Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #138 (12.04.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 12 kwietnia 2010Numer: 14/2010 (138)



W zeszłym tygodniu Marvel wypuścił sporo nowych serii - sprawdźcie, która z nich zapowiada się najbardziej obiecująco.



Avengers: The Origin #1
Delirium: Joe Casey stworzył już dwie miniserie Avengers: Earth's Mightiest Heroes, a teraz zabrał się za origin drużyny, który równie dobrze mógłby być trzecią odsłoną wspomnianego tytułu. Jeśli kiedykolwiek czytaliście oryginalny pierwszy numer Avengers, to spokojnie możecie sobie to darować. Niby jest to wersja odświeżona, z większą ilością szczegółów, ale dla mnie to jak poniedziałkowa pomidorowa na bazie niedzielnego rosołu. Czytadło, typowe 5/10.

S_O: Dobra, rozumiem, że w związku ze "sliding timeline" wydarzenia z lat sześćdziesiątych rozgrywały się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, ale czemu od razu zmieniać Teen Brigade Ricka Jonesa w bandę anarchonihilistycznych hakierów? No cóż, takie były realia tamtych czasów, nie mogę narzekać na Caseya, że bierze to pod uwagę. Przynajmniej nie dał im gnatów do rę... well, damn.
Krótko mówiąc, pierwszy numer mnie nie zachwycił.


Captain America and Black Panther - Flags of our Father #1

Delirium: Przesłanie pierwszego numeru można streścić jako: "Cap to spoko ziom, bo nie ma problem z Czarnymi, ale Black Panther i tak jest kozak nad kozaki". Dziękujemy, panie Hudlin. Niczego innego się nie spodziewaliśmy. Dodając do tego rysunki, które wyglądają jakby hybryda Larsena i Searsa próbowała naśladować styl Kirby'ego, otrzymamy przynudzające i nieciekawe 4/10.
S_O: Wszyscy wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądać, i Reggie nas nie zawiódł. Niespecjalnie zamaskowane próby wywołania "white guilt" za pomocą nie_widzącego_ras Captaina i Panther kopiący tyłki z rękami w kieszeniach. Do tego Howling Commandos są boleśnie schematyczną bandą białasów (i pojawia się jakiś "Jesüs", o którym nie słyszały nawet strony prowadzone przez kompletnych geeków, co udowadnia, że Hudlinowi nawet nie chciało się zrobić podstawowego researchu). A grafika też niespecjanie pociągająca.
GrayFox:
Taki średni numer. Pomijam już nawet cienkie rysunki, które są zmorą w tym tygodniu. Hudlin zbytnio się nie napracował przy skrypcie - ot, mamy tu sceny, jakich było już wcześniej miliony w komiksach superbohaterskich. Jedynym zaskoczeniem może być fakt, że Kapitan Ameryka ma taki sam cel jak Hitler. Podoba mi się, że fajnie zostały zakreślone charaktery tytułowych bohaterów - Steve jest bardzo miły i po prostu nie da się go nie lubić, natomiast Black Panther jest niezwykle antypatyczny. To na plus.
Niestety Hudlin odkrywa karty już na pierwszych stronach pierwszego numeru. W związku z tym, że na pewno tak wartkiej akcji jak Bendis w Siege Reginald nie poprowadzi, to ten tytuł nie powinien mieć nam zbyt wiele do zaoferowania. Walka pomiędzy głównymi bohaterami jest niezła, ale zdecydowanie psują ją komentarze Howling Commandos. No i Red Skull na ostatniej stronie jest tak zaskakujący jak to, że po nocy przychodzi dzień.
Mimo wszystko ten numer wypadł całkiem nieźle. Choć spodziewam się tendencji spadkowej, to i tak czekam na następny numer.


Deadpool & Cable #25
Delirium: Hm, aż dziwię się, że piszę coś takiego, ale w końcu coś Swierczynskiemu wyszło. Może dlatego, że to ostatni numer i się wyluzował? Cóż, nie mnie tego dociekać. W każdym razie wypada to całkiem nieźle. W pierwszej chwili patrzyłem na to jak na dopisywanie na siłę Deadpoola do Messiah Complex, ale z czasem okazało się, że jest sens w tej jego roli i przy okazji nieźle domyka to serię Cable & Deadpool pokazując, jak panowie się rozstali. I nawet kilka dżołków się udało. Mocne 6/10 z tego wyszło.

