Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #114 - Alias vol. 2: Come Home TP

Alias vol. 2: Come Home TP lt114.jpg
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Michael Gaydos
Okladka: David Mack
Ilośc stron: 128
Cena okładkowa: $13,99
Zawiera: Alias #11 - 15

question: Brian Michael Bendis to obecnie jeden z "filarów" Marvela. Niesamowicie płodny scenarzysta, który popełnił już setki zeszytów opowiadających o przygodach marvelowskich super-herosów. Sukcesy, jakie przyniosły wydawnictwu serie Ultimate Spider-Man i New Avengers pozwoliły Bendisowi odgrywać jedną z decydujących ról w kształtowaniu przyszłości całego uniwersum. Obecnie mało kto pamięta, że jeszcze na przełomie poprzednich dwóch dekad Bendis pracował w wydawnictwie Image, gdzie tworzył opowieści w klimacie noir, opowiadające o twardych facetach i jeszcze twardszych kobietach uwikłanych w ciemne interesy przestępczego półświatka.

Na samym początku swojej przygody z super-bohaterami Bendis próbował "przeszczepić" swoje ukochane klimaty do nowego medium. Powstały w ten sposób trzy świetne tytuły, które pokazywały świat kolorowych kostiumów w nowy, mroczny, skomplikowany sposób. Jedną z trzech rzeczonych serii (obok Powers i Daredevila) jest Alias, opowieść o Jessice Jones, byłej super-bohaterce, która nie widząc dla siebie przyszłości związanej z tym ekscentrycznym stylem życia, otwiera w Nowym Jorku agencję detektywistyczną.

W "Come Home" Jessica dostaje, wydawałoby się, proste zlecenie. Ma za zadanie odnaleźć zaginioną dziewczynę. To, co z początku wydawało by się typowym zadaniem, z którym kiedyś musi się zmierzyć każdy prywatny detektyw, okazuje się znacznie trudniejsze, niż można by początkowo przypuszczać.

Bendis w "Come Homeę zrobił sobie cztero-odcinkową przerwę od krajobrazów Nowego Jorku (w którym dzieje się 99% publikacji firmy Marvel) i wysłał swoją bohaterkę w teren. Małe senne miasteczko, Lago, w którym dzieje się akcja komiksu, przypomina trochę podobne mieściny z filmów Lyncha ("Blue Velvet" czy "Twin Peaks") czy książek Kinga. Pod uprzejmymi uśmiechami mieszkańców i sielskim krajobrazem kryje się skomplikowana pajęczyna mrocznych sekretów. Choć tym razem zamiast morderstw czy paktów z szatanem mamy do czynienia z przypadłością, która niestety wciąż zbyt często występuje w współczesnym świecie, nietolerancją. Miejscowy kaznodzieja wygłasza z ambony kazania krzewiące nienawiść do mutantów, do lokalnej gazety przychodzą listy o podobnej tematyce, a uczniowie pobliskiego ogólniaka prześladują dzieci, u których podejrzewają obecność genu X. W takiej właśnie atmosferze wychowuje się Rebeka, szesnastoletnia uczennica liceum, która pewnego dnia po prostu znika. Jej matka wynajmuje Jones, by ta znalazła jej córkę. Jessica po przyjeździe do miasteczka dowiaduje się, że dziewczyna była posądzana o bycie mutantem.

