Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #135 (22.03.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 22 marca 2010Numer: 11/2010 (135)


Za nami bez wątpienia najciekawszy tydzień 2010 roku - Pulse aż pęka w szwach od opinii dotyczących Siege #3 i nie tylko.



gAmazing Spider-Man #625
Demogorgon: Wiecie co? Mam dosyć. Mam dosyć the Gauntlet, mam dosyć kiepskich artystów, mam dosyć nierównego poziomu serii. Chcecie dobrego Spider-Mana? Joe Kelly, Michael Lark, a reszta niech się zajmie czymś innym. Kelly napisał jeden z najlepszych komiksów roku, zdecydowanie najlepszy komiks tygodnia i tylko rysunki go psują. 9/10, gdyby był lepszy rysownik, byłaby dziesiątka.

Delirium: Całkiem nieźle. Po tym ostatnim koszmarku spodziewałem się, że dwaj panowie będą porównywać długość rogów albo robić coś podobnie idiotycznego, a tu się okazało, że historia Alekseja jest nawet wzruszająca. Szkoda tylko, że w tle dalej ciągną się te różne głupie wątki. Rysunki mogłyby być lepsze, ale w zestawieniu z poprzednimi i tak wypadają dobrze. Może być solidne 6/10.
S_O: No cóż. Głupi ten, kto spodziewał się szczęśliwego zakończenia w komiksie ze Spider-Manem.
Kelly jest jedną z niewielu dobrych rzeczy, które przytrafiły się Pająkowi po Brand New Day. I tym numerem tylko to potwierdza.
Tylko... szkoda pani Nosorożcowej, wiecie?

colossu28: Nigdy bym nie powiedział, że najlepszą historią z serii Gauntlet będzie ta, gdzie główną rolę będzie odgrywał Rhino. Zaczęło się kilka numerów wstecz, teraz Kelly zaserwował nam dokończenie tej historii i zrobił to naprawdę dobrze. Główną zaletą tego komiksu jest chyba to, że autentycznie było mi żal Sytsevicha, a gdy doszło do starcia z Nosorożcem II, trzymałem za niego kciuki. Widok połamanego Rhino Drugiego szczerze mnie ucieszył, a zderzenie Nosorożców było naprawdę cool. 6/10
Krzycer: Najlepszy pojedynczy zeszyt Spider-Mana od... nie pamiętam, kiedy. Równie przyjemnie czytało mi się gościnny występ Deadpoola, ale tamto to była komedia, a tu mamy dramat w najlepszym znaczeniu tego słowa. Świetny numer. Do tego z Norą, która jest chyba najlepszym Brendniudejowym dodatkiem do Spider-Mana.
I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie - tradycyjnie już w tym tytule - rysunki. Nie są tragiczne - część kadrów wypadła bardzo dobrze - ale zbyt często ludzie są z gumy: mają żyrafie szyje albo ich kończyny wyginają się pod złymi kątami...

Pariah: Może ja i jestem dziwny, ale ten numer podobał mi się bardziej niż bardzo dobry Siege #3 :). Historia o Rhino autentycznie porusza. Jest wiarygodna i pełna dramaturgii. Nie spodziewałem sie tego po Spider-Manie. Poprzednia historia o Rhino była dobra, ale ta jest super. Dodatkowym plusem dla mnie jest to, że jest to dobra historia jednozeszytowa, co obecnie jest prawdziwą rzadkością. Nawet rysunki dla odmiany całkiem niezłe. 8/10
Bertoluccio:
Po słabym poprzednim numerze trafia nam się wybitny. Muszę przyznać, że nowe spojrzenie na postać Sytsevicha jest więcej, niż udane. Kelly w doskonały sposób dokonał dekonstrukcji tej postaci i praktycznie stworzył dla niego nowy origin, jako nowego-starego Rhino. Osobiście uważam, że oba numery przedstawiajace tę historię (ten i ASM #617) powinny być na wysokim miejscu listy najlepszych opowieści koncetrujących się na przeciwnikach Spider-Mana (z "Fearful Symmetry" na czele). O dziwo, rysunki mi się podobały. Fakt, nie był to styl, jaki widziałbym normalnie w przygodach Pająka, ale do tej konkretnej historii pasowały. Ogólnie 9/10.

Avengers vs. Atlas #3
S_O: Oh, my... That was glorious. Mam na myśli historyjkę Cornella pod koniec. Dawno się tak nie śmiałem.
Główna historia trzyma ten sam, solidny, parkerowy poziom, i przygotowuje grunt pod finał. Co więcej mogę powiedzieć? Fani Parkera już przeczytali, a haters gonna hate.


fDark Avengers #15
Demogorgon: No i TBO jest w końcu znany. Crap, postawiłem pieniądze, że to jednak Dr. Haruhi Chuck Suzumiya-Manhattan Norris :(. Numer miał dużo dobrych momentów - najlepsza była rozmowa Lindy i Lestera. Numer ładnie łata większość dziur w continuity, podobnie, jak wcześniej DA #13. Ze względu na skoncentrowanie tego numeru na czubkach, proponuję soundtrack: Disturbed - Perfect Insanity. 8/10

Delirium: No nieźle, nieźle. Sentry szaleje i daje nam przedsmak tego, co zobaczymy w Siege. Bullseye w bardzo fajnym stylu załatwił Lindy, ale z drugiej strony ona już nie raz ginęła. Zaczynam podejrzewać, że Lindy w ogóle nie istnieje i jest jakąś manifestacją emocjonalnej kotwicy Boba, więc wcale się nie zdziwię, jeśli rzeczywiście znajdzie ją całą i zdrową tam, gdzie go Lester wysłał. Albo druga opcja: jeśli Void kreowany jest na jakiegoś boga, czemu Lindy nie miałaby być boginią? Poczekamy, zobaczymy, a na razie mocne 7/10.
S_O: Więc to wszystko, przez ostatnie trzy numery, działo się jeszcze przed tamtym przed-Siegowym one-shotem? O...kay...
Bendis dalej pracuje nad Sentrym. I byłoby nawet dobrze, gdyby nie postanowił mu dodać do zestawu umiejętności Hulkowania. Serio, jeśli jesteś niedorzecznie potężnym herosem z nawykiem wrzucania wszystkich swoich problemów w Słońce, to po co zmieniać się w coś jeszcze groźniejszego? Seriously.
No i nie zapominajmy o robieniu z Moonstone kretynki. Choć z drugiej strony, skoro umie ona samodzielnie latać, to nie musi umieć obsługiwać samolotu, nie?

