Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #128 (01.02.2010)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 1 lutego 2010Numer: 4/2010 (128)


Po prawie dwóch latach od premiery pierwszego numeru doczekaliśmy się zakończenia Kick-Ass - sprawdźcie, czy zdaniem naszych forumowiczów warto było czekać. W zeszłym tygodniu pojawiło się również kilka interesujących komiksów z mutantami i kolejne części Siege (przekonajcie się, który komiks zyskał niezbyt zaszczytne miano "pierwszego tie-ina, który nie ma nic wspólnego z eventem").



eAmazing Spider-Man #619
Delirium: Okay, więc cały ten Gauntlet ma polegać na wzięciu starych wrogów Pająka i apgrejdowaniu ich do absurdalnego poziomu? Nie kupuję tego. Z Octopusem wyszła kicha straszna, z Electro lekko przegięli, nowy Rhino jeszcze ujdzie, ale już Vulture to niewypał. A teraz Mysterio zmienił się w jakąś kolczatkę ze skoliozą i temu również mówię: nie! Scenariusz też mnie nie przekonuje. Próba złamania Spidera przez wmówienie mu, że kogoś zabił – było! To, jak odgadł, że za wszystkim stoi od dawna martwy facet – przesada. Ciotka May po ciemnej stronie mocy – niesmak na miarę pamiętnej łóżkowej sceny. I do tego wszystkiego fatalne rysunki, na których May i Silvermane wyglądają prawie identycznie, a Mysterio jak jakiś, za przeproszeniem, Questprobe. Tym razem 3/10.
colossus28:
Niezły numer. Wątki z poprzedniej części zaczynają się zazębiać, plan Mysterio staje się czytelny, a jego wykonanie bliskie realizacji. Tylko obsesja na punkcie Spidera może pokrzyżować mu szyki. Zaskakujące jest to, że nader często, gdy adwersarzem Pająka jest Mysterio, ten zawsze wpędza go w poczucie winy, na plus, że Parker w końcu nie daje się na to nabierać. Ciotka nadal wredna, Negatyw knuje, ciekaw jestem finału. 7/10
Krzycer:
W pewnym momencie zacząłem się obawiać, co z tego będzie - na szczęście Pająk w miarę szybko przejrzał grę Mysterio. I bardzo dobrze.
Sympatycznie prezentuje się pani policjantka, której imienia nie udało mi się jeszcze zapamiętać, wątek ojca Carlie też ma potencjał, Mysterio przejmujący kontrolę nad mafią czy Negatyw pokazujący Hammerheadowi, kto tu rządzi - wszystkie wątki prowadzone są bardzo dobrze.
Rysunki... nie są złe. Są po prostu nijakie.
Przy okazji - doktor Tramma, która podrasowała dawno temu Hammerheada to ta sama doktor, która dała nam nowego Rhino?


Avengers: The Initiative #32

Delirium: Gage zadziwiająco radzi sobie w różnego rodzaju crossach i tym razem również daje radę. Przynajmniej jeśli chodzi o wątki Taskmastera, Constrictora i Diamondback, które są po prostu bardzo dobrze opowiedziane. Niestety, z drugiej strony medalu mamy nudę w postaci Avengers Resistance. Cóż, cała ta grupa to jak o jeden most za daleko. Niepotrzebna i tyle. I tylko na marginesie dodam, że seria odbiegła od początkowych założeń tak daleko, jak to tylko możliwe, więc wcale mnie nie dziwi, że podjęto decyzję o jej restarcie. Rysunki przyzwoite, więc będzie 6/10.

Hotaru: Ale strata czasu. Spodziewałem się, że mając do końca serii tylko kilka numerów, Gage się zepnie i sprawi, że każda strona będzie się liczyć. Nie w tej bajce. Najpierw mamy powtórkę z historii Taskmastera, potem powtórkę ze związku Diamencika i Constrictora i wreszcie nic niewnoszącą nawalankę. Jedyne posuwające fabułę do przodu wydarzenie to decyzja ataku Camp H.A.M.M.E.R.. Do tego rysunki Asrara są wybitnie nienatchnione i chociaż od strony technicznej nie można im wiele zarzucić, to całość nie sprawia dobrego wrażenia. Duża w tym wina Ramosa, którego kolory są po prostu brzydkie. Kiepski numer.

Pariah: Podobała mi się bardzo część poświęcona atakowi na Asgard. Dobrze wypadają refleksje Taskmastera, Diamondback i Constrictora. Świetnie wypadł Taskmaster próbujący żyć według zasady "Carpe diem". Pytanie tylko, kiedy to się dzieje? W Siege #1 Taskmastera nigdzie nie widać podczas walki z Thorem. W zapowiedziach Siege #2 również, a przecież tutaj włącza się do walki w iście filmowym stylu :). Jedyne, co mi się nie podoba, to strasznie nudni New Warriors. Mam nadzieję, ze po relaunchu pójdą oni w odstawkę. 6,5/10

Krzycer: Dobre! Taskmaster, Constrictor i Diamondback prezentują się świetnie. Pozostaje mieć nadzieję, że Avengers Resistance w następnym numerze im dorównają. Tak czy inaczej jak dla mnie to chyba najlepszy numer tego tytułu, jaki wyszedł spod ręki Gage'a.


