Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #107 - Ultimate Origins TPB

Ultimate Origins TPBlt_107.jpg
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Butch Guice
Okładka: Michael Turner
Ilośc stron: 128
Cena okładkowa: $19,99
Zawiera: Ultimate Origins #1-5

question: Słowo "origin" (oznaczające "początek czegoś") ostatnio jest jednym z najbardziej nadużywanych rzeczowników występujących w kulturze popularnej. W ostatnich latach wszystkie możliwe media bombardują nas nowymi wersjami starych i dobrze znanych historii. Większość z nich zaczyna się właśnie od "origins story", czyli początków znanych bohaterów. Na dłuższą metę jest to męczące, ponieważ każda opowieść zaczyna się i kończy w ten sam sposób. Zmieniają się tylko twarze aktorów, rekwizyty i jakość efektów specjalnych. Nawet jeśli bohaterowie są ikonami popkultury, których początki zna każdy mieszkaniec cywilizowanych obszarów naszego globu, większość scenarzystów nie ma na tyle jaj, żeby uciąć ten kawałek układanki, który wszyscy znamy, i w efekcie musimy po raz setny oglądać śmierć wujka Bena.

Komiksy o super-bohaterach są szczególnie narażone na różnego rodzaju ponowne adaptacje tego samego materiału. Wynika to ze specyfiki tego medium - trudno przecież wymagać od czytelnika, by zainteresowała go seria przygód danego bohatera, której numeracja osiąga ponad 600 zeszytów, a jej korzenie - lat czterdziestych czy sześćdziesiątych. Dlatego też co jakiś czas Marvel czy DC urządzają "restarty" mające na celu pozyskanie nowych czytelników. Czasami ma to charakter dość ekstremalny, gdy przy wielkiej medialnej pompie (oraz groźbach samobójczych ataków ze strony "hardkorowych" fanów) wymazywane są dekady historii poszczególnych bohaterów czy całych wszechświatów (!), A czasami wielcy bossowie komiksowych korporacji wybierają bardziej polubowne rozwiązania, by nie stracić i starych czytelników. Jednym z takich kompromisów pomiędzy starym i nowym był start imprintu Ultimate Marvel, który odmłodził bohaterów i dopasował go do wymogów młodzieży z przełomu wieków (Hej, Peter Parker używa Google! Zupełnie jak ja!). Imprint ten istnieje od dziesięciu lat obok pozostałych serii z "normalnego" uniwersum, więc można chyba bez wahania powiedzieć, że pomysł się sprawdził. Wilk się najadł, a owca zachowała życie, w myśl starego przysłowia.

W 2008 roku jeden z ojców imprintu, Brian M. Bendis, postanowił opowiedzieć nam o początkach Ziemi 1610 (wg. wszechwiedzącej wikipedii taki numer jest przyporządkowany do wszechświata Ultimate). Oczywiście nie cofnął się do czasów prehistorycznych, lecz do lat czterdziestych, gdy Amerykanie zaczęli pracować nad stworzeniem super-żołnierza, który miał wygrać dla nich Drugą Wojnę Światową.

Akcja komiksu pędzi dwutorowo. Z jednej strony mamy zaserwowany ciąg retrospekcji związanych z programem prowadzonym przez amerykańską armię w czasie wojny, w których pojawia się szereg ikon Marvela na czele z Nickiem Furym. Akcja drugiej linii fabularnej osnuta jest wokół tajemniczych urządzeń, które pojawiają się na całym świecie i zaczynają obserwować jego mieszkańców (ich pochodzenie może już po pierwszym numerze rozszyfrować każdy, kto zna choć trochę uniwersum Marvela, podpowiem, że słowo "obserwować" jest kluczową poszlaką). Ich tajemnicę próbuje rozszyfrować Reed Richards. Oczywiście obydwie linie fabularne są ze sobą powiązane.

coverKażdy, kto czytał Ultimate Orgins wie, że seria ta jest swojego rodzaju wprowadzeniem do koszmarnego Ultimatum. Każdy, kto nie czytał Ultimate Orgins, a ma zamiar, musi zostać ostrzeżony, że po lekturze tego komiksu, jeśli będzie chciał poznać konkluzję historii, będzie, prędzej czy później, musiał sięgnąć po Ultimatum. Komiks, który sprawi, że straci wiarę w istnienie Boga, Buddy, Allaha czy innej istoty, która, gdyby istniała, już dawno temu dowiodłaby tego, odbierając Jephowi Loebowi możliwość formułowania swoich myśli w postaci scenariuszy do komiksów. I to jest właśnie główna wada Ultimate Orgins. Gdyby nie to, że komiks Bendisa jest wstępem do jednego z najgorszych chłamów, jakie zostały wydrukowane w zeszłym roku, byłoby to dzieło ze wszech miar godne polecenia.

