Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #131 (22.02.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 22 lutego 2010Numer: 7/2010 (131)


Z bohaterek uczestniczących w pierwszych czterech pojedynkach Ladies League największą rolę odegrała w zeszłym tygodniu Psylocke - niestety koniec jej solowej miniserii jest raczej antyreklamą tej postaci.



Amazing Spider-Man #621
Delirium: Zamienili miernotę na porządnego Larka i od razu chce się czytać. Tym bardziej, że skrypt Slotta też zły nie jest. Przynajmniej jeśli chodzi o współpracę z Cat i konfrontację z Negativem. Niestety, seria zabrnęła za daleko i ogólny kierunek przestał mi się podobać, więc dodatkowe wątki po prostu spływały jak po kaczce. Jest jeszcze jedna rzecz, która szczególnie mnie tu irytuje, a mianowicie obsesyjne unikanie faktu, że Pajęczak należy do Avengers. Przy całym tym podkreślaniu, jaki to niebezpieczny jest Pan Negatyw, bardziej logiczne byłoby chyba zebrać drużynę i zrobić mu wjazd na chatę, niż bawić się w wykradanie fiolki i ucieczkę. Tym razem jednak łaskawie dam 6/10.
Krzycer:
Dobre ilustracje. Historyjka krótka, ale treściwa. Domknięcie wątków z poprzedniej historii. Ładne, zgrabne i zabawne. Bardzo porządny numer.

Black Widow & The Marvel Girls #4
Hotaru: To najlepsze rysunki Miyazawy, jakie miałem okazję oglądać. Duża w tym zasługa Veronicki Candini, która pomimo wybitnie kreskówkowej bazy nie poszła w kierunku kreskówkowych kolorów, a dała z siebie wszystko. Szkoda tylko, że nie współpracowała tym razem z Espinem. Bo tak ostatni numer tej miniserii jest jednocześnie najgorszym. Nie zadecydowała o tym jednak oprawa graficzna, ale scenarzysta - tym razem relacje Wdowy z gościnnie występującą heroiną (Storm) nie miały w ogóle polotu. Pomiędzy paniami ani na moment nie zaiskrzyło. Spoglądając jednak na miniserię jako całość, to całkiem przyjemne czytadło.
Sc0agar4k:
Interesujące zakończenie. Duet Black Widow i Storm był zapowiedziany, ale nikt nie wspominał o występie gościnnym. I to właśnie ta postać grała tu pierwsze skrzypce. Mole Man de facto skradł cały numer, choć i tak nie udało się podnieść ponad stany średnie. Może to wina rysunków, które mnie nie przekonały. Ocena 6/10. h

Black Widow: Deadly Origin
#4

Delirium: Skończyło się. I właściwie nie zauważyłem, jak, bo cały czas się zastanawiałem, dlaczego ten cholerny robot ma wąsy?!? Stalowe wąsy, żeby nie było... Nie wiem, co Raney chciał przez to osiągnąć? Wygląd radzieckiego maczo? Cała ta seria była najwyżej średnio wciągająca, więc nie dziwota, że zapamiętam z niej tylko robota z wąsami. A ocena niech będzie 5/10.

Hotaru: Co się stało? Nie pojmuję, jak Paul Cornell, którego lubię i daję mu naprawdę wysoki kredyt zaufania, mógł spłodzić takie coś. Przecież ta miniseria polega na każdej płaszczyźnie - nieklejąca się fabuła, struktura spójna jak potłuczone lustro i zakończenie tak biedne, że aż się w pale nie mieści. Do tego rysunki Raneya są tak brzydkie, jakby artysta ilustrował skrypt przed Annihilation: Conquest. Lepiej zapomnijmy, że ten potworek w ogóle ukazał się w druku.

Gamart: Dobra, co to miało być? Wątki z przeszłości od pierwszego numeru były fajnie prowadzone. Rozchwiana psychika Natashy, wytłumaczenie jej wieku, ułożenie i wytłumaczenie związków z bohaterami, a do tego wszystkiego ciekawie przedstawiony Ivan, motyw z nauczycielem, który zakochuje się w swojej wychowance i naprawdę bardzo dobre rysunki. Z drugiej strony wydarzenia teraźniejsze to przeraźliwe #@$%$%$#. Bzdurny pomysł z nanitami, zrobienie z Ivana wąsatego Transformera, okrutne zamordowanie jego wątku i wysłanie Natashy w kosmos. Tylko pocałunek z Mockingbird fajny. Ech, a można było zrobić sam origin i dostalibyśmy naprawdę dobrą historię.
Krzycer: Retrospekcje wyglądały ładnie i miały sens, tak jak od początku miniserii. To, co się dzieje w teraźniejszości, jest miejscami brzydko narysowane i z numeru na numer było coraz głupsze. Ten numer był ukoronowaniem tych tendencji. Szkoda, że seria była tak nierówna. Ale jeśli przymknąć oko na jej wady, pozostanie fajne grzebanie w przeszłości Wdowy i pocałunek z Mockingbird, a to całkiem sporo. ;)

Captain Americ
a #603

Delirium: W Ameryce znów biją Murzynów! I to kto? Sam Captain America! Co z tego, że podrabiany, skoro sami nas nauczyli, że chodzi o symbol. I jest w tym jakieś drugie dno, że tzw. Ameryka B dostała własnego Kapitana, który jest tak samo walnięty i zacofany, jak ta banda faszyzujących redneków, która oburza się, że pokazuje się ją jako bandę faszyzujących redneków. Pod tym względem doceniam pomysł Brubakera, ale niestety pierwszoplanowa fabuła nie dorasta do idei, bo trochę nudzi, a trochę powiewa naiwnością. W dodatku rysunki wyglądają coraz gorzej i w panelach dominują chudzielce o zbyt długich rękach. Ale powiedzmy, że za całokształt może być jeszcze 6/10.

Lokus: Jest w tej serii coś takiego, że czytam ją przy okazji każdego kolejnego numeru, chociaż już od dobrych kilku miesięcy zwyczajnie przestały mi się podobać historie w niej zawarte. Przy okazji tego numeru jest podobnie, bo opowieść o ataku Kapitana z innego czasu zwyczajnie mnie nie kręci. Jedyne, o czym mogę pochlebnie się wyrazić, to z całą pewnością rysunki Luke'a Rossa. Wkładka z Nomad tradycyjnie bez większych rewelacji i traktuje ją jako swoistą ciekawostkę. Dam 4/10 i... czekam na kolejny numer.

