosowi uzbrojenia Aresa. No i ostatnie strony to idealna konkluzja Dark Reign. Do tego wszystkiego niesamowite rysunki Deodato. Za tę serię i jemu, i Bendisowi należy się piwo i podanie dłoni, bo to kawał solidnej lektury był.


Deadpool Team-Up
#893

Delirium: Kto by pomyślał, że jeszcze istnieją naprawdę dobre historyjki z Deadpoolem? A jednak! I to jest jedna z nich, chociaż nie można odmówić wkładu panu odzianemu w brytyjską flagę. Mamy tu bardzo fajny festiwal amerykańsko-brytyjskiej wzajemnej jazdy po sobie, który przynosi sporo dobrych tekstów i momentów. Mamy też nowego Slaymastera… and he's mental. Ee… chwila, chyba nie. W każdym razie, zabawa jest przednia i nawet Wisdom się pojawia na chwilę. Tylko, jak zwykle w tej serii, rysunki mogłyby być lepsze. Dam nawet 7/10.


Heroic Age: Prince Of Power
#1

Hotaru: Obawiałem się rysunków Browna. Niepotrzebnie. Może i nie jest to żadne dzieło sztuki, ale wiedząc, na co stać tego rysownika, zadowolę się porządną rzemieślniczą robotą (i pomodlę się, żeby nie spuścił z tonu w kolejnych numerach). Fabularnie jest... przewidywalnie. To niekoniecznie źle, bo przewidywałem dobrą zabawę i właśnie to dostałem. Teraz liczę na tendencję zwyżkową.

Delirium: Amadeus Cho - Prince Of Power. Hm… jakoś wciąż mi to nie brzmi właściwie. No, dobra, przynajmniej w jakiś sposób kojarzy się z kontynuacją Herculesa, ale z kolei sam fakt biegania z maczugą nie czyni z niego Lwa Olimpu. Zastanawiam się, czy od początku taki był plan, czy całość jest improwizowana, bo jakoś, kurczę, nie widzę tu wyraźnego celu. Plusem jest za to zachowanie przynajmniej w części charakteru poprzedniej serii. Mamy trochę humoru, kilka dobrych scen i powrót starych znajomych. To wystarczy na 6/10, a dalej zobaczymy, jak to się rozwinie.

Krzycer: Dziwne, dziwne, dziwne. Amadeus sprawdza się jako sidekick, jako pełnoprawny bohater, w garniaku z alpaki i mieszczącą się w międzywymiarowej kieszeni maczugą Herculesa nic a nic mi nie pasuje.
Ale parę razy uśmiechnąłem się niczym dawniej przy Herculesie, więc może coś z tego będzie.
Kiedy Cho pokłócił się z Hercem, autorzy dali Hercowi nowego sidekicka w postaci małego Zeuska. Jak dla mnie powinni powtórzyć ten numer - Amadeusowi brakuje kogoś do rozmów.


Hulk vol. 2 #22
Black Bolt: Nie wiem, czy ktoś zauważył, ale to były szósty, aż szósty komiks spod szyldu WWHs i dopiero teraz cokolwiek się ruszyło do przodu. I co tu dużo mówić, po tym crapie z Deadpoo wszystko wygląda o wiele lepiej niż w rzeczywistości jest. Pewnie dlatego będzie mniej narzekania niż zwykle.
Dodatkowo ostatnia, zaskakująca strona. Nie w sensie, że poznaliśmy tożsamości czerwonych olbrzymów, ale że stało się to teraz. Ot tak, bez zapowiedzi. I McGuinness ślicznie ją nasmarował, więc będzie z tego w przyszłości dodatkowa okładka jak nic. Wreszcie koniec tej sztucznej tajemnicy. Koniec tych dziwnych narracji i jęczenia. W końcu przypomniano sobie, że promieniowanie gamma jest zabójcze dla większości ludzi. I zły Samson miał też swój moment zawahania. To na plus. Cała reszta to bezsensowna nawalanka Rulka ze zmutowanymi i zidiociałymi superbohaterami.
Ale i tak dam 6/10, bo koniec z ukrywaniem tożsamości czerwonych. W końcu koniec. Nigdy więcej. Hura ;)

Incredible Hulk #609
Black Bolt: Lepsza połowa hulkowych przygód, więc żeby było sprawiedliwie muszę dać co najmniej 7/10. Ale z czystym sumieniem, bo nawet za same rysunki się należy. Każdy kto rozpływał się nad kreską Paula Pelletierego w czasie War Of Kings powinien zobaczyć go z tymi nowymi, połyskliwymi kolorami. Cud, miód i orzeszki. Zaryzykuje stwierdzenie, że to najlepsze rysunki w Marvelu obecnie.
Co do fabuły, to jak łatwo było się domyślić, Bannerowi udało się uwolnić z iluzji. A zrobił to przy pomocy Dooma i po raz kolejny go wykiwał. Zapowiadają się wspaniałe relacje pomiędzy nimi na przyszłość. Oby nikt o tym nie zapomniał. No i ostatnia strona zapowiada małe trzęsienie ziemi za miesiąc. Przyjemne czytadło.
O dodatkowej historyjce z Hiro-Kalą nie warto wspominać, tak jak i o jego ostatniej miniserii.

Iron Man Noir
#2

Delirium: Podtrzymuję opinię, że noirowa wersja Antosia jest póki co najlepszą odsłoną całego cyklu. Inni na pewno wspomną o podobieństwach do Indiany Jonesa, więc zagram im na nosie i powiem, że wygląda to bardziej jak klasyczny Doc Savage. Aż roi się tu od ciekawie przekształconych postaci, a w tym numerze króluje kapitan Namor. Otrzymujemy też wgląd w historię głównego bohatera, ale na pancerz musimy jeszcze trochę poczekać. Duży plus również za grafikę, a wypadkowa to mocne 7/10.