S_O: Co jest, tydzień Electroluxa? Trzeci komiks i też ssie. Kolejne przeszkody na drodze naszego niegdyś ulubionego duetu mają coraz mniej sensu, zdecydowana większość dowcipów Wade'a nie śmieszy, cały ten numer jest równie niepotrzebny, jak wcześniejsze dwadzieścia cztery. Ale najbardziej (z jakiegoś powodu) denerwuje mnie mały, drobny fakt - płacząca Hope. Dlaczego? Dlatego, że w jednym z pierwszych (a może nawet w pierwszym) numerów Cable'a Swierczynski, ten sam autor, który napisał scenariusz do tego numeru, poświęcił dobrych kilka stron, żeby podkreślić fakt, że przez cały MC dzieciak nie uronił ani jednej łzy. Co, myślał, że czytelnicy nie potrafią skupić swojej uwagi na dłużej niżO, CUKIEREK!


Deadpool Corps #
1

Delirium: Gdyby nie ten Liefeld, czytałoby się dużo lepiej. Ale i tak scenariusz się broni. Na razie wiemy tylko tyle, że przeciwnikiem jest niejaki Frank, a Poolostwo użera się z Championem, ale przynajmniej skrypt ma jakąś miodność i można się pośmiać tu i ówdzie. Zobaczymy, jak się to dalej potoczy, a na razie dam na dobry początek 6/10.

S_O: Trzy i pół - tym razem scenariusz jest całkiem w porządku, za to strona graficzna... Pozwolę naszemu redaktorowi technicznemu wybrać jakąś reprezentatywną abominację. Sam pomysł interesujcy - Niby-Galactus pożywiający się świadomościami i grupa śmiałków, która w razie konfrontacji najprawdopodobniej przyprawi go o niestrawność. Tylko te wszystkie Deadpoole są do siebie trochę zbyt podobne. Humor wynikający z ich interakcji szybko może się zrobić nudny... chyba, że znowu zaczną śpiewać "In the jungle".
Krzycer: ...zaskakująco dobre! Pierwsze starcie z Championem rozbroiło mnie całkowicie, podobnie jak "we rolled a random encounter". Na razie dobrze jest.
I tylko ten Liefeld... Trudno!


Marvel Zombies 5 #1

Delirium: Początek jest trochę niemrawy i długo nie mogłem się wciągnąć w tę westernową wersję zombiaków, ale gdy tylko na scenę wkroczył Aaron, zmiótł wszystko swoją boskością. I w dodatku nie jest sam! I ujrzałem, oto koń gniady, a siedzący na nim był kaczorem i nosił spodnie! Zapowiada się, że będzie to trochę zombiakowa wersja Exiles, ale z Aaronem i Howardem na czele. Węszę w powietrzu dobrą zabawę. Na razie 6/10, ale z nadzieją, że się rozkręci.

Demogorgon: Wiecie co? Sięgnąłem po ten komiks tylko dla Aarona. Zombie mnie znudziły dogłębnie i mam dosyć odcinania od nich kuponów. I niech mnie drzwi...NIE ŻAŁUJĘ! To było piękne, absolutny majstersztyk z udziałem Aarona i jego nowego partnera, który rozłożył mnie na łopatki. Myśleliście, że Machine Man sam jest zabawny? W duecie z nowym kumplem poddają to słowo drastycznej redefinicji. Dawno już komiks mnie nie kupił pierwszym numerem. 8/10 i numer tygodnia, ale musi dzielić pozycję i nnym komiksem.

