Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #126 (18.01.2010)


avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 stycznia 2010Numer: 2/2010 (126)


W zeszłym tygodniu zabrakło niestety wielkich hitów i przełomowych historii.



eAmazing Spider-Man #617
Delirium: Marzę o tym, żeby znów w tej serii pojawiła się grafika, która nie zniechęca do czytania. Jest co prawda ciut lepiej niż poprzednio, a miejscami pojawia się nawet fajna dynamika, ale ogólnie jednak mi się nie podoba. Fabuła jakoś sobie radzi, ale też bez rewelacji. Nowy Rhino jest nawet ciekawy, ale pomysł z silnikami odrzutowymi to lekkie przegięcie. Chyba, że ktoś widział latające nosorożce, bo ja niestety nie. Poza tym byłem przekonany, że pancerz starego Rhino był zamontowany na stałe i o jego zdejmowaniu nie mogło być mowy. Ale cóż, w Marvelu wiedzą lepiej. Ważne, że fabuła jakoś się kupy trzyma i można przebrnąć przez numer w miarę bezboleśnie. Dlatego wystawię 5/10.

colossus28: Nie jest rzeczą łatwą napisać ciekawą historię o Nosorożcu. Byłem już gotowy wylać kubeł pomyj na ten numer, a tutaj taka niespodzianka. Opowieść nawet nieźle się czyta, okazuje się, że Aleksiej to wrażliwy i odpowiedzialny facet, a nowy Rhino prezentuje się wcale okazale. Trochę przeszkadza mi, że za wszystkim stoi Kravenówna, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Mocne 6/10.

Krzycer: Joe Kelly może być najlepszym, co Pająkowi przyniosło całe zamieszanie z OMD/BND. Wyciągnąć coś ciekawego z Nosorożca, sprawić, by czytelnik sympatyzował z taką postacią - to jest talent.
A do tego świetne rozmowy z Michelle i Norą, która zarządziła deklaracją "Mine!" :D
Tylko rysunki strasznie nierówne. Niektóre kadry wypadły świetnie, na niektórych Parker miał twarz jak... nie znajduję porównania. Ale to nie była jego twarz.


Black Panther vol. 5 #12

Delirium: Wróciłem do tej serii tylko ze względu na DoomWar i przypomniałem sobie, dlaczego to jednak nie moja bajka. Po pierwsze dlatego, że Black Panther i cała jego otoczka są maksymalnie przekombinowani. Po drugie – nic mnie nie obchodzą ich losy. Dlatego też przeleciałem przez całą tę nawalankę na jednym wdechu i przeczytałem sobie tylko konkluzję, która tak samo mnie nie zaskoczyła, jak i nie ruszyła. Doom organizuje pucz, żeby mogli sobie potem powalczyć. To tyle. Może efekt tego będzie ciekawszy, ale póki co, jest to zwykła średniawka. Taka na 5/10.

Hotaru: Świetny. Nie można inaczej ocenić tego numeru i całej historii Maberry'ego, będącej wprowadzeniem do DoomWar. Scenarzysta podszedł do Pantery jak do jednej ze swoich powieści i naprawdę ani przez chwilę nie przechodzi przez myśl zarzut, że komiks jest podrzędnym w stosunku do książek medium. Odejście Hudlina było warunkiem koniecznym, by Black Panther wypełzł z bagna, ale w najśmielszych marzeniach nie przepuszczałem, że kogoś tak kiepskiego zastąpi od razu ktoś tak zdolny. T'Challa i spółka nie mogli trafić lepiej.

Lokus: Ok, muszę przyznać, że Maberry mnie kupił. Po tym, jak do Czarnej Pantery skutecznie zniechęcił mnie Hudlin, przemogłem się w sobie i po pochlebnych ocenach na Avalonie postanowiłem rzucić okiem na starania nowego scenarzysty tego tytułu. I przyznaję, że preludium do DoomWar sprawiło, że postanowiłem wrócić do regularnego śledzenia tej serii. Postać Shuri ciekawie się rozwija, dzięki czemu cała historia sporo zyskuje, Doom jest tym Doomem, którego lubię, a rysunki Willa Conrada bardzo przypadły mi do gustu. To cieszy, bo nie wierzyłem, że z serii tej coś jeszcze będzie. 7/10

Krzycer: Ktoś zrobił coś ciekawego z Walterem Declunem. Tego też się nie spodziewałem. A czy ktoś kiedyś wyjaśnił, jak Declun przeżył lobotomię zafundowaną mu przez Logana?
Przy okazji - najwyraźniej mózg jest mniej skomplikowanym narządem od oczu. :D


