Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #112 - Ender's Game: Battle School HC

egbshc.jpgEnder's Game: Battle School HC
Scenariusz:
Orson Scott Card, Christopher Yost
Rysunki: Pasqual Ferry
Okładka: Pasqual Ferry
Ilośc stron: 120
Cena okładkowa: $24,99
Zawiera: Ender's Game: Battle School #1-5


Bertoluccio: Zawsze, kiedy widzę zapowiedź kolejnej komiksowej adaptacji znanej książki, nie mogę oprzeć się uczuciu, że autorzy liczą na łatwy zarobek, nie zdając sobie sprawy, jak trudne jest to zadanie. Niestety, znacznie częściej niż rzadziej, mam rację i otrzymujemy pozycję słabą. Ale czasem zostaję zaskoczony i tak właśnie było w przypadku Ender's Game: Battle School.

Christopher Yost oraz Pasqual Ferry podjęli się odważnego zadania przełożenia na język komiksu jednej z najlepszych książek science fiction w historii. I już na starcie dokonali świetnego wyboru, zapraszając do współpracy autora pierwowzoru, samego Orsona Scotta Carda, aby wspólnie na nowy sposób przedstawić opowieść o dziecku-geniuszu oraz największej nadziei ludzkość – Andrew "Enderze" Wigginie.

Historia pokrótce przedstawia się następująco: Kilkadziesiąt lat temu, podczas inwazji obcej rasy zwanej Formics, ludzkość została prawie doszczętnie zniszczona. Tylko dzięki jednemu człowiekowi oraz jego geniuszowi taktycznemu udało im się przetrwać. Teraz, zdając sobie sprawę z nieuchronnie zbliżającej się kolejnej inwazji, szukają jego potencjalnego następcy, który poprowadziłby ich ku kolejnemu zwycięstwu. W tym celu powstaje elitarna Szkoła Wojenna, do której trafia Adrew Wiggin, chłopak o nieprzeciętnej inteligencji i największym potencjale, aby stać się przyszłym zbawcą ludzkości. O ile tylko wcześniej nie złamie się pod presją, na jaką wystawia go jeden z dowódców, chcąc uwolnić jego pełen potencjał.

Niewątpliwą zasługą Yosta jest fakt, że komiks czyta się świetnie. Udało mu się idealnie przenieść na karty komiksu znane z książki sceny, zachowując zarówno wierność oryginałowi, jak i zapewniając odpowiednie tempo akcji. Ale szczególne brawa należą się Ferry'emu, dzięki któremu możemy zobaczyć coś, co po przeczytaniu książki istniało tylko w naszej wyobraźni. Projekty wnętrz stacji kosmicznej oraz kombinezonów używanych podczas treningowych walk tylko czekają, aby ich użyć w adaptacji kinowej, jeżeli kiedyś do niej dojdzie.

Można sobie zadać pytanie - czy ta adaptacja ma jakieś wady? Widzę potencjalne dwie. Po pierwsze historia zawarta w pięciu numerach o podtytule "Battle School" jest zaledwie częścią całej książki i chociaż kończy się w dobrze wybranym momencie, to jednak wolałbym, aby adaptacja wyszła jako całość, bez dodatkowych podziałów. Dalszy ciąg zawarty został w kolejnej mini-serii o nazwie Ender's Game: Command School. Po drugie, adaptacja może być trudna w odbiorze dla osób nieobeznanych wcześniej z książką, ale trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy tak faktycznie jest.

Ostatecznie pozostaje mi tylko polecić lekturę tego komiksu zarówno osobom zaznajomionymi z książkowymi przygodami Endera, jak i nie. Z pewnością się nie zawiedziecie.

Hotaru:
W jednym z wywiadów autor książek ze świata Endera, Orson Scott Card, przyznał, że nigdy nie podchodził do swoich powieści w sposób graficzny. Jego proza jest pełna opisów, ale dotyczą one raczej niematerialnych idei czy abstrakcyjnych wewnętrznych odczuć bohaterów. O wiele łatwiej poznać wszystkie nadzieje i lęki postaci niż jej kolor oczu. Podobnie, pisarz dostarcza wszelkich informacji potrzebnych do sklejenia panującego porządku społecznego, ale żadnych, jeśli chodzi o obowiązującą modę.