S_O: Awww, yeeeeaaaah. Aaron wrócił i nie jest sam. Van Lente udało się wydostać z zombie-spirali, którą sam pomógł stworzyć, a ja od pierwszego wejrzenia pokochałem ten nowy kierunek. Zwłaszcza, że agent Stack zyskał równie wygadanego co on partnera. I dobrze, dawnośmy go nie widzieli (ostatnio podczas Secret Invasion), Howiemu przyda się trochę odpoczynku od Cleveland. A że wstępny wstęp i przedstawienie postaci już za nami, resztę miniserii nasi bohaterowie mogą spędzić na kopaniu tyłków, rzucaniu wyzwiskami i guciu żumy.


eNew Avengers: Luke Cage #1
Delirium: Oj, rysownika to bym natychmiast skazał na wygnanie. Ale poza tym nie jest źle. Akcja wyraźnie musi się rozkręcić, bo rozstawianie pionków zajęło stanowczo za dużo czasu, ale jest tu coś, co może chwycić. Szkoda, że nie jest to badassowy Cage, pisany przez Bendisa, ale chociaż dostaliśmy trochę retrospekcji z żółtą koszulą i tiarą. Na razie dam 5/10 i zobaczymy, czy się rozpędzi.

Demogorgon: Sweet Christmas, that's ugly art. Jak ślepym trzeba być, by zatrudniać tak kiepskiego rysownika? Z czyją córką on śpi? Na szczęście historia jest ok, to nie Bendis, ale scenarzysta czuje Luke'a i ma bonus za nawiązanie do Mr. Negative'a. 6/10, byłoby 7, gdyby rysownik nie był łamagą.

S_O: Who's the black private dick that's a sex machine to all the chicks?
CAGE!
Ya damn right!
Drugi wers theme'u z "Shafta" jeszcze lepiej by tu pasował, ale w końcu to drugi wers, więc nikt by nie załapał nawiązania.
Krótko mówiąc, szykuje się niezłe superherosowo/detektywistyczne czytadło. And we can dig it.

GrayFox: Powiedzmy, że jest to niezłe. Pierwsze wrażenie - historia typu 'sprali gościa, który brał ze mnie przykład, muszę pojechać i zrobić porządek z kim trzeba'. I choć z tego założenia raczej nie wyjdziemy, to jednak intryga może się nieźle zakręcić. Wszystko zależy od tego, co przeskrobał Leodis Dyson, że zainteresował się nim Negative.
Rysunki to epic fail na całej linii. No może nie do końca, bo szczerze podobały mi się dwa kadry - Spider-Man spoglądający w górę oraz Mr. Negative przycinający drzewko Bonzai. Taki styl Erica Canete, że wszystko rysuje takie kanciate i nienaturalne, trzeba mu to wybaczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że rysować nie potrafi.
Czytało się przyjemnie, oglądało nie za bardzo. Czekam na następny numer.


Phillip K. Dick's Electric Ant #1

Delirium: Dobra adaptacja. Od razu czuć typowy klimat Dicka, który rysunki dają radę podtrzymać, chociaż miewają wzloty i upadki. W tym przypadku nie czytałem oryginału, więc trudno mi porównywać, ale skoro jest klimat, to chyba i resztę udało się zachować. Co więcej rzec? Historia chwyta i wciąga, więc na pewno poczytam do końca. Ocena w kategorii adaptacji 7/10.

Hotaru: Nie czytałem literackiego oryginału, więc nie będę porównywał do niego komiksowej adaptacji. Która okazała się całkiem przyjemną lekturą. Mam wrażenie, że David Mack powinien był trochę bardziej wyeksponować szok, jaki główny bohater przechodzi po dowiedzeniu się, że jest Elektroniczną Mrówką, ale poza tym nie mam zastrzeżeń. Intryga się zawiązała. Podobają mi się też rysunki Pascala Alixe - chociaż rzecz rozgrywa się w przyszłości, jego projekty mają pewien organiczny wydźwięk retro, dzięki czemu kojarzą mi się z ujęciem s-f, jaki obowiązywał w czasach, kiedy Dick tworzył swe opowiadania. Dobra lektura.