Black Widow: Deadly Origin #3

Delirium: Nie ulega chyba wątpliwości, że ta seria powstała tylko po to, by przybliżyć postać Black Widow przed jej pojawieniem się w "Iron Manie 2". I to zadanie spełnia, bo wspominki układają się w jedną całość, a w dodatku wyglądają lepiej niż współczesna część fabuły. Ta dla odmiany jest trochę nijaka, bo jakoś nie łączy mi się w głowie wątek tego czegoś, co zamienia ludzi w morderców z poradzieckim Helicarrierem na orbicie. Na chwilę tylko wstrzymałem oddech, kiedy myślałem, że powrócił Cold Steel, czyli Józio Stalin we własnej osobie, ale okazało się, że to jednak nie on. I tak dochodzimy do kolejnego w tym tygodniu 5/10.

Hotaru: Cóż, jeśli zabierając się za pisanie tej miniserii, Cornell czuł się natchniony, to ewidentnie natchnienie skończyło się już w poprzednim numerze. Bo ten jest już naprawdę kiepski. Z każdą kolejną stroną odnosiłem wrażenie, że cofam się coraz bardziej w czasie, do początków komiksowych historii superbohaterskich. I nie mówię tego, by sugerować grzejącą serducho nostalgię, ale fabuły proste jak budowa cepa zaorane niedorzecznościami. Jeśli Black Widow: Deadly Origin miał być hołdem złożonym tym pierwszym, poległym w próbie czasu komiksom, to jest on zdecydowanie udany.

colossus28: W tym przypadku doskonale sprawdza się powiedzenie "im dalej w las, tym ciemniej". Mini z każdym numerem traci dużo na wartości, historia robi się coraz bardziej absurdalna, ciężko znaleźć jakiś jaśniejszy punkt w tej opowieści. Ostatni numer przeczytam tylko po to, by zobaczyć, co się stanie z Ivanem. 2/10

dDark X-Men #3
Delirium: A tutaj dla odmiany mamy niekwestionowany numer tygodnia. Ja chcę Cornella w Uncanny X-Men i niech zabierze ze sobą Nate'a, bo to, co wyczynia z tą postacią, jest rewelacyjne. Świetnie napisany pojedynek z Dark Avengers, bardzo dobre zrozumienie postaci i niespodzianka na końcu – oto, co dostajemy. Otwierają się teraz ogromne możliwości, ale nie chcę nic zgadywać, bo tutaj wszystko może się zdarzyć. No i dodatkowy plus za piosenki, tym razem Kate Bush. Gdyby jeszcze rysunki były bardziej spójne, byłoby doskonale, ale niestety pojawia się parę małych zgrzytów. Tak czy inaczej, numer na 8/10.

Hotaru: Lepszy z komiksów Paula Cornella opublikowanych w zeszłym tygodniu. Po ostatnim numerze obniżyłem trochę oczekiwania co do tej miniserii i tym razem bawiłem się lepiej. Ale i tak jest to tytuł co najwyżej średni. Leonard Kirk nie stara się tak, jak przy Captain Britain and the MI13 i chociaż nadal oprawa graficzna jest lepsza niż przeciętna, to świadomość, na co stać tego rysownika, musi powodować niedosyt. Fabuła jest lekkostrawna, a końcowa rewelacja totalnie przewidywalna, ale całość - jak już wspomniałem - przełyka się dość gładko.

czarny_samael: Ciekawe rozwiązanie, gdyby nie fakt, że Osborn musi wrócić. Ares jak zwykle błyszczy, a Sentry... Taaak... Sentry jest w swoim żywiole, tego, za co go kochamy: "I... I... I need to think about this. (pyk i zwiedzamy świat)". Ciekawie wykorzystane postacie, niezła fabuła,ale rysunki zdecydowanie mi przeszkadzały w odbiorze. Na jednym z kadrów Osborn ma talię modelki... Niby stał bokiem, ale i tak nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wygląda nienaturalnie. Ogólnie 7.5/10
Pariah: Genialny komiks. Podoba mi się, jak Cornell prowadzi swoje postacie i z jaką łatwością i gracją pisze takie trudne do prowadzenia postacie jak Nate Grey. O ile Sentry jest przykładem, jak takich postaci pisać się nie powinno, to X-Man Cornella sprawia, ze chciałbym zobaczyć z nim regularną serię pisaną przez tego autora (dlatego też mam nadzieję, że X-Man wyjdzie z tej mini-serii cokolwiek zwycięsko). Podobało mi się starcie X-Mana z Dark Avengres i to, jak sprytnie wyprowadził ich w pole. Jeśli dobrze rozumiem jego plan względem Normana, to jestem pod wielkim wrażeniem. Dziwi mnie tylko, że X-Man przy całej swojej mocy miał problemy z Aresem, mimo to na spore uznanie zasługuje pokazanie tego drugiego jako prawdziwego bóstwa, które budzi respekt (a nie głupiego mięśniaka jak w co niektórych innych seriach). Dodam jeszcze, że o ile "name boxy" Fractiona doprowadzają mnie do szału, to ta sama konwencja wychodzi Cornellowi znacznie lepiej (najlepiej wypadł opis Ms. Marvel :)). Oprawa graficzna również tradycyjnie już nie zawodzi. Czekam na więcej. 8/10