Krzycer: Kapitan Namor i jego piraci? Awesome! Prawie tak awesome jak bokobrody Namora. A przy okazji ciąg dalszy przepisywania scenariusza "Poszukiwaczy Zaginionej Arki". Ale co z tego, skoro czyta się fajnie?


Marvels Project
#8

Delirium: Po ośmiu miesiącach dość nieśmiałego bujania się u korzeni Marvela dostajemy… właściwie nic. Wiadomo było, że seria zakończy się sformowaniem Invaders, ale oprócz samego faktu nie dostajemy nic, co podkreśliłoby jego znaczenie. Ostatecznie sojusz owszem, zostaje zawarty, ale bohaterowie rozdzielają się i walczą na dwóch frontach. Dziwnym zbiegiem okoliczności, wypada to akurat w dniu rozpoczęcia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej… ehm… znaczy się - przystąpienia Ameryki do WW2 i jest przedstawione w dość subiektywny sposób. Jest jeszcze epilog, który również nic nam nie daje, ale za to szans na kontynuację przygód Invaders nie widać. Na zakończenie dam 6/10.


gNew Avengers Finale #1
Hotaru: Porządny finał, nawet jeśli trochę się dłużył... a nawet więcej niż trochę (szczególnie ckliwa mowa końcowa Cage'a). W każdym razie Bendis zamknął jakiś większy rozdział w historii New Avengers i w przeciwieństwie do The Initiative nie miałem wrażenia, że jest to pisane na siłę. Kolejny tie-in Siege lepszy od ostatniego numeru głównej serii. No i rysunki Hitcha i Immonena wyglądały dobrze, nawet wtedy, kiedy ewidentnie były szkicowane na kolanie. Było miło.

Delirium: Klimat zupełnie inny niż w Avengers Finale, ale całkiem przyzwoita akcja na koniec wyszła. Fajnie wypada początkowa niepewność sytuacji, tak samo polowanie na Hooda. Pojedynek Miss Marvel z Nefarią to czysta awesomeness, a przynajmniej byłby nią do końca, gdyby nie out_of_frigging_nowhere Wolverine. Brzydki jak noc listopadowa, przy okazji. No i końcówka również niezła, chociaż trochę wtórna. Hitch rysuje tutaj strasznie nierówno - jest kilka bardzo dobrych paneli, ale też wali takie babole, że głowa mała. Warto wspomnieć o takim drobiazgu, jak informacja na początku, żeby najpierw przeczytać Siege #4. Szkoda tylko, że została umieszczona w komiksie, który prawie nie spoileruje, a zabrakło jej tam, gdzie spoilery były ogromne. Na pożegnanie dam solidne 7/10.

Demogorgon: Pomijając, że coś mi się nie zgadza zbytnio z czasem, to muszę powiedzieć, że był to świetny numer. Klasyczny przeciwnik, Count Nefaria, zakończenie ostateczne wątku Hooda i ładna gadka Luke'a (która potwierdza moje przekonanie, że Cage i Robbins byliby świetnymi arcywrogami) i trochę słabsza Steve'a. Historia ładnie i zgrabnie zatoczyła koło, Bendis jest dobrym scenarzystą, a kto twierdzi inaczej, to może sobie tę gadkę wziąć i sobie wysadzić (tak, oglądałem "Człowieka Demolkę", miło, że pytacie). 8/10

LeGoL: Kompletnie nie wiem, co mnie pociąga. Chyba wzniosłość faktu, że to koniec NA, jakich znamy. Komiks ogólnie nie porywa akcją. Pościg za Hoodem jest jakiś taki miałki, a połowa treści to narracja i wspominkowe rozkładówki. O dziwo, właśnie to wyszło najlepiej. Klimat pożegnania wręcz się wylewał, wprowadzając mnie w, najwyraźniej zamierzony, stan. NA przez większość czasu byli poza prawem (a przynajmniej to się najbardziej ryje w pamięci) i ostatni panel, gdy po prostu wyszli na spacer w cywilu, ma w sobie właśnie to coś, dzięki czemu człowiek
może się z nimi utożsamić. Być może jest to zbyt stronnicze, ale oni walczyli, nie poddali się i zwyciężyli. W starciu z DA o tytuł numeru tygodnia ten zeszyt przegrywa, mimo wszystko jest to najlepsze pożegnanie serii, jakie mogłem sobie wyobrazić. 8+/10
Krzycer: Nie aż tak satysfakcjonujące, jak w wypadku Dark Avengers, ale to nadal dobre zakończenie. Chociaż liczyłem, że Masque i Hood zrobią jakąś akcję w stylu Bonnie i Clyde'a... Nic to. Było dobrze.
Tylko te retrospekcje na koniec... Były ładne - ale Bendis chyba się strasznie męczył, by napisać towarzyszącą im przemowę. Już lepiej byłoby je pozostawić bez komentarza.
A, Hitch powinien mieć urzędowy zakaz rysowania Wolverine'a. I Jessicki Jones, choć ona akurat nie wyszła brzydka, tylko nijak siebie nie przypominała.
A na okładkę już kiedyś narzekałem. Powykręcane stawy Spidera i Logana i parę innych baboli.


New Avengers: Luke Cage
#2

Delirium: Lions and tigers and… panthers. Oh my! Fajnie, że w nowej opowieści znalazło się miejsce dla przeciwnika z przeszłości Cage'a, ale czy musiał to być ten gość? Przyznaję, że zrobili z nim coś ciekawego, ale nadal pozostaje lamusem. Sama historyjka rozwija się dość szybko i całkiem dynamicznie, ale nie mogę powiedzieć, żeby była jakoś szczególnie interesująca. A rysunki nadal pozostawiają dużo do życzenia. Będzie więc takie mocniejsze 5/10.