Realm of Kings - Son of Hulk #3
S_O: Trzeci numer miniserii, a ona nadal nie ma nic wspólnego z RoK poza tytułem i faktem przebywania w jakimś zakątku kosmosu. A że tytułowy bohater nadal jest anarchonihilistycznym gówniarzem, nie posiadającym żadnych cech, które mogłyby mnie do niego przekonać, nadal mi się ta historia nie podoba.
No, ale przynajmniej miałem szansę popatrzeć, jak jakaś laska wybija w pień ostatnich przedstawicieli pewnej rasy. Yay?


dS.H.I.E.L.D. #1
Delirium: Co prawda na początku komuś pomyliły się symbole planet, ale potem było już tylko lepiej i lepiej. Przedstawienie tej wersji Shield sprawia, że mam ochotę czytać o niej jak najwięcej i jak najszybciej. Sam pomysł jest świetny, nawet jeśli trzeba przymknąć oko na kilka typowo fantastycznych naciągów. Wykonanie również dobre - nad twarzami wypadałoby jeszcze popracować, ale szczegóły techniczne zahaczają o geniusz. No i mamy dużo interesujących, nowych postaci, na czele z głównym bohaterem, który być może dysponuje cosmic awareness. Bardzo dobry debiut i mój numer tygodnia, z oceną 8/10 za sam pomysł.

Demogorgon: A to drugi numer tygodnia. Hickman to czystej krwi geniusz, tyle trzeba przyznać - ten pomysł sam w sobie jest genialny i ma ogromny potencjał. Wykonanie też jest intrygujące - wiele się dzieje, pionki zostają rozstawione na szachownicy, intryga wydaje się bardzo zakręcona i od samego początku wciąga - chcę więcej.

Hotaru: Powiem szczerze, że podchodziłem do tego tytułu bardzo pesymistycznie. Hickman ma u mnie raczej kiepskie notowania - jego Fantastic Four to słabizna, w Secret Warriors są bardzo nierówną serią. Na szczęście scenarzysta nie wyłożył się już na pierwszym numerze i nawet zaintrygował pewnymi koncepcjami. Zobaczymy, jak będzie dalej. Za to rysunki Dustina Weavera są śliczne - mam nadzieję, że nie tylko z okazji pierwszego numeru. Zgadzam się jednak z zarzutem, że twarze są mało różnorodne, ale to raczej łatwo poprawić w kolejnych odsłonach. Na razie S.H.I.E.L.D. jeszcze mnie nie kupił, ale nie stracił tej szansy.

S_O: Imhotep, Zhang Heng, Leo Da Vinci, Galileusz, a do tego Howard Stark i Nathaniel Richards? Nie obchodzi mnie, jak dalej się potoczy akcja tej serii, już jestem bezpowrotnie wciągnięty. Tylko szkoda, że Kopernik się nie załapał. Za to mamy Apocalpse'a...
Krzycer: Hm. Inaczej to sobie wyobrażałem... No ale dobra, zobaczymy, do czego to prowadzi. O ile podobały mi się wstawki historyczne, to historia Chłopca z Gwiazdami na Twarzy na razie mnie nie zainteresowała.
GrayFox: Bardzo nierówny numer. Nieciekawa jak narazie historia Leonida Chłopca z Gwiazdami na Twarzy przeplatana świetnymi scenami historycznymi. Pod koniec jednak coś się rusza i daje to jakieś nadzieje. Dustin Weaver naprawdę się napracował z rysunkami - facet potrafi tchnąć epickość w swoje prace, a za przykład niech posłuży chociażby dwustronicowa plansza przedstawiająca walkę z Brood. Czekam na następny numer i trzymam kciuki za Hickmana, żeby wysmażył jakąś fajną itrygę.

Spider-Man: Fever #1
Delirium: To jest… bardzo psychodeliczne. Powiedziałbym nawet, że bardzo w stylu lat sześćdziesiątych pod tym względem. A przy tym też bardzo bajkowe, z pająkami w kapeluszach i w ogóle. I chociaż lubię takie klimaty, tutaj jakoś mnie to nie zachwyca. Prawdopodobnie dlatego, że ma też w sobie coś z podwodnego indie, w którym tylko autor wie, o co chodzi. Nie podobają mi się rysunki i drażni mnie, że postacie na głos opowiadają o każdym swoim ruchu. Dam 4/10.