Invincible Iron Man #22

Delirium: Kolejny numer, który rozciąga tylko kiepską fabułę i miesza w chronologii. Dobra, wiemy już, że Antek się wyliże, więc po co na siłę to przedłużać, wymyślając dodatkowe przeszkody, bezsensowne przygody wewnątrz jego głowy i dokładając rozterki postaci pobocznych? Naprawdę, mniej bym narzekał, gdyby po prostu walnęli go piorunem i wstał. Na dodatek Larroca błądzi gdzieś na manowcach sztuk plastycznych, nie mogąc odnaleźć swojego dawnego talentu. Nudno i nieładnie, więc będzie 3/10.

Krzycer: Meh. Niby coś się dzieje, ale... Budowanie napięcia polega tylko na tym, że kiedy Ghost zapukał, wszyscy Mściciele akurat poszli na ploty. Gdyby Fractionowi chociaż chciało się wyjaśnić, czemu ich tam nie było...


Marvels Project #5

Delirium: Wreszcie doczekaliśmy się pana ubranego we flagę i jego debiutancka akcja robi niezłe wrażenie, przy okazji zgrabnie wplatając Angela. Dostajemy też pana z czerwonym czerepem, który pokazuje, jak wygląda zło w klasycznej postaci, równie zgrabnie zahaczając o wątek Nicka Fury i Johna Steele'a. Kontynuowane są także wątki naukowców i agentów, więc wszystko powinno być ślicznie, ale jednak brakuje mi tu zagubionych gdzieś po drodze innych postaci, że wspomnę tylko Torcha i Namora. Wiem, że związanie wątków jest tylko kwestią czasu, ale tempo mogłoby trochę przyspieszyć, bo pojawia się groźba dłużyzn. Tymczasem jest to jednak mocne 7/10.

Lokus: Pięć numerów za nami i... damn you, Bru! Coraz bardziej nudzę się przy lekturze tego komiksu i zaczynam zastanawiać się, po co w zasadzie Marvel ruszył z tym projektem? Nawet rysunki Eptinga jakoś mi nie pasują, wolałem jego poprzednie prace. Szkoda, ale ja się z Marvels Project żegnam. 3/10


cNation X #2
Delirium: Rumakowanie skończyło się na pierwszej historii, która dobrze wygląda i fabularnie też jest niezła, chociaż dobór postaci i sytuacji nieco mnie dziwi. Druga historia ma haczyk, ale nie wykorzystuje go, bo jest za krótka i zbyt uproszczona, a nie nadrabia wyglądem. Trzecia to jakieś nieporozumienie pod każdym względem. Czwarta jeszcze daje radę, ale nie mogę traktować jej poważnie, skoro walka toczy się o transport srajtaśmy. I w ten sposób serię dopadła zmora antologii – koszmarna nierówność, która nie pozwala wystawić więcej niż 5/10.

Hotaru: Z drugim numerem projekt obniżył loty i wkroczył na niziuteńki pułap, na jakim zwykle latają podobne antologie. O ile pierwsza historia ma fajne rysunki (Choi i Oback - nie mogło być inaczej), a druga mogła by być prologiem do całkiem fajnej fabuły, o tyle cała reszta jest... kiepska, albo i gorzej. Od wyboru Jubilee jako protagonistki (bo kiedy to ona i młodzi mutanci kiedykolwiek byli blisko, żeby teraz gadać jak starzy przyjaciele?), poprzez błyskawiczne ucięcie fajnego, perspektywicznego wątku w drugiej części, po zupełnie niepotrzebne historie trzecią i czwartą. Lepiej było wydać jeden porządny zeszyt, niż cztery kiepskie z fajnymi momentami.