W "Come Home" Bendis bierze na widelec kilka poważnych tematów. Nietolerancja, homoseksualizm, społeczna znieczulica. Konfrontuje kobietę, która zwykła przebywać w otoczeniu mutantów, z ludźmi, którzy uważają mutację za dzieło Szatana. Opowiada historię zbuntowanej nastolatki, która do tego stopnia nienawidzi swojego rodzinnego miasteczka, że jest gotowa podjąć najbardziej skrajne kroki, by uwolnić się od swojego otoczenia. Niestety jako opowieść "z przesłaniem" "Come Home" zawodzi na całej linii. Bendis konfrontuje kilka skrajnie różnych światopoglądów, jednakże nie robi tego na tyle przekonująco, by czytelnik podczas lektury odczuwał cokolwiek. Postacie, które napotyka Jessica podczas swojej podróży po Lago, wydają się być zbudowane ze znanych powszechnie schematów. Mamy typowego ograniczonego kaznodzieję, który wygłasza ksenofobiczne tyrady bez krzty charyzmy, przystojnego szeryfa, który staje się obiektem westchnień głównej bohaterki na jakieś pięć minut, i ojca porwanej Rebeki, alkoholika, który spędza swoje dnie przed telewizorem w towarzystwie butelki whiskey. Sama historia nie przynosi również jakiejś satysfakcjonującej konkluzji. Brakuje jakiejś formy katharsis, konfrontacje bohaterów nie prowadzą do zmiany status quo, w ostateczności okazuje się nawet, że ingerencja Jessicki nie zmieniła niczego na lepsze, wręcz przeciwnie. Koniec historii obfituje w dramatyczne wydarzenia, które niestety przechodzą jakoś tak "obok", ponieważ nie dotyczą one głównej bohaterki, a scenarzysta zawiódł w wykreowaniu ciekawego drugiego planu, który podchwyciłby zainteresowanie czytelnika chociaż na pięć minut.

Nic ciekawego nie można też powiedzieć o rysunkach Michaela Gaydosa. Nie są złe w technicznym znaczeniu tego słowa, pozbawione graficznych fajerwerków ciemne stonowane barwy idealnie pasują do tej historii. Po prostu nie wyróżniają się jakąś specjalną finezją, nie mają w sobie tego "czegoś", czym można sobie zasłużyć na dłuższą wzmiankę.

Jednym słowem powstała historia, która jest typową "zapchajdziurą" w tej dość dobrej serii. Teoretycznie można ją nawet przegapić, ponieważ nie wnosi nic do całości.

W tym samym wydaniu zbiorczym znajduje się również krótka historia opowiadająca o życiu prywatnym Jessicki Jones. Teoretycznie nie ma w niej niczego oprócz dwóch dialogów, z Lukem Cage i Scottem Langiem, ale jest ona znacznie ciekawsza i sprawniej napisana, niż rdzeń tego albumu, czyli "Come Home".


Jaro: "Come Home". Przewrotny jest ten tytuł. Wredny, smutny. W sam raz dla wrednej, smutnej opowieści o wrednych, smutnych ludziach.

Brian Bendis pisze w paru słowach od siebie, że niektóre cząstki tej historii są wyjęte z tego, co napisało samo życie. I niestety, ale nie chodzi mu o to, że Jessica Jones, główna bohaterka, to pani detektyw z nadludzkimi zdolnościami, których nawet nie używa.

W historii "Rebecca, Come Home", Jessica przyjeżdża do małego miasteczka, przyjmując zlecenie odnalezienia tytułowej Rebecki, nastoletniej uciekinierki z domu, indywidualistki nieprzystosowanej do życia w tak zwanej "lokalnej społeczności". Opowiastka, jakich wiele? Pewnie, i paradoksalnie właśnie w tym tkwi jej siła. Żeby było jeszcze bardziej stereotypowo, lokalna społeczność jest tu taka, jak na standardową lokalną społeczność przystało, czyli nietolerancję, małostkowość, niemoc, zakłamanie i zwykłą głupotę ma trwale zapisane w kolektywnym DNA. Bendis akurat dość mocno uderza w tę nutę i, jak sam sugeruje, chyba zostawia też sporo siebie w niezapisanej białej przestrzeni dymków między linijkami słów głównych bohaterek.

