Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #110 - Punisher: Dark Reign TPB

PUNISHER: DARK REIGN TPBlt_110.jpg
Okładka: Mike McKone
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Jerome Opena
Cena okładkowa: 16.99
Liczba stron: 136
Zawiera: Punisher vol. 2 #1-5

Spell:
Od kilku lat dla fanów Franka liczą się tylko komiksy z imprintu MAX, zaś to, co dzieje się w Uniwersum 616, to delikatnie mówiąc syf, kiła i malaria. Z tego powodu co i rusz resetowano serie, wymyślano nowe, za każdym razem obiecując nową jakość. Do Punisher vol. 2 podchodziłem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony Frank to jedna z moich ulubionych postaci i z tym komiksem rozpoczynałem pisanie streszczeń dla WJ na Avalonie. Z drugiej, widząc, co ostatnio wydawano, nie miałem zbyt dużych oczekiwań. Na całe szczęście dość pozytywnie się zaskoczyłem.

Rick Remender jest uznawany za człowieka, który przywrócił Franka dla Uniwersum 616. Historia okazała się niezła i całkiem świeża. Po Secret Invasion Castle nie ma zamiaru przyglądać się, jak Norman przejmuje władzę i postanawia go zdjąć. Zamach zostaje przerwany przez Sentry'ego. Od tego momentu rozpoczyna się wojna między Punisherem, Osbornem i obecnym królem podziemia, czyli Hoodem. Bohater zdobywa dostęp do superbroni, dzięki której może stawić czoła superzłoczyńcom. Dzięki niej jest w stanie sabotować działania Hooda, a nawet w finale historii rozwalić jego bazę. Największa zaleta tej historii to zbliżenie Franka do reszty uniwersum. Nie jest to kolejna historia, w której nasz mściciel wybija mafijną rodzinę. Tutaj Castle jest częścią Dark Reign. Dodatkowy atut to bardzo dobry sposób prowadzenia postaci. Puni jest małomówny i myśli tylko o zabijaniu, jest nowy pomocnik Henry z rodzinnym sekretem, a Hood jest prawdziwym badasem. Zakończenie tej historii przynosi nam rewelację w postaci wskrzeszenia Micro. Jakby tego było mało, to niektóre teksty, które miały być śmieszne, są śmieszne.

Rysunki Jerome'a Openy nie są doskonałe, ale spełniają swoją rolę. Przede wszystkim nie przeszkadzają w odbiorze historii i utrzymują mroczny klimat. Trochę przeszkadza, że artysta wkłada bardzo mało pracy w drugi plan. Osobny temat to okładki. Moim zdaniem są super. Wiele z nich to nawiązanie do klasycznych okładek Punishera, co jest miłym ukłonem w stronę fanów.

Podsumowując, pierwsza historia w restartowanej serii naprawdę może się podobać. Jest to powiew świeżości w skostniałym świecie Franka. Jak dla mnie to pierwszy komiks z uniwersum 616 o Punim, który warto kupić i przeczytać.


coverJaro: Lubię to, co Marvel zrobił ze swoimi tytułami w ramach Dark Reign. Zmiana komiksowych "złych" w "dobrych pod publikę" to nie tylko zręczny chwyt twórców. Jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi - po Civil War, Dark Reign to kolejne w ostatnich latach rzucenie rękawicy etosowi amerykańskiego komiksu popularnego, próba zapytania, o co tak naprawdę chodzi w całym tym superbohaterskim cyrku. Dlaczego w ogóle o tym piszę? Ponieważ za taki sam, rozpoczęty dużo wcześniej eksperyment, można uznać postać Punishera. Bo jak inaczej nazwać "bohatera", który nie strzela laserami z różnych dziwnych części ciała, ale za to bez żadnych skrupułów czy wyrzutów sumienia robi ze wszelkiej maści przestępcami to samo, co z niepożądanymi gryzoniami smutni panowie od deratyzacji? Frank Castle od początku nie pasował do głównego nurtu superbohaterstwa i nic dziwnego, że najlepiej czyta się te jego historie, w których przerzedza szeregi nie pajaców w rajtuzach, ale zwykłej, szarej masy tworzącej półświatek.