Captain America: Reborn #6
Delirium: Mam jedno pytanie do Eda Brubakera: Are you friggin' serious? Scenariusz tego komiksu wygląda jak niechciane dziecko lat sześćdziesiątych i Power Rangers. Naiwne zwroty akcji, skoki fabularne i drętwe dialogi (na wypadek ekranizacji proponuję braci Mroczków do roli Kapitanów) sprawiły, że musiałem dwa razy przeczytać, żeby uwierzyć, jak bardzo jest to kiepskie. No i jest jeszcze wizja straszliwej przyszłości z najazdem Marsjan. Powtórzę pytanie: poważnie? Plus jeszcze te rysunki, w których Hitch przechodzi samego siebie w tę drugą stronę, a Guice tylko jakoś sobie radzi. Nie no, więcej jak 4/10 dać nie mogę.

fstraznik: Miało być zaskakująco, nie jest. Sam komiks jest fajny, ale zakończenie wydaje się nieco nijakie. Red Skull zginął (albo i ...nie) , Steve ma swoje ciało, jest razem z Sharon, dowiaduje się o Avengersach Osborna, a na koniec urządzają mu przyjęcie. Innymi słowy - sielanka. I jak to się ma do ostatnich kadrów NA A3? Chyba, że weźmiemy pod uwagę to, że miał być na wakacjach (wspomnianych w Captain America) i się po prostu w tym czasie w bunkrze nie spodziewali. Ale nic w tym zaskakującego, niezwykłego, o epickim nie mówiąc. A patrząc, ile osób go widziało, nikogo jego obecność podczas Siege również nie powinna zdziwić. Szkoda. (Ani przez chwilę nie liczyłem, że obrazek z okładki pojawi się wewnątrz komiksu).
Krzycer:
...Power Rangers. Mieliśmy dobrą historię, intrygę z uwięzieniem w czasoprzestrzeni, przejmowanie ciał, poczucie winy Bucky'ego i Sharon, intrygi Osborna wypuszczającego do mediów informacje o tym, że Sharon pociągnęła za spust... a skończyło się jak Power Rangers. Dla tych, którzy nie pamiętają tego serialu z dzieciństwa: przeciwnik przegrywa starcie, by powrócić jako gigantyczna wersja samego siebie. Brakowało tylko, by Pym skonstruował wielkiego robota, który pokonałby wielkiego Skulla.
Niestety, było to dość rozczarowujące. Zwłaszcza po zapowiedziach, głoszących, że choć przeczytaliśmy już Who Will Wield the Shield?, to CAR #6 i tak jest must-readem, bo w środku będą nie wiadomo jakie rewelacje.
Rewelacji zabrakło. Wizja Steve'a o najeździe Marsjan, choć ciekawa, rewelacją nie jest.
Chyba, że to faktycznie miałoby się wiązać z Cancerverse, ale bardzo, bardzo w to wątpię.


Daredevil #504

Delirium: Czy poprzednio nie twierdziłem przypadkiem, że seria popada w skrajności? Tym razem podnoszę więc to twierdzenie do kwadratu. Wydaje mi się, że rozumiem, co chce osiągnąć scenarzysta, ale regularna wojna na ulicach (nawet off-panel) i zamykanie jeńców w klatkach o głodowych racjach chleba i wody to dla mnie lekka przesada. I że co niby planuje Rogaty? Zbudować sobie miasto w kanałach, czy może przekształcić Hell's Kitchen w fort pełen ninja? Decyzje rzeczywiście godne komiksowego szefa bandy tych złych – nielogiczne i skazane na porażkę. Gdyby rysunki nie nadrabiały klimatem i nie było przerywników z Dakotą i Foggym, byłoby gorzej, a tak będzie 5/10.

Foxdie: Pierwszy arc nowego duetu dobiegł końca. Zdecydowany plus dla rysownika, który z każdym numerem coraz lepiej oddawał klimat historii, a w tym momentami dochodzi do mistrzowskiego poziomu. Scenariusz z kolei jest jak sinusoida. Ten numer plasuje się gdzieś pomiędzy pikiem, a najniższym punktem. Brakuje również trochę solidnego zamknięcia historii, ale może w dłuższej perspektywie wyjdzie to nawet na dobre. Ocena: 6/10.

colossus28: Daredevil i jego Hand wreszcie zaczęli działać tak, jak zapowiadali: ostro, agresywnie i, co najważniejsze, skutecznie. Odnoszę tylko nieodparte wrażenie, że Matt nie do końca kontroluje sytuację, chaos, który zapoczątkował go przerasta, chyba, że ma jakiegoś asa w rękawie. Może wycieczka do Azji coś zmieni. Ciekawe, czy Black Tarantula sprawdzi się jako szef i zapanuje nad hordami ninja. Z drugiej strony, wolni od prawa i przełożonych Foggy i Dakota rozgrywają swoją partię w niekonwencjonalny sposób i pomału dochodzą do sedna sprawy. Na razie run Diggle'a może się podobać. 8/10
Krzycer: ...Mattowi odbiło. Ciekawe, co zrobi z tymi wszystkimi Młotkami, jak tylko Siege i Osborn się skończą. Ciekawiej wypadło śledztwo Dakoty i Foggy'ego.
Ale przyznaję, że inwazja H.A.M.M.E.R. na Hell's Kitchen i sposób, w jaki pokazano jej rezultat, zrobiły na mnie duże wrażenie.

Sc0agar4k: Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Matt, kierując Hand, mimo wszystko próbuje działać zgodnie z własnym sumieniem. Akcja przeprowadzona w Hell's Kitchen to coś, czego nie widuje się często w jego wykonaniu, podobnie jak jej zakończenie. Mam jednak takie dziwne wrażenie, że to wszystko i tak dzieje się według planu Kingpina, który mimo, że jest obecnie na bocznym torze, to w dalszym ciągu pociąga za wiele sznurków. Numer bardzo
dobry, ocena 8/10.

