Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #129 (09.02.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 8 lutego 2010Numer: 5/2010 (129)


Drugi numer Siege wywołał spore emocje i zróżnicowane reakcje naszych forumowiczów.



dCable vol. 2 #23
Delirium: O, ironio! Imć scenarzysta Swierczynski stwierdził najwyraźniej, że doskonałym domknięciem jego długiej historii będzie powrót do kilku punktów w czasie, które już przerabialiśmy. Takie symboliczne zatoczenie kręgu przed powrotem do współczesności. Gdzie tu ironia, zapytacie? Otóż ukrywa się ona – chichocząc złowieszczo – w fakcie, że nie ma żadnego kręgu, ani zataczania, bo przez cały ten czas wałkowany był jeden i ten sam schemat, a zmieniał się tylko wiek dziewczyny. Tak samo jest i w tym numerze, równie nudnym i pustym, jak wcześniejsze. Mały plus – nie rzuciło mi się w oczy nic przerażająco głupiego. Ocena: 3/10.
medyk: J
ak ostatni frajer czytam tę serię od pierwszego numeru, bo Hope to ważna postać, bo jak Second Coming nadejdzie, to żeby wiedzieć, o co biega itd. Po ostatniej akcji, gdzie Nathan i Hope znaleźli się w podręczniku do historii, miałem nie czytać następnego numeru... Ale przyszła sesja, więc przeczytałem, byle się nie uczyć :D
I, kurde, w tej serii nic się nie zmienia! Dalej skoki w czasie, Bishop dalej nie chce zginąć, dodatkowo Nathan dostaje jakiś ataków. Plus tego numeru to fajna okładka :)
Tak przy okazji, to o co chodzi z tymi skokami w czasie? Będą se tak skakać, raz w przyszłość, raz w przeszłość, aż w końcu trafią we właściwy czas? Tak to działa? Bo chyba nie mają nad tym kontroli?
Tak sobie przypomniałem, że w którymś odcinku Battlestar Galactica podczas "skoku" na powierzchnię Caprici jeden z Viperów pojawił się we wnętrzu góry.
Jakby tak Bishop pojawił się we wnętrzu góry... Albo Hope... W ogóle Second Coming by nie było...


Ghost Riders: Heaven's On Fire #6

Delirium: Mimo sprzecznych odczuć wobec dokonań Jasona Aarona czuję się w obowiązku zdjąć przed nim czapkę i przyznać, że wykonuje kawał dobrej roboty. Dostał pod opiekę Ghost Ridera po tym, jak Way zagrzebał go w mule na dnie i nie tylko zdołał go stamtąd wygrzebać, ale nawet udało mu się rozsądnie uporządkować i zamknąć popaprane wątki poprzednika. Nie wzniósł się przy tym wprawdzie na wyżyny, ale to i tak osiągnięcie i dobry punkt wyjścia dla dalszych przygód płonących czach. A atrakcją numeru są, cytuję: "a lotta $%$#& Ghost Riders". Takie mocne 5/10 z tego wychodzi.

Indomitable Iron Man: Black & White

Delirium: Ooookaaay… Co to właściwie było? Zlepek przypadkowych opowieści o Iron Manie, które nie mają wspólnego mianownika i z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu są czarno-białe. Jedyne słowo, jakim mogę wytłumaczyć sobie istnienie tego czegoś, brzmi: film. Nawet nie ma się co rozwodzić nad zawartością, bo to tylko krótkie historyjki, nie mające na nic wpływu, bez których możemy się w życiu obejść. Ocena: 4/10.

Invincible Iron Man #23

Delirium: Jest tu jedna scena, która zdołała mnie rozbawić, a mianowicie krótka wymiana doświadczeń między Pepper i Marysią. Reszta to nuda na biegunach, która kiwa się w miejscu już od kilku numerów. W dodatku Larroca znowu dołuje i jakby na potwierdzenie swojego artystycznego wypalenia przerysowuje mechy z Evangeliona. Ten sam poziom nudy, co w Cable'u, więc i ocenę podzielą: 3/10.
medyk: F
aktycznie, ciągnie się to... Rozmowy Starka ze Strangem w ogóle nieciekawe, a już sam początek trochę żenujący (Jesteś Iron Man! Uwierz! Powtarzaj!) Niech się to kończy.