S_O: Wiecie, co mi to przypomina? Tamtą antologię z historiami niezależnych komiksiarzy z 2009, Strange Tales. Była tam humorystyczna historyjka o Strange'u, w której był mniej więcej tak kompetentny, jak tutaj. "Hmmm, przez przypadek uwolniłem tajemnicze zaklęcie, może powinienem się tym zajO, CUKIEREK!". Nic dziwnego, że go zmienili przy pierwszej możliwej okazji.
W ogóle cała historia wydaje mi się naiwna i głupkowata. Ale zobaczymy, może zmienię zdanie...

GrayFox: Z całą pewnością stwierdzam, że to najgorsze rysunki w tym tygodniu. Zapewne nie tylko w tym. McCarthy'emu brakuje zdecydowanie umiejętności. Sceny walki nie mają żadnej dynamiki, a wygląd co poniektórych postaci woła o pomstę do nieba. Rysunki zdecydowanie odrzucają od komiksu. W sumie jak na razie to niezbyt duża strata. Historia mi jakoś nie leży, ale może się jakoś to wszystko rozrusza i zostawi pozytywne wspomnienie. Mam taką nadzieję.

Stephen King's "N" #2
Hotaru: Nadal dobrze! Guggenheim rzeczywiście rozbudował komiks w porównaniu do wcześniejszej ruchomej jego wersji, przez co groza staje się jeszcze bardziej namacalna. Nie bez znaczenia są też fenomenalne rysunki Maleeva, do których mam tylko jeden zarzut - okazjonalne użycie zbyt wielkiej ilości tuszu na twarzy jednej z postaci. Ale to detal. Na razie "N" jest całkiem fajnym komiksem.


cUltimate Comics X #2
Delirium: Fabuła mnie zupełnie nie obchodzi, ale muszę zauważyć, że jeśli główną bohaterką numeru jest rzeczywiście Jean, to Arthur Adams zafundował jej genialny makeover. Rysunki może nie są genialne, ale wystarczająco dobre, by dla nich choćby przejrzeć ten komiks. Oceny nie będzie, bo czytać uważnie mi się nie chciało.

Hotaru: Podobają mi się rysunki Arthura Adamsa. Tak bardzo, że właśnie od tego wyznania postanowiłem zacząć opiniowanie tego numeru. Podobają mi się przemyślane kadrowania, przywiązywanie uwagi do detali, a także równie sprawne ukazywanie scen dynamicznych i statycznych. Graficznie jest to bardzo dobry komiks. Fabularnie zaś... przeciętny. Nie ma tu wprawdzie niczego, co by szczególnie uwierało, ale i nic nie wzbija się ponad średnią. Mając na uwadze ostatnie poczynania Loeba, to chyba dobrze?

Krzycer: Cóż, to było do przewidzenia. Ale wyszło nieźle - zwłaszcza wizyta Mystique i Sabretootha (kadry z dziećmi - urocze i straszne na raz), choć już cała afera ze spluwą i wypatroszeniem strażnika była dziwna. Chyba, że uznamy, że była to tylko wymówka Creeda.
No i oczywiście mamy już jakiegoś tajemniczego "jego". To nie byłby komiks Loeba w innym wypadku. Ale jeśli tylko nie będzie to Ultimate Romulus, to jestem zainteresowany.
Nie jest źle.

GrayFox: Ale to było dobre! Zaskakująco wręcz. Zwłaszcza w porównaniu z pierwszym numerem. Komiks ma kilka fajnych elementów, jak np. ciekawa narracja, scena Creeda z dziećmi czy fajnie poprowadzona walka Sabretootha z Karen. Dobre czytadło, a rysunki są z numeru na numer coraz lepsze. Arthur Adams rozkręca się i serwuje nam naprawdę fajne ilustracje. Mam nadzieję, że Jeph utrzyma formę zwyżkową, bo szykuje nam się tu kawał niezłej historii.