Lilarcor: Z czterech historii pierwsza najlepsza. Sympatycznie wypadło pisanie listu przez Jubilee, ciągłe zmiany i kreślenie. Do tego świetne rysunki.
Druga chyba mogłaby być interesująca, ale wydaje się, że po prostu zabrakło miejsca, żeby jakoś ciekawiej ją poprowadzić. I tak właściwie, to jest jakiś powód, dla którego No-Girl nie dostała jakiegoś zastępczego ciała?
Co do pozostałych dwóch: o Northstarze okropna, ta o Gambicie niewiele lepsza (decyzję o odejściu zmienia pod wpływem dwóch zdań przypadkowego faceta i zapasu papieru toaletowego... WTF?!)
.
Krzycer: Gah! Klątwa antologii. Poprzednia odsłona naprawdę bardzo mi się spodobała. Ta, dla odmiany, ściąga na ziemię i wbija w błoto. Rysunki mogą się podobać, ale historie...
Ta z Jubilee by się jeszcze broniła, gdyby nie wpychała na siłę Surge w rolę antagonistki. Z jakiej, że się tak wyrażę, paki? Nie ma to żadnego sensu. Tylko rysunki są git.
Ta z Marthą Johansson to fajny pomysł na wątek poboczny, rozgrywający się w tle którejś z serii - albo gdyby zrobić to subtelniej i rozciągnąć w czasie, albo gdyby była to seria mniej lub bardziej zabójczych gierek, które Quentin prowadzi z Marthą. W formie skondensowanej broni się tylko fajny pomysł i niezłe rysunki.
Tych z Northstarem i Gambitem nic nie broni. Nie ma w nich ciekawych pomysłów, postaci potraktowane są po macoszemu, dialogi są na miernym poziomie, narysowane są przeciętnie... Jutro nie będę pamiętał, o co w nich chodziło.


bPsylocke #3
Delirium: Niezmiennie uważam, że ta seria jest jak islandzki przysmak ze zjełczałego rekina – śmierdzi martwymi od lat wątkami, a jednak zagląda się tu z ciekawości. I tym razem można się wynudzić do granic możliwości, bo większość numeru to rozciągnięcie poprzez nawalankę z tajemniczym nieznajomym. A gdy wreszcie Bets dopada Matsuo i odkrywamy coś ciekawego, numer się kończy. Cóż, zobaczymy, czy zabiją smak tego zjełczałego rekina solidnym strzałem Black Death, czy też przyjdzie puścić pawia. W tej chwili jest to 4/10.

Hotaru: Z jakiegoś powodu rysunki Harveya Tolibao w tej miniserii bardzo absorbują moją uwagę. Wprawdzie w tym numerze przyhamował trochę z niekonwencjonalnym kadrowaniem i kompozycją paneli na stronie, ale nadal przede wszystkim o tym rozmyślam po zakończeniu lektury. A wniosek z tych wywodów taki, że gdyby Bianchi pogodził w ten sposób artyzm, nieszablonowość i storytelling w swojej pracy nad Astonishing X-Men, to do tej pory współpracowałby z Ellisem. Ale do rzeczy. Od strony fabularnej ten numer to taka zapchaj-dziura, ale chociaż wydarzenia rozwijają się powoli, to czytelnik nie odczuwa znużenia. Tym bardziej, że ostatnie strony obiecują naprawdę wybuchowy finał.

Krzycer: Ha. Jednak mnie zaskoczył. Przewidywałem rolę Logana, ale nie w ten sposób. Swoją drogą, o ile dobrze pamiętam, to powrót do bardzo starego wątku... Choć wydawało mi się, że to jakiemuś innemu Japończykowi Logan coś odcinał w każdą rocznicę śmierci Mariko.