Dark Reign: Hawkeye #5
Delirium: Zakończenie takie jak i cała seria – z potencjałem, ale kiepsko wykorzystanym. Byłoby znacznie lepiej, gdyby nie ten absurdalny powietrzny pojedynek, zawieszenie w próżni wątku Solo (przypominam, że jego hasłem było kiedyś "póki ja żyję, terror umiera", więc jakim cudem skończył, pracując dla złych gości?) i obcięcie śledztwa Bena bez jakichkolwiek wniosków. Ale skończyło się tak, jak się skończyło, więc trzeba nam żyć z poczuciem rozczarowania i niedosytu. 5/10.

Krzycer: Ognisko wyszło super. Ale jeśli Diggle nie wykorzysta Thunderboltów lub Daredevila, by kontynuować wątek Kingmakera, to jeśli kiedyś sobie przypomnę o tej mini, będę kręcił nosem na końcówkę: "to wszystko była ściema, a wy nigdy się nie dowiecie, kto za tym stał".


Fall Of The Hulks Red Hulk #1
colossus28: Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do poważnego i chłodnego Red Hulka. Teraz rolę błazna z powodzeniem gra A-Bomb, a Czerwony obok Bannera gra główne skrzypce. Dostajemy wyjaśnienie pochodzenia Robo-Hulka i okazuje się on jeszcze bardziej poteżny, niż wszyscy inni razem wzięci, co zwiastuje niezłą bitkę w przyszłych numerach. Inteligencja jest wciąż o krok do przodu, wygląda, jakby Leader i spółka mieli wszystko dokładnie przemyślane, czekam, aż w końcu ta maszynka się zatnie. 6/10

Krzycer: Rick Jones to nadal Rick Jones, mimo zamknięcia w błękitnej skorupie. I to największa zaleta tego komiksu. Drugie w kolejce są zapędy organizacyjne Parkera, po raz kolejny porządkującego continuity. Bzdurą było, by Cosmic Hulk był dziełem paru studentów, Parker to zretconował, by to faktycznie była opowiedziana przez nich bzdura i wszyscy możemy spać spokojniej ;)
Miło, że kogoś takie rzeczy obchodzą. Kiedyś obchodziły Slotta...


Fantastic Four
#575
Delirium: Bardzo klasyczny numer, nawiązujący tematyką i stylem do pierwszych opowieści spod znaku F4. Historia fajna i fajnie się ją czytało. Rzekłbym nawet, że przywołała ducha tej lepszej strony komiksów z lat sześćdziesiątych. Zgrabnie podejmuje antyczne wątki i równie zgrabnie je domyka, chociaż zrobienie tego w przypisach jest trochę dziwnym rozwiązaniem. Jest też całkiem fajnie narysowana, chociaż ta stylizacja Reeda trochę mnie śmieszy. A ponieważ ogólnie jest fajnie, będzie 6/10.

Hotaru: Jakoś nie potrafię wczuć się w Fantastycznych pisanych przez Hickmana. Nie potrafię zrozumieć, co scenarzysta próbuje osiągnąć swoimi fabułami, nie widzę w nich motywu przewodniego, żadnego wspólnego mianownika, całość wydaje mi się niespójna i poszatkowana. Za to rysunki Eagleshama to majstersztyk. Jego interpretacja Thinga nie przypadła mi do gustu, ale cała reszta - miodzio! Mounts wspaniale dopełnia jego szkice. Obawiałem się, że nie podoła, bo spadną też na niego obowiązki inkera, ale jak na razie świetnie się odnajduje i będę trzymał kciuki, by się nie wypalił. Warto czytać ten komiks właśnie ze względu na stronę graficzną.

Krzycer: O, wyprawa do wnętrza Ziemi. Tak klasycznego motywu sci-fi dawno tu nie było - i przyznaję, że wizje Subterranii zrobiły na mnie wrażenie. Zwłaszcza moloid na wielkiej mrówce - urocze.
A wywindowane na powierzchnię podziemne miasto stwarza ciekawe możliwości na przyszłość. Ciekawe, ile czasu potrwa, zanim wszyscy inni scenarzyści o nim zapomną ;)


Guardians of The Galaxy
vol.
2 #22
Delirium: Bardzo dobre i dynamiczne rozwiązanie. Cieszy mnie niezmiernie, że zaginiona w akcji część GoG jednak nie została spisana na straty, bo strasznie mi brakowało Cosmo, Phyli i Gamory. Cieszę się również, że Guardians dogadali się w końcu z Luminals, chociaż podejrzewam, że to bardzo chwiejny sojusz będzie. Rozwiązanie wątku kosmoboga w brzuchu Heather okazało się dość szybkie, ale nie będę się czepiał. I tylko to latanie całym Knowhere z miejsca na miejsce trochę mi nie leży. Jeszcze tylko zmiana rysownika i wszystko będzie dobrze. A tymczasem mocne 7/10.

Hotaru: Kolejny świetny numer. DnA, podobnie jak Peter David, wydają się doskonale rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi i lektura ich scenariuszy dostarcza mi niekłamanej frajdy. Podczas lektury niemal czuję endorfiny bombardujące każdą moją komórkę. Może dlatego zaczęły mi się nawet podobać rysunki Walkera. Zgoda, jego twarze trudno określić jako standardowe, ale cała reszta jest całkiem zgrabna - kadrowanie, epickie ujęcia, storytelling. Wydaje mi się, że artysta jest w tym przypadku zdecydowanie niedoceniony i proponuję jeszcze raz obiektywnie spojrzeć na jego dokonania. Nie chcę spoilować ostatniej strony, ale nie wyobrażam sobie, by jakiemuś fanowi serii się nie spodobała.