Uncanny X-Men #523
Delirium: Zaczyna się od tego, że ci dobrzy napadają na przydrożny sklep, żeby zgarnąć parę fantów (różowa szczotka i spinki - rzecz niezbędna każdemu walczącemu o życie uciekinierowi) i zupełnie przy okazji zabić paru policjantów/ochroniarzy. Potem mamy scenę, w której doskonale znana zabójczyni kogoś zabija i to wystarczy, by nagle Nightcrawler doznał olśnienia, że musi istnieć jakieś X-Force. Co ciekawe, wśród święcie oburzonych jest również Psylocke, która nie tak damno sama wyprawiała się z misją zabicia jednego gościa. Może wścieka się, że jej nie zaprosili? Potem trochę bulbotania, a w międzyczasie ktoś wynajmuje bez szemrania pokój w hotelu facetowi z metalową ręką i spluwą większą od siebie, że o małolacie do towarzystwa nie wspomnę. A potem znowu bitka. Aha, czy mi się tylko wydaje, czy przy swoim ostatnim występie w X-Force Hodge nie był tylko samą głową? To w zupełności wystarczy, żeby przywalić numerowi oceną 4/10.

Demogorgon: Delirium już wytknął wszystkie plothole tego komiksu. Tak ode mnie, to muszę przyznać, że przemknąłem przez niego bezrefkleksyjnie i nie wydawał się taki zły. Mam tylko zastrzeżenia nieco do zachowania Hope, która chyba nigdy łóżka w życiu nie widziała. Ale podoba mi się ten wątek, że dziewczyna zaczyna dorastać i chce mieć normalne życie. To ciekawy wątek, jeśli reszta go dobrze poprowadzi, będę zadowolony. Reszta - meh, Fraction ciągnie w dół, tak jak przewidywałem.

S_O: O rany, o rany, jeden z moich ulubionych celów zaniża poziom crossovera, czuję się jak dziecko w cukierni.
Zmienianie Cable'a w przestępcę i (może) mordercę, Wolverine na chwilę zapominający (brain fart, zdarza się) znaczenia wyrażenia "Tajna jednostka", ogłupienie Hope (bo wszystkie bez wyjątku nastolatki są głupiutkie i zaciekawione jedynie swoim wyglądem, zwłaszcza te pochodzące z dystopijnej przyszłości), gazeta sprzed trzech miesięcy walająca się po motelu (przypomina mi się ten doktor z OMD, który zawsze nosił przy sobie gazetę ze zdjęciem demaskującego się Pająka), głupi łotrowie, głupi bohaterowie... Przynajmniej Dodson nie jest Landem.
GrayFox:
Podobało mi się prowadzenie Hope. Rozmowa Kurta z Cyclopsem mogła być lepsza, gdyby emocje Nightcrawlera były wyraźniej zakreślone. Przedłużająca się ucieczka Cable'a i Hope również nie na miejscu. Fajne są jednak ich relacje.
Rysunki Dodsona są na średnim poziomie. Fajnie wyszedł mu Logan i Cyke, ale dla przykładu Psylocke na tym jednym kadrze, na którym pojawiła się w całej okazałości, musiała mieć wypięty tyłek. ;)


Vengeance of the Moon Knight #7
S_O: Miałem drobną nadzieję na relacje między Khonshu a głosami w głowie Deadpoola... no cóż, może w następnym numerze. Hurwitz pokazuje, że jako jeden z nielicznych łapie, czym jest Deadpool, i bardzo mnie to cieszy. Cała intryga jest bardzo ciekawa i nie mogę się doczekać następnego numeru. Czy Moonie koniec końców się złamie?

GrayFox: No nie! To jest absolutna ofiara słabego rysownika. Pierwsza historia rysowana przez Jerome Openę powalała. Tan Eng Huat nie zbliżył się ani trochę poziomem do swojego poprzednika. Jego rysunki nie są może najgorsze, pozwalają bez większych konwulsji przeczytać ten numer, ale naprawdę szkoda. Fajna historyjka, pełna dobrych dialogów i z ciekawą, acz nieskomplikowaną intrygą. Moon Knight wciąż uczy się panować nad swoją rzeźnicką naturą, a teraz stanął w nowej dla siebie sytuacji, ale zachował się jak prawdziwy bohater. W numerze świetny występ zaliczył Deadpool, i to relacje pomiędzy Spectorem a Wilsonem są najlepszym elementem. Zdecydowanie świetny komiks świetnej serii. Szkoda tylko rysunków. Tym bardziej, że okładka ładna.