Nie przeszkadza mi to. Historie opowiadane przez Carda są tak wyjątkowe, że podczas lektury jego książek zaprzątam do pracy emocje, a nie wyobraźnię. Wciąga mnie intryga oraz – co ważniejsze – uczestniczące w niej postaci, i to do tego stopnia, że ani na moment nie odczuwam braku jakiejś materialnej kotwicy. Pisarz tak fascynująco maluje wnętrza bohaterów i targające nimi uczucia, że czytelnik mimochodem wizualizuje kilka niechlujnych niemal kresek służących za punkt materialnego odniesienia, minimum pozwalające uniknąć odczucia, że całość jest zawieszona w próżni.

Bo czy potrzeba widzieć hermetyczne wnętrza Szkoły Bojowej, by zanurzyć się w umyśle doprowadzonego do granic wytrzymałości sześciolatka?

Właśnie ten wybitnie niewizualny świat Christopher Yost i, przede wszystkim, Pasqual Ferry mieli przenieść do wybitnie wizualnego medium – komiksu. Zadanie z góry skazane na porażkę? O dziwo – nie.

Ci, którzy przeczytali opowiadanie lub nagrodzoną Hugo i Nebulą powieść, wiedzą, czego się spodziewać, bo Ender's Game: Battle School jest wierną adaptacją pierwszej połowy literackiego pierwowzoru. Poznajmy więc Andrew Wiggina, sześciolatka, najmłodszego z trójki rodzeństwa w społeczeństwie, w którym restrykcyjne prawo kontroli populacji zezwala tylko na dwójkę. Andrew nie urodził się jednak wbrew prawu, bo to zrobiło dla niego wyjątek. Rząd ma nadzieję, że Ender, jak sam siebie nazywa, okaże się genialnym dzieckiem, którego od dziesiątek lat poszukują. Dzieckiem, które pozwoli ludzkości przetrwać, kiedy nadejdzie Trzecia Inwazja insektoidalnych obcych zwanych Formidami. Jesteśmy świadkami pierwszego egzaminu chłopca. Egzaminu, po którego zdaniu czeka Endera nagroda – odseparowanie od rodziny i przyjaciół i umieszczenie na stacji orbitalnej zwanej Szkołą Bojową, gdzie trenuje się przyszłych dowódców w wojnie z Formidami.

Oglądamy świat zarówno oczami chłopca, jak i jego nauczyciela. Szybko orientujemy się, że konflikt nie tyle dotyczy ludzi i obcych, co dzieci i nauczycieli. Stawką jest przetrwanie rodzaju ludzkiego, a chociaż trudno wyobrazić sobie coś większego, to z każdym kolejnym egzaminem, przed którym staje Ender, zaczynamy zastanawiać się, czy przetrwanie człowieka jest warte życia jednego, małego chłopca. Tym bardziej, że nauczyciele skrywają jakąś mroczną tajemnicę.

Christopher Yost nie miał łatwego zadania. Jakby zwykłe trudności z adaptacją tak niefilmowej książki na komiks to było za mało, scenarzysta musiał zmierzyć się z materiałem, który wielu traktuje z nabożną wręcz czcią. Chociaż od premiery powieści upłynęło już kilka dekad, ta nadal rokrocznie znajduje ponad sto tysięcy nabywców w samych Stanach Zjednoczonych. Uwielbia ją nie tylko młodzież. "Gra Endera" została wpisana na listę lektur amerykańskich szkół oficerskich, gdzie przyszli kapitanowie, pułkownicy i generałowie uczą się, jak być dobrym dowódcą. Yost musiał mieć świadomość, że potencjalna porażka może być spektakularna. Strach jednak nie zadziałał paraliżująco. Scenarzysta nie zawiódł.