Krzycer: Chciałem napisać, że to kolejna cegiełka do trejda, ale to nieprawda. Cegiełki do trejda Brubaker dodawał w ogromnych historiach ze śmiercią Capa, wyborem nowego, wreszcie powrotem starego. A tutaj mamy do czynienia z niezbyt ciekawą, kolejną częścią historii, która nawet jak już zostanie zebrana w trejdzie, nie będzie szczególnie interesująca. Chyba, że przyszłe numery zmienią moją ocenę. Przynajmniej Luke Ross się wyrabia.
Najjaśniejszy punkt numeru: Falcon mówiący o narzekaniach Steve'a na plany Bucky'ego. Celna złośliwość wymierzona w stare historie.


Daredevil #505

Delirium: Wycieczka do Kraju Kwitnącej Wiśni zdaje się mieć zbawienny wpływ na tę serię, która zagrzebała sie trochę w kanałach pod Hell's Kitchen. Zmiana klimatu i nowy zestaw postaci przynosi powiew świeżości, a fabuła jest na tyle solidna i wciągająca, że daje radę utrzymać klimat. Duży plus także za rysunki. Marco Checchetto znakomicie odnajduje się w orientalnych realiach i efektownie pomaga budować klimat. Tym razem 7/10 dla pana w czerwieni.

Lokus: Podoba mi się to, co dzieje się na łamach tego komiksu. Nigdy nie wątpiłem w umiejętności Diggle'a i póki co nie zawodzę się. Daredevil jako lider Hand stał się dla mnie jeszcze ciekawszy niż za czasów runu Brubakera, a i pozostałe wątki zgrabnie wplatają się w główną historię. Czekam na więcej, czego niestety nie mogę powiedzieć o artyście. Rysunki Marco Checchetto jakoś nie podchodzą mi zbyt bardzo i dlatego obniżę swoją ocenę do 7/10.

Gamart: Wprowadzenie wątku z Hand to najlepsze, co się przydarzyło Daredevilowi od dawna. Klimat filmów gangsterskich z Hong Kongu wylewa się z kartek i już myślałem, że Johnnie To postanowił popisać komiksy. Rysunkowo to też ekstraklasa, wystarczy zobaczyć wejście Matta w czerwonej koszuli na spotkanie z Hand. Mam też nadzieję, że jak za najlepszych czasów, wszystko to uderzy Murdocka ze zwielokrotnioną siłą i tylko ostatkiem sił uda mu się wygrzebać.
Krzycer:
Wydawało mi się, że postawienie Matta na czele Hand jest idiotycznym posunięciem. Ten numer pokazuje, jaki w tym pomyśle tkwi potencjał. Do tego podoba mi się twarz nowej, młodej Hand w osobie daimyo Bakuto.
Rysunki świetne.


gDark Avengers #14
Delirium: Nie tego się spodziewałem, ale i tak nie jest źle. Początek to mocna rozgrywka panny Hand i trochę światła na gliniane nogi kolosa, jakim jest Osborn. Później wracamy do wątku z Sentrym, który kończy się zdecydowanie zbyt szybko i mało efektownie, ale swój sens ma. Coraz więcej wskazuje, że to nie Void, ale Bob jest urojoną osobowością, która płata figle oryginałowi i w tej sytuacji jest to jak najbardziej logiczne. Rysunki nadal dobre. Na plus taki mały smaczek - para Pajęczaków, która rzeczywiście powinna być najbliżej budynku, zgodnie z New Avengers. Na minus - Moonstone i Bullseye baraszkujący, ale całkowicie ubrani. Ogólnie dość mocne 7/10.

Hotaru
: Wow. Kolejny przegadany numer - kto by się spodziewał. Ale już bez sarkazmu - przyjemnie się to czytało. Pomimo mojej całej awersji do Bendisa muszę przyznać, że Victoria Hand mu się udała jak mało kto. Wyrosła nam z niczego naprawdę świetna postać i będzie mi naprawdę przykro, jeśli okaże się jedną z ofiar Siege, czego się obawiam. Deodato wspiął się na wyżyny swego kunsztu. Bendis wcale mu nie pomógł, ponownie pisząc skrypt opierający się w znakomitej części na gadających głowach. Wielu rysowników poległoby na tym, a on wycisnął z tego tyle dramaturgii, ile tylko było można, po czym dorzucił jeszcze trochę. Bendis nie zasługuje na takiego rysownika i dobrze, że niedługo będzie musiał użerać się z Romitą Jr.

Demogorgon: Rozczarowanie. Ale może zacznijmy od pozytywów - warsztatowo, jak to Bendis, dobrze, dialogi świetne i intrygujące. Wielki minus, po pierwsze, za to, że naprawdę niewiele się dowiedzieliśmy, było to kompletnie niepotrzebne, a po przeczytaniu moją reakcją był okrzyk "To wszystko?". W porównaniu z poprzednim, genialnym numerem, potworny spadek formy.