Marvel Heartbreakers
Delirium: Mamy tu 1-shota, który zrodził się gdzieś na skrzyżowaniu świadomości nadchodzących walentynek z marvelową akcją promowania bohaterek. I o dziwo, wypada całkiem nieźle. Pierwsze dwie historyjki łączy absurdalny humor, a możemy w nich podziwiać Gwen i Mary Jane (chociaż Pająk sporo kradnie) oraz Tabby i Elsę. Kolejna dwójka to wyprawa w przeszłość, na spotkanie z Dazzler i Beastem oraz Snowbird. Wszystkie są całkiem dobre, chociaż pierwszeństwo przyznam tej drugiej, a plusa za cytowanie klasyka dam trzeciej. Dla odmiany rysunki druga ma najgorsze, zaś najlepsze… niech będzie, że ostatnia. Za całokształt: 6/10.

Nova vol. 4
#34

Delirium: Lekturę zepsuła mi pozorna przypadkowość wydarzeń, która przywiała z zakamarków niepamięci wspomnienie jakiejś historii z loebowego Hulka, gdzie było właśnie coś takiego. Brzydkie, złe skojarzenie, bo tutaj nie ma ani przypadkowości, ani festiwalu głupoty. Mogę się zgodzić, że pojedynki są zagrywką na rozciągnięcie, ale też pod wieloma względami są kluczowe dla fabuły, więc tak naprawdę nie ma się o co czepiać. Z całego numeru najbardziej zapamiętałem jednak dwa słowa: "shadow war". Czyżby zapowiedź kolejnego wydarzenia? Na przekór skojarzeniom dam 7/10.

Demogrogon: Zacznijmy od najważniejszych rzeczy. Po pierwsze, Raptory mają władców. Po drugie: Shadow War. Kosmos robi się coraz ciekawszy. Podoba mi się taka klasyczna fabuła, przypomina mi się Mortal Kombat (OUROSATE!), walki są pomysłowo rozegrane, a pomysł, że Sphinx może kontrolować użytkowników wszelkich magicznych kamieni, daje materiał na fajną historię, jak owe kamulce powstały. No i zwrot akcji na koniec jest niezły. Siege było dobre, ale ponieważ mnie wkurzyło, oto numer tygodnia.

Sc0agar4k: Świetny numer. Pojedynki jeden na jeden nieźle zaprezentowane. Nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się film "Najlepszy z najlepszych". Oczywiście DnA nie byliby sobą, gdyby czymś nie zaskoczyli. Jak zwykle mamy ostatnią stronę oraz (co bardziej interesujące) nagrobek Black Bolta, a na nim dwa słowa. Czyżby, jak pisał Delirium, szykowała nam się trzecia część większej historii? Solidne 8/10.

Realm Of Kings: Son Of Hulk #1
Delirium: Ktoś gdzieś uznał chyba, że do osiągnięcia sukcesu wystarczy wziąć marginalną postać, wrzucić ją w The Fault i zrobić z tego mini serię, stawiając przed tytułem trzy magiczne słowa. Otóż, nie. Tytułowa postać zwisa mi tak samo, jak zwisała dotąd i może tylko powiewa ciut bardziej, ale sprawcami wiatru są Micronauts, bo tylko oni wnoszą tu cokolwiek ciekawego. Niestety, i tak nie jest tego wiele. Niniejszym RoK wszedł w obszar zbędnych dodatków i obniżonego ciśnienia fabuły. Prosimy zapiąć pasy i przygotować się na turbulencje. Ocena: 4/10.