Krzycer: No tak, w trzech numerach nie może się zmieścić zbyt wiele fabuły - tu już wyłożono prawie wszystkie karty, nie wiadomo tylko, kto za to odpowiada.
Ale czyta się to dobrze, choć walka z kotami mogłaby być krótsza - i tak wiadomo, że nic Luke'owi nie mogą zrobić.


New Mutants vol. 3 #13
Krzycer: Najpierw o wadach. Domino i Vanisher zostali oddelegowani z wyspy na początku crossa - chciałbym jeszcze usłyszeć, w jakim celu. To, że jeszcze tego nie wiemy, to nie wada - wadą będzie, jeśli scenarzyści postanowią tego nie wyjaśniać.
Wadą natomiast jest wyprawa X-Clubu. Rozumiem, że to robienie gruntu pod tie-in, ale jeśli - jak mówią - spodziewali się, że platforma będzie broniona, to jakim cudem Wielki Strateg (i Przyjaciel Młodzieży) Cyclops nie przydzielił im ani jednego X-Mana do obrony? Niby Nemesis coś tam potrafi, a i przyparty do muru Jeffries może sobie poradzić, ale biorąc pod uwagę to, że w razie niebezpieczeństwa jeden z nich będzie zajęty kryciem dr Rao i tak ktoś jeszcze by im się przydał.
Tyle o wadach. Dalej jest świetnie.

Reakcje New Mutants na poniesione straty - jak należy. Rozmowa Cyclopsa z Beastem - jeden wyciąga rękę, drugi jej nie odrzuca - niebo a ziemia w porównaniu z tym, jak subtelnie Fraction przedstawia ich relacje.
Świetnie wychodzi kadr z Hope wchodzącą na stołówkę i gapiącymi się na nią młodymi. Reakcja Moonstar - wiadomo, że odkąd straciła moce jest cięta, Wells to jeszcze podkreślał, kiedy Cannonball próbował jej nie włączyć do zespołu. Tu wszystko gra, podobnie jak przy jej bójce z Hope. Wiadomo, z czego to się bierze.
Scysja Cable'a z Cyclopsem też jest zrozumiała. Tu zostaje szybko przerwana, więc pewnie jeszcze coś z tego będzie.
Jatka w hangarze - szybka, zdecydowana. Pierce się świetnie zaprezentował, X-Men się nie cackali. Namor rządzi, choć najbardziej podobała się akcja Magmy, która przyspawała Pierce'a do podłogi.
No i wreszcie Cyclops ubrudził sobie ręce. Dotąd tylko wysyłał X-Force, teraz sam się kimś definitywnie zajął... Z drugiej strony rozłożenie Pierce'a - cyborga - to nadal nie to samo, ale pokazuje zdecydowaną postawę.
Rysunki są ładne. Miejscami bardzo ładne. Tylko emocje bohaterów przesadnie malują się na ich twarzach - kiedy się wściekają, wszyscy zamieniają się w Azjatów...
I wreszcie słowo o okładkach. Ciekawa wizja Granova, symboliczna i w ogóle. Jedna z lepszych jego okładek do crossa. Finch co prawda nie popełnił żadnych potworków (dla odmiany), ale za to przerzucił akcję w lata '90. Rogue z karabinem? Rogue!?
I wreszcie trzecia, nie wiem, czyja, okładka z cyklu Heroic Age. Okładki Heroic Age w ogóle nie pasują do Second Coming, które klimatem mieści się jeszcze w kończącej się, mrocznej i poważnej epoce. Ale o tym już była mowa. Natomiast teraz chciałbym wiedzieć, czemu Illiana ma miecz świetlny
:)

cSentry: Fallen Sun
Demogorgon: Ja nie mam problemu z tym komiksem - o zmarłym się źle nie mówi, a motyw, że nikt nie przyszedł na pogrzeb i ci wszyscy ludzie mieli jaja się pokazać dopiero później mi wystarczy by pokazać, że to reperkusje Siege. Inna sprawa - Reed mówi, że Bob był najlepszy z nich wszystkich. Pięć minut po tym, jak wyszło na jaw, że miał romans ze zwyciężczynią LL. Czyli, że zdradzał żonę. Reed, dzwonił twój mózg, zapomniałeś go wyjąć z pralki. Miły komiks, podobała mi się scena z Thorem. 6/10

Hotaru: Uśmiałem się do łez. A to chyba kiepsko, jeśli komiks traktuje o pogrzebie "bohatera". Ale cóż począć - coś tak sztucznego, nietrafionego i naciąganego musi śmieszyć.

Delirium: To miło, że ostatnie słowo w temacie Boba dostał jego twórca - Paul Jenkins. Trochę szkoda, że nie wykorzystał go inaczej niż na samo retconowanie i dopisywanie wspominek, ale i tak czyta się to całkiem fajnie. Do całej gamy postaci jakoś z Sentrym związanych w przeszłości dołączają Rogue, Daredevil i Antek, a ja nie mam nic przeciwko temu. Jego spotkanie z Rogue nawet chętnie bym zobaczył. Szkoda tylko, że nie dowiemy się, co było na stronie dziewiętnastej, ale za to CLOC może nam niedługo powrócić jako przeciwnik (widzę w tym spory potencjał, więc mam nadzieję, że nie zniknie pod dywanem). Można było jednak wybrać bardziej klimatycznego rysownika niż Raney do tego requiem. Dam słabe 7/10.