Krzycer: Jatka Gwardzistów z Kościołem, na którą czekaliśmy od pierwszych numerów serii. Na sojusz z Luminalami też zanosiło się od jakiegoś już czasu. I jedno, i drugie przeprowadzono tak, że spełniły się wszystkie moje oczekiwania. Rewelacja z końcówki ujawniona była w zapowiedziach od jakiegoś już czasu, ale i tak ostatnia strona zrobiła na mnie wrażenie.
I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że parę dni temu przeglądałem pierwsze numery... Te, które rysował Pelletier...

Sc0agar4k: Bezapelacyjny zwycięzca tego tygodnia. To, co wyprawiają DnA w kosmosie wywołuje u mnie uczucie bliskie orgazmu, a każdy kolejny numer to duża dawka adrenaliny i zachwytu. Co tu dużo mówić, bitwa ramię w ramię z sojusznikiem, którego ciężko było takim wcześniej nazwać, spora dawka humoru i oczywiście ostatni panel, który pięknie pokrywa ostatnią stronę. Mogę wystawić tylko jedną ocenę: 10/10.

dKick-Ass #8
Misiael: Umarł nam Kick-Ass, już leży na desce... A gdzie tam! Przeżył i ma się dobrze! Razem z dziesięcioletnią dziewczynką z katanami pokonał doborowy oddział mafijnych przydupasów - ostatni raz coś podobnego widziałem chyba w "Osiedlu Swobodzie". Wszystko skończyło się klasycznym, amerykańskim happy endem. Zero zaskoczenia, najwyższy czas więc podsumować całą tę opowieść.
Największym błędem było reklamowanie tego komiksu jako "realistycznej opowieści superbohaterskiej". Oczywiście, historia zawarta w komiksie jest odrobinę bardziej prawdopodobna, niż jakakolwiek fabuła rodem z X-Men, ale wciąż jest to czysta ściema.
Oswoiwszy się z tym faktem, łatwiej nam spojrzeć na Kick-Assa łaskawszym okiem, oto mamy bowiem przegiętą pod każdym względem historię nastolatka, który chce zostać superbohaterem w niesuperbohaterskim świecie - i w pewnym sensie mu się to udaje. Dave jest naszym bratem, nerdem z krwi i kości - porywa się na coś, na co żadnemu z nas nie wystarczyłoby jaj/odwagi/głupoty (niepotrzebne skreślić). W tle mamy zaś historię jego ojca, który po śmierci żony próbuje poukładać sobie życie na nowo - i ten wątek jest autentycznie interesujący, ciekawy i w pewien sposób poruszający. Co prawda im dalej w las, tym więcej drzew i hasło "niesamowita dawka przemocy" zaczyna górować nad fabułą.
Podsumowując, sam komiks nie był zły - w każdym razie, nie aż tak zły, jak chcą niektórzy. Ostatni numer dość zgrabnie rozplata wszystkie wątki (i antyfanom jeży włosy na głowie napisem "koniec księgi pierwszej" na ostatniej stronie), toteż oceniam go na 7/10, zaś całą serię na 6+/10 - zaraz na moją głowę posypią się gromy, ale cóż poradzić, skoro komiks najzwyczajniej w świecie mi się spodobał?
Bertoluccio:
Na początek muszę pogratulować autorom, że ostatecznie udało im się wydać ostatni numer przed premierą adaptacji. Kto by pomyślał, że tworzenie komiksu jest bardziej czasochłonne niż kręcenie filmu ;). Jeżeli zaś chodzi o sam komiks, to tak jak poprzednie numery można go ocenić na dwa sposoby. Albo pamięta się obietnice Millara o realistycznym podejściu, albo nie. Wybierając ten drugi, muszę powiedzieć, że historia kończy się w odpowiedni sposób, dając nam efektowną masakrę i ciekawy epilog. O dziwo Dave nie zaliczył dziewczyny, a obstawiałem, że odkryje ona jego sekretną tożsamość. Zapewne zdarzy się jednak w filmie, bo jedna ze scen trailera przedstawia tam Dave'a całującego się z jakąś dziewczyną (widać wersja hollywoodzka nie może skończyć się bez sukcesu głównego bohatera ;)). Tutaj w zamian został obity, co mnie trochę zdziwiło. Bo gdybym ja właśnie był współsprawcą masakry mafii, to jakby się do mnie czepiał jakiś cwaniak, to bym go zmiażdżył, ale może Dave był zbyt przybity koszem, jaki właśnie dostał. Ogólnie za ten numer 7/10, a za serię 5/10 (byłoby więcej, gdyby nie niespełnione obietnice z początku).
Krzycer: Podsumowując serię: dobry początek, dobry koniec, w środku siadło i tylko Red Mist ratował sytuację.
Podsumowując numer: "czy możesz mnie przytulić" i dalsza historia Hit-Girl były najfajniejszą częścią numeru.
Po zwiastunach mam wrażenie, że jako film będzie toto lepsze, choć i tak było niezłe. Ale nie wiem, ile kasy, prochów i panienek podesłano recenzentom, by zdobyć te mega-turbo-hiper przychylne urywki zdań na okładkę.


Ms. Marvel
vol. 2 #49
Delirium: Zacznę od rysunków, bo niezmiennie rysunki pani Takedy były ucztą dla moich oczu i jeśli kiedyś ją spotkam, na pewno uściskam za fantastyczny panel z Mystique w ręczniku. Szkoda tylko, że w środek wstawili znacznie gorszą część Bena Olivera, która zepsuła mi ciągłość odbioru. A scenariusz? Cóż, rozwija się i to w zaskakujący sposób. Powiem więcej – nie obrażę się, jeśli w jakiś sposób nawiąże do wydarzeń z Dark X-Men. Kolejne 7/10 dla Panny Cudownej.