Więcej o fabule nie chce mi się mówić, bo, jak już wspomniałem, jest cholernie wredna i cholernie smutna. I cholernie, cholernie, cholernie prawdziwa, chociaż ktoś mógłby powiedzieć, że w takich opowieściach zawsze wyciąga się najgorsze wady małych społeczności. W takim razie wychodzi na to, że może po prostu nie warto pisać o tych lepszych cechach, co też nienajlepiej świadczyłoby o ich jakości.

Powiem za to, że "Come Home" świetnie się czyta w nocy, przy czterdziestowatowej żarówce, z płytą "Venice" Christiana Fennesza albo "Black Feather Wings" Bourbon Princess na soundtracku. Że dialogi są naprawdę, naprawdę dobre, a fabuła wcale nie taka przewidywalna, jakby się wydawało. Że TPB zawiera jeszcze jeden numer, o randce Jess z pewnym trykociarzem i ten numer jest jak zimne pszeniczne piwo na emocjonalnego kaca, z jakim zostawia główna historia. Że otwierający i zamykający tę główną historię napis na billboardzie "Rebecca, please come home. We love you." zupełnie inaczej wygląda na początku, niż na końcu, chociaż namalowany jest dokładnie w ten sam sposób. I że w ogóle o oprawie graficznej o wiele przyjemniej się tu pisze. A ta jest kapitalna, Bendis zawsze zresztą miał szczęście do artystów.

Michael Gaydos pokazuje Jessickę tak, że w szeleście kartek można usłyszeć jej głos. Na palcach jednej, może obu rąk mógłbym policzyć znane mi rysunki, które aż w takim stopniu odmalowują w głowie czytelnika wyobrażenie o głównej postaci. Niechlujna jakaś ta kreska, jak się na nią tak okiem tylko rzuci. Tu jakieś kolorki, tu jakiś mrok, jakby ten Gaydos się zdecydować nie mógł, jak to życie wygląda. Jest brzydko. Brzydko w ten sposób, dzięki któremu można błysnąć i rzucić w recenzji tekstem o jakiejś pięknej brzydocie, brzydkim pięknie, czy czymś w tym stylu. I jeszcze można potem napisać, że dzięki temu jest, jak to się mówi, życiowo. Że klimat się robi, nawet taki, jaki powinien być. A na koniec trzeba spuentować, że to, co widzimy, dobrze oddaje stan ducha Jess. I chyba się nawet za daleko z prawdą taki recenzent nie minie, jeśli to wszystko o obrazkach Gaydosa napisze.

Inaczej jest z bardzo nielicznymi w tej części Aliasa wstawkami Marka Bagleya. Też pokazują, i co dzieje się, i co się działo w głowie Jessicki. Ultrakomiksowe, ultraklasyczne, tak pełne złudzeń, jak tylko pełen złudzeń może być różowy kolor włosów nastolatki. Kontrast jest niesamowity - ale o bagleyowych przerywnikach już cisza, bo może i nawet to jest ten czas i miejsce, ale na pewno nie ten tom, żeby się o tym rozpisywać.

Wreszcie David Mack i jego książeczka do bazgrania. A właściwie nie jego, tylko Rebecki. Paluchy mi włażą w te szczeliny między klawiszami, kiedy próbuję go jakoś zgrabnie opisać, więc powiem tylko jedno - jeśli tylko będziecie mieli okazję, zobaczcie go sami. W dużym skrócie, Mack za pomocą paru stron tego kolażowego bazgrownika robi dla Rebecki to samo, co Gaydos dla Jessiki całym Aliasem. Żeby było śmieszniej, wkomponowane w szatę graficzną komiksu zostały tylko fragmenty, a całość jest dostępna tylko jako materiał dodatkowy w wydaniu zbiorczym. Czyli co, facet stworzył dla wymyślonej dziewczyny cały obrazkowo-typograficzny pamiętnik z bazgraniny i wyciętych skrawków książek i gazet. I zrobił to tylko dlatego, że wczuł się w jej postać.

Zatem, reasumując, czytać? Pewnie. Oglądać zresztą też.

LTneutral.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.