bSiege #2
Foxdie: Może to chwilowe zauroczenie, może zbyt pochopna myśl, ale ten numer jest świetny. Samo Siege zapowiada się jako najlepszy event od czasu House of M, które było dziełem tego samego duetu. Drugi numer przynosi niejedno "wow!", a nawet "OMG!", a jego ostatnia strona przejdzie do historii tak samo, jak pamiętny tekst Nicka Fury'ego o młocie Thora. Oczywiście największym "łomem" rozwierającym szczękę jest postać, która okazuje się właścicielem czaszki dzierżonej przez Sentry'ego na okładce. Rysunki Coipela zawodzą tylko w jednym momencie. Przedstawiając Marię Hill strzelającą z peak-upa. Poza tym rewelacja. Całe szczęście, że luty ma tylko 28 dni. Oczekiwanie na następny numer będzie odrobinę skrócone. Numer tygodnia. 9/10.

Delirium: Wszystkie zarzuty, jakie miałem pod adresem pierwszego numeru, powtarzam. Dzieje się za szybko i za mało. Tak – za mało. Oblężenie Asgardu jest z założenia epicką bitwą, a poza jednym splash-pagem oglądamy tylko kilka postaci, które tłuką się między sobą, jakby toczyły zupełnie niezależne pojedynki w odległych od siebie miejscach, i tylko chwilami pojawia się jakaś iskra interakcji. Sceny rozplanowane są tak, że marnują kupę miejsca, które można by zapełnić nadawaniem odpowiedniego tonu bitwie. Przez coś takiego poważnie ucierpiał naprawdę dobry pojedynek Ares vs. Sentry, który moim zdaniem dałby radę wypełnić cały numer i pozostawić czytelnika z mokrymi gaciami. Niestety, dostaliśmy szast-prast i po krzyku. Zupełny brak efektu. Patrzę, jaka dyskusja się zrobiła na forum i zupełnie nie rozumiem, o co tyle krzyku, bo ani trochę tego nie odczułem. Są za to zbędne sceny, jak przemowa Steve'a, cała strona z nadlatującą tarczą, czy bicie piany nad tym, jak dotrzeć do Asgardu, chociaż w drużynie jest dwóch teleporterów. Do tego wszystkiego mamy spadek poziomu rysunków, który u Coipela objawia się obecnością karków o grubości pnia i zanikiem nosów. Numer, który ma potencjał, by dostać mocną ósemkę, wyciąga ledwie 6/10 przez kiepskie planowanie.
Hotaru: Spodobało mi się. Dobrze wiem, że ten numer był starannie wykalkulowany, by położyć nacisk na jedną rzecz, ignorując inną i chociaż podczas lektury zdawałem sobie z tego sprawę, to i tak to kupiłem. Wprawdzie czuję się trochę jak po wizycie w McDonald's, ale poczucie winy ze zjedzenia śmieciowego żarcia i tak nie powstrzyma mnie przed kolejną wizytą i nabijaniem się z wagi Jankesów. Smakuje świetnie, co z tego, że jest bez wartości odżywczych? Podobnie z tym numerem - akcenty są zdecydowanie na jeden "szokujący" moment i walkę. Fabuła spadła na trzeci plan, a Bendis nawet nie próbował udawać, że mu na niej zależy, jako dodatek dając totalnie zbędne pogaduszki Secret Warriors. Ale cóż, wygląda to świetnie - brawa dla Coipela i Martin. Jesteśmy na półmetku - co dalej?