czarny_samael: I... Nie tego się spodziewałem. Wiecie jak to jest, gdy już czekacie na to, jak w filmie SF mają pokazać kosmitę/potwora i tego nie robią? Dokładnie tak samo się poczułem, gdy zauważyłem, że to już koniec tego komiksu. Bendis już wszystko tak podkręcił, że czekałem na ten numer jak nie przymierzając na Siege i skończył ten wątek nijako. Ten numer ma duży plus za rozmowy... Właściwie wszystkich ze wszystkimi ;). Jednak mało w nim akcji. Nastrój jest zepsuty już na samym początku, kiedy dowiadujemy się, że wszystko to dzieje się przed Siege, co pokazuje, że nie będzie żadnych konkretnych konsekwencji tego numeru (liczyłem, że w jego trakcie akcja "przeskoczy", ale jak się okazało, pomyliłem się). Rysunki trzymają klimat, jak zresztą zawsze w tej serii. Ogólnie rzecz biorąc 6/10. Szału nie było.
Bertoluccio:
Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Po ostatnim świetnym poprzednim numerze i podkręceniu napięcia na maksa, Bendis zafundował nam bardzo dobry komiks, który jednak większość czytelników zawiedzie (w tym mnie), bo nie wyjaśniło się absolutnie nic w sprawie Sentry'ego. Ogólnie 6.5/10.
Pariah: Uuuu, tak cieniutko? Po poprzednim numerze spodziewałem się czegoś dużo więcej... Bendis ma jeszcze sporo kart do odkrycia, jeśli chodzi o Sentry'ego/Voida, a tu, jako że to tie-in, ma do tego najlepsze miejsce. Nie musiałby tego wpychać do głównej miniserii Siege, o ile on to w ogóle zamierza wyjaśnić. Może w typowy dla siebie sposób trzymać to w tajemnicy nie wiadomo jak długo... Generalnie ten numer jest słaby. Dzieje się niewiele, a to, co się dzieje, jest dziwne/naiwne. Rozumiem, że Void może być chętny do rozwiązania swoich spraw bez przemocy, jeśli mu się to opłaci, ale co Osborn może mu realnie zaproponować? Jeśli Void jest taki potężny, to czemu sam sobie z tym wszystkim nie poradzi? W jaki sposób Osborn może wyeliminować Lindy, jeżeli Sentry nie raz już ją wskrzeszał...? 5/10
Krzycer: Ładne rysunki. Jak zwykle. I rozwinięcie postaci Hand, to dobrze. Ale kolejny (...który już?) wyskok Sentry'ego... Nuda, panie Bendis, nuda. Jasne, rozmowa z Osbornem została dobrze poprowadzona i w ogóle, no i wezwanie Bullseye'a sugeruje, że wreszcie będzie jakiś efekt tej rozmowy... Ale i tak - nuda.
Niepokoi mnie za to Void mówiący, że jest nim "trochę" Reynoldsa. Niepokoi, bo to sugeruje, że po Siege mogą próbować przywrócić go jasnej stronie Mocy, a zasługuje już tylko na ubicie...

Sc0agar4k: Victoria Hand pokazuje, że jest twardą babką i to bardzo. Wymiana zdań z Osbornem tylko to podkreśla. Były wielkie oczekiwania co do tego numeru, jednak wydaje mi się, że mamy tutaj coś, co można by nazwać "road to badass Sentry in Siege #2" i dobrze. Dzięki temu numerowi wiemy, w jaki sposób do tego doszło, na reperkusje przyjdzie nam poczekać. Ocena 7/10.
Misiael: Jest... dobrze. Wprawdzie u Bendisa "dobrze" nie jest absolutnie żadną pochwałą, mimo to jednak komiks czyta się naprawdę przyjemnie. Victoria Hand pokazuje pazur, zaś sami Avengers okazują się być tym, czym są - zbieraniną pozbawionych motywacji przestępców, którzy nie potrafią ze sobą współpracować. Void i Osborn - kolejna akcja na krawędzi, do tego wspaniale narysowana - brawa dla Deodato, zwłaszcza za niesamowity plener NYC z dwiema małymi postaciami na niebie - Bobem i Normanem.
Jak już mówiłem - to dobry komiks. Ma wszystko, czego mu potrzeba, dlatego z czystym sumieniem daję mu 8/10 i czekam na kolejny numer.

Deadpool: Merc With A Mouth #8
Delirium: Dwa słowa: profesor Veronica. Prawdziwe wejście smoka, bardzo dobre pierwsze wrażenie i szanse na świetną postać. Ciekawe, czy teraz wszyscy przeciwnicy koszulek z Che chwycą za markery, żeby wymalować jej na piersi czarną kropę [hm, może od razu czarnego Kropę? - political humor bonus for free]. Poza tym okazuje się, że jest trochę głębszego sensu w tej międzywymiarowej kaskadzie Deadpoolów, ale zostawiamy to sobie na później, żeby porozwalać zombiaki. Czyli ni z gruchy, ni z pietruchy - zombie Shamrock! Może być dość mocne 6/10.

Lokus: Może i jestem w mniejszości, ale ten ongoing podoba mi się bardziej niż wyczyny Way'a. Jest tu więcej Deadpoola, którego lubię, Headpool również daje radę, a pozostali bohaterowie nie przeszkadzają. Dodatkowo Bong Dazo jakby bardziej się postarał, bo np. pojawienie się profesor Veronicki narysował znacznie lepiej, niż jakikolwiek kadr z Doktor Betty. Bez zachwytów, ale przeczytać się da. 5/10

Krzycer: Po wyjątkowo marnym poprzednim numerze seria wraca do co najmniej porządnego poziomu, z paroma scenami na poziomie bardzo dobrym. Rozłożyła mnie ekipa komandosów-profesorów, spodobał mi się drobiazg w postaci Deadpoola zasłaniającego się głową przed ostrzami Moon Knighta. Dobrze jest.
Ale mimo, że to seria komediowa i można by na to przymknąć oko, muszę przyczepić się dwóch rzeczy - czemu zombie od razu rzucają się na Wade'a i jego przyjaciół, a olewają oddział AIM? I czemu, czemu, żaden z profesorów nie tylko nie chciał odstrzelić Headpoola, jak tylko go zobaczył, ale nawet się nie zająknął, kiedy Deadpool zabrał go do ich wolnej od zombie kryjówki?


Deadpool vol. 3 #19

Delirium: No dobra, spotkanie dwóch panów w czerwono-czarnych maskach wypada całkiem niezgorzej, zwłaszcza dzięki nawiązaniu do ich poprzedniego spotkania. Prawdą niezaprzeczalną jest, że tamto w ASM #611 było dużo lepsze, ale jak to mówią: nie zawsze musi być kawior. Tylko jak sobie pomyślę, że przeciwnikiem tej dwójki ma być małpa ze spluwami, to aż mnie skręca. Póki co, 6/10, ale zapowiada się spadek na łeb.

Lokus: Dobra, przyznaje: zdania "What up, baby boy? Haven't seen you since Amazing Spider-Man #611" wywołały u mnie śmiech. I to w zasadzie tyle, bo dostaliśmy kolejny słabawy numer, którego nie uratował nawet Spider-Man ze swoim gościnnym występem. Nie wiem, po co wciąż śledzę tę serię... 3/10

Krzycer: Ten gorszy z tegotygodniowych Deadpoolów. W zasadzie jeden z najgorszych Deadpoolów w ogóle. Way nie potrafi pisać Wade'a. Spider-Man też mu nie wychodzi. Poza trzema kadrami, na których Pająk pierwszy raz dowiaduje się o Hit Monkey, nic mi się w tym numerze nie podobało.