Bertoluccio: Czytając ten komiks odnosiłem wrażenie, że opowiada o zupełnie innym bohaterze (przynajmnie patrząc na jego występny w czasie Dark Reign) niż jest napisane na okładce. I tak właśnie jest - Sentry Bandisa a Sentry Jenkinsa, to dwie zupełnie inne postacie. U jednego mamy zagubionego meżczyznę, który nie daje sobie rady z własnymi problemami, a u drugiego człowieka, który z całych sił walczy ze samym sobą i inspiruje innych. Sentry Bendisa na pewno nie zasłużył na jakiekolwiek honory, ale Sentry Jenkinsa dostał ten numer jak najbardziej zasłużenie. I tak mnie tylko zastanawia - po co ten nowy wątek z Rogue, który się tak trochę znikąd i bez celu pojawił na jednej stronie, czy może gdzieś już o tym wspominano? Ogólnie 7/10.
Black Bolt: Ale kiszka i do tego paskudnie narysowana. Zawsze myślałem, że jak Sentry powrócił, to wszyscy po prostu stanęli przed faktem dokonanym. Ot, jest i kiedyś był. A nie że sobie poprzypominali setki głupiutkich wydarzeń z nim związanych. Może przez to założenie właśnie, tak strasznie męczyła mnie lektura i zdawało mi się, że czytam stek bzdur.
Druga sprawa to Rogue. Ha, ha, ha, a nie mówiłem w czasie LL, że ta tylko beczy, że albo nie może kogoś dotknąć, albo kiedy dotyka. I tak w kółko. Tutaj był najlepszy dowód na to.
Jedyny promyk nadziei w całym tym komiksie to ta latająca kulka z ogonami. Odbuduje siedzibę, to i Sentry pewnie jeszcze powróci.
W pełni zasłużone 3/10 ino.

Krzycer: Wszystko, co mi nie leżało w Sentry w pigułce. Numer z największym herosem, o którym nikt nie pamięta był dobry na miniserię, ale heros ów nigdy nie został zintegrowany z resztą świata Marvela - nie do tego stopnia, bym mógł na serio traktować przedstawioną tu stypę.

LeGoL: Na temat samego Sentry'ego, jak i jego spłynięcia, już się wypowiedziałem, co do reszty, to jest zwyczajnie mierna. Pojawienie się Cloca nadto spoileruje ewentualny powrót Boba, a tak przy okazji nie powinien on zniknąć, tak samo jak Watchtower? Wątek Rogue przemilczę... 3/10
straznik:
Słabo. Bardzo słabo. Tragiczne rysunki. Słaba fabuła. Można rzec nawet, że już śmierć byla lepsza od ostatniego pożegnania. W dodatku nie dowiadujemy się (ani w Siege, ani w DA), czym był Void. Zatem śmiało można uznać pseudobiblijne panele z dawniejszego DA za zapełniacz. Jeszcze skład żałobników. Dupa, dupa, dupa. Tyle. X-Men nie dali podczas Siege, tak samo F4 czy Strange to pojawili sie tutaj. To samo Daredevil (no przecież powracający Steve nie ma żadnego ALE, że dowodzi on Hand) I jeszcze płacząca Rogue z powodu dawnego romansu? Masakra.
GrayFox: Ciężka sprawa z tym Sentrym była. Niby wzbudzał współczucie przez swoją chorobę, ale siedzący w nim Void wzbudzał również niemałą nienawiść. Stąd też nie potrafię jednoznacznie ocenić, jakąż postacią był Bob Reynolds. Nie można go klasyfikować ani jako herosa, ani jako typowego villaina. A komiks skupia się na wspomnieniach kilku czołowych Marvelowych postaci. Wspomnieniach, w których rolę miał również Sentry. Boli mnie tak jednostronna postawa autora skryptu. Zgloryfikował wręcz Boba, a Thing, który jako jedyny miał jakieś obiekcje co do Sentry'ego, ostatecznie też zmiękł i postanowił mu wszystko wybaczyć. Do tego wyciągnięty z kapelusza wątek związku Rogue z Reynoldsem. Na plus opowiadanie Starka i jego konkluzja - piękna rzecz. Rysunki nie były złe.


dSiege #4
Demogorgon: Wiem, że jestem w mniejszości, ale podobało mi się. Nie było może tak dobre, jak poprzednie numery, ale walka z Voidem była ekscytująca, a nowy status quo (dziwnie podobny do tego sprzed siedmiu lat :P) został ustaniowiony. Koniec końców bohaterowie zapracowali na swój happy ending. Owszem, są wady, wszystko po pokonaniu Voida można by wrzucić do one-shota jakiegoś i oba elementy rozbudować, ale trudno - jak na wymuszony przez zarząd event, Siege wypadło świetnie. Nie jest to poziom kosmicznych eventów, ale zjada Civil War, Secret Invasion i Blackest Night. 6,7/10, a sam event dostaje 8/10.

Hotaru: Nie jestem wyjątkiem i zaliczam się do tego grona, których ostatni numer Siege rozczarował. I poprawcie mnie, jeśli się mylę, bo ostatnimi czasy nie skupiam się zbytnio na tym - czy wcześniej Loki nie zawarł z Helą umowy, że po śmierci będzie wyłączony z jej jurysdykcji? Czyli jego "ofiara" wcale nią nie jest, a jedynie częścią jego planu? Jeśli tak, to kto wie - może jeszcze coś fajnego (poza ubiciem Sentry'ego) się z tego całego Siege urodzi.