Hotaru
: Bendisowi nie można odmówić, że potrafi stworzyć naprawdę fajną postać. W House of M była to Layla Miller, która w pełni zabłysła dopiero pod skrzydłami Petera Davida, a w Dark Avengers jest to Victoria Hand, która świetnie rozwija się na drugim planie i wyrosła na naprawdę fajną bohaterkę. Zamiast z uporem maniaka skupiać się na Sentrym, Bendis powinien poświęcić uwagę prawdziwej gwieździe tego tytułu. Nie będę komentował tajnej broni Osborna, bo to zagranie nie było poniżej tego, do czego scenarzysta przyzwyczaił nas już wcześniej - "jeśli nie potrafisz zwodzić czytelnika podczas gry fair - oszukuj". I chociaż jestem odrobinę rozgoryczony warstwą fabularną, to nie potrafię nie docenić przepięknej oprawy graficznej. Mike Deodato i Rain Beredo fenomenalnie się dopełnili, to na rysunkach spoczywa ciężar budowania dramaturgii, nie na scenariuszu. Jest to jeden z bardziej "filmowych" zeszytów, jakie ostatnimi czasy miałem w rękach. Good stuff.

straznik: Komiks sam w sobie cholernie dobry. Bardzo dobrze narysowany, zwłaszcza sceny w helikopterze z Lindą. Wyjaśnia też moje wątpliwości co do logiki zniknięcia Voida i pojawienia się Sentry'ego. Albo inaczej. Wyjaśniają, czemu tak się stało, ale logiki w tym nie ma nadal. Tak jakby Void nie mógłby zniszczyć Doombota, uratować Normana i wtedy zniknąć. Byłoby to bez sensu, prawda? Dla mnie to spora luka. Reakcja Sentry'ego.. ok.. objawienie Voida i... nikt nic nie reaguje? Ares i inni wiedzieli, co w nim siedzi? Tutaj widzę kolejną lukę. I czy przypadkiem Sentry nie miał być telepatą? Nie sprawdziłby umysłu Lestera? Albo czy też Daken nie wyczułby kłamstwa i nie próbowałby tego wykorzystać? No i na końcu zdziwienie Hand.. naprawdę? Po tym wszystkim? Czy próbują z niej zrobić biedną, wrażliwą dziewczynkę, która była zagubiona i stąd tak postępowała, co by można ją gdzieś wcisnąć w Heroic Age po stronie 'światła'?
owcaboski: Briana Micheala Bendisa robienia głupków z czytelników ciąg dalszy... W Siege: The Cabal doombota rozłożyła humanoidalna postać nieznanego pochodzenia. Otóż nie!! Jak dowiedzieliśmy się w tym numerze, tamto to błąd rysownika i tak naprawdę był to demonoidalny Void. Może główna mini trzyma poziom, ale tie-iny, które przy okazji są flagowymi tytułami Marvela, to istny żart z fanów, dodatkowo niezbyt śmieszny. Nie poruszam kwestii fabuły i rysunków, gdyż to, co powyżej, starczy mi na wystawienie oceny...
Ocena: 1/10

Deadpool: Merc With A Mouth
#9

Delirium: Profesor Veronica nadal pozostaje jasnym punktem numeru. Wolę nie zastanawiać się, jaki jest jej kink, skoro praktycznie zgwałciła Poola, ale wypadło to niepokojąco zabawnie. Jest też kilka innych niezłych momentów - ten z doczepionym Headpoolem na przykład. Całkiem niczego sobie - 6/10.

S_O: SPOILER! Wade scored. Good for him. SPOILER!
Seria nie jest zła. Nie jest najlepszym, co kiedykolwiek spotkało 'Poola, ale jest solidna. I tak samo jest z tym numerem. Gischlerowi udało się nawet głupkowate "pool-o-vision" uczynić w miarę zabawnym, więc ma ode mnie thumbs up.


Doomwar #2

Delirium: No i po mocnym początku seria spuściła z tonu. Jesteśmy w jednej trzeciej długości, więc zastanawiam się, co będzie dalej, skoro już praktycznie pucz został rozmontowany? Cała nadzieja w Doomie, który jest tu najjaśniejszym punktem fabuły i dostarcza ciekawostek, podczas gdy cała reszta to bijatyka. Dobra bijatyka, ale wciąż tylko bijatyka. Niemniej, wciąż mieści się to w mojej skali jako 7/10.

S_O: No, no, no... Maberry pokazuje, jak się pisze porządną wojnę! Doom badassuje, T'Challa badassuje, Shuri badassuje i to tak, że za głos rozsądku robi nie tylko Nightcrawler, ale i Wolverine (ale nie Colossus. Jego rola w tym wszystkim nadal ogranicza się do mówienia "In Soviet Russia, your face hits my fist!"), nawet Storm jest pyskata jak na damę w opałach... Jeśli ktoś narzekał na to, że pierwszy numer był "przegadany", to teraz dostaje praktycznie czystą akcję. Kto jeszcze rok temu by przypuszczał, że komiks o Black Pantherze będzie pretendował do miana komiksu tygodnia?

Hotaru: Po mocnym otwarciu przyszedł czas na spowolnienie tempa. Może to stwierdzenie nie jest do końca zgodne z prawdą, bo przecież dzieje się dużo, ale jeśli chodzi o napięcie, to Maberry nie dorzucił w tym numerze do pieca, raczej ogrzewa się tym, co znalazło się w nim już wcześniej. Pomimo tego komiks nadal jest przedni i nie nuży. Rozgrywka pomiędzy T'Challą i Doomem wciąga jak ruchome piaski, a tak szybkie rozwiązanie problemu Desturi zmusza do zastanowienia się, jak scenarzysta planuje przebić ten motyw w kolejnych odsłonach eventu. Eaton dostarcza solidnych rysunków. Prezentuje solidny poziom - nic, nad czym można się szczególnie zachwycać, ale też nie ma czego ganić. Cieszę się, że jego prace przypominają raczej wcześniejsze występy w Black Panther, a nie do bólu średnie odsłony X-Men: Legacy. Reasumując, Doomwar nadal prezentuje potencjał i liczę, że w kolejnych numerach zacznie go realizować.


Guardians Of The Galaxy vol. 2 #24

Demogorgon:
Kolejny numer, któremu będę musiał zaniżyć ocenę z powodu kiepskich rysunków. Czemu oni w ogóle zatrudniają kogoś, kto tak rysuje? Fabuła to dalej świetny poziom DnA, gdzie wszystko składa się na większą całość. Gdyby nie Spidey i Siege, oraz te paskudne rysunki, byłby numer tygodnia.
PS: The man's back, bitches.

Delirium: Początek jest trochę za bardzo rozwleczony przez te "ja walczę tak, a ja walczę tak", ale zaczyna się robić ciekawie, gdy Phyla spotyka niespodziewanego gościa w swojej głowie i tak już jest do końca. Oczywiście wiedzieliśmy już, co się stanie, ale to, jak się to stało, również dobrze wypada. Plus kolejne kwiatki króla Blastaara i cwana zagrywka z Grootem. Tylko te rysunki… ech. Ale 7/10 będzie.
S_O: Hack and slash, hack and slash, happy, happy hack and slash. Tego oczekiwałem i to dostałem. A że numer ma jeszcze smaczki typu Groota w ONZ (chociaż czy on nie został przypadkiem ze swojej planety wypędzony?) czy Gamorę pytającą o rozporek, i jeszcze wielki powrót na ostatnich stronach, to nie mógłbym być szczęśliwszy.

Hotaru: Tym sposobem dowiadujemy się, jak dojdzie do The Thanos Imperative. Szczerze powiem, że pomimo sygnalizowania takiego rozwoju wypadków w wywiadach, DnA i tak mnie zaskoczyli. Mam tylko nadzieję, że Phyla wyjdzie z tego cało, bo w przeciwnym wypadku trochę zacznie zajeżdżać aromatem rozkładu przypominającym Jean Grey. Pozostała część numeru też trzyma poziom i jedynie rysunki Wesa Craiga są zaledwie poprawne. Kosmos władany przez tak wprawnych scenarzystów, jak Lanning i Abnett, zasługuje na równie zdolnych rysowników, takich jak Pelletier.