Doctor Voodoo: Avenger Of The Supernatural #5
Delirium: Zakończenie godne serii. Początek pokazuje znakomicie, jak wielki jest rozmach wydarzeń, później mamy trochę dramatycznego poświęcenia, zaskakujący zwrot tuż przed finałem i epilog, który zapowiada ciąg dalszy. Niestety, na to raczej już liczyć nie możemy. Prawdopodobnie nie ma też co liczyć na jakiekolwiek nawiązania do wydarzeń tutaj, a wygląda, że była co najmniej jedna znacząca śmierć postaci. Plusem jest też świetny klimat, a całość to mocne 7/10.


fDoomWar #1
Delirium: Zaskakująco dobre, muszę to przyznać. Byłoby lepsze, gdyby wszyscy nie wykazywali tendencji do używania długich zdań złożonych. Początek wydaje się przez to przegadany i dopiero druga połowa numeru jest szybsza i mocniejsza - zwłaszcza końcówka. W pewnym sensie mamy tutaj odwrotność Siege, gdzie więcej się tłuką, a wyjaśnień prawie nie ma. No właśnie, tutaj silny nacisk położono na mocne podstawy historii, którym nie da się odmówić sensu. Nawet jeśli kogoś zupełnie nie obchodzą Pantery i ich Wakandy, jest przecież Doom i X-Men. W połączeniu z dobrymi rysunkami Eatona daje to mocne 7/10.
Hotaru: Siege to event. Określenie tym mianem DoomWar wydaje mi się... uwłaczające. Dla efektów pracy Maberry'ego i Eatona, ma się rozumieć. Bardzo podoba mi się, że scenarzysta, znany pisarz, nie podszedł do komiksu jak do gorszego medium, a do fanów jako odbiorców drugiej kategorii, i zdecydował się napisać historię tak pełnokrwistą, jak się tylko dało. Nawet, jeśli oznaczałoby to brak "szokujących" momentów w otwierającym numerze. DoomWar uderza w zupełnie inne struny, niż miniseria Bendisa, i chociaż czyni to o wiele słabiej, to dźwięk wydaje się trwać zdecydowanie dłużej. A to dopiero początek.
Demogorgon: Eaton + koloryst(k)a (i najwidoczniej też inker) z Marvel Zombies 3 i 4? Intrygujące połączenie. Co do historii, to jest świetna - ciekawie poprowadzona, intrygująca i wybitnie w stylu dobrze napisanego Dooma. Co prawda twist z X-Men przewidziałem i szkoda, że nie ma ich tu więcej, ale i tak jest ok. Dobry komkis, jeden z lepszych w tym tygodniu.

czarny_samael: Miałem tego jeszcze nie czytać, gdyż nie czytałem serii Black Panther. Jednak po zajrzeniu na pierwsze strony nie mogłem się powstrzymać. I ku mojej radości znajomość tej serii nie była niezbędna. Ten komiks ma jednak więcej zalet. Po pierwsze w czasie spotkania Black Panthera z Cyclopsem widać, że najbardziej liczy się dla nich kraj i nie będą poświęcać jednostek dla milionów. Ktoś mógłby powiedzieć, że taki jest po prostu pogląd autora, jednak ten sam autor bierze pod uwagę charakter Storm, która postępuje dokładnie odwrotnie. Drugą zaletą jest brak Namora na tym spotkaniu. Nie wiadomo czy z jego, czy z Emmy inicjatywy (i co najbardziej mnie ciekawi, czy za wiedzą Cyclopsa i czy sojusze Namora mogły mieć wpływ na jego decyzję), ale ten brak ma swoją oczywistą wymowę. Ostatni punkt to radość z tego, że ta historia może różnie się potoczyć, a jej główne zakończenie nie jest oczywiste. Kiedy Nightmare zatakował wiedzieliśmy, że musi przegrać, to samo było z Marquisem, Zadkielem, Typhonem czy Chthonem. Tu jednak Doom może wygrać (bądź uzyskać duże zyski) i nie będzie to kolidowało z innymi komiksami. Co do rysunków, to były dobre i nie przeszkadzały w odbiorze, co tym gorzej wróży kolejnemu numerowi tej mini...
Podsumowując: podejrzewam numer tygodnia i daję 9/10.

Krzycer: Uuu, dobre! Od ukartowanego procesu Storm, przez jej wizytę w i ucieczkę z celi, po Dooma zjawiającego się, by skorzystać z jej usług, wątki w Wakandzie nie zawodzą. A negocjacje T'Challi z Cyclopsem są jeszcze lepsze. I jeśli czegoś mi zabrakło, to jeszcze paru X-Manów biorących udział w wycieczce. To byłoby dobre miejsce, by wykorzystać Nezhno na przykład... a tak Wakanda pozostaje jednym z nielicznych afrykańskich państw nie dających dzieciom karabinów do rąk.
Nie licząc Dora Milaje.
Mam jedną wątpliwość dotyczącą końcówki - nie jest dokładnie pokazane, gdzie znajduje się gość rozmawiający z bohaterami za pośrednictwem hologramu, ale czy Nightcrawler nie teleportuje się tam na znacznie dłuższy dystans niż zazwyczaj?


Ender's Shadow: Command School #5
Hotaru: No i klops. Z numeru na numer chwaliłem zarówno adaptację "Ender's Shadow", jak i "Ender's Game", a teraz trochę żałuję. Chyba rozpieściłem twórców, bo do ostatniego, decydującego numeru, po prostu się nie przyłożyli. Zarówno zespół Yost i Ferry w zeszłym tygodniu, jak i Carey-Fiumara w tym, dostarczyli numery "jedynie" dobre wtedy, kiedy powinny były być fenomenalne. Zakończenie "Cienia" nosi w sobie gigantyczne salwy emocji, które w konfrontacji z chłodno kalkulującą osobowością Groszka były jeszcze bardziej wymowne. Carey zamiast je wydobyć, wręcz je zatuszował, przez co naprawdę emocjonalny moment, który pozostawił, wypada sztucznie, sztywno i wyskakuje na czytelnika jak Filip z konopii. Ta historia zasługuje na o wiele lepszy finał.
Misiael:
To już jest koniec. Miesiące katorżniczego treningu w Szkole Bojowej i Szkole Dowodzenia wreszcie znalazły zwieńczenie. Będziecie zaskoczeni, ci, którzy nie znacie książkowego pierwowzoru. Ale nie aż tak zaskoczeni, jak Ender. I Groszek. Przede wszystkim on.
Rysunki trzymają stały, poprawny poziom. Nie ma nad czym się rozpisywać - to po prostu świetny komiks stworzony na kanwie fenomenalnej powieści. 10/10 za ten numer i za całą miniserię.