Delirium: To było cholernie dobre! Nie rewelacyjne, można było lepiej, ale przynajmniej na poziomie House Of M dobre. Tylko trochę zbyt szybkie, ale jak od początku podkreślałem - tempo było największą wadą eventu. Nie obraziłbym się, gdyby na epicką bitkę poświęcono cały jeden numer i zakończono go zejściem Lokiego, a w kolejnym pokazano bardziej rozbudowany kres Boba i epilog. No, ale gdyby babcia miała wąsy… Tak czy inaczej, rozumiem, co Bendis chciał pokazać w wątku Boba, bo ładnie się to łączy z jego wątkami w Dark Avengers. Plus, wrzucenie go w Słońce niesie przyjemną dozę ironii i zostawia może nie furtkę, ale szczelinę na przyszłość. Wątek Lokiego dla odmiany jest dla mnie nieco zagadkowy, bo zbyt wiele przygotowań poczynił na ewentualność swojego zgonu, żeby był on przypadkowy. Poza tym podobała mi się akcja z Helicarrierem i odwet Volstagga. Epilog wyszedł już trochę słodko-cukierkowy, ale wszyscy wiemy, że ten brave new world długo idealnym nie pozostanie. Raz jeszcze muszę pochwalić Coipela za genialny design Voida, a i parę innych paneli świetnie mu wyszło. Niech będzie, że dla ukoronowania dobrego eventu orzeknę tytuł numerem tygodnia i dam mu 8/10.
Bertoluccio:
Jestem zawiedziony. Po ocierających się o geniusz trzech numerach, dostaliśmy zaledwie przyzwoitą końcówkę. Jedyne zaskoczenie numeru, czyli zachowanie Lokiego oraz jego śmierć (?), były już zespoilerowane przez wcześniejsze komiksy. Dalsza walka z Voidem też niczym się specjalnym nie wyróżniała, a już samo wykończenie go było dla mnie trochę śmieszne. Niby ten wybuch był tak potężny, że osłabił Voida wystarczająco, aby Thor mógł go sam wykończyć, ale sam Odinson stający zaraz obok nawet go nie odczuł? Dziwne. Kolejny minus - nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi w sprawie, kim jest Void? Norman coś tam majaczył o Aniele Śmierci, ale nie brałbym tego zbyt poważnie. Co prawda pamiętna egipska scena też to sugerowała, ale odnoszę wrażenie, że Bendis pogubił się we własnych planach co do tej postaci. Cała ta wcześniejsza sprawa z TBO i potem kolejne rewelacje ostatecznie do niczego nie doprowadziły. A scena z Thorem przy Słońcu wzbudziła u mnie, z pewnością nie zamierzony przez autora, uśmiech. Sentry wszystko chciał rzucać w Słońce, to go też wrzucili. Epilog jak epilog. Ciekawi mnie, jaki ma plan Steve, bo zniesienie rejestracji nie rozwiąże problemu, który był przyczyną jej powstania. Zobaczymy, jaki plan ma pan legenda. Na koniec rysunki - niestety również zaliczyły spadek, zwłaszcza patrząc na ostatnie strony. Mimo wszystko cieszę się, że całe cztery numery były rysowane przez jedną osobę. Ostateczna ocena 8/10 - mimo wad, to ciągle kawał solidnej rozrywki.
Black Bolt: Ale zawód! W ogóle to-to bez mocy było. Już od samego początku średnio podobało mi się, że to wszystko ma się o Asgard rozbić, ale liczyłem, że może chociaż w wielkim finale coś poważnego się stanie. A tu nic. Straszyli Voidem, straszyli i jak przyszło co do czego, to go zabili i już. Śmierć Lokiego miała szokować, ale tak nie było, bo każdy już o niej wiedział, nawet specjalnie nie czytając tie-inów. Jego motywacje też dla mnie kompletnie z dupy wzięte. Może coś się zmieni, jak nadrobię zaległości, ale wątpię. Ogólnie kolejny zmarnowany event w Marvelu.
Tylko rysunki, prawie jak zawsze, świetne były.
Dam 4/10 tylko. Nie dlatego, że było aż tak słabo, ale za zawód, jaki przeżyłem, czytając kolejny kiepski finał w wykonaniu Bendisa. A trzy pierwsze numery czytało się z wypiekami na twarzy...

Krzycer: Zapisuję się do rozczarowanych. Zabrakło mi dramatyzmu w finale. Może uśmiercenie Lokiego miało uzmysławiać zagrożenie, jakim jest Void, ale ja jakoś tego nie czułem.
Za to bardzo mi się podobało to, że ostatni cios Osbornowi zadał Volstagg.
Konsekwencje - anulowanie rejestracji - z jednej strony "hurra, wreszcie!", z drugiej od bardzo dawna nie czułem, żeby rejestracja szczególnie komuś przeszkadzała. Osborn miał na pieńku tak z zarejestrowanymi, jak i nie, Ms. Marvel, która w czasie Civil War przewodziła oddziałom cape killerów od miesięcy biegała z New Avengers... Od Secret Invasion rejestracji równie dobrze mogło nie być.
Mniejsza z tym. Zobaczymy, co dalej.
Wdzięczny jestem natomiast Bendisowi za to, że tym razem się powstrzymał i nie uszczęśliwiał nas na siłę narracją z offu prowadzoną przez kogoś mówiącego w parę dni po wydarzeniach przedstawionych w komiksie, jak to miało miejsce w finale SI...
Rysunki im bliżej końca tym były brzydsze. Coipel się nie przyłożył. Terminy goniły?