Krzycer: No dobra, tego się nie spodziewałem. Więc kim tak naprawdę jest Mar-Vell, którego widzieliśmy? Automatyczne skojarzenia podsuwają obraz ostatniego, skrullowego podszywacza, ale on przecież umarł, a poza tym ciężko uwierzyć, by gierki Mystique spowodowały, by dokonał tych wszystkich ataków.
W każdym razie robi się coraz dziwniej i dziwniej - tym bardziej żałuję, że to już przedostatni numer.
Choć szczerze mówiąc, poprzednie historie nie interesowały mnie do tego stopnia.

Sc0agar4k: Czyli to jednak nie Mystique. Pozostaje pytanie: kto w takim razie? I do czego tak naprawdę dąży Raven? Akcja trochę zwolniła, mam nadzieję, że w ostatnim numerze będzie jej znacznie więcej, a sam numer zakończy serię w odpowiednio wysokim stylu. Jak zwykle świetne rysunki Takedy, ocena 7/10.

New Avengers #61
Delirium: Rozumiem, że cały związek z Siege ogranicza się do faktu, że Hood dostał Kamienie Norn i teraz się nimi bawi? Cóż, wolałbym, żeby wyglądało to trochę inaczej, bo już powoli męczą mnie te kapturowe wątki, ale mogę z tym żyć. Lepszą częścią numeru jest ta z udziałem pajęczego duetu, przy której można się nieźle ubawić. Ta z kapitańskim duetem też nie jest jakaś strasznie zła, ale nie rozumiem, o co chodziło z tym rykoszetem. No i strzelanie do Living Lasera jest dość naiwne. Chyba Bendis poświęcił większość swojej uwagi Siege i trochę tutaj odpuścił. Rysunki przyzwoite, a całość dostanie 6/10.

Hotaru: Ziew. W całym numerze dobre jest jedynie przekomarzanie dwóch pajęczych postaci - cała reszta to jeden wielki bubel. Bendis jest dobry w pisaniu zabawnych dialogów, ale nie powinien zaniedbywać wszystkiego innego. Nudnej fabule towarzyszy koszmarna oprawa graficzna. Poczynając od nienatchnionych rysunków Immonena, po szkaradne rysunki Acuny i jeszcze brzydsze kolory McCaiga - człowiek zaczyna myśleć, że likwidacja tego tytułu w kwietniu to wcale nie taki głupi pomysł.

Xavier83: Bardzo przyjemna, relaksująca lektura. Zwłaszcza "randkowa" rozmowa Spider-Woman/Spider-Man. Uśmiech pojawił mi się na twarzy, gdy zobaczyłem to urządzenie wykrywające kosmitów. Polowanie na członków Avengers zaczyna nabierać tempa, zwłaszcza ostatnia strona jest tego dobrym dowodem. Jak na razie historia jest prowadzona poprawnie, bez zbędnych fajerwerków. Zastanawia mnie tylko pojawienie się tej drugiej tarczy Kapitana Ameryki, dawno jej nie widziałem. 7/10
Pariah: Strasznie to drętwe. Akcja rozwija sie strasznie powoli i jeszcze w obu głównych wątkach komiksu Bendis posługuje się tym samym trickiem (kontrolą umysłu). Nie wspomnę już nawet tego absurdalnego rykoszetu, którym Steve uratował sytuację. Było to naprawdę naiwne. Jedyne, co wypada dobrze to banter pomiędzy Spider-Manem a Spider-Woman. Miły akcent, szkoda, że jedyny taki w tym numerze. 5/10
c
owcaboski: No i pierwszy tego eventu tie-in, który nie ma nic wspólnego z eventem... Otóż Siege na okładce i żadnych powiązań z Siege, no tak, ruch w Avengers Tower - ale jak to powiedział Spider - to Avengers Tower, tam zawsze jest ruch... Kapitan Ameryka na okładce? Ok, w komiksie też jest, tylko że to nie ten Kapitan... Itd. itp.
Co do samej treści, to mamy tę samą bendisową mieszaninę, co zawsze - trochę bitki, trochę dobrych dialogów, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś "ale", o ile parę lat temu zagrywki wywoływały prawdziwy nerdgasm, to teraz się zwyczajnie przejadły i jak na mój gust BMB powinien odpocząć od flagowców Domu Pomysłów przy jakiś mniej wymagających tytułach.
Na koniec zostają rysunki S. Immonena - czytając Pulse'a dało się odnaleźć wiele zachwytów nad jego kunsztem (życzliwych proszę o wskazanie, gdzie ten kunszt jest ;)) jednakże w NA Immonen jest poniżej średniej, co prawdy tragedii nie ma, ale od ideału dzielą go lata świetlne.
Ocena: 5/10
Bertoluccio: Odnoszę wrażenie, że cały ten motyw z gangiem Hooda, który (po raz kolejny) poluje na Avengersów, to takie zabijanie czasu przed restartem serii po Siege. Za to rozmowa Spidera ze Spider-Woman świetna (zwłaszcza nawiązanie do małżeństwa). Immonen rysuje coraz gorzej i chociaż nadal można powiedzieć, że ilustracje są co najmniej dobre, to mam nadzieję, że ostatecznie nie dosięgnie go syndrom Salvadora Larroca. Ogólnie 7/10.