W odwróconej do góry nogami rzeczywistości Dark Reign oczywisty wydawał się kierunek, w jakim podąży Punisher - nie mógłby jak gdyby nigdy nic wykańczać "zwykłych" bandziorów, podczas gdy superprzestępcy de facto przejmowaliby kontrolę nad USA. Jednocześnie naprawdę trudno bez popadania w absurd lub przymrużania oka napisać historię, w której Frank Castle staje do walki z sensowną postacią obdarzoną nadludzkimi mocami. A Rickowi Remenderowi to się udało. I to udało się bardzo dobrze, i na dodatek zagrał na nosie tej klątwie Punishera, na sam początek każąc mierzyć mu się z chyba najpotężniejszym dostępnym bohaterem - Sentrym.

Remender nie ma złudzeń co do postaci Castle'a. Zaczyna z grubej rury, dając mu do rąk karabin kosmicznego pochodzenia, by z odległości mili celował w głowę sprawcy całego zamieszania z Dark Reign, Normana Osborna. Kulę tuż sprzed nosa Osborna przechwytuje Sentry i natychmiast rusza za Frankiem. Remender świetnie rozgrywa to starcie. Nie kombinuje, tylko po prostu pokazuje ucieczkę Punishera, który nawet nie tyle co pokonuje przeciwnika, ale dzięki własnemu sprytowi znajduje drogę do zapewnienia sobie w miarę bezpiecznego odwrotu. Wszystko ma tu sens, wszystko trzyma się kupy.

Na dłuższą metę takie rozwiązanie nie miałoby szans się sprawdzić. Remender wysyła więc Punishera na krucjatę przeciw Osbornowi - ale znowu, nie rzuca go z grabkami na supernową, tylko każe mu rozpracowywać różne półświatkowe szemrane interesy, z którymi w jakiś sposób powiązany jest docelowy przeciwnik. I tak, "rozpracowywać" to tu eufemizm dla bardzo brzydkiego i w sumie leciuchno podobnego słowa. Także późniejsze, nieuniknione starcie z siłami Hooda to cały czas naturalny dla Franka street level i może eliminować przeciwników nie gwałcąc czytelnikowi ośrodka mózgu odpowiedzialnego za logikę.

Laurki ciąg dalszy - naprawdę świetnie się to wszystko czyta. Remender podchodzi do Castle'a ze sporym dystansem, ale jednocześnie traktuje tę postać na serio. Fabuła naiwna też nie jest, poza tym sporo pojedynczych, wyrwanych z kontekstu motywów robi bardzo dobre wrażenie. Na dotatek Remender ma niezwykły dar do pisania zarówno dialogów, jak i wewnętrznych monologów bohatera. Te są jak wyjęte z rasowego, czarnego jak widok z sześciu stóp pod ziemią kryminału i doprawione mocno całkowitym brakiem złudzeń, kluczowym w remenderowej interpretacji Punishera. Oddajmy głos Frankowi:

"Fall from this height should put me out for good. But St. Joseph cuts me some slack. Payback for a childhood wasted in church. The barb in my kidney? That's for everything I've done since."

Ładne, prawda?

Rysunki. Jakby Todd McFarlane dorwał się do prac Romity syna, przerysował je przez kalkę, a potem wyrzucił wściekły do kałuży, wyszłoby mniej więcej to, co jest tutaj. Czyli taka mała bomba. Jerome Opena rysuje dokładnie tak, jak pisze Remender, może nawet lepiej. Brud sączy się z tej oprawy graficznej, ale jest też i dystans, i ironia, i, najwyraźniej wspominany tu raz po raz, brak złudzeń. Bo świat jest brzydki, bo dziwka windziarka ma fałdki tłuszczu na boczkach, bo Frank jest stary, zmęczony i z nieodłączną kurwą na twarzy. Dodatkowo, jak łatwo się domyślić z powyższego opisu, spójność między formą a treścią jest bliska idealnej, a za to zawsze trzeba mocno przytulić twórców.

Na koniec pobawię się w upraszczanie, bo przecież nic nie smakuje lepiej w podsumowaniach. Ale - jakby tu dodać parę bluzgów, trochę flaków i jakiś konkretny obrazek na okładkę, nie to wyjęte z wiadomo skąd badziewie, to byłby MAX. Chyba.

Reasumując: czytać? Czytać.

LTneutral.jpg


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.