Szacunek względem oryginału, jaki przebija z każdej strony skryptu Christophera Yosta, na pewno przyczynił się do sukcesu. Poczynając od strony rozpoczynającej każdą z odsłon, podobnie jak książkowe rozdziały, gdzie poprzez krótkie dialogi zaglądamy trochę za kurtynę, na minimalistycznych narracjach wewnątrz numerów kończąc. Właśnie ta druga rzecz bardzo mi zaimponowała i dlatego przy opiniowanie każdego kolejnego zeszytu zachwalam dokonania Yosta i do znudzenia krytykuję pracę Roberta Aguirre-Sacasy nad adaptacją "The Stand" Stephena Kinga. Bo Yost nie poszedł na łatwiznę i chociaż to bardzo trudne, pozwolił, by przemówiły obrazy. Wprawdzie wiedział, że Pasqual Ferry podoła temu zadaniu, ale Mike Perkins też nie urwał się z choinki, więc Sacasa nie ma wymówki.

Tym sposobem dochodzimy do oprawy graficznej, która w tej miniserii po prostu miażdży. Pasqual Ferry nie miał łatwego zadania. Nie tylko musiał zmierzyć z bardzo mało wizualnym oryginałem, ale też miał świadomość, że jego projekty będą punktem wyjścia dla będącej w przygotowaniu filmowej adaptacji. Ogrom pracy, jaką artysta włożył w ten projekt, jest nie do przecenienia. Ferry stworzył praktycznie cały świat przedstawiony – poczynając od ubrań czy architektury wnętrz w zwykłym amerykańskim domu, po mundury, uzbrojenie i projekt orbitującej Stacji Bojowej. Wszystko jest spójne i, co ważniejsze, prawdopodobne w swej użyteczności. Dla przykładu skafandry bojowe zostały zaprojektowane nie tylko w taki sposób, by wykonywały wszystkie funkcje opisane w powieściach (nawet jeśli te funkcje nie są wspominane w samym komiksie), ale też z myślą o przyszłej ekranizacji.

Tytaniczna praca w fazie przygotowawczej nie wyczerpała Ferry'ego. Jaka frajda byłaby w budowaniu solidnych fundamentów, jeśli potem stanąć by miał na nich szałas? Ferry w dalszym ciągu dawał z siebie wszystko. Każdy numer obfituje w epickie ujęcia, czy to pierwsze bitwy w sali bojowej, czy to fizyczne starcia Endera poza rozgrywkami, wreszcie bajkowo-psychodeliczną grę fantasy. Nigdzie nie widziałem równie dobrze oddanego stanu nieważkości. Yost czasami omijał całe stronice opisów wewnętrznych bohaterów, decydując się zastąpić je jednym kadrem Ferry'ego. I ten kadr naprawdę działa.

Jakby tego było mało, odpowiedzialny za kolory Frank D'Armata osiągnął kreatywne apogeum. Nieczęsto podczas lektury komiksu wpatruję się w stronice chłonąc kolory, podziwiając grę światła i cienia, czy też po prostu kontemplując nastrój budowany przez barwy. D'Armata mnie zachwycił. Jego praca jest spójna i konsekwentna, ale nigdy nudna. Podziwiam miękkie przejścia, sposób, w jaki schemat kolorystyczny buduje nastrój ze sceny na scenę czy zabawę efektami specjalnymi takimi jak rozmycie, rozpikselowanie czy flara. Nie ma rozdźwięku pomiędzy rozgrywającą się w XXIII wieku fabułą, a jej graficzną reprezentacją.

Chociaż chciałbym polecić ten komiks każdemu, to z obowiązku wspomnę o kilku jego aspektach, które nielicznym mogą zepsuć frajdę z zakupu. Jeśli inwestujecie w wydania zbiorcze dla dodatków, to Ender's Game: Battle School wyda się pozycją wybitnie ubogą – tutaj liczy się ciasto, a nie rodzynki. Podobnie, jeśli brutalna graficzna przemoc wśród kilkuletnich dzieci winduje wam ciśnienie, przed lekturą zaopatrzcie się w odpowiednie leki. Oczywiście, decydując się na zakup trzeba mieć też świadomość, że to dopiero połowa historii. Czytelnik spodziewający się zamkniętej całości niemiło się rozczaruje, dlatego wydaniu zbiorczemu Battle School musi towarzyszyć Command School.

Jeśli wspomniane powyżej potencjalne niedogodności nie są dla kogoś istotne, to nie ma powodu, by Battle School go zawiodło. Jest to jeden z najlepszych komiksów, jakie Marvel wydał ostatnimi laty i wydanie zbiorcze na pewno będzie stanowiło perełkę każdej komiksowej kolekcji.

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.