Krzycer: Wszystko zostało już powiedziane - nocne rozmówki Spider-Couple wyszły rewelacyjnie, rykoszet przebijający to, co kiedyś wyprawiał Cyclops (...a to ponoć część jego mocy) już mniej, wykorzystanie kontroli umysłu dwa razy, w dwóch osobnych wątkach - wcale.
Poza tym fajnie wyszła rozmowa Mandrilla z jakmutam. A co to ma wspólnego z Siege? No... tu New Avengers są jakby oblegani przez gang Hooda... Naciągane? ;)


Secret Warriors #12

Delirium: Po kilku ostatnich numerach, które były dość nieśmiałe, ten rusza z kopyta i posuwa najważniejsze wątki serii o milę. Rewelacją numeru miało być ujawnienie, kim jest ojciec Stnewalla, ale w rzeczywistości to zrobiło na mnie najmniejsze wrażenie. Poznajemy za to origin Hive'a i dowiadujemy się, czym jest Leviathan, a także dostajemy możliwość bliższego wejrzenia w metody działania Hydry. I to jest właśnie to, po czym powiedziałem sobie: ta seria ma potencjał, przy którym pół Marvela wymięka. A co najważniejsze, póki co, ten potencjał jest dobrze wykorzystywany. I chcę więcej! Dodatkowy plus dostanie Stefano Caselli, który spisuje się znakomicie, a za design Leviathanów powinien dostać jakąś specjalną nagrodę. Dam 8/10, ale nie najsilniejsze w tym tygodniu.

Hotaru: Fajny komiks. Nie spodziewałem się, że aż tak mi się spodoba. Wreszcie zaczęło się dziać coś, co zdołało pochwycić mą uwagę. Wcześniej było dużo gadania, dużo podchodów i mało z tego wynikało. Jeszcze bardziej, niż z fabuły, zadowolony jestem z rysunków Stefano Caselliego. Polubiłem jego kreskę, a jego znak firmowy - jędrne poślady - traktuję jako łobuzerskie puszczenie oka udowadniające, że pomimo rozbuchanej fabuły Hickmana nie bierze tego komiksu do końca na serio.


Thor
#606

Demogorgon: Zacznijmy od rysunków - Billy Tan niestety wrócił do swojej zwyczajnej formy, która nijak ma się do tego, co pokazał w dwóch poprzednich numerach. Na szczęście fabuła jest dalej na dobrym poziomie - szkoda tylko, że historia miała od początku być pomostem między runem JMSa a Siege, Gillen nie mógł rozwinąć skrzydeł, ale zdołał odwalić dobrą robotę i wpleść parę świetnych pomysłów. Teraz czas zobaczyć, jak się nasza wschodząca gwiazda odnajdzie w crossoverze.

Delirium: Bardzo solidne zakończenie z potężną dawką akcji i kilkoma niespodziankami. Co prawda większą część rozwiązań można było przewidzieć, ale jednak podane są w sposób na tyle dobry, że nie jest to powód do narzekania. Walka Thora z DoomDestroyerem ociera się o epickość, a dla kontrastu scena, w której Kelda wraca do życia, jest całkiem wzruszająca. Wszystko to zmierza odpowiednio ku Siege, a ponieważ jest też dobrze narysowane, dostanie 7/10.
Hotaru: Od strony fabularnej nie mogę się przyczepić do niczego konkretnego, ale czuję niedosyt - spodziewałem się czegoś bardziej epickiego. Nie zrozumcie mnie źle, Gillen napisał kawał porządnego komiksu, ale nie takich emocji się spodziewałem po zakończeniu tej historii. Oh well... Billy Tan wyczerpał zasób zapału i cierpliwości, który pozwalał mu rysować lepiej niż zwykle, przez co jego rysunki stały się na powrót irytująco charakterystyczne. Koloryści zasługują na brawa, bo przepiękne efekty ich pracy, pomimo osoby rysownika, czynią oprawę graficzną całkiem znośną. Z lekka obawą czekam na tie-in Siege i powrót do Oklahomy. Oby był lepszy niż ten Inicjatywy.
Bertoluccio:
Satysfakcjonująca konkluzja całego pobytu Asgradczyków w Latverii. Czytając ten komiks cały czas towarzyszy mi myśl, że już zaraz ta seria stoczy się na dno pod kierunkiem Ułamka (oczywiście dramatyzuję, bo Matt aż tak zły nie jest). Trzeba się nią cieszyć dopóki można. Za ten numer 8/10 i czas na Siege.
Krzycer: Zakończenie musiało być takie, a nie inne, żeby pionki znalazły się na właściwych miejscach, z których ruszyły w Siege. Mimo to zakończenie latveriańskiej przygody Asów było więcej, niż satysfakcjonujące. Czekam na Siege.

Ultimate Comics Enemy #1
Hotaru: Rafa Sandoval jest świetny. I to jedyny plus tego komiksu. Chociaż napisany przez Bendisa, na milę cuchnie Loebem i Ultimatum. To aż nieprawdopodobne, jak bardzo ten komiks wydaje się kroczyć ścieżkami wskazanymi przez koszmarek Loeba. Włosy się jeżą. Zgroza.

Krzycer: Przyszedł Bendis i wywrócił Fantastyczną Czwórkę do góry nogami. A przy okazji prawdopodobnie wybił rodzinę Richardsa, a przecież nie byli to tylko anonimowi krewni, jak to zwykle w komiksach bywa.
A jednak początek jest ciekawy - nie dlatego, że jestem jakoś niezwykle zafrapowany tym, kim jest fioletowy napastnik, ale dlatego, że Bendis ciągnął wątki Roxxon od nie pamiętam jak dawna w USM i liczę, że tutaj czymś to wreszcie zaowocuje.
Jedno jednak jest dziwnie nieobecne w tym numerze. Jeśli fioletowe macki, wybuchy i inne romulusy wzięły na cel Reeda i Sue, to nie pokazanie choćby na jednym kadrze Domu Cioci May dla Zagubionych Superbohaterów wydaje mi się podejrzane.