Demogorgon: Pierwsza reakcja: **** YOU BENDIS!
Druga reakcja: **** you Bendis!
Trzecia: Scena z "My mistake" była dobra. I właściwie to Bob wyszedł przerażająco w tym wszystkim. No i wszyscy wiemy, że ON wróci, choćby miał sobię wywalczyć drogę przez całe piekło. Nie podoba mi się, że Avengers zostawili Phobosa i bawią się w Authority (drzwi), ale event i tak jest lepszy niż Secret Invasion. No i mały plusik za do***nie Dakenowi.
BTW: Ale czemu on? Czemu nie Heimdall? Co ci Bendis strzeliło do łba?!
medyk: D
obry numer, głównie ze względu na Aresa! Na początek świetna rozmowa z Balderem i Heimdallem, potem starcie z Sentrym. Ale z drugiej strony zastanawiam się, jakie plany Marvel ma względem Aresa, była przecież niedawno mini z jego udziałem, a teraz Bendis go uśmierca? Wydaje mi się, że teraz szanse pojawienia się Boga Wojny w Avengers spadły do minimum :( Teraz czekam, aż Thor sponiewiera Sentry'ego, no i na pojawienie się Starka.
Bertoluccio: Walka Aresa z Sentrym to dla mnie taki mały majstersztyk. Zwłaszcza "My mistake". Właściwie pierwszy raz od naprawdę długiego czasu dało się poczuć, jak poteżną istotą jest Sentry, co zwłaszcza po jego ciągłym umieraniu w DA można było zapomnieć. Ciekawy jestem także przyszłej reakcji Phobosa (chociaż pewnie dopiero w SW) na śmierć ojca. Oprócz tego fajny motyw ze zbroją dla Starka oraz Thor usmażający Dakena. No i scena końcowa ze zbliżającą się tarczą Capa wywołała uśmiech na mojej twarzy. Ogólnie Bendis daje radę, ale to rysunki Coipela sprawiają, że cała historia otrzymuje potrzebą dozę epickości. Za ten numer 9/10.
tig3000: Numer jest po prostu fantastyczny! Dawno komiks nie zapierał mi dechu w piersiach. Jedna wielka walka, którą po prostu czuć. Czuć, że coś się dzieje, jest swoisty chaos, ale znajdujemy w nim konkretnie wybrane i świetnie przedstawione momenty. Wiedziałem, że Thor nie padł permanentnie i cieszyła mnie scena, w której zrobił z Dakena grzankę (padalec jeden, dawno już sobie na to zasłużył). Trochę słabiej wyszła scena zebrania przez Rogersa bohaterów. Ale po walce Aresa z Sentrym... Cholera jasna, naprawdę mocno wierzę w bohaterów, kibicuję im z całej siły (again - dawno nie czułem czegoś takiego w odniesieniu do komiksu...), ale aż strach pomyśleć, co z tymi... słaboszczakami może zrobić Sentry. Śmierć Aresa - niesamowita jak i niespodziewana. Ostatnia strona z tarczą lecącą w stronę Osborna - świetna. Skopcie mu tyłek, bohaterowie. Skopcie mu go tak, że przez najbliższe dziesięć lat nie będzie mógł na nim siedzieć!
Dla mnie 9+/10. I nie zamierzam wyzywać Bendisa od k^&%. Po prostu daję się ponieść historii i lecę wraz z nią... Ech, świetny komiks, gimme more...
Pietro:
Nie spodziewałem się, że to Ares padnie jako pierwszy, akcja z Dakenem też zaskakująca, chociaż ten drugi zapewne się wyliże. Ciekaw jestem, ilu jeszcze Dark Avengers Bendis ubije, mam nadzieję, że Moonstone czy Sentry wyjdą z tego eventu cało. Trochę słabe było zebranie wszystkich bohaterów przez Rogersa, chociaż scena przekazania tarczy przez Bucky'ego naprawdę fajnie wyszła. Rysunki Coipela trzymają wysoki poziom, kilka kadrów jest genialnych (Mockingbird i "rozerwanie" Aresa), ale facet ma zbyt mało charakterystyczny styl, żebym wznosił peany na jego cześć. 8+/10
Christoff:
Ten obrazek z rozrywaniem człowieka na strzępy, fruwającymi flakami i organami i OCENZUROWANYM "SHIT" w pełni oddaje płytkość, zakłamanie i tanie efekciarstwo autorów. Żenujące.
Sc0agar4k: Jak już wielu pisało o tym przede mną, WOW. Bendis zaserwował nam potężną dawkę emocji i to z szerokiego spectrum. Z jednej skrajności w drugą. Śmierć bohatera będzie miała poważne reperkusje, gdy dowiedzą się o niej odpowiednie osoby. Numer z tarczą na końcu, dobry motyw. Coipel się postarał z rysunkami i tak przy solidnej dawce adrenaliny, solidne 9/10.