Misiael: Za szybko to się skończyło. Poprzednie numery eventu zapowiadały naprawdę miażdżącą końcówkę, a tak naprawdę Bendis zaserwował nam standardzik bez klimy - mamy obowiązkową, acz kompletnie nieabsorbującą uwagi czytelnika walkę finałową, a potem klasyczne happy happy end and up happy hands. Zawiodłem się i to bardzo. Całe szczęście, że warstwa graficzna jest bardzo dobra.
Długo szukałem określenia, jakim mógłbym podsumować ten komiks i w końcu znalazłem. Niedorobiony. Ten komiks nie jest słaby, żenujący czy zawstydzający twórców - on jest po prostu niedorobiony. 5/10
Volf: A
mi się podobało. Nie było tak dobre, jak poprzednie numery, ale i tak wyszło całkiem nieźle, a na tle poprzednich eventów - bardzo dobrze. Śmierć Lokiego, gdyby nie została zespoilerowana, zrobiłaby niemałe wrażenie. Uderzenie Helicarrierem w Voida nieco w stylu Millarowskich "awesome zagrań" z Ultimates, ładnie wyszło. Nie było dłużyzn, wszystko ładnie i logicznie poprowadziło do Heroic Age. Ot, solidny event, najlepszy z ziemskich i porównywalny z najgorszymi kosmicznymi. A Sentry i tak prędzej czy później wróci.
colossus28:
Chciałoby się powiedzieć, że Bendis sam sobie wykopał dołek, w który teraz wpadł. Bo faktycznie po trzech wyśmienitych numerach dostaliśmy czwarty, który obniżył loty. Ale czy na pewno? Gdyby to nie był finał, można by śmiało rzec, że był równie dobry, jak poprzednie. Była akcja rwąca do przodu, przerywana dialogami głównych aktorów, był szaleńczy Void rozrywany na strzępy przez pioruny Thora, była spektakularna śmierć Lokiego (a nawet dwie), w końcu był upokorzony Osborn i tryumfująca załoga Avengers. Tylko, że to był finał i oczekiwania były ciut większe, finał powinien nas wbić w obrotowe krzesła i wyrwać z piersi głośne "łaaaał". I u mnie prawie to się stało. 8/10
Venomus:
Było nieźle, a miało być zajedwabiście. Po cichutku liczyłem właśnie na epicką bijatykę trwającą pół komiksu jak w latach 90'. Sposób na pokonanie Voida ewidentnie zerżnięty z Sinestro Corps War (tyle, że tam na Anty-Monitora upuścili Warworld, nie Hellicarrier). Nadal nie wiem, czym był Void i dlaczego w Asgardzie wyglądał jak Krabo-Carnage. No i czemu nie mogli zostawić góry budynku pustego, znowu musiało jakieś gówno wyrosnąc (tęczowe w dodatku). Oj Bendis, Bendis...
LeGoL:
Jak już zwrócono uwagę, słowo "niedorobiony" najbardziej pasuje do tego numeru. Osobiście uważam, że brak epickości w walce z Voidem nie wpływał najgorzej na sam finał historii, tylko na finał Sentry'ego. Rzeczywiście ta postać najbardziej się rozwinęła właśnie w okresie Dark Reign. Z over-powered postaci przemieniał się w ciekawego schizola, a tacy są najlepsi. Kilkustronicowe pokonanie Voida zaprzepaściło to wszystko. Loki też nie daje mi spokoju. Był w Cabal, wiedział, jakim zagrożeniem może być Reynolds, mimo tego kontynuował swój plan, a gdy zakończenie nie poszło po jego myśli, nagle zaryzykował życie, by odkupić swe winy? Chociaż z drugiej strony mogą na to mieć wpływ wydarzenia z ongoingu Thora, więc ten wątek również nie uznam za zły, ale... hmm, niedorobiony. Wrzucenie Boba w Słońce za to mi się spodobało, raczej to nie był żart, a ironia losu. Owszem, gość nie czerpał stamtąd swojej mocy, a miał ją porównywalną, więc wrzucenie w gwiazdę wydaje się być najpewniejszym sposobem pozbycia się go. Koniec również poszedł łup, łup, łup i wszystko jest już dobrze. Szczerze nie spodziewałem się tylko, że Rogers dojdzie do władzy. Cała reszta tylko śmignęła, nie ryjąc się w pamięć. Prócz sceny, gdzie Thor, Steve, Stark i mniej ważna reszta "spoglądają w przyszłość". Od czasu Avengers Disassembled brakowało mi tego i moja osobowość fan-boya po prostu odpłynęła. No i asgardzka wieża w miejsce Strażnicy. Złotego chłopca może już nie ma, ale Ziemia ma nowego potężnego sojusznika. Rysunki specjalnie mi nie przeszkadzały, niczym nie rzucały się w oczy. Co do fabuły, cóż... Bendis po raz kolejny daje nam niesamowitą, nieskrępowaną zabawę, której zakończenie pozostawia niedosyt, lecz otwiera bramy na wiele ciekawych historii. Za to 7/10 dla numeru i 8+/10 dla całej serii. Amen.
czarny_samael: Bardzo słabe zakończenie historii, która dostawała chyba najwyższe noty ze wszystkich eventów Marvela. Wszyscy liczyli, że dowiedzą się czegoś więcej na temat Voida i tego, jak można go pokonać, skoro jest mocniejszy niż wszyscy, niezniszczalny/powracający zza grobu. Wiadomo było, która strona wygra i kto zginie. Wiadomo było, co się z kim po tym komiksie stanie, więc tylko powyższe mogło być interesujące, ba! Może nawet pasjonujące jak poprzednie numery tej miniserii. Jednak nie było. Bendis poszedł po najmniejszej linii oporu i nie napisał niczego ani o głównej postaci, ani o jej mocy. Nic. Więcej, zaprzeczono wszystkiemu, czym przedtem ta postać była, by mieć już ją i narzekających fanów z głowy. Po lekturze tego komiksu w pamięci bardziej zostanie mi bezsensowne zakończenie niż brak epickości tej walki. Jeśli postać, która potrafiła walczyć z Genis-Vellem, Collectivem, miażdżyć Terraxa czy Molecule Mana, ginie po zrzuceniu na nią Helicarriera i mocniejszym uderzeniu Thora, który ostatnio jest w wyjątkowo słabej formie, to chyba nie można ocenić takiego komiksu pozytywnie. Bendis
znowu zawiódł w decydującym momencie. Tylko z uwagi na rysunki, które mi się podobały, ten komiks dostał jakiekolwiek punkty. 2/10 Dla całego eventu: (8/10+10/10+10/10+2/10)/4=7,5/10
estraznik: Zawód? Tak. Słaby komiks? Nie. Ale też nic poza średnim. Akcja strasznie przeskakuje, dużo się dzieje i można powiedzieć, że są błędy logiczne. Walka z Voidem nie wzbudza żadnych emocji. Nawet jeśli założymy, że po zniszczeniu Asgardu i ostatecznemu (?) zniknięciu Odyna z planu Thor miał jego moc, bądź, że moc kryształów nie znika z Asgardczyków, to i tak jest po prostu nienajlepiej. Obie śmierci, podobnie jak sama walka, nie wzbudzają żadnych emocji. Żadnych. W dodatku śmiało można mówić, że są do odkręcenia. Loki jeszcze tydzień temu załatwił sobie immunitet, więc przywrócenie go może nie być zbyt trudne, w dodatku jest bogiem. Ares również bóg. Sentry może się wyłonić ze Słońca czy skądś tam. Rozwiązanie w jednej chwili wszystkich kłopotów z ustawą rejestracyjną na czele to już kpina. Rozumiem pardon dla herosów, którzy walczyli z Osbornem, który zmanipulował opinię publiczną by byli nienawidzeni, ale zniesienie całej ustawy w jednej chwili, bo to był warunek Rogersa? Czy przypadkiem ten sam Obama nie mówił, że nie może tego obalić, bo od tego jest Senat? Innymi słowy gdyby to był tie-in, byłby niezły.. jako, że to było Siege #4, po trzech genialnych numerach jest po prostu zawodem.
Pietro: Co za kupa. Po trzech dobrych numerach dostajemy czwarty, który jest przewidywalny, pozbawiony dramaturgii i czyta się go zupełnie bez emocji. Sentry padł za łatwo, a Thor jest przepakowany. Kim był Void? Oczywiście nie otrzymaliśmy żadnych odpowiedzi, bo i po co? Bendis udowadnia, że nie potrafi domykać wielkich crossów, po słabej końcówce Secret Invasion dostajemy jeszcze słabsze zamknięcie Siege. Marvelowi na gwałt potrzebny jest ktoś taki jak Geoff Johns, bo Bendis się już wypalił, a po najnowszych rankingach sprzedaży widzę, że DC powoli zaczyna dominować w top 10 Diamonda.