Rozpatrując Ultimate Orgins jako odrębną całość mamy do czynienia z całkiem strawną historią, która stara się ukazać przeszłość uniwersum Ultimate w sposób koherentny. O dziwo, udaje się to. Prace nad serum super-żołnierza stają się spiralą, która nakręca serię innych wydarzeń odpowiedzialnych za powstanie, a często i motywację działań praktycznie wszystkich istot obdarzonych super-mocami. Obserwujemy wydarzenia, których reperkusje dotykają bohaterów w teraźniejszości, nadaje to Ziemi 1610 spójności i logiki, której brakuje w konstrukcji "normalnego" uniwersum Marvela. Przynajmniej mi bowiem łatwiej uwierzyć, że pojawienie się w krótkich odstępach czasu kilkudziesięciu osób obdarzonych niezwykłymi zdolnościami jest ze sobą powiązane, a nie jest tylko serią dziwacznych przypadków.

Jak zwykle siła Bendisa tkwi w dialogach, które zajmują często kilka stron, i są główną siłą sprawczą narracji. Tak, napisałem "siłą sprawczą" bowiem Ultimate Orgins to mini-seria ograniczona do pięciu zeszytów. Nie trzeba się więc martwić, że dialogi dryfować będą w stronę "rozmów o niczym", jak to ma miejsce zbyt często w regularnych seriach prowadzonych przez tego scenarzystę. Niczego również nie można zarzucić rysunkom Butcha Guice, które w towarzystwie stonowanych barw kolorysty Justina Ponsora idealnie pasują do tej dość mrocznej historii.

Moim zdaniem Ultimate Orgins jest kawałkiem solidnej lektury, na który swój cień rzuca niestety Ultimatum. Można ten komiks spokojnie polecić fanom Uniwersum 1610 oraz ludziom, którzy lubią spiskowe teorie dziejów oraz wizje alternatywne naszej historii, oczywiście te z super-bohaterami.

Foxdie: Wszystko ma swój początek. Miał go też jeden z najgorszych eventów ostatniej dekady – Ultimatum. Co ciekawe, nie był to zły początek, ale i tak to, co miało nastąpić po nim, było pewną klęską zagwarantowaną "marką" Loeba.
cover
Zdaje się, że odpowiedzialny za Ultimate Origins Bendis chciał w swoim ostatnim akcie ratować świat, którego był współtwórcą. Jak na ironię prologiem do końca uniwersum Ultimate, jakie znaliśmy i kochaliśmy, był jego sam początek sięgający Drugiej Wojny Światowej. To w tym okresie powstał pierwszy super-żołnierz Ameryki i wcale nie był nim Steve Rogers. To w tym okresie narodzili się też mutanci, a przynajmniej pierwszy laboratoryjny okaz, od którego się zaczęło. Później populacja homo superior zaczęła się rozrastać w żółwim tempie, wydając na świat sprawcę Ultimate tragedii. Retrospekcje z przeszłości przeplatają się z teraźniejszymi wydarzeniami, które w zasadzie mówią nam niewiele o tym, co się stanie w kontynuacji. Głównym wątkiem świadczącym o nadchodzącym wielkim wydarzeniu jest pojawienie się na scenie "Ostatecznej" wersji Watchera, która jest ciekawą odmianą w stosunku do znanej z 616 wersji jajogłowej. Przez historię przewija się znaczna cześć postaci, zahaczając o praktycznie każdą "gałąź" świata Ultimate, i to tyle. Na dodatek postać Ultimate Ricka Jonesa, która tutaj miała swój debiut, nie została do tej pory tknięta palcem, a nadzieja na jej wykorzystanie pojawiła się jedynie w zapowiedziach kolejnych numerów Ultimate Comics Spider-Mana. Tylko po co została wprowadzona akurat w prologu do Ultimatum? Może pojawi się jeszcze jakieś logiczne wytłumaczenie, ale póki co jest to kolejny dowód na to, iż Loeb nie zważał kompletnie na poczynania innych scenarzystów przy tworzeniu swojego crossovera. Przynajmniej widać, że Bendis mógł mieć jakiś plan na przyszłość.

Rysunkami zajął się niejaki Butch Guice i przyznam szczerze, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, więc nie wiedziałem, czego oczekiwać. Jego kreska jest czytelna, a w połączeniu z pracą kolorysty daje trochę mroczny, posępny klimat, świetnie pasujący do przedstawianych historii. Nie wiem, czy Guice tworzy obecnie coś dla Marvela, ale z chęcią wymieniłbym go za takiego Ramosa czy Zvaloniarza Ariela Olivettiego. Na szczególne uznanie zasługują też warianty okładek wykonane przez Maleeva. Mini dzieła sztuki.

Ultimate Origins w wydaniu zbiorczym to chyba jedyny trade spod szyldu Ultimatum, który godny jest wydanych na niego pieniędzy. Jeśli po jego skończeniu będzie rządni poznania Ultimatum, to darujcie to sobie. Po Ultimate Origins polecam przeskoczyć od razu na serie, które wystartowały pod szyldem Ultimate Comics.

LTneutral.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.