Sc0agar4k: O tak. Nieważne, czy trwa Siege czy nie, kosmos rządzi i długo nie odda pierwszego miejsca. Kolejny świetny numer pod względem scenariusza, rysunki mogłyby być ciut lepsze, ale nie jest najgorzej. Pomysł Quilla co do Rady mnie rozbawił, jak i tekst Gamory. No i oczywiście mamy zapowiedziany powrót zza grobu. Jednym słowem, kolejna porządna historia w kosmosie. Ocena 8/10.

Hercules: Fall Of An Avenger

Demogorgon: Co jest z tym tygodniem, że tyle kiepskich rysunków? Historia jest dobra, jak zwykle się uśmiałem (mina Namora - bezcenne), ale czy naprawdę nie dałoby się znaleźć kogoś lepszego do zilustrowania tego? Kogoś, kto wkłada w rysowanie choć krztę wysiłku?

Delirium: Spodziewałem się czegoś zgoła innego niż stłoczenie mniej lub bardziej przypadkowych postaci, żeby powymieniały się opowiastkami. Chociaż opowiastka Thora i szanownych pań wypadają całkiem nieźle. Ale ogólne uczucie nadal pozostaje po hasłem: nie tak to miało być. I ten Olivetti ze swoimi kredkami… Najwyżej 6/10.
S_O: Oh... wow. Olivetti nauczył się rysować ludzi, którzy nie są ani zbudowani z patyków, ani napakowani bardziej niż Pudzian. Truly, this is the age of marvels.
Opowieści zebranych bohaterów i przygody Venus i Namory pokazują świętej pamięci Herca jako rubasznego i dobrodusznego herosa. I myślę, że tak chciałby zostać zapamiętany (gdyby, no wiecie, istniał). I żebyśmy takim go zapamiętali, na pożegnanie zaserwowano nam nie jeden, ale aż dwa okejosy.
Farewell, Incredible Hercules. Your story was cool too, bro.

Hotaru: Dawno tak bardzo nie zawiodłem się na komiksie Paka i Van Lente. Spodziewałem się naprawdę godnego pochówku Lwa Olimpu, a dostałem kabaret. Wymuszone i sztuczne były zarówno momenty dramatyczne, jak i komediowe (a wspólne wystąpienie lasek, które przeleciał Herc, to już w ogóle jakaś abstrakcja). Stylu Olivettiego nie cierpię i ten numer tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że facet nie powinien zajmować się komiksem superhero. Mam nadzieję, że sam to zrozumie i znajdzie sobie jakąś niszę, gdzie jego rysunki będą na miejscu - im szybciej, tym lepiej. Gorzki zawód.
straznik:
Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że na pogrzeb zasłużonego Avengera przybyliby wszyscy, a nie ci, którzy przewijali się ostatnio w jego serii, czy ewentualnie on się u nich pojawił gościnnie. Rogers by sobie odpuścił? Stark? Czy chociażby Pym i Spider, którzy mu pomagali w jego ostatniej walce? Wątpię. Cholernie wątpię. Ale mniejsza z tym. Sam komiks jest słaby. O ile początek i rozżalenie Cho mają sens, to opowieści bohaterów i zakończenie są już słabiutkie.

bHulk vol. 2 #21
Demogorgon: Wiecie co? Nie było tak źle. Do przedostatniej strony nie chciałem krzyczeć ze złości. Tylko ten numer był nijaki, nie zdołał wzbudzić we mnie choć krzty emocji, aż zobaczyłem najgłupszy pomysł Loeba od czasu wielkiego Supermano-Batmano-Zorda. Łaskawie 5/10.

Delirium: Pierwsza połowa wypadła całkiem nieźle - tak mniej więcej do pojawienia się złego Samsona, bo później zrobiła się kaszana. Jeśli cały pomysł polega na tym, żeby nazbierać przypadkowych postaci i przerobić wszystkich na Hulki, to ja jestem zdecydowanie na nie! Mały plusik za gościnny występ państwa Kentów, ale ostatecznie to może być najwyżej 4/10.
S_O: Pewnego dnia Loeb zajrzał do hulkowego edytora, Marka Paniccii, i powiedział: "Mam świetny pomysł na event! World War Hulks!". Wtedy Mark spytał: "Znaczy, co, ostateczna konfrontacja między Zielonym a Czerwonym Hulkiem? Możemy do tego jeszcze dodać Shulkie, Skaara, Lyrę... Gamma Corps też żadnej akcji nie widzieli od czasów WWH..." Ale Jeph mu przerwał i powiedział: "Jakie Gamma Corps? Przerobimy na Hulki całe uniwersum!".
I jakimś cudem to przeszło.
Nie ma w języku elfów, entów czy ludzi słów na opisanie tej zbrodni.
I jeszcze ten dowcip z imionami na pierwszej stronie (i nie, nie chodzi mi o państwa Kent). Very friggin' subtle, Loeb.

straznik: Komiks byłby dobry. Naprawdę. Postać Red Hulka mogłaby być uznana za nie taką złą. Mogłaby. Ale przez to, co działo się w poprzednich numerach, i do czego to dąży, straasznie psuje odbiór. Zwyczajnie radość z czytania tego dobrego komiksu i z wchłaniania historii. Liczba dopuszczalnych bzdur została przekroczona tak dawno temu, że inaczej być nie może. Ale wróćmy już do bezpośrednio tego zeszytu. Rozmowa, a później przemyślenia Red Hulka są dobre. Chociaż jeśli pomyślimy, że super przepaka rozbijającego Thora, Watchera i wszystko, co się rusza, pokonuje pistolecik wmawiający, że ofiara ma wylew i dodamy do tego HF, to mamy kolejną bzdurkę. Drużyna desantowa sensowniejsza. Ich wygląd po przemianie ciekawszy, chociaż uznaję ten pomysł ciągle za istny debilizm. Co dalej? A Hulkpool... no cóż. Tak czy siak komiks czytało się fajnie, ale ta cała historia mogłaby się już skończyć, jak i koszmar, który zaczął się w pierwszym numerze.
colossus28: Do tego komiksu idealnie pasuje powiedzonko "Co za dużo, to niezdrowo'. O ile w IH transformacja kilku bohaterów w Hulki można było uznać za całkiem ciekawy wybieg, tutaj przyprawia o ból głowy. Ciekaw jestem zatem, jak oceniłbym IH, gdybym przeczytał te komiksy w odwrotnej kolejności. Jedyny wniosek, jaki się nasuwa to taki, że to nie pojedyncze zeszyty są słabe, a cała historia Fall of the Hulks. Biorąc pod uwagę ilość hulko-bohaterów aż strach pomyśleć, co będzie się działo w przyszłych numerach. Odnoszę wrażenie, że spranie Watchera to przy tym będzie małe piwko. Ocena za ten pojedynczy zeszyt 5/10.