Guardians Of The Galaxy vol. 2 #23
Delirium: Oj, rysunki w tym numerze ssają tak mocno, że aż słychać siorbanie. Albo Craig ma jakiegoś doła, albo ktoś z ekipy obrabiaczy grafiki się zmienił i nie podciągają w górę. Fabularnie jednak jest świetnie. Dowiadujemy się, jakim cudem brakująca część drużyny przetrwała, Phyla wymiata, Magus zachowuje się jak Darkside-Wannabe i gościnnie mamy Crystal oraz Blastaara - króla, jesli łaska. A w tle czai się jeszcze jakiś tajemniczy zamachowiec z bazooką pełną potworów (i lepiej, żeby to był jakiś Raptor, a nie Deadpool). Innymi słowy, można puścić te kiepskie rysunki mimo oczu i nadal dobrze się bawić. A impreza jest na mocne 7/10.

Hotaru: To nie jest dobre. Ile można piać z zachwytu nad jednym komiksem? Abnett i Lanning to zimnokrwiste dranie, czerpiące perwersyjną przyjemność z faktu, że piszą scenariusze, do których ten internetowy malkontent nie może się przyczepić. Wstyd! I jeszcze bezwstydnie z numeru na numer są coraz lepsi! Powiadam wam - zło!

Demogorgon: Doom czy nie Doom, to jest numer tygodnia. Może i rysunki brzydkie, ale DnA wspinają się na wyżyny geniuszu, ich fabuła jest pomysłowa, zagmatwana i absolutnie wciągająca. Robią komiksy w dobrym, bardzo dobrym stylu i sprawiają, że czytelnik błaga o więcej. Dla mnie bomba.

czarny_samael: Najpierw zajmę się treścią, bo w tym komiksie trzeba ją i rysunki zdecydowanie rozdzielić. I właśnie treść jest świetna. Bardzo dużo ciekawych pomysłów. 1. Wykorzystanie Phylli jako Avatara Śmierci. Po jej walce z Magusem byłem pewien, że wszyscy o tym zapomną, na szczęście się myliłem.
2. Sztuczka Magusa. Cieszy, że to nie kolejne zmartwychwstanie, a jego umiejętności jako Avatara dały o sobie znać.
3.Zebranie koronowanych głów. Coś takiego było galaktyce potrzebne, pozytywnie odbieram rozmowy z Blastaarem i Crystal.
Rysunki... Tragedia. Przy takiej ilości informacji i wydarzeń chciałem, żeby ten komiks już się skończył. Craig jest dla mnie kandydatem do "nagrody" dla najgorszego rysownika roku. Wątpię, by nawet Romita dał radę tak obrzydzić mi czytanie komiksu jak ten pan dzisiaj. Blastaar raz wyglądał jak małpa, a raz jak prawdziwy monarcha. Phylla czasem nie do poznania, ale co on zrobił z Moondragon to po prostu żenada, wstyd i hańba. Kilka razy miałem wrażenie, że nie ma nosa, albo że jej oczy z kilkunastu procent miejsca zajmowanego na twarzy zajmują nagle jej połowę.
Za treść: 9/10, za rysunki 1/10, nota końcowa (z dużą przykrością) 5/10.

Sc0agar4k: Wiem, że już nie raz to mówiłem, ale się powtórzę: "COSMIC STUFF RULES". Jeszcze trochę i przestanę czytać wszystko inne, bo przestanie być to dla mnie ciekawe. Kolejny raz DnA zafundowali nam prawdziwą ucztę dla ducha i to dosłownie. Magus pokazuje swoje naprawdę mroczne oblicze, ale Guardians nie tak łatwo pokonać, nawet gdy są osłabieni. Nie zabrakło też zabawnych sytuacji. Jednym słowem: jest tu wszystko, co potrzeba dla świetnego komiksu. Powiem to po raz kolejny: "numer tygodnia" i bardzo mocne 9/10. I taka mała ciekawostka na koniec: narodziny Magusa zostały pokazane po raz czwarty, w czterech różnych numerach, z czterech różnych perspektyw. Ma koleś powodzenie :D.

Hulk vol. 2 #20
Delirium: Dalszy ciąg rozwałki, równie wesołej, co bezsensownej. Nawet jeśli ktoś (zakładam, że Pak, bo raczej nie Loeb) pilnuje, żeby wątki FotH jakoś się ciągnęły w miarę zgodnym rytmem, to i tak cała reszta fabuły leży i kwiczy. O chronologii nawet nie będę wspominał, bo ta miota się w spazmach w błocie. Innymi słowy, tradycja tej serii zostaje podtrzymana i przy maksimum wyrozumiałości osiąga co najwyżej poziom 3/10.

Krzycer: Cholera... podobało mi się. Już któryś raz piszę to o komiksie Loeba, ale nadal sam sobie nie wierzę.
Oczywiście, są tu nadal elementy, które ciężko strawić. Na przykład sztucznie brzmiące dialogi na raczej niskim poziomie, gamma-małpy albo to, co McGuiness robi z praktycznie wszystkim X-Manami i T'Challą...
Ale wracając do Loeba: po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zwraca uwagę na continuity, co widać na podstawie stosunków między Beastem i Cyclopsem. Z drugiej strony mam wrażenie, że na urodziny Storm pchaliby się raczej All-New, All-Different X-Men, a nie oryginalni, ale to już drobnostka.
Najjaśniejszy punkt numeru (tak! jest tu taki!): Banner rzucający na zakończenie scysji z Rulkiem "Hulk just wants to be left alone". Rozłożyło mnie.