Wolverine: Origins #44
Krzycer: ...ok, poddaję się: co ma Wolverine do Ruby Thursday? Poza tym, numer jest - uwaga! - całkiem fajny. Podoba mi się wykorzystanie Cloaka i Skaara.
A na ostatniej stronie mamy Romulusa w całej krasie. Pewnie - już go widzieliśmy, ale ta strona przypomniała mi, dlaczego przekozaka nie da się - po prostu się nie da - traktować poważnie.
Sc0agar4k: Kiedy wydawać by się mogło, że wszystko idzie zgodnie z planem Logana, okazuje się, że jednak tak nie jest. A Romulus przewiduje każdy jego krok, co według mnie jest małym przegięciem. By przekonać się, jak zakończy się ten pojedynek, przyjdzie nam jeszcze poczekać. Numer średni, jednak za rysunki dostanie dodatkowy plus, czyli ocena 6/10.

X-Babies #4
Demogorgon: To wkurzy pewnie parę osób, ale co mi tam - NUMER TYGODNIA! Serio, porządnie komediowa rzecz, z uroczym dodatkiem wcielenia kilku postaci do Multiversum Marvela. No i co się uśmiałem, to moje - serio, już recap page to królewski moment śmiechu, a dalej jest tylko lepiej. Walka X-Maluchów z X-Bobasami (z których kilka jest urocze. Nawet mały Daken. A Merc With Manners w szczególności) mnie powalała z każdą stroną. I właściwie ci nowi goście są całkiem fajni, chciałoby się ich jeszcze gdzieś zobaczyć (zwłaszcza psa). Każdy, komu się marzy, by Marvel stał się bardziej przyjazny dzieciom, powinien był to przeczytać. Albo dostać łomot od dzieciaków. :P


X-Factor
#201
Delirium: Niezmiennie dobre. Co tu dużo mówić – przeczytać trzeba. Wszystko bardzo ładnie się rozwija i splata ze sobą. Akcja, tajemnice i zawsze genialne interakcje między bohaterami są umiejętnie dawkowane. Rysunki przyzwoite, chociaż ciągle muszę się do nich przyzwyczaić. Kwiatkami numeru były reakcja Monet na propozycję Guido i urocze nawiązanie do Piotrusia Pana. Kolejne mocne 7/10.

Hotaru: PAD nie zawodzi. Poprzedni, fenomenalny, jubileuszowy numer dostarczał podczas lektury wspaniałej frajdy, a ten nie jest gorszy. Scenarzysta kontynuuje napoczęte wątki poboczne, rozwija postaci, ani na moment nie zapominając o osi fabuły, czyli zaginięciu Niewidzialnej Kobiety. Na avalonowym forum niektórzy zastanawiają się, jak wydarzenia z tej serii wpłyną na resztę marvelowego uniwersum, ale dopóki tak świetnie bawię się podczas lektury X-Factor, w ogóle o to nie dbam. Wolę, żeby scenarzysta nie był zmuszony do równania w dół, bo ewidentnie świetnie się bawi, a czytelnicy wraz z nim.
Bertoluccio:
Jest dobrze, nawet bardzo dobrze. Już przy poprzednim numerze wspomniałem, że serii po całej tej aferze z podróżami w czasie potrzebny był powrót do detektywistycznych korzeni. Tak właśnie jest i za to 8.5/10.
Krzycer: Pięknie się to wszystko rozwija - rozmowa z Laylą, sytuacja na dachu i w Latverii, "missing persons poster boy" i zagadki na cmentarzu - bezbłędny numer.
Jednego tylko nie rozumiem - na kadrze z rzuconym przez Thinga Guido trafiającym Monet z jakiegoś powodu przelatuje czajnik albo konewka...

X-Force vol. 3 #23
Delirium: Kolejna seria z X w tytule, która świetnie sobie poradziła w tym tygodniu. Necrosha nie zwalnia tempa i zaskakuje pod wieloma względami. Bijatyka jest naprawdę dobra i wreszcie są jakieś prawdziwe ofiary, bo ich brak w innych tie-inach trochę dziwił. Blink wymiata na całej linii. Wątek Rahne zatacza zgrabne koło w dość niespodziewany i nawet wzruszający sposób. Wszystko zmierza do wielkiego finału, a na dodatek rysunki Craina dawno nie były tak dobre. I dziwi mnie tylko, skąd u diabła wzięła się tam Diamond Lil, w dodatku tylko po to, by zginąć? Bardzo dobre i jeszcze jedno mocne 7/10.

Hotaru: Jak na numer napakowany akcją dzieje się tu wyjątkowo niewiele. Jak na razie X-Necrosha na łamach X-Force - serii, która winna być głównym motorem napędowym tej historii - rozpędza się bardzo ślamazarnie. Chciałoby się czegoś więcej. To samo dotyczy oprawy graficznej. Clayton Crain zakochał się w swej kresce i przegiął pałę. Tak nieczytelnych scen akcji dawno nie oglądałem. O ile statyczne sceny rzeczywiście niosą ze sobą pewną dożę estetycznego artyzmu, tak te dynamiczne są chaotyczne na maksa. Crain sam rysuje, tuszuje i koloruje, bo nikt inny nie byłby w stanie połapać się w tym bajzlu. Liczę na zdecydowaną poprawę w kolejnym numerze, zarówno od strony fabuły, jak i grafiki.