Incredible Hulk #608

Demogorgon: Pak zrobił to samo co Loeb, tylko u niego nie wypada to debilnie. Doskonale da się zrozumieć fabułę tych numerów Incredible Hulka bez czytania Hulka Loeba, ani czegokolwiek innego z Fall of the Hulks. Nawet najgłupszy pomysł Loeba tu został pokazany nieco bardziej przekonująco. No i rysunki ładniejsze. 6/10

Delirium: Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie! I jeszcze raz NIE! To jest złe. Evil-złe. Bo cholerny Wolverine jeszcze tylko cholernym Hulkiem nie był… Chociaż właściwie to bardziej jak jakiś Sasquatch z chorobą kości wygląda. O innych nie wspomnę. Coś mi mówi, że jeśli w ogóle przebrnę przez to całe World War Hulks, to już nigdy nie będę chciał żadnych Hulków oglądać. Sorry, Shulkie. Tylko ze względu na rysunki dam 4/10.
S_O: Wielka odpowiedź na pytanie "czemu Glenn Talbot znowu żyje": "sfingował swoją śmierć, lol". Oryginalne.
Nie wiem, co myśleć o tym numerze, zwłaszcza, że kończy się tak samo, jak Loebowy Hulk - nieziemską durnotą. Tak samo jak nie wiem, co Bruce widzi w Betty, najwyraźniej wierzącą we wszystko, co jej mówi Talbot, mimo, że doskonale wie, że gość szczerze nienawidzi Bannera i zrobiłby wszystko, żeby go udupić, zwłaszcza, jeśli w grę wchodzi ona. I najwyraźniej nie ma problemów ze strzelaniem do nieletnich.
No, przynajmniej spotkanie Hulków juniorów wyszło niezłe.
colossus28:
Fall of the Hulks zbliża się ku końcowi i jak do tej pory nie byłem zbytnim entuzjastą tej opowieści, ale ten numer sprawia, że chyba zmienię zdanie. Świetny komiks, dzieje się dużo i szybko, akcja z każdą stroną nabiera tempa, a liczba zaskoczeń jak na jeden zeszyt jest duża. Martwiłem się, że plany dobrze przygotowanej do akcji Inteligencji pokrzyżuje sam Banner i jestem pozytywnie zaskoczony, że w końcu trzeba czegoś więcej, by pokonać Leadera i spółkę. Red-Wolvie wygląda naprawdę przerażająco. 8/10
straznik: The (red) Hulk Loeba jest mierny jak cholera i to jest pewniak. Z tym Hulkiem bywa różnie i miał kilka przynajmniej przyzwoitych numerów. I ten numer niby też nie jest zły, ale jednak cała otoczka... pomysł, otoczenie jest tak durne, że nie mogę o tym komiksie mówić pozytywnie. Desant bohaterów? No ok... ich skład? Już trochę gorzej. Przeciwnicy i ich plan? Tragedia. Efekt? Błagam.. niczym jakiś słaby elseword.
Druga historyjka - po co i dlaczego? 'super' RSH rozwalająca w pojedynkę oddział Avengers, dająca sobie radę z Thorem i Skaarem, jest powstrzymana przez Elektrę! Jeeej! Występ Domino jest tam tak 'super', że może być śmiało użyty przeciwko w niej arenie. 3.5/10


Marvel Boy - The Uranian #3
S_O: He came from Uranus, tihihi. Ekhem. Tak.
Miniówka się skończyła, historia Boba przedstawiona i połączona z jego późniejszymi występami i rewelacjami z pierwszej Atlasowej miniserii Parkera. Koniec końców Jeff wykonał solidną robotę, którą fani Agentów Atlasu powinni polubić.


Nation X #4

Delirium: Ten numer pokazał nam w końcu, o co chodzi z tą całą Utopią: a) o nudę i b) o jedzenie. To dwa główne wątki, jakie przewijają się w tym numerze, a poza nimi właściwie nic tu nie ma. Liczyłem na historyjkę z Doopem, ale okazała się być raczej z doopy, a dalej to już w ogóle nie ma o czym mówić. Duże rozczarowanie. 3/10 na do widzenia.

S_O: ...co?
Doprawdy, z każdym numerem ta miniseria stawała się coraz gorsza. W ostatnim numerze tylko czwarta historia nie była niedorzecznie głupia. Pierwsza to "lolrandumb" w wykonaniu Doopa, w drugiej Kukułki się nudzą, więc terroryzują swoich znajomych, a w ramach kary Emma grozi im paluszkiem i wysyła do nauczania innych, żeby mogły sobie wybrać więcej celów, w trzeciej banda kretynów postanawia się pozabijać, bo ma "munchies", a w czwartej... no, w czwartej ktoś przynajmniej zwraca uwagę na to, jakim "Utopia" jest głupim pomysłem. Bo jest, i może kiedyś napiszę dokładnie o tym, czemu.
Hotaru: Ostatni numer tego pożałowania godnego wydawnictwa. Nie rozumiem, co przyświecało tej antologii, bo chyba musiało to wyglądać inaczej niż "zróbmy czteroczęściowy komiks z obojętnie jakimi historyjkami, byle się rozgrywały na Utopii". Chyba jestem naiwny, bo nie nauczony poprzednimi doświadczeniami, zawsze liczę na jakąś perełkę. Na szczęście to już koniec i więcej na tym projekcie się nie zawiodę.


Nova vol. 4 #35

Demogorgon: Zakończenie historii Sphinxa, którą będzie się pewnie jeszcze wspominać przez lata. Bardzo dobre zakończenie, dodajmy. Epickość jest na najwyższym poziomie, a choć można było przewidzieć taki obrót spraw, parę niespodzianek się tu i ówdzie znalazło. Dobra rzecz, czytać. 7/10

Delirium: O, niespodzianka! Spodziewałem się, że jakiś długoterminowy efekt z tego wyniknie, ale tego nie przewidziałem. W każdym razie zakończenie dobre. Podobało mi się, jak Rysiek zaschroedingerował Sphinxa - bardzo to sprytne było i jednocześnie pokrętnie logiczne. No to teraz zobaczymy, co z tą rybką. Ocena: 7/10.
S_O: Istota o praktycznie boskiej mocy pokonana... przez SCIENCE! Naprawdę, niewiele więcej mogę powiedzieć. Historia nie była zła, ale daleko jej do dawnych historii w tej serii. No i fakt, że DnA nie są w stanie się zdecydować, czym The Fault ma w końcu być, też nie ułatwia sprawy.
No, ale przynajmniej Rich odzyskał swoją rybcię-pypcię.

straznik: Historia z Sphinxem nie leżała mi od początku i ciągle jest słabo. To zdecydowanie nie ten sam Nova, który ratował galaktykę, czytał prawa Thunderboltsom czy 'siłował się' z Gamorą. Ten Nova jest zwyczajnie niezbyt ciekawy. Powrót Namority? Błagam. Po co? W dodatku w bardzo bezsensowny sposób. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami Darkhawka da to im kopa w tyłek.

Prelude To Deadpool Corps #3
Delirium: Dogpool. Tia... Ja bym go nazwał Roadkill, bo tak wygląda. Ale ten cały pomysł z Maskarą X doktora Von Brauna jest tak idiotyczny, że aż mnie kupił. Mogłoby to wyglądać lepiej, ale z drugiej strony, wtedy ten gnijący kundel nie miałby swojego specyficznego uroku. No cóż, 5/10 z plusem może być.

S_O: No proszę, Gischler one-upnął sam siebie i nawet "podwójne głosy" Dogpoola mnie powaliły. Sama historia ciekawa i zakręcona, a ta nowa podróba Krypto bardzo szybko mnie do siebie przekonała. Nadal nie jestem pewien co do samego pomysłu DC, ale Dogpoola (chociaż osobiście wolałbym nazwę "Deadpooch") jeszcze z chęcią kiedyś zobaczę.
Sc0agar4k: Ten numer jest walnięty. Naprawdę. Nie podchodzić, ostrzegam. Jest tak walnięty, że uśmiech nie zejdzie wam z ust przez cały czas czytania. A skoro tak jest, to znaczy, że poziom poprzednich części został zachowany. Jeśli Prelude jest samo w sobie takie dobre, to mam nadzieję, że całe Deadpool Corps będzie takie. Ocena 8/10 i znak jakości, za ten humor.