Black Bolt: Cóż poradzić, uwielbiam rysunki McGuinnessa, więc komiks ma już na starcie u mnie wielki plus. Scenariusz Loeba też był jednym z tych lepszych w jego wykonaniu w tej serii. Kolejne odwołania do daleeekiej przeszłości oraz kilka powalających teksów i scen. Przypomnienie Liddleville, rozmowa Bannera i Rulka w końcówce oraz rozczulająca reakcja Red Ghosta na śmierć jednej ze swoich małpeczek. Heh. Może wciąż to lekko toporne, bo wyraźnie pisane pod młodszego czytelnika, ale swoje momenty ma i co najważniejsze skończyły się wszędobylskie WTFakki. Postacie nie pojawiają się ot tak i zachowują tak, jak powinny. Jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem. Nie tym ogólnie widocznym, który wydaje się być dość śmieszny, ale tym ukrytym, gdzie wszyscy coś knują pod siebie.


eIncredible Hercules #141
Delirium: No i skończyło się hercowanie. Spoilery zdążyły już zdradzić, że skończy się razem z Herculesem, ale i tak zaskoczenie było niemałe. Nikt chyba nie spodziewał się, że tak szybko po wyrwaniu Zeusa z Hadesu przyjdzie mu tam wrócić. Tym bardziej nikt nie spodziewał się, że zabójcą Lwa Olimpu będzie... a, nie powiem :P. W każdym razie niespodzianek jest dużo, wartkiej akcji również, a i rysunki dopisują, więc jest to jeszcze jedno solidne 7/10.

Hotaru: Dobra, Pak i Van Lente dawali nam wcześniej hinty, że bogini mądrości może być w rzeczywistości trochę bardziej wyrachowana, niż można sądzić na podstawie pobieżnej obserwacji, ale coś takiego! Wow! Shocker! Tak mocnego finału się nie spodziewałem! Mam nadzieję, że ta historia wykopie Amadeusa Cho do pierwszej ligi, bo od lat na nią zasługuje, a teraz, kiedy nie ma już Herca, w końcu przestaną go postrzegać jako eromenosa Lwa Olimpu. Jest na co czekać!

Krzycer: O. Do samego końca nie spodziewałem się roli, jaką odegra Atena. Byłem przekonany, że kto jak kto, ale Hercules przepadnie w heroicznej walce, a tutaj... Zaskoczenie. Pozytywne, żeby nie było. Nie spodziewałem się takiego zwrotu po tak komediowej serii.
A skoro o komediowym aspekcie mowa - recap page był wyjątkowo oryginalny, a Pak i Van Lente osiągnęli już taki poziom absurdu, że każda onomatopeja rozbawiała mnie do łez...
Dodatek o Agentach też skończył się sporym zaskoczeniem. :D

Bertoluccio: Już od dłuższego czasu wszyscy wiedzieliśmy, jaki los spotka Herca, ale kto by się spodziwał, jaka osoba będzie za to bezpośrednio odpowiedzialna. Zaskakujące rozwiązanie i jestem ciekaw jego następstw, a Atena wyrasta na prawdziwie interesującą postać. Inna sprawa, jeżeli nordyccy bogowie uważają, że mają ciężko, bo Siege, to niech spojrzą w stronę swoich greckich kuzynów. Zeus dopiero co wskrzeszony, znowu martwy (zaskakujące, nie powiem), Hera martwa, Hercules martwy, Ares martwy, Afrodyta zrezygonowała ze swojego stanowiska. Tak nawiasem mówiąc, mając w pamięci ostatnie wydarzenia z Hadesu, spodziewam się w niedługim czasie jakieś historii o przygodach matwych bogów w tamtej krainie. Za ten numer 9/10.
Black Bolt: Fajny finał fajnej serii. Bywały lepsze odcinki, ale i tak było dobrze, a zakończenie wcale nie było tak przewidywalne, jakby się wszyscy spodziewali.


Incredible Hulk #607
Delirium: Lepsza z odsłon Hulka w tym tygodniu, ale nie zmienia to faktu, że całość jest jednym wielkim "WTF?!" Chronologia znowu leży albo wybiega w jakieś niezrozumiałe dla zwykłego śmiertelnika rejony przyszłości, bo mamy tu jakiś skład Avengers z kosmosu wzięty i Pyma, który zachowuje się, jakby mu czegoś brakowało. Wszyscy tłuką się ze wszystkimi, ale później urządzają zbiorowy uścisk, kiedy dowiadują się, że trzeba ratować ukochaną Bannera. I to ma być oś eventu? Puh-lizz... Rysunki generalnie podnoszą poziom, ale jest kilka takich paneli, gdzie zdecydowanie coś nie wyszło. Całość może dostać 4/10.
Krzycer: Dobrze poprowadzony Pym. Już nawet nie próbuję przypuszczać, o co właściwie - poza odzyskaniem Betty - chodzi Bannerowi i po której stronie Mocy będzie stał po zakończeniu tego wszystkiego. Tylko kiedy to się dzieje, że Thor i War Machine odpowiadają na "Avengers Assemble"? (Monica w ogóle jest tam kwiatkiem do kożucha...)
Pelletier jak zwykle pierwszorzędny.

Black Bolt: Lepsza z części FotHs z tego tygodnia. Banner rozgrywa wszystkich jak chce i wykorzystuje do prywatnych celów, a Avengers się na to godzą jak dzieci. Heh. Szkoda tylko, że Pelletier spuścił nieco z tonu, ale i tak niektóre z jego rysunków są zjawiskowe.
A w historii dodatkowej w końcu wzięli się za łatanie dziur w dotychczasowych wydarzeniach i tego bym sobie życzył już do końca. No i ku zaskoczeniu Red She-Hulk zaliczyła u mnie pierwszego i chyba jedynego plusa (nie licząc kostiumu ;)), bo ma wątpliwości co do prawdziwości zgonu zielonej She-Hulk takie same jak ja.


Marvels: Eye Of Camera #6
Delirium: Byłem pewien, że to miało się skończyć na numerze piątym. Cóż, chyba nie najlepiej świadczy to o wciągalności fabuły, jeśli nawet nie zauważyłem, że się nie skończyła. Plusem tutaj są oczywiście rysunki i sposób zgrania zakończenia z wydarzeniami znanymi z Fall Of The Mutants. Poza tym jednak, nadal nic ciekawego. Takie 5/10.

Lokus: Sporo czasu upłynęło w oczekiwaniu na ten komiks i muszę stwierdzić, że opłacało się, bo to chyba najlepsza odsłona całej tej miniserii. Pamiętam, jak duże wrażenie zrobiło na mnie poświęcenie X-Men w Dallas, gdy czytałem to w Uncanny X-Men. Spojrzenie na to z innej strony wypadło nadspodziewanie dobrze i podniosło w moich oczach ocenę całego MEotC. Miniseria ta z pewnością nie stała na poziomie wydanego niedawno i u nas pierwszego Marvels, jednak i tak warto się z nią zapoznać, chociażby dla świetnych rysunków Jay'a Anacleto, który moim zdaniem godnie zastąpił Alexa Rossa. Z chęcią zobaczę gdzieś jeszcze jego prace. Za numer wystawiam 7/10, natomiast za całość 6/10

Krzycer: Najfajniejszy numer z całej miniserii - i chyba jedyny godny pierwowzoru. Może dlatego, że dzięki Maggie jest bardzo silnie powiązany z pierwszą serią, może dlatego, że przez przywołanie poświęcenia X-Men daję mu tradycyjne +60 za mutantów, a może po prostu dlatego, że są w nim autentyczne emocje. Przypominał mi numer o Gwen Stacy z pierwszej serii.
Do tego miał znakomite rysunki.