PeSZek: Przesadzacie. Mnie się podobało. A to, że przewidywalny, to wcale nie jakaś wielka wada. Na plus był wątek Lokiego i Volstagga, Thor zadający ostateczny cios. Nie mam wrażenia, że Sentry padł za łatwo, dłużąca się walka przez pół komiksu byłaby nużąca (choć możliwe, że trafiłaby w czyjeś gusta), Thor miał chyba jeszcze jakąś część Odin Force plus wpływ Stones of Norn, a Bob również walczył z Voidem, tylko wewnętrznie. Pobitewna część zaniża poziom, mogła być inaczej przedstawiona. Jasne, że komiks gorszy od poprzednich części, które (szczególnie Siege #3) postawiły poprzeczkę na najwyższym poziomie, ale nie zmienia to faktu, że czyta się go przyjemnie, z napięciem i jest godny polecenia.

Kisiel: Nie można powiedzieć, że był to kiepski koniec historii, ani najlepszy. Muszę przyznać, że Loki mnie zaskoczył swoim zachowaniem, poświęcając się dla reszty. Opamiętał się w ostatniej chwili. Niby to Norman zaatakował Asgard, a tu prawdziwym zagrożeniem okazał się Void. A walka z nim przebiegła niemal tak szybko, jak z Osbornem. Zarówno Iron Man szybko go wyeliminował z walki, jak i Thor, a on raczej nie jest ostatnio w najlepszej formie. Być może to zasługa Norn Stones. Jednak zbyt szybko się zakończyła finałowa walka. Podobał mi się motyw z wyrzuceniem Reynoldsa (a raczej jego szczątków) w Słońce. Ogólnie numer jest bardzo dobry, lecz Siege #3 bije go na głowę. Heroic Age rozpoczęte, jak to się potoczy...? Czas pokaże... 8/10
GrayFox:
Chciałbym zobaczyć swoją minę, kiedy Thor zaciukał Voida. To był szok, niestety, niezbyt pozytywny. Liczyłem na znacznie więcej po pierwszych trzech, kapitalnych numerach tej miniserii. Przyjmuję jednak teorię Demogorgona, która głosi, że Sentry się przeładował i wrócił do zwykłej postaci, co umożliwiło Thorowi jego zabicie. Niemniej jednak liczyłem na coś bardziej epickiego. Na dodatek śmierć Lokiego mogłabyć znacznie bardziej wstrząsająca, gdyby nie fakt, że została zaspoleirowana przez Slotta w ostatnim Mighty Avengers. Ponadto mamy tutaj fajne dialogi Bendisa ('' I think someone's about to get beat down like no one has ever been beat down before'' Spider-Mana jest świetne!) i bombowe rysunki Coipela. Nie zmienia to jednak faktu, że zakończenie mocno odstaje od reszty historii.

Siege: Embedded #4
Delirium: Jest tu parę fajnych momentów, które zawdzięczamy głównie Volstaggowi i Benowi, ale gdy historia dobiega końca, pojawia się jedno zasadnicze pytanie: po co to było? Nie jest zła, ale absolutnie nic nie wnosi, ani do eventu, ani do postaci, ani do reszty świata. No i znów muszę pochwalić design Voida, bo tutaj wyszedł nawet bardziej potworniasty. Dam neutralne 5/10, chociaż prowadzenie historii sugerowałoby lekkie wskazanie w górę.
Krzycer: Porządne zakończenie... ale czy gdyby tej miniserii nie było, Siege by coś na tym straciło? Parę zabawnych tekstów Volstagga i parodię tego anty-obamowego publicysty Fox News, którego nazwiska teraz nie pamiętam, a poza tym?
Tak samo było w wypadku SI: Front Line. Civil War: Front Line jeszcze się broniło (zwłaszcza ciekawym wątkiem Osbornowo-atlantydzkim), ale tak naprawdę ze wszystkich dotychczasowych miniserii dziennikarskich towarzyszących większym wydarzeniom w dalszym ciągu najlepsze i najciekawsze było Generation M.