Realm Of Kings: Imperial Guard #5

Delirium: Chociaż obeszło się bez fajerwerków, to zakończenie jest całkiem dobre. Gladiator pozamiatał, obowiązkowa śmierć kogoś z Gwardzistów wypadła przyzwoicie, nieoczekiwanie pojawiło się więcej Raptorów i zostały otwarte wątki na przyszłość. A całość przyjemnie się czytało, wiec dostanie średnie 7/10.

S_O: Whoa.
Just... whoa.
Walka z X-Cancers była pełna świetnych momentów, ale najbardziej podobały mi się w tym numerze relacje między Strażnikami. Mentor i Plutonia w końcu dorośli na tyle, żeby wyznać sobie swoje uczucia (nawet, jeśli w typowy dla siebie, "nieortodoksyjny" powiedzmy, sposób), do tego Fang i Neutron... No, szkoda Neutrona.
I kto by pół roku temu pomyślał, że te postacie będą kogokolwiek interesowały?

Hotaru: Finał miniserii nie tyle zamyka w klamrę całość, co przygotowuje grunt pod nadchodzący konflikt w The Thanos Imperative. Nie tylko nie przeszkadza mi to, ale nawet mi się podoba. Płytsze wątki zostały zakończone, a te subtelniejsze, bardziej intrygujące, nabrały to rozpędu i z większym impetem podążyły ku kolejnemu kosmicznemu eventowi. Może przez to sama miniseria nie obroni się jako odrębny byt i będzie pamiętana tylko w kontekście szerszego wydarzenia, ale zapewne tylko takie były przyświecające jej ambicje. Kev Walker trochę spuścił z tonu i chyba za bardzo się spieszył, ale to już nieistotne - nadchodzi tytan.

Sc0agar4k: I zakończyła się przygoda Gwardii w Wyrwie. Muszę przyznać, że nieźle sobie radzili. Zakończenie sensowne. Gladiator wrócił do swoich korzeni i walczył ramię w ramię z resztą. Bractwo Raptorów rośnie w siłę. Najbardziej uderzyła mnie znów ostatnia strona, pokazująca ogrom strat, jakie poniosła Gwardia Imperialna od momentu jej powołania. Numer zachowuje poziom całej serii, więc zasłużone 8/10.

eSiege #3
Demogorgon: Tak się powinno zrobić crossovery. Szybko, z dużą ilością akcji, bez niepotrzebnego rozciągania - dobrze wiedzieć, że Bendis nauczył się na swoich błędach. Jeśli tylko utrzyma ten poziom w ostatnim numerze, Siege zmiażdży Blackest Night w rywalizacji o miano najlepszego eventu sezonu zimowego. A ostatnia strona mnie zatkała - nie tylko ten redesing jest genialny, ale to naprawdę robi wrażenie. 9/10. Soundtrack: Nightwish - the End of All Hope

Delirium: Nareszcie ten event wywołuje odpowiednie odczucia! Trochę późno, ale lepiej późno, niż wcale. Fajny zabieg z dialogiem w tle doskonale podkreśla, dlaczego to, co widzimy, jest ważne. Okazało się, kto jest kim, mamy wielkie zjednoczenie i odpowiednią reakcję władz, co po latach zamieszania z inicjatywami i ciemniakami daje przyjemne uczucie, że wszystko wraca na właściwe miejsce. Może nawet taki mały nerdgasm? Poza tym rozwój wątku z Voidem jest naprawdę zaskakujący i intensywny. Coipel świetnie przedstawił jego mroczne oblicze, a ostatnia strona jest absolutnie genialna. Szkoda tylko, że reszta numeru ma dużo niedociągnięć na drugim planie. Ale generalnie, za odczucie, jakie wywołał, numer zasługuje na mocne 8/10 i tytuł komiksu tygodnia.
S_O: BUM! ŁUBUDU! PIERDUT!
Szybko ten numer minął. Jedna wielka scena akcji - i bardzo dobrze, wolę to, niż jakby się mieli jeszcze przez dwa numery dymać po oklahomskiej dżungli czy czymś takim. Jednocześnie jednak wydaje się, jakby działo się to trochę za szybko - nie miałbym nic przeciwko, gdyby walka z armią Osborna trwała jeszcze jeden numer (choć na to pewnie zostanie poświęcony najbliższy numer New Avengers)... Mam też pewne wątpliwości co do różnych drobiazgów, ale ostatnie strony - barwy wojenne Osborna razem z sierpowym Spider-Mana, zniszczenie Asgardu i megaVoid to wynagradzają.

Hotaru: Wow. Coipel odwalił kawał świetnej roboty. Całość oprawy graficznej numeru trzymała ogólnie wysoki poziom, ale w fotel wgniótł mnie jeden dwustronicowy kadr upadającego Asgardu. Niemal poczułem pod stopami drżenie gruntu i mych uszu dobiegł odległy huk. Epickie do bólu. Fabularnie Bendis wkroczył na płyciznę. Niby dzieje się dużo i jest kilka mrugnięć oka w kierunku fanboyów, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że z każdym kolejnym numerem event traci na sile, jakby rozpędzony na maksa okręt zakopywał się coraz bardziej na mieliźnie. Nie potrafię określić tego lepiej, a z entuzjastycznych opinii innych czytelników uznaję, że to raczej mój problem, niż samej miniserii, ale musiałem to odnotować.

Misiael: Naprawdę nie wiem, jak przechwalić ten komiks. Właściwie na każdej stronie jest jakieś wydarzenie, które wywołuje zdrowy nerdgasm. Czytając Siege #3 czułem się jak dzieciak oglądający swoją ulubioną kreskówkę. "Thor tłucze się z Sentrym! Coool! Aaaaa! Hood ze świtą wmieszał się w rozpierduchę! Hehe, Tony is back! You're under arrest, Osborn! Oh, yeeee! OMG Asgard wali się w gruzy! Ale to nic, bo oto... WTF?!" Nic nie zostało we mnie z poważnego studenta pierwszego roku - na czas lektury tego komiksu piszczałem i podskakiwałem w fotelu jak głupi. I bynajmniej się tego nie wstydzę, bo ogrom emocji towarzyszący temu numerowi w pełni mnie usprawiedliwia.
Żeby nie było jednak za różowo, zgłasza jedno maleńkie zastrzeżenie - rysunki ciut, ledwie odstają od ideału, który umożliwiłby mi pełne zanurzenie się w opowieść. Wciąż są świetne, ale w porównaniu choćby i z poprzednim numerem trochę kuleją. Nie rozumiem też, czemu twarz Obamy jest zaciemniona i byłbym wielce zobowiązany, gdyby ktoś - nomen omen - oświecił mnie w tej kwestii. A komiks dostaje ode mnie 10/10 i znaczek jakości.