Sc0agar4k: Na zakończenie tej serii przyszło nam długo czekać, lecz było warto. Kawał porządnej lektury ze świetnymi rysunkami. Historia Phila Sheldona dobiegła końca. Mieliśmy okazję prześledzić wraz z nim spory przedział czasowy i zobaczyć, jak pewne wydarzenia wpływały na niego. Chyba odczuwam jakiś sentyment do historii o przeszłości, tym bardziej, że wydarzenia w Dallas, o których była mowa w tym numerze, poznałem, będąc jeszcze dzieckiem. Dlatego ocena zarówno dla tego pojedynczego numeru, jak i dla całej serii to mocne 8/10. I szkoda, że to już koniec.

dPsylocke #4
Delirium: Ależ to było niepotrzebne... Trzy i pół numeru nawalanki tylko po to, żeby w końcu uśmiercić postać, co do której od dawna byłem przekonany, że jest martwa, bo zeszła razem z latami dziewięćdziesiątymi. A gdy już w końcu ta straszliwie skrzywdzona bohaterka dokonuje swojej zemsty, wszystko psuje potwornie sztampowy motyw: "ach, spotkałem swoją wielką miłość po tamtej stronie". Cała ta seria jest tak samo żywa, jak papuga ze skeczu Monty Pythona. 3/10 będzie.

Hotaru: Boli. Spodziewałem się jakiegoś katharsis, ale jeśli Yost rzeczywiście wplótł jakieś w swój scenariusz, to zupełnie umknęło mojej uwadze. Po prostu nie rozumiem tego zakończenia, zarówno jeśli chodzi o postać Betsy, jak i Matsuo i Logana. I może nie narzekałbym tak na to, gdyby chociaż rysunki były ładne, ale Tolibao wyjątkowo się nie postarał. Kompletnie zrezygnował z wyczesanych układów kadrów, stawiając na nudną prostotę. Za to potrzebę rysowania fantazyjnych krzywizn odbił sobie na twarzach bohaterów - co za powykrzywiane pokraki! Chciałbym, aby ta miniseria była równie dobra, jak Worlds Apart, ale niestety nie dorasta jej do pięt.

Lokus: Ze wszystkich Yostowych miniserii spod znaku X-Men ta wypadła zdecydowanie najsłabiej. Skoro historia okazała się taka sobie, to liczyłem na warstwę graficzną, gdyż nie od dziś wiadomo, jak... ciekawe ilustracje z udziałem Psylocke można stworzyć. Ale nic z tego, ponieważ Harvey Tolibao również niezbyt się popisał. Słabo panowie, oj słabo. 4/10

Krzycer: O, Logan odpuścił. Kto by przypuszczał? Całkiem zgrabne zamknięcie wątków. Tylko... co z tego? Gdyby Yost pisał jakiś ongoing z Psylocke, to coś by z tego kiedyś mogło być, a tak? Fraction w życiu nie zwróci uwagi, Carey albo wziął Betsy jako ozdobę, albo ma na nią własny pomysł... No nic, pożyjemy - zobaczymy.
Najjaśniejszy punkt numeru: Betsy korzystająca z psy-noża i orientująca się, że Logan odzyskał wspomnienia.

Sc0agar4k: Muszę powiedzieć, że podobało mi się to zakończenie. Nieźle zostało to przedstawione. Sporo walki, niezła kreska. Tylko czy Logan na pewno byłby zdolny do takiego potraktowania Matsuo? Nie jestem do końca przekonany. Skupmy się jednak na Betsy. Rachunek sumienia dokonany, zemsta dokonana. Czas na nowy początek. Za ten numer i za całość ocena 8/10.

Punisher vol. 2 #14
Lokus: Zdaje się, że niedawno gdzieś przeczytałem wiadomość o zbliżającym się "Punisher Reborn". Ucieszył mnie ten news bardzo, ponieważ obecnych przygód Franken... tfu, Franka Castle zwyczajnie nie da się czytać. Rick Remender był w moich oczach jednym z lepszych scenarzystów Marvela, jednak tą historią strzelił sobie samobója w samo okienko, jak Gancarczyk ze Słowacją. Rzucam w cholerę tę serię, przynajmniej do czasu wspomnianego Rebornu. I tylko Tony'ego Moore'a mi żal... 2/10

Krzycer: ...nie do końca podobają mi się rysunki. Nie do końca podoba mi się historia. Całość swój urok ma, a że nigdy nie byłem fanem Castle'a, to w sumie nie przeszkadza mi to, co się z nim stało... Jednak po zakończeniu lektury mogę tylko napisać, że mnie nie ruszyła. Najfajniej wypadły rozmowy z hakerem i rysunki w retrospekcji i na tym skończę.
Black Bolt: Wciąż groteskowe w dobrym tego słowa znaczeniu. Jak dla mnie, Punisher mógłby tak funkcjonować, gdyby nie dość śmieszny layout. Profanacja postaci jakoś mi nie przeszkadza. Za to powrót Henry'ego mocno cieszy. Ale niestety widać, że seria zaczęła być pisana wyraźnie pod wydania zbiorcze. Poprzedni numer to była wyłącznie jatka i masakra, a ten jest w całości poświęcony wspominkom. Na pewno lepiej będzie się to czytało jako TPB.