PeSZek: Embeddedy znakomicie się sprawdziły podczas Civil War, w następnych corsach były już nudnawe i zbędne. Sam pomysł z ukazywaniem eventu z perspektywy normalnego człowieka jest okej, ale mogliby już odstawić tego Uricha. Siege widziane z oczu agenta H.A.M.M.E.R., przeciętnego Asgardczyka, mieszkańca tamtejszego pobliskiego miasta albo ostatecznie z oczu innego dziennikarza byłoby ciekawsze i przede wszystkim świeższe. Jedynym plusem tej serii było kontynuowanie wątku Volstagga.

Ultimate Comics Spider-Man #10
Hotaru: Opiniując ostatni numer napisałem, jak bardzo mi się podoba i że nie mogę doczekać się kolejnego. Cóż, kolejny numer nadszedł... a ja wolałbym, żeby było inaczej. Bo poległ na całej linii. Miałem pewne wyobrażenia i oczekiwania i Bendis nie sprostał ani jednemu z nich. To zawód tym bardziej gorzki, że do tej pory Ultimate Pajęczak był najlepiej odbieranym przeze mnie tytułem tego scenarzysty. Nawet Lafuente spuścił z tonu. Oby to była tylko chwilowa czkawka.

Krzycer: Akcja w szkole - pierwsza klasa. Scena w kanałach też. Scena w domu cioci May też. A potem przenosimy się przed dom Kitty... i tu już mam Bendisowi za złe to jej załamanie nerwowe, bo nic a nic do niej nie pasuje.
A kreska jest, była i pewnie już będzie koszmarna. A ściślej - kreska jest w porządku, ale nic a nic mi się nie podoba.


Web Of Spider-Man vol. 2 #8

Delirium: Główna historyjka tego numeru ma dwa skrajnie różne oblicza. Z jednej strony, perypetie Piotrusia w poszukiwaniu gotówki wypadają głupkowato i naiwnie. Z drugiej natomiast, wprowadzona zostaje postać, która bardzo mnie zaintrygowała - Truth. Jest w nim coś fajnego. Druga historyjka tylko mnie zmęczyła, bo jestem cięty na klony. Za całokształt dam 5/10.

Wolverine
#900

Delirium: No i co tu można napisać? Dostajemy potrójną dawkę statystycznego łolwerinowego łanszota, w której nasz niezmordowany antybohater sieka ninja, ściga niegodziwców, pije na umór i znajduje się podejrzanie blisko małych dziewczynek. Niektóre historyjki są na zwyczajowym poziomie tego typu wydawnictw, inne nawet poniżej. Raz wygląda to lepiej, a raz gorzej. Generalnie nic nowego i po przeczytaniu najbardziej wyraźnym odczuciem jest to dotyczące straconego czasu. Wypadkowa ułożyła mi się gdzieś w okolicach 4/10.

Krzycer: Dużo historyjek. Większość do typowe Wolverine'owe stand-alone. Najlepiej wypadają dwie już wcześniej publikowane - rewelacyjna opowiastka Zeba Wellsa o tym, jak to Wolverine i Spider-Man wchodzą do baru... oraz zaskakująco dobry powrót do pierwszego występu Logana ze współczesnym komentarzem pióra Loeba. Krótkie, zabawne i bez silenia się na bycie bardzo awesome lub bardzo głębokim lub bardzo emocjonalnym - a jak wiemy, żadne z tych trzech Loebowi od lat nie wychodzi.


X-Factor Forever
#3

Delirium: No i w końcu musiało do tego dość. Wielkie sru stało się faktem. Autorzy strzelili sobie w stopę, mieszając fakty i chronologię, a jakby tego było mało, dali Poxiemu skrzydła. Dobił mnie zupełnie dodatek historyczny, który nie dość, że zgwałcił origin Apocalypse'a, to teraz dobiera się jeszcze do Sinistera. Jak dla mnie, Louise Simonson może już wyjechać z Claremontem na Florydę i tam mogą dzielić się swoimi pomysłami, które szczęśliwie nie weszły do kanonu. Dam jednak 4/10, bo nadal podobają mi się rysunki (przynajmniej w większej części).




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

aBlack Widow vol. 4 #2 (variant)

Autorka:
Stephanie Hans

Delirium: Nawet nie wiedziałem o istnieniu tego wariantu, póki nie zajrzałem do katalogu na stronie Marvela, ale od razu mi się spodobał. Okładka przyjemnie łączy prostotę i symbolikę z kunsztowną szczegółowością. Uwagę skupia na sobie zarys dymiącej broni, a po chwili odkrywamy w nim bardzo ładnie narysowaną postać głównej bohaterki. Sprytne i miłe dla oka.






bNew Mutants vol. 3 #13

Autor:
Adi Granov

Hotaru: Nieszczególnie przepadam za twórczością Granova. Jego postaci niemal zawsze są sterylne i posągowe, co wprawdzie sprawdza się przy Iron Manie, ale przy mniej żelaznych ludkach już niekoniecznie. Dlaczego więc wytypowałem tę okładkę? Bo posągowość po prostu świetnie się sprawdziła w jej kontekście. "Z prochu powstałeś..."








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.05.12


Redaktor prowadzący: Lex Korektor: S_ORedaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.