Siege: Embedded #2

Delirium: Luźniejsze podejście do tematu wyraźnie służy temu tie-inowi, a to oznacza również, że Reed wyciągnął wnioski z kiepskiego wyniku Secret Invasion: Front Line. Pierwsza połowa jest bardzo zabawna, momentami nawet sielankowa, co zapewniają Volstagg i Will. Później atmosfera gęstnieje, okazuje się, że to jednak nie przelewki i widzimy, że oblężenie ma większy rozmach, niż pokazuje nam główna seria. W ten sposób tie-in znów dostaje wyższą ocenę niż core – 7/10.

Torch #5

Delirium: Dla fanów ognistych panów to musiał być prawdziwy torchgasm, a dla zwykłego zjadacza komiksów to po prostu naprawdę fajny team-up. O tyle fajniejszy, że razem stłukli Namora. To znaczy, że ta dobra historia utrzymuje poziom i nadal się rozwija, a chociaż wątki trochę się zmieniają, nie widać tu syndromu Avengers/Invaders, czyli przejścia od dobrego początku do wielkiej ściemy. Jedyne, co chciałbym zmienić, to rysunki, bo taka ilość płomieni aż prosi się o bardziej żywiołową kreskę i kolor. Ale i tak jest dobrze, więc będzie 7/10.
Sc0agar4k: Trzy Pochodnie w jednym komiksie, to się często nie zdarza. Było ciekawie. Pomoc F4, walka z Namorem, konfrontacja z Mad Thinkerem i rozwiązanie zagrożenia. Ale oczywiście nie mogło być różowo na koniec. To tak w telegraficznym skrócie. Rysunki idealnie pasują do tej serii od samego początku. Duet Berkenkotter i Lopez znakomicie ze sobą współdziała. Moja ocena - 7/10.

cUltimate Comics X #1
Delirium: Przybyłem, zobaczyłem… i nic mnie to nie obchodzi. Najbardziej interesowały mnie tu rysunki Arthura Adamsa, ale te niestety najlepszy poziom osiągnęły w latach osiemdziesiątych, a teraz są po prostu przyzwoite. Fabuła? Jak na Loeba nienajgorsza, chociaż i tak naciągana. Można nad nią przejść do porządku dziennego i spokojnie spać w nocy. Jest nawet jakiś pomysł, ale mnie on nie rusza. Po następny numer sięgnę tylko ze względu na tę panią, która jest na okładce. Ocena neutralna: 5/10.
Hotaru: Wow. Arthur Adams zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Chociaż nie leży mi jego sposób rysowania twarzy, to nie mogę nie docenić ogromu pracy, jaki włożył w ten numer. Tak dokładnie rysowanych teł dawno nie widziałem, ostatnio tyle czasu ich podziwianiu poświęciłem, oglądając prace Jimmy'ego Cheunga przy Illuminati. Co się tyczy fabuły... to ja podziękuję.
tig3000:
Okej. Jestem w stanie przełknąć to, że Wolvie miał syna. Niech im będzie. Że nie chciał go wychowywać, bo uważał, że się do tego nie nadaje - ok. Ale są takie pierdoły, że...
OK, początek. Młody Jimmy bierze udział w nielegalnych wyścigach. Pamparam, jego samochód ma wypadek, wóz wypada z drogi, zajmuje się płomieniami... A dzieciak dosłownie wychodzi z tej katastrofy połamany i cały zakrwawiony... Ale się leczy (healing factor in work). I co pada z jego ust? Że nie jest mutantem, że to jakaś pomyłka. No weźcie mnie trzymajcie, do jasnej cholery. Koleś żyje w świecie, gdzie X-Men i Spider-Man to są sławy z pierwszych stron magazynów i gazet. Jeśli tamten świat działa podobnie jak nasz, to coś takiego jak "zestaw mocy" różnych bohaterów jest wiedzą publiczną (sława i wywiady... szczególnie z X-Men). Tak trudno dodać dwa do dwóch? Mam wypadek, z którego wychodzę o własnych nogach cały połamany i zakrwawiony, a po chwili leczę się do stopnia, że nie mam nawet zadrapania? Jestem mutantem. Kropka, w takim świecie nie ma innej opcji, po prostu NIE MA.
I co to za sztuczne dylematy "powiemy mu prawdę?" "nie powiemy." itp... Bull...
Najgorsze jest jednak to, że kiedy dzieciak włącza hologram od Wolverine'a, ten ostatni mówi tak, jakby wiedział, że zginie. W sensie, że zginie naprawdę. FFS! Co on, nabył jakichś mocy jasnowidzenia? Bullcrap do kwadratu.
Jedyne, co się może podobać, to rysunki, które też nie przedstawiają jakiegoś wysokiego poziomu, ale są w miarę czytelne i dokładne. Tak poza tym - komiks można spokojnie sobie odpuścić. Ja nie zamierzam czytać numeru 2. Podziękuję.