Bertoluccio: Wiedziałem, że mała liczba numerów wyjdzie temu wydarzeniu na dobre. Nie ma żadnych wydłużaczy, tak często widzianych w innych przedostatnich numerach. Każda strona to kolejna akcja, która wywołuje uśmiech na twarzy. Mamy między innymi - "You bite me!" i rozpłaszczonego Venoma. Walkę, na którą wszyscy czekali - Thor vs. Sentry. Upadek Asgardu. Upadek Osborna (genialny motyw z jego wojennym umalowaniem). Rysunki dalej świetne, a szczególnie spodobały mi się kadry przedstawiające Sentry'ego. Dawno nie widziałem na kartach komiksu tak złowieszczo się prezentującej postaci. Ogólnie dam 10/10 za nie zawiedzenie moich oczekiwań, co ostatnio nie często się zdarza.
Volf: Kij z tym, że jak się to potoczy przewidziano tutaj dawno temu. Kij z tym, że taki z tego "event seven years in the making" jak z Anihilacji "event in the making since the beginning of the marvel cosmos". Bendis w końcu w Siege osiągnął to, co miało być takie super fajne i w ogóle w Secret Invasion, a co się tam zupełnie nie udało - stworzył największą i najbardziej epicką scenę batalistyczną na ziemi Marvela - mogącą śmiało konkurować z najlepszymi scenami Anihilacji. Bitwa Thora z Sentrym, upadek Asgardu - te sceny udało się ująć tak monumantalnie, że na ich tle inne, w normalnym wypadku oszałamiające, wypadały wręcz blado. A co najpiękniejsze, ostatni numer ma szansę być równie dobry - do walki dołączą X-Men, dojdą FF, szykuje się olbrzymi team-up przeciw Sentry'emu.
dKrzycer: Owszem, dzieje się dużo. Są pewne zaskoczenia - nie tyle końcówka, co to, że już w tym numerze pokonany zostaje Osborn. Ale jakoś nie czułem tego wszystkiego. Walka Thora z Sentrym powinna być na miarę starcia z Aresem z poprzedniego numeru, ale zaprezentowano ją w sposób dla mnie kompletnie pozbawiony dynamiki. W zasadzie nie bardzo widać, żeby walczyli. Przebitki w tle, jak np Cassie rozgniatająca Venoma, spodobały mi się dużo bardziej, choć w paru miejscach chrzanią je rysunki. Strasznie nie podoba mi się np. kadr z Roninem kopiącym Bullseye'a. Najdziwniej wypadła chyba Moonstone na pierwszym kadrze, na którym się pojawia - ma... wyjątkowo ostry tył.
To wszystko detale, ale psuły mi odbiór. Ale nie aż tak, jak ulubiony i strasznie już zużyty chwyt Bendisa - narracja w formie dialogu, dzięki której każdy, komu nie chce się patrzeć na obrazki wie, co dzieje się w komiksie. Towarzysząca nam przez większość numeru rozmowa Obamy z generałem strasznie mnie zmęczyła i nie wnosi niczego do komiksu. Absolutnie niczego.
Maska/Makijaż (?) Osborna - nie podobało mi się. Bendis już raz go załatwił w Pulse w ten sposób (cywile widzą go w stroju Goblina) - już wtedy uznałem to za wyjątkowo tani chwyt, a banalne powtórzenie go tutaj czyni rzecz jeszcze gorszą. To już lepszy pomysł miał Slott, dając w The List: Spider-Man okazję Pająkowi do wypuszczenia kompromitujących materiałów do sieci. Im więcej czytam Bendisa, tym mniej lubię jego zagrania. A do tego jeszcze strasznie mnie zirytowało "I can't believe I'm included in that" Patriota. Znowu, typowy Bendis - odskok od patosu poprzez ludzki tekst superbohatera... Tyle tylko, że jaki ta wypowiedź ma sens, padając z ust tego konkretnego bohatera, skoro stał u boku Rogersa przez całe Civil War, a potem wziął udział w walnej bitwie ze Skrullami?
Podsumowując: nie czytało mi się dobrze tego numeru. Czy to znaczy, że był zły? Nie - wciągnął mnie i dostarczył wrażeń. Rozkładówka z walącym się Asgardem wbija w fotel. Ale numer ten mógł być lepszy. Może nawet dużo lepszy. Nie chodzi o to, co się dzieje, bo tu jest bez zarzutu, tylko jak to zostało przeprowadzone.
Na pocieszenie pozostaje mi przynajmniej nadzieja, że X-Men wezmą jednak udział w Siege. I nie chodzi mi o ten jeden kadr z Loganem i Scottem - w dołączonym transkrypcie jest mowa o posiłkach, które mają dotrzeć na miejsce, a Hill sugeruje, by składały się z X-Men i F4. Byłoby miło.

owcaboski:
Skreślając tie-iny, a skupiając się na samej mini, mogę powiedzieć tylko jedno - brak mi słów. Ale żeby dociągnąć tę recenzję do końca powiem tylko, że: rysunki są dobre, dialogi genialne (Toldja ;)), sama historia - majstresztyk (szybka akcja, świetne zwroty akcji, superhero nerdgasm). Aż cudownie się czyta po raczej słabym WWH i koszmarnie rozwlecznym i także słabym SI.
Ocena: 9/10 (bez uwzględniania tie-inów)
Sc0agar4k: Na temat tego numeru wypowiedziało się wiele osób. Dorzucę więc coś od siebie. Nie rozumiem zachwytu nad tym numerem. Dwie sceny według mnie są warte zapamiętania: zniszczenie i upadek Asgardu oraz Spidey uciszający Osborna pięścią (można by rzec: wreszcie). A poza tym? Wszystko inne było do przewidzenia już wcześniej. Pojedynek Sentry'ego z Thorem? Dajcie spokój, to trwało mniej niż chwila. Gdzie ta cała epickość? Chyba jedynie w serii Thora, można to jeszcze w miarę pokazać. Ocena 7/10, ale grubo podciągnięta do góry.

Siege: Embedded #3

Delirium: No cóż, zabrakło Volstagga i od razu wszystko padło. Wiem, że to Ben jest głównym bohaterem, ale bez grubasa to jednak nie ta sama seria. Zabrakło polotu, a w zamian pojawiła się randomowa akcja z Venomem z kapelusza. Zmiana kierunku zdecydowanie na gorsze, więc i ocena w dół: 5/10.

S_O:
Hurm. A było już tak pięknie. W numerze tym udało się Reedowi nagromadzić naprawdę sporo różnych głupot, z którymi moje "willing suspension of disbelief" po prostu nie daje sobie rady. Przede wszystkim najważniejszy zwrot akcji - rozbicie się samolotu spowodowane atakiem szału Venoma. I mean, come on! Dopiero co Bendis ustalił, że Gargan przez swoje tabletki zmienia się w małą dziewczynkę (wątek, którego swoją drogą nawet nie chciało mu się potem ruszyć...), a tu nagle nia ma najmniejszego problemu z zeżarciem całej załogi... I skąd on się tam w ogóle wziął?
Pariah:
Najpierw mamy kamerzystę, który kamerą ogłusza celującego do niego z broni z bliskiej odległości Agenta H.A.M.M.E.R.. Potem jest jeszcze "ciekawiej", bo do samolotu z ekipą reporterów przez kokpit wpada Venom i zaczyna mordować wszystkich na pokładzie... co? Po co? Dlaczego!? WTF!? Ten komiks jest pełen absurdu i nie wnosi absolutnie nic wartościowego do całego eventu. Po klapie, jąką był ostatni Front Line, Embedded powinni sobie darować... 1/10

Spider-Man and the Secret Wars #4

S_O: Wow. That was pointless. Ale czego się spodziewać, jeśli pomysł na historię brzmiał: "co się tak naprawdę wydarzyło, ale się nie wydarzyło, bo zostało wymazane z rzeczywistości zaraz po tym, jak się wydarzyło". Tak, jak ja bym chciał wymazać całą tę miniserię.