Punisher MAX vol. 2 #3
Lokus: No proszę, a jednak się da. Można mieć wiele pretensji do Jasona Aarona, ale ja nadal uważam, że co jak co, ale shitu to on nie robi. Inna sprawa, że Steve Dillon pasuje do tego tytułu jak Kaczyński do fotela prezydenta. Jego rysunki mimowolnie przyprawiają mnie o uśmiech, a raczej nie o to chodziło twórcom tego komiksu. Jeśli jednak przezwyciężyć ten problem, to dostajemy kawał porządnej sensacji, ciekawego alternatywnego Kingpina i nadzieję na to, że MAX-owy Punisher wróci przynajmniej do poziomu historii Ennisa. 6/10


Realm Of Kings: Imperial Guard #3

Delirium: Ta seria to taki swego rodzaju mały cud. Występują w niej postacie, które dotąd były nikim i niespodziewanie okazują się całkiem fajne. Banda pionków z Imperialnej Gwardii zyskuje osobowość kłócąc się, żartując, podśpiewując ("Happy days, on my happy planet…" – bezcenne) i nagle zaczynam ich lubić. A jednocześnie dociera do mnie, że przez lata ten potencjał był bezczelnie marnowany i zaczynam się zastanawiać, o czym oni myśleli, trzymając takie charaktery w puszce. Mamy tu kupę świetnych scenek i dobrze zbudowane napięcie w tle, a na końcu niespodziankę i nawiązanie do rozpoczynającego RoK 1-shota. Rysunki też dobre, więc solidne 7/10 wystawiam.

Hotaru: Jak oni to robią? Ta miniseria nie miała prawa się udać. Bo kogo mogą obchodzić losy drugo- i trzecioplanowych postaci, których dotychczasowym jedynym osiągnięciem było otrzymanie od jakiegoś scenarzysty imienia? Okazuje się, że wystarczy, by zainteresowali się nimi Abnett i Lanning, a już postaci rozkwitną niczym przebiśniegi na pierwszy znak nadchodzącej wiosny. Nie wiem, ile Marvel płaci tym scenarzystom, ale na pewno za mało.

Krzycer: Imperial Guard daleko do bycia zespołem, którego relacje wewnętrzne zajmują czytelnika tak, jak to ma miejsce w wypadku Guardians of the Galaxy, żeby daleko nie szukać. Dlatego większa część tego numeru nie robi specjalnego wrażenia. Ale końcówka przypomina, że mimo rozdrobnionej struktury Realm of Kings jest eventem i wszystko, co się dotąd wydarzyło, jest ważne. Więc czekam na kolejny numer.
Ale serio - czy można nie czekać na numer zatytułowany "Daemons of the Cancerverse"? :D


S.W.O.R.D. #3

Delirium: Gillen nadal nie zawodzi i chociaż skonfundował mnie trochę, wstawiając tam Złotego Celestianina, nadal mogę się wyrazić o tej seryjce wyłącznie pozytywnie. Beast i Lockheed zabłysnęli jak prawdziwe gwiazdy, dostaliśmy wgląd w historię tajemniczego robota, która okazała się całkiem intrygująca, a potem niespodziewanie powrócił Death's Head i wszystko stanęło na głowie. I dobrze, że właśnie Demo zwrócił mi uwagę, że to ongoing, bo tkwiłem w mylnym przekonaniu, że jednak mini, a ciągle chcę więcej! Jeszcze jedno mocne 7/10.

Demogorogn: Dalej jest dobrze. Wciągnął mnie klimat, jaki ma ta seria (choć te rysunki czasami mnie dobijają). Trochę zdziwiło mnie, co tu robi Celestial, ale za tekst Douga mogę to wybaczyć. Cieszy mnie, że historia rozwija się w niespodziewanym kierunku, mam parę pomysłów, jak to się skończy i czekam, by sprawdzić, który okaże się prawdziwy. Numer tygodnia.

Hotaru: Przezabawne! Bardzo podoba mi się w sposób, w jaki Kieron Gillen łączy elementy komediowe, którymi ta seria jest nasycona, z poważnymi fabularnymi zagraniami. Nie dość, że czytelnik świetnie się bawi podczas lektury, to ma jeszcze przy tym wrażenie, że uczestniczy w ważkich wydarzeniach, a nie jedynie czyta zabawny comic-strip. Sanders ponownie pokazał, że jest właściwym człowiekiem na tym stanowisku i trudno mi teraz wyobrazić sobie kogoś innego ilustrującego tę serię. Naprawdę przednia zabawa.

Krzycer: Perełka. I nawet przyzwyczaiłem się do rysunków. Wszystko jak należy, Beast w swoim żywiole. Mógłbym wymienić jeszcze paru mutantów, którzy mogliby w podobny sposób rozkwitnąć, wyrwani z łap Fractiona. Ech, pomarzyć - dobra rzecz...