Spider-Man 1602 #5
Delirium: Rozwiązanie dość oczywiste, ale jednak dobrze rozegrane. Większość wątków została domknięta, ale jakaś furtka jednak została. Naturalnie, narzędziem do rozwiązania problemu okazał się wielki Henri LePym. Dosłownie. Nie zazdroszczę wrażeń tym, którzy plątali mu się pod nogami, kiedy łaził tam taki wielki i goły. Cóż można dodać? Przyzwoite zakończenie przyzwoitej seryjki - 6/10.
Krzycer: Do samego końca bawiło mnie to, jak Parker brał najbardziej wyświechtany banter Pająka i jego przeciwników i przerabiał go na udawany staroangielski. Znalazło się również miejsce na tak klasyczne motywy, jak podnoszenie kupy gruzu czy rozważania o czarnym stroju. Starcie w finale balansowało na krawędzi chaosu, z wracającymi zza kadru kolejnymi przeciwnikami, ostatecznie jednak pozostało po prostu dynamiczne, choć może zbyt zaskakujące. Ilość zwrotów akcji zaczynała ocierać się o absurd.
Żal tylko bardzo fajnego renesansowego Bullseye'a, który nie został wykorzystany w pełni.
Podsumowując całość: jak na tak małą serię Parker wprowadził zbyt wiele postaci, jednak udało mu się stworzyć całkiem zgrabną, niepozbawioną wdzięku i humoru opowieść. Nie jest to nawet w przybliżeniu 1602 Gaimana, ale i daleko do porażki, jaką było 1602: A New World Paka. Czyli najbliżej Parkerowi do 1602: Fantastick Four PADa, a to już zaskakująco dobrze.


Spider-Woman vol. 4
#6

Delirium: Porządny kawałek akcji i kilka porad dla czytelników, którzy chcieliby zostać agentami S.W.O.R.D. w promocji. Chociaż numer wydaje się być nieco z tyłu wzglęgem chronologii, nie ma na co narzekać, bo całość poprowadzona jest tak, że nie miesza. Jedynym dziwnym elementem jest stwierdzenie, że Osborn nie wie o istnieniu S.W.O.R.D., ale zakładam, że ma to jakiś swój sens. I muszę dodać, że styl scenariusza coraz bardziej przypomina mi Alias, co jest naturalnie dużym plusem. Jest nim też fakt, że Maleev świetnie odnalazł się w akcji, chociaż dynamiczne rozróby nie są raczej jego domeną. Znów 7/10 dla Pani Pająkowej.
Sc0agar4k: Spider-Woman vs. Thunderbolts 1:0. Jessica pokazała pazur. Załatwiła Boltsów bez większych problemów. Mamy tu sporą dawkę akcji, wymieszaną z przemyśleniami Jess. Uśmiałem się, czytając jej wymianę SMSów z Abi Brand. Jak zwykle, duet Bendis/Maleev stworzył dobry komiks. Ocena 8/10.

The Stand: Soul Survivors #4
Hotaru: Wydaje mi się, że od ostatniego numeru minęło tyle czasu, że zapomniałem już prawie, iż ta miniseria jeszcze się nie skończyła. A zdecydowanie mogłaby, bo z numeru na numer robi się nudniejsza. Mike Perkins powinien zająć się ilustrowaniem skryptu, który zasługuje na jego talent. Szkoda rysownika.


cUncanny X-Men #521
Delirium: Pojawiło się światełko w tunelu, bo Fraction całkiem przyzwoicie poprowadził Fantomexa. Niestety, cała reszta numeru to standardowy poziom czerstwej chały. Bijatyka z bandą cudaków prowadzi do odkrycia zarazy na mutantów. Brzmi jakoś znajomo... może dlatego, że wałkowali ten temat przez kilka lat ponad dekadę temu! Mags dla odmiany popisuje się swoją mocą, zmedytowywując (trudne słowo) z powrotem Kitty. Miałoby to może sens, gdyby nie fakt, że nawet u szczytu potęgi nie sięgał mocą poza Ziemię na takie odległości, a teraz podobno jedzie tylko na technice. Kwasu do ogórków dolewa nam jeszcze Land, który najwyraźniej nie zauważył, że ludzie mają głowy mniejsze od miednic. Nadal jest to najwyżej 4/10.
Krzycer: Ojejku jej, starcie X-Men z neo-U-Men jest jedną z najgorzej napisanych walk, jakie kojarzę. Zero dynamiki, zero napięcia, zero... czegokolwiek, naprawdę. Koszmar.
Mimo wszystko Fraction dostaje punkty za powiązanie tych frajerów z Sublimem i jego ideologią U-Men, dzięki czemu ta banda ma jednak jakiś sens. Teraz tylko boję się, że albo nic z tego nie wyniknie, albo Fraction to spieprzy.
Tak, jak spieprzył drugi wątek tego numeru. To, że gest dobrej woli ze strony Magneto okazuje się ocaleniem Kitty, jest dobrym pomysłem. Jest naprawdę dobrym pomysłem.
I co z tego, skoro jest tak fatalnie wykonany? To powinna być wielka chwila. Podniosła. A przynajmniej poważna. Decyzja Fractiona, by przez pół numeru Scott i Emma pochylali się nad Magneto, trącając go kijem, żeby sprawdzić, czy żyje, zamienia to wszystko w farsę. A szkoda, bo to fajny pomysł.


Web Of Spider-Man vol. 2
#5

Delirium: Trochę nas tu oszukują, bo numer może sugerować na pierwszy rzut oka, że to oryginalny Vulture będzie kolejnym przeciwnikiem Spider-Mana, chociaż wiemy, że będzie nim podróba. Na szczęście sama historia wyjaśnia, co i jak. Dzięki niej dowiadujemy się też, co dzieje się z Toomsem i że niezły z niego badass. Nigdy bym się nie spodziewał. Dodatkowe historie, jak dla mnie, do zignorowania. A za główną mogę dać nawet 7/10.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:


aDoctor Voodoo: Avenger of the Supernatural #5

Autor:
Marko Djurdjevic

Hotaru: Wybrałem tę okładkę nie tyle z powodu jej walorów estetycznych. Nie oszukujmy się, jeśli za cover bierze się Djurdjevic, to na 90% będzie on ładny. Ale, jak już wspomniałem, nie to zadecydowało. Przekonała mnie sama wizja Jericho i Victora, stojących ramię w ramię i walczących magią - sami przeciw całemu światu. Nie ma wielu bardziej bad-assowych obrazków.


 

Gniot tygodnia:

bIncredible Hulk #607

Autor: John Romita Jr.

Delirium: Gdybym nie wiedział z góry, nigdy bym się nie domyślił, że jedna z postaci na okładce jest kobietą. Obie mają długie włosy i płaskie piersi, obie mają łuki brwiowe neandertalczyków i rzymskie nochale. O muskulaturze Pudziana już nawet nie warto wspominać. Czerwona ma jednak mniejszą dłoń - może to miała być wskazówka?

 

 

 

 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.02.10


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.