Spider-Woman vol. 4 #7

Delirium: Czyli jednak to koniec. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej rozumiem motywy twórców. Chociaż z trzeciej chciałoby się powiedzieć: po co braliście się za ten motion comics - trzeba było robić porządny tradycyjny. A tak, końcówka trochę rozczarowuje. Wpadli Avengers, załatwili jednego Skrulla i tyle. No, przynajmniej klimat pozostał dobry po staremu. Dam słabe 7/10 za to uczucie niedosytu.
S_O: I co, to już koniec? Jakoś mnie to nie martwi.
Tak jak Bendisa nie martwiło, że Thunderbolts to grupa, było nie było, profesjonalistów, którzy jako tajna komórka nie daliby się złapać przez CNN. Tak jak Maleeva nie martwiło, że krew Skrullów jest zielona, a nawet najgłupsze pindy mają tęczówki. Tak, jak edytora, planisty czy kogokolwiek nie martwiło, że wyszło to-to o jakiś rok za późno.
Przynajmniej raz się cieszę, że szefostwa Marvela nie martwiło, że słabo sprzedająca się seria może mieć jakichś fanów.

Sc0agar4k: Ostatni numer pogoni za Skrullami kończy również całą serię. Seria ciekawa, ukazująca Jessicę Drew po Secret Invasion, kiedy to próbuje się odnaleźć w nowym świecie. Współpracę Bendis-Maleev znaliśmy już z czasów Daredevila. Tutaj stoi na równie wysokim poziomie, szkoda tylko, że na tak krótko przejęli Spider-Woman. Za ten numer, jak i całą serię, ocena 8/10.

Torch #6
S_O: Podziemne nazistowskie miasto w Ameryce Południowej? God, that's campy... But still fun!
Carey dalej ciekawie prowadzi obu Torchów - "walkę" Hammonda o odzyskanie człowieczeństwa i śledztwo Toro dotyczące jego przeszłości - i trochę szkoda, że miniseria już się kończy (choć obiecał w Avalonowym wywiadzie, że napisze coś z Jimem i Capem, więc nie wszystko jeszcze stracone). A do tego mamy jeszcze wykiwanego Mad Thinkera (THAT won't end good for the poor nazi bastards...) i napalonego mieszkańca pewnej szklanej tuby. Dobrze jest, należy czytać.
Sc0agar4k:
Nieźle, trochę naciągane, ale nie za dużo. Podziemne miasto, odbudowa Rzeszy i te sprawy. Gdzieś już to widziałem. Na szczęście sens jest zachowany. Thinker dał się podejść i teraz musi się trochę namęczyć. Podoba mi się duet Ludzkich Pochodni, tym bardziej, że są rysowani w miły dla oka sposób. Ocena 8/10.

Vengeance of the Moon Knight #6
S_O: Biały Batman zaszalał. Ostateczna walka z jego Jokerem (a jeśli Bushman jeszcze nim nie był, to po swoich jazdach w pokoju bez klamek na pewno będzie) szybka i brutalna, czyli taka, jaka powinna być. Moźe nawet zbyt brutalna, skoro demony "Marca" zaczynają pożerać "Jake'a"?
Do tego rosnące widmo Khonshu i odkrycie Profile'a (swoją drogą, kiedy autorom się znudzi tworzenie "ludzi bez oczu, którzy widzą więcej"? To się robi nudne...) zwiastuje naprawdę ciekawy wątek. Mam nadzieję, że Hurwitz będzie miał gdzie o tym napisać, jak już skończy historię z Deadpoolem, zapowiedziane odwiedziny Spider-Mana i tie-in do Shadowland.
Sc0agar4k:
Brutalny pojedynek zakończony w sposób wydawałoby się niecodzienny, który można określić słowami: "a jednak mu się udało." Jak na dwóch super wrogów przeprowadzili walkę w szybki i widowiskowy sposób. I to mi się podoba. Moon Knight małymi kroczkami dąży do swojego celu, by zostać "tym dobrym". Ocena 8/10.

Wolverine: Origins #45
Delirium: Jak na tę serię nienajgorzej, chociaż okazuje się, że ostatnie kilka numerów można sobie w buty włożyć, bo do niczego nie służyły. Wielki plan okazał się nie być wcale planem, za to zupełnie nieoczekiwanie pojawił się Deadpool z nowym wielkim planem. Przynajmniej rysunki niezłe, a i bitka z Ruby tez jakoś się broni. Takie nieszkodliwe 5/10.

S_O: Czyli co, cała historia to jedno wielkie "lol, I troll U"? Meh, mogłoby zadziałać, ale nie za bardzo rozumiem, czemu Przekozak, który przekozaczy już jakieś trzy tysiące lat, miałby się na to złapać.
Za to zawsze jakiś plus za nawiązanie do jednego z walentynkowych one-shotów sprzed... no, no, czterech lat.

Sc0agar4k: Całe to misterne planowanie okazuje się być jedną wielką podpuchą? Zaplanowaną podpuchą. Zaplanowaną przez... No, tego nie zdradzę. Way bardzo pozytywnie mnie zaskoczył tym numerem, co do tej pory udawało się tylko PADowi i DnA. I za to zaskoczenie ocena 9/10 i tytuł numeru tygodnia.

X-23 vol. 2

Demogorgon: Wiecie co? Monolog wewnętrzny i X-23 nie pasują do siebie. Nie chodzi mi o to, że to jest źle poprowadzone tutaj, bo akurat jest dobrze, w całkiem ciekawym stylu i pozwala wgłębić się w charakter Laury. Ale Laura traci sporo ze swojego tajemniczego uroku w ten sposób. A tak poza tym - komiks nie jest zły, tylko skąd się wziął ten...cokolwiek to jest? I czy mamy rozumieć, że Logan sam rozwiązał tę sprawę zaginięć? Przydałoby się to dopracować.

Delirium: Widzicie, jak się chce, to można połączyć kilka wątków w spójną całość. Lubiłem Laurę, która pojawiła się pierwszy raz w NYX, bo była postacią całkowicie chorą i strasznie skomplikowaną, a przez to drażniło mnie ignorowanie tych wątków, odkąd wciągnięto ją do pierwszej ligi. A tu się okazuje, że można to jakość spleść i jeszcze dołożyć dodatkowy element w postaci zapomnianego Gamesmastera. Mogłoby to jeszcze trochę lepiej wyglądać, ale i tak mi się podobało. Wystawiam 7/10.
S_O: Im dłużej się nad nim zastanawiam, tym mniej mi się ten one-shot podoba. Czterdziestostronicowa historia o tym, jak Laura rozpacza nad swoim losem, oparta na akurat tym fragmencie jej życia, który najbardziej bym chciał zapomnieć, z potokiem słów, po pierwsze, dłuższym od zebranych do kupy wszystkich wcześniejszych kwestii X-23, a po drugie, żywcem chyba ściągniętym ze strony icutmyselfbecauseitsdeeeep.net (nie .com, bo to konformistyczna domena). Najbardziej rozbawiło mnie pojawienie się dzieciaków z NYXa, których, jak prawdziwa przyjaciółka, Laura zostawiła żyjących na ulicy, zamiast zaprosić ich na wyspę będącą rajem dla ich gatunku.
And to add insult to injury... Na samym końcu Marjorie najwyraźniej stwierdziła, że czytelnicy są zbyt głupi, żeby załapać symbolikę Pinokia z pierwszej miniserii, więc postanowiła to łopatologicznie wyjaśnić. Osobiście czuję się obrażony.