Spider-Man & The Secret Wars #2
Lokus: Kolejny pajączkowy WTF? potrzebny w tym samym stopniu, co odświeżona Clone Saga. Scenariusz to pomyłka, rysunki niewiele lepsze i zdecydowanie najgorsza spośród czterech obecnie wydawanych Spiderowych miniserii. 3/10


Strange vol. 2 #3

Delirium: Wciąż niezmiennie dobre. Zawsze uważałem, że te dziecięce wybory miss to samo zło i proszę – okazuje się, że jest tak w istocie. A dodając do tego miniaturową wersję Kasey i włochatego demona na emeryturze, otrzymamy kupę uciechy z przesłaniem w promocji. Taki lifting przesadnie nadętych niekiedy przygód Stefana okazał się strzałem w dziesiątkę i chętnie zobaczyłbym więcej niż cztery ich numery. Kolejne w tym tygodniu 7/10.

Hotaru: Jakoś z tym numerem uleciała dla mnie z tego projektu magia. A to niefajnie, kiedy magia ma być tematem numer jeden. Niby mamy tu wszystkie elementy, które czyniły z dwóch poprzednich numerów tak fajna lekturę, ale zostały zmiksowane w tak dziwny sposób, że zamiast pozytywnego odczucia niesamowitości poczułem mniej pozytywny zawrót głowy zwiastujący wymioty. Mam jednak nadzieję, że to tylko chwilowe i że ostatni numer znów mi się spodoba.

Lokus: Informacja o końcu ongoingu Jericho Drumma zmartwiła mnie w równym stopniu co fakt, że tytuł ten jest tylko miniserią. Pomimo wielu różnic w obu tytułach, to jednak odświeżenie magicznej części Marvela wypada nad wyraz dobrze. Strange jest bardzo ciekawe, kipiące niezłym humorem i ładnie narysowane. Ten numer tylko to potwierdził i nie mogę doczekać się już kolejnego (ostatniego?) numeru. Jak dla mnie jest to niespodziewany numer tygodnia. 8/10

Krzycer: Fajne! Waid podbił moje serce demonem Larrym. Nie do końca wiem, czemu, ale przypomina mi co bardziej komediowe postaci z sandmanowego arsenału Gaimana... (nie, żebym porównywał Strange'a do Sandmana, w żadnym razie. Zastrzegam na wszelki wypadek).


X-Men Origins: Cyclops

Delirium: Zaprezentowana tutaj historia nijak ma się do klasycznie opowiedzianego originu Cyclopsa i pomija wiele istotnych jego elementów, więc tylko niepotrzebnie miesza. Napisana jest i narysowana najwyżej średnio, a nic nowego nie wnosi. Szczerze powiem, że lepiej poczytać sobie biosa niż tracić czas na to. Ocena: 3/10.


X-Men Forever vol. 2 #15
Hotaru: Czy czytając jakiś komiks mieliście kiedyś wrażenie, że podglądacie mokry sen scenarzysty? Ja tak miałem podczas lektury Black Panther Hudlina, Mighty Avengers Slotta i tego komiksu Claremonta. Nasuwa się tylko jedno słowo komentarza - perwers.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


aMarvels Project #5 Parel Variant

Autor: Gerald Parel

Hotaru: Korciło mnie, żeby wytypować trzy sekwencyjne okładki do The Amazing Spider-Man #517 autorstwa Maksa Fiumary, ale kiedy przyjrzałem się z bliska tej pracy Geralda Parela, nie mogłem wybrać inaczej. Nie chodzi wcale o będącego na pierwszym planie Namora w swym (nie)sławnym stroju (czyli obcisłe kąpielówki i wywoskowana klata), ale o postaci drugoplanowe i ich reakcje na Sub-Marinera. Parel wykazał się naprawdę subtelnym poczuciem humoru. Wszyscy faceci mają miny mówiące zupełnie co innego, niż twarze pań. Nie będę psuł Wam zabawy - sami zobaczcie.

 

 

 

avalonpulse0126f%201.gifThe Amazing Spider-Man #617

Autor: Max Fiumara

Delirium: Skoro Hotaru tylko korciło, to ja sobie skorzystam i powiem trzy słowa o tej potrójnej okładce: robi niesamowite wrażenie. Oglądając je po kolei można wczuć się w sytuację, gdy najpierw coś wali w ścianę i zastanawiasz się, co to jest. Za drugim uderzeniem przebija się róg, więc myślisz sobie: "to chyba Rhino". A potem on wali w ścianę po raz trzeci i przebija się, a ty wrzeszczysz: "łaaa! on tu jest!" i wiejesz, gdzie pieprz rośnie. ;) Innymi słowy, świetny pomysł.

 

 

 

 



Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2010.01.13


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.