Pariah:
W tym numerze akcja nabrała tempa i pomimo, iż większość tych wydarzeń dało się przewidzieć, dobrze się przy tym komiksie bawiłem. Inner Circle wbrew moim obawom wcale nie cackało się z mieszkańcami Utopii. Zanotowali brutalne, gwałtowne wejście i zostawili za sobą wielu rannych i zabitych. O ile ani przez chwilę nie obawiałem się o los Cecily, to losu Onyxa nie jestem pewien (Rockslide potrafiłby to przeżyć, ciekawe, jak jest z regeneracją w jego przypadku). Teraz nadchodzi czas na zemstę! Może być tylko ciekawiej :) . 7/10


gX-Men: Legacy #232
Delirium: A oto mój numer tygodnia. Głównie z tego względu, że już od dawna nie czytałem tak dobrej historii w komiksie, który miał "X-Men" w tytule. To, co się tu dzieje, mogę porównać tylko ze złotym wiekiem mutantów, czyli czasami, gdy pierwszy raz poznaliśmy Proteusa. Dzieje się dużo, dzieje się dobrze (albo raczej źle), a najbardziej podoba mi się to, że nie potrafię przewidzieć dalszego ciągu. Bardziej cieszy mnie tylko to, że Rogue i Magneto są w świetnej formie. A dodatkowym plusem są dobre rysunki. Miejscami nawet bardzo dobre. Daję zdecydowane 8/10.

Hotaru: Carey w świetnej formie. Przypominają mi się czasy tuż przed Messiah CompleX, kiedy każdy numer tej serii był obowiązkowy dla fanów mutantów. Z niekłamaną radością mogę obwieścić, że te czasy powróciły. Tie-in do X-Necroshy w wykonaniu Manna i Careya jest nieporównywalnie lepszy od głównej historii. Podczas lektury przychodzą na myśl najświetniejsze momenty z bogatej x-historii. Chcę jeszcze!

colossus28: Poprzedni numer był dobry, ten jest jeszcze lepszy. Najwyraźniej Carey jest na wznoszącej. Mimo, że komiks nie jest w stanie nas niczym zaskoczyć, czyta się go bardzo przyjemnie. Co było do przewidzenia, Proteus robi z naszymi X-Menami, co chce, nawet sam Magus ma niewiele do powiedzenia. Jest tu mnóstwo świetnych scen, użycie Colossusa przez Erika jako marionetki albo ostatni panel robią wrażenie. Bardzo dobry komiks akcji, ocena 9/10.
Pariah: Zgodnie z przewidywaniami Proteus kopie wszystkim tyłki, ale robi to w sposób, który budzi emocje i może się podobać. Jest to coś bardzo przyjemnego w odbiorze, coś, czego tak bardzo brakowało mi w najnowszym numerze New Avengers. Za sprawą przepowiedni Destiny nietrudno się domyślić, co będzie dalej, a mimo to czekam z niecierpliwością, by o tym przeczytać. Pogratulować należy też Careyowi doboru obsady. Jego X-Men cechuje duża różnorodność tak pod względem mocy, jak i osobowości. Mają duży potencjał, dlatego mam nadzieję, ze nie jest to tylko tymczasowy "line-up". 8/10

Krzycer: Oj, dobre! Proteus po przejściach wydaje się jeszcze groźniejszy, jeszcze bardziej niesamowity. X-Men nie marnują czasu i dzięki temu dostajemy kilka akcji w rodzaju Magneto sterującego Colossusem czy "En garde, sugah!". A wszystko to bardzo ładnie zilustrowane - niektóre kadry starcia z Proteusem, zwłaszcza w retrospekcji, przypominały mi Bachalo z jego najlepszego okresu.
Jeśli miałbym się czegoś przyczepić... to pozostają mi jedynie drobnostki w rodzaju wyjątkowo nijakiego kostiumu Husk. Poza tym numer jest bezbłędny.
Sc0agar4k: Niezłe, naprawdę niezłe. Magneto mimo, że nie w pełni sił, pokazał się jako prawdziwy badass. Jednak najlepsza scena to Colossus traktujący Blindfold "z liścia". Ciężkie starcie, sporo walki, która teraz przenosi się na "wyższy" poziom. Ocena 8/10.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:


aX-Force vol. 3 #23 Crain Variant

Autor:
Clayton Crain

Hotaru: Wprawdzie pisząc opinię na temat tego numeru do Pulse'a stanowczo skrytykowałem Artystę, ale nie omieszkałem zauważyć, że statyczne ujęcia wychodzą mu całkiem sprawnie. I właśnie takie ujęcie miałem na myśli. Ta okładka to kwintesencja tego, czym powinna być X-Necrosha - historią mroczną, wypieszczoną i epicką. Mam nadzieję, że zdąży dorosnąć do tej okładki.





Gniot tygodnia:

bCaptain America: Reborn #6

Autor: Bryan Hitch

Delirium: Po pierwsze, ta okładka kłamie, bo zbiorowiska postaci z niej nie uświadczymy w środku. Po drugie, jest kiepsko narysowana. Postacie są anatomicznie niepoprawne: albo mają jakieś części ciała za długie, albo za chude, albo znowu wyginają się pod dziwnymi kątami. Popatrzcie na przykład na prawą rękę Steve'a albo nogi Spider-Mana. O to, co się dzieje z Thorem, już nawet nie chcę pytać. Taka duża okładka, a taka brzydka. Szkoda...






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.01.27


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.