Sc0agar4k:
Kiedy sięgnąłem po ten numer po raz pierwszy to go tylko przejrzałem, zniechęcały mnie jego rysunki. Po pewnym czasie wróciłem do niego i stwierdzam, że to, co wcześniej odrzucało, teraz mi się bardzo podoba, szczególnie rysunki wnętrza umysłu. Co do samej historii, to jest ona odmienna do tych, do których przyzwyczaili nas scenarzyści opowieści z Laurą w roli głównej. To, że jest maszyną do zabijania nie znaczy, że jej to wewnętrznie pasuje. Jak dla mnie świetny numer i daje mu zasłużoną ocenę 9/10.

X-Factor Forever #1

Delirium: O ile nie do końca widzę sens istnienia tej miniserii, to i tak podoba mi się dużo bardziej niż X-Men Forever. Póki co odnajdujemy się w sytuacji i rozstawiamy figury, przy okazji wczuwając się w klimat dawnych dobrych czasów. A ten dość dobrze oddaje sposób pisania oraz rysunki. Co prawda ten zrewidowany origin Apocalypse'a odbiega znacznie od znanego nam, ale nie ma się czym przejmować, bo to nie kanon. Na razie dam 6/10, bo jeszcze niewiele się dzieje.

S_O: I to jest, proszę państwa, porządny "What could have been?". Na razie Louise jedynie kreuje sytuację, w której znajdują się X-Czynniki, ale czyni to z suspensem godnym swojego nazwiska, a to za sprawą Apocalypse'a. Którego origin, swoją drogą, zmieniła, ale nie mam jej jakoś tego za złe.


cX-Men: Legacy #234
Demogorgon: Młodzi studenci X-Men dostają trochę czasu dla siebie? Są dobrze pisani? Niemożliwe. To tylko zwiększa moje obawy, że któreś z nich zginie w czasie Second Coming. A co dostajemy poza tym? A, dalsze rozwijanie wprowadzonych już wątków i trochę nowych, bardzo intrygujących. Podobała mi się Rogue poznająca nieprzyjemne konsekwencje używania telepatii, Carey wyciągnął kilka smaczków na temat tej mocy. Dobry komiks. Są takie tygodnie jak ten, kiedy dobrze jest być fanem Marvela.

Delirium: Cisza przed burzą, podczas której możemy pobyć trochę z Rogue i zobaczyć, jak ta nowa sytuacja na nią wpłynęła. A wpływ jest wyraźny, bo widać, że jest w niej sporo entuzjazmu, nowych sił i chce robić wszystko. Przy okazji możemy też sobie wyobrazić, jak to jest zostać telepatą na jeden dzień, co okazuje się wcale nie być takie fajne. A w tle lekko posuwa się wątek Gambita i coś dzieje się z Indrą, co również nieźle się zapowiada. Kolejne 7/10.
S_O: Perypetie Tele-Rogue przezabawne, zwłaszcza moment ze wspomnieniami (współ)życia z Gambitem i następna, wzięta prosto z American Pie, scena. Paquette zyskałby u mnie duży plus, gdyby w tamtym kadrze umieścił kogoś z "two thumbs up".
Cisza przed burzą jest dobra. Pozwala się przygotować na to, co wkrótce się rozpocznie.
No i przynajmniej się dowiedziałem, że theme z Benny Hilla ma swoją nazwę.

Hotaru: Skucha. Spodziewałem się rysunków Manna, więc stronice Paquette'a zastały mnie ze spuszczoną gardą. Nie przepadałem za jego stylem, kiedy pracował nad Ultimate X-Men, ale tym razem artysta jakby nie mógł się zdecydować, czy konsekwentnie podążać własną ścieżką, bo niektóre kadry przypominają Landa, a inne Dodsona. Efekt końcowy jest jednak nadal co najwyżej średni, a ogólny brak teł boleśnie uwiera. Fabularnie, Carey spuścił z tonu. Czytelnik nie ma wątpliwości, że to cisza przed burzą, ale szkoda, że nie rezonuje w uszach jak niegdyś prolog "Blinded by the Light". Cieszy wykorzystanie młodych mutantów przez kompetentnego scenarzystę. Czekam na więcej.

Krzycer: Dla mnie - numer tygodnia. Scenę, w której Rogue traci kontrolę nad pożyczoną mocą, chciałbym niniejszym nominować do sceny roku. :D
Carey daje nam zerknąć, co siedzi w głowie Rogue, przy okazji rozwiązując - lub tylko sugerując - problemy innych członków obsady. Do tego pochyla się nad młodymi mutantami, a od zamknięcia New X-Men jest ich strasznie mało, zwłaszcza dobrze prowadzonych.
I tylko pan rysownik powinien uważać, bo mam wrażenie, że stworzył w tle paru mutantów, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a przecież na Utopii są sami znani.

straznik: Poprzedni numer bardziej mi się podobał. Ten nie był zły, lubię spokojne odcinki, ale z tego niewiele wynika pozytywów. Może to też dlatego, że nie lubię postaci Rogue i zupełnie nie rozumiem, czemu jest główną postacią serii? No cóż, patrząc na fabułę 'ogólną' to mamy takie dużo lepsze Nation X. Wątek z PF - dobrze, że gdzieś się znalazł i raczej pewnym jest, że 'poleciało' sobie do Hope. Scena z pokazaniem wspomnień odnośnie Gambita fajna, ale wątek miłostek jest już tak wyeksploatowany i męczący, że naprawdę mogli sobie darować. Gambit, Magneto, Iceman.. juuupi...
Rysunki to kolejny minus. O dziwo, w tym tygodniu nawet Hulk ma lepsze, i to dużo.

colossus28: Można było się spodziewać, że po walce z Proteusem przyjdzie spokojny numer, gdzie drużyna będzie leczyć rany. Lubię stonowane komiksy, jednak ten mnie nie zachwycił. Zabawa Rogue w psycholożkę może w przypadku Indry i Santo (notabene okazuje się, że pod tą skorupą to wciąż facet) zdaje egzamin, ale rozmowa z Gambitem to jakaś cholerna pomyłka. Dzięki nowym mocom wykrywa, że z facetem coś jest nie w porządku, że potrzebuje pomocy, ale nie przeszkadza jej to, by po sekundzie zacząc gadać o sobie i wyobrażać sobie "upojne noce" z wyżej wymienionym. Nie ma co - fajna przyjaciółka. Reszta przyzwoita, ale i tak max, jaki mogę dać, to 5/10.
Pariah: Bardzo dobry numer. Tym razem zamiast na ratowaniu świata akcja skupia się na mieszkańcach Utopii. Podoba mi się, jak sprawnie poszło Carey'owi dopięcie wątków miłosnych Rogue, a także pokazanie od strony praktycznej, jak wyglada jej nowa rola mentorki "New X-Men". Cieszy, że Surge i Rockslide w tym numerze rónież nabrali kolorów, choć jednak najciekawiej zaprezentował się Indra. Ma chłopak potencjał na wielką historię. Logiczne jest, że wątek Gambita został na razie jedynie zaczepiony. Carey miałby spory problem prowadzić go równocześnie z Second Coming. Zapewne Paras i Gambit odegrają ważne role w X-Men: Legacy, kiedy już dobiegnie końca wspomniany cross. 8/10



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

aX-23 vol. 2

Autor:
Alina Urusov

Hotaru: W tej okładce, poza nastrojowym schematem kolorystycznym, najbardziej podoba mi się reminiscencja NYX. Nie czytałem tamtej miniserii, ale nie mogę odmówić jej okładkom porażającej zmysły estetyki, której i tutaj nie brakuje. Nawet pomimo kontrowersyjnej kompozycji, gdzie ponad połowa kadru jest pusta.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.03.17


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.