medyk: A
to nie było jak na Loeba aż takie złe! Tzn. ciężko ocenić po jednym numerze. Było parę wkurzających rzeczy, do tych wymienionych wcześniej dodam jeszcze rozmowę Kitty z Jimmym przy pierwszym spotkaniu (że Jimmy dostanie cukierka czy coś), aligator w ogródku (heh, dobre :). To tak można???). I Logan mówiący, że nie żałuje, że Jimmy się urodził. Chyba trochę taki tekst nie na miejscu, za bardzo to on się synem chyba nie interesował, to nie wiem, czego w sumie miał żałować. Zobaczymy, co będzie dalej, póki co nie oceniam.

Wolverine: Weapon X
#10

Delirium: Aaron już raz zaprezentował porządny kawał wolverinowej ironii w historii, która pokazywała, jak i dlaczego jest wszędzie, a teraz w tym samym stylu pochyla się nad paradoksem jego wyjątkowego pecha do kobiet (albo raczej ich wyjątkowego pecha). Zabawne i dobrze przemyślane, a przy tym zostawia haczyk. Najbardziej zapadającą w pamięć rzeczą jest natomiast wzmianka o numerku za płonącym samochodem w czasie walki ze złymi. Może by tak jakiś konkurs pod hasłem "któż to mógł być"? A ponieważ rysunki dołożyły do tego fajny klimat, 7/10 jest jak najbardziej zasłużone.

Gamart: Siege jest swietne, ale numerem tygodnia jest 10 numer serii Aarona. Dawno nie bylo tak fajnego spojrzenia na życie i miłości Logana [oczywiście od numerów Aarona, które przedstawiały jego codzienne życie]. Sam sposob narracji, z włączeniem ważnych dla niego osób, jest rewelacyjny, tak samo jak dialogi i rysunki. Niesamowity numer, który pokazuje życie prywatne bohaterów, a jak wiadomo, to jest dużo fajniejsze niż bijatyki. No i całość jest upchana małymi perełkami jak choćby obudzenie się matczynego instynktu Logana czy seks "na kosmitę". Dawno nie czułem się tak fajnie po przeczytaniu komiksu.
Sc0agar4k: Naprawdę się naśmiałem przy tym numerze. Niektóre teksty po prostu powalały, zwłaszcza rozmowa z Jubilee. Najzabawniejszy jest element postrzegania Logana przez kobiety, które się w tym numerze przewinęły. Świetnie się to czytało, choć nie przekonują mnie te rysunki. Za klimat zasłużone 9/10 i choć konkurencja była spora, to numer tygodnia dostaje właśnie Logan.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

 

aDeadpool Team-Up #896

Autor: Humberto Ramos

Hotaru: Kreskówkowa kreska Ramosa może niektórych drażnić w co poważniejszych tytułach, ale nie można zaprzeczyć, że do Deadpoola pasuje jak ulał. Nie dość, że okładka jest starannie narysowana i pokolorowana, to jeszcze ukazuje dynamiczną scenę, co ostatnimi czasy nie jest takie częste w Marvelu, stawiającym na character-shots. No i te szopy pracze...





 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.02.03


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.