Wolverine: Weapon X #12
Delirium: Zabawy w Terminatora ciąg dalszy. Pojawiają się nowe wskazówki i nowe kawałki układanki oraz kapitan Hak na dokładkę. Czyta się to fajnie, ale nadal mam wrażenie, że to tylko wstęp i akcja dopiero się rozkręci. Na razie 6/10.

S_O: W istocie bardzo to przypomina scenariusz Terminatora i byłoby miło, gdyby Aaron wrzucił jakiś Easter Egg typu "Come with me if you want to live". Nie zmienia to jednak faktu, że to bardzo ciekawe czytadło i naprawdę zainteresowała mnie tożsamość Generała. No i spory thumbs up za nawiązanie do Days of Future Past.


World War Hulks

Delirium: Ale gniooooooot! Ktoś tam się nieźle zabawił kosztem hulkowych fanów, wciskając im coś takiego. Przecież tu zupełnie nic nie ma. Ani co czytać, ani na co popatrzeć. Chała w cenie 2/10.

S_O: To było perfidne. Ze wszystkich tych historii tylko jedna miała bezpośredni związek z tytułowym eventem, reszta jedynie sprzątała po FotH i tak się powinna nazywać - Fall of the Hulks Omega lub coś w tym stylu. Z tego wszystkiego ciekawa była chyba tylko historia numer jeden, o A-Bombie i Marlo.

Black Bolt: Patrząc na to pod względem przynależności do eventu i tytule świadczącym, że to jednak coś ważnego, to wyszło straszliwie marnie. Jeden wielki zawód i oszustwo. Te historyjki nic nie wnoszą, są o niczym i równie dobrze mogliby je podopychać gdzieniegdzie jako backup story. Choć i tak tyle już tego natworzyli, że pewnie nie było na nie miejsca.
Przymykając oko na oszustwo, że ten 1-shot startuje cały event i nazywa się tak samo, to dostajemy kilka nawet fajnych historyjek. Ta pierwsza z A-Bombem i Marlo wypada całkiem sympatycznie, głównie dzięki ich relacjom. Dwie kolejne z Talbotem w roli głównej też dobre, aż da się go polubić mimo tych jego über patriotycznych ciągot i ewidentnego knucia czegoś na boku. Sposób na wplecenie we wszystko Gremlina i Winter Soldiera łatwy do przewidzenia, ale przyjemny. Historyjki z Samsonem i Srulką kompletnie zbędne. I tak wszyscy wiedzieli, że She-Hulk żyje. Można by się doszukiwać jakiś wskazówek co do tożsamości Red She-Hulk, ale kogo to obchodzi ;). A ostatnia opowiastka z Deadpoolem to zapowiedź tej durnoty, jaka się dopiero zbliża z nim w roli głównej. Śmierć tej postaci i jej pochodnym...
Podsumowując, World War Hulks to zbiór kilku historyjek o... na pewno nie o World War Hulks.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

aPhillip K. Dick's Electric Ant #1 (Mack variant)

Autor:
David Mack

Delirium: Zawsze bardzo podobały mi się okładki Macka, bo mają w sobie dużo artyzmu i lekką nutkę dekadencji. Tym razem okładka jest bardzo oszczędna, ale jednocześnie esencjonalna. Sypiące się z torsu postaci części odbieram jako metaforę tego, jak posypał się obraz świata głównego bohatera, gdy odkrył, kim naprawdę jest. Genialne w swej prostocie.






bStephen King's "N" #2

Autor:
Alex Maleev

Hotaru: W tej okładce Maleev świetnie przedstawił nastrój grozy, jaki towarzyszy samej lekturze. Sama kompozycja jest tak wymowna, że użycie w niej pentagramu wydawać by się mogło wręcz nadmiarowym - symbolika postawy człowieka w konfrontacji z nadprzyrodzonym złem to przekaz, który nie sposób przeoczyć.








Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.04.07


Redaktor prowadzący: Lex Korektor: S_ORedaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.