Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #104 - X-Men: The End Trilogy TPB

X-Men: The End Trilogy TPBlt104.jpg
Scenariusz: Chris Claremont
Rysunki: Sean Chean
Okładka: Greg Land
Ilość stron: 448
Cena okładkowa: 34,99$
Zawiera: X-Men: The End - Book One #1-6, X-Men: The End - Book Two #1-6, X-Men: The End - Book Three #1-6
Dodatki: okładki, szkice postaci


Foxdie: Sierpień 2004. Otwieram pierwszy numer nowej mini-serii X-Men: The End. Jakaś nowa postać, niby córa Bishopa i Deathstrike , hasa sobie w kosmosie. Nie wiadomo, skąd wyskakuje Nocturne. Madrox i Siryn też tu są. Jaen Grey znowu wraca, chociaż ledwo zginęła u Morrisona. Miał być Marvelowski LOTR, a tu takie dziwactwa. Stwierdzam, że to jakaś mocno odjechana wersja alternatywna X-Men w przyszłości i więcej po nią nie sięgam. Tak zakończyło się moje pierwsze podejście do X-Men: The End. Mija półtora roku, gdy na sklepowe półki trafia trzeci tom historii o końcu X-Men. Całość zbiera multum niepochlebnych opinii, z drobnymi wyjątkami. Tym razem postanawiam, że przebrnę aż do aktualnych numerów, żeby sprawdzić, czy jest aż tak źle. Czytam do końca. Streszczam. Czytam ponownie. W końcu kupuję wszystkie trzy TPB i czytam po raz trzeci. Właśnie skończyłem czytać po raz czwarty i oficjalnie staję w obronie ostatniego dzieła Claremonta. Wszystko napisane przez niego później jest niewarte wspominania.

Od pierwszych zapowiedzi Marvel upierał się, iż X-Men: The End będzie epickie niczym LOTR i na wzór dzieła Tolkiena wydany zostanie w trzech oddzielnych tomach. Według mnie udało się osiągnąć rozmach fabularny pierwowzoru i na dodatek jest on na wysokim poziomie. Cała historia jest na tyle duża i skomplikowana, iż ciężko ją streścić w kilku słowach. Generalnie X-Men doczekali się kresu swojego istnienia, zaatakowani z wielu stron, wciągnięci w intrygę, która wybiła ich jak muchy, aby doprowadzić do ostatecznego starcia z potężnym przeciwnikiem z przeszłości. Ilość poruszonych wątków robi wrażenie. Najlepsze w tym wszystkim jest to, iż gdyby przymknąć oko na kilka elementów, The End nie musiałby wcale być historią alternatywną. Jak widać Claremont odrobił zadanie domowe i przygotował się do pisania scenariusza, poruszając masę wątków, które w okresie publikacji serii miały miejsce na łamach regularnych x-tytułów. Nawet tytuły poszczególnych tomów oddają ich zawartość. Tak oto w tomie pierwszy ("Dreamers & Demons") marzenie Xaviera obraca się w pył za sprawą nieznanych sprawców, tom drugi ("Heroes & Martyrs") skupia się na podjęciu walki przez X-Men, gdzie niejeden poświęci swoje życie. Ostatni tom ("Men & X-Men") pokazuje walkę mutantów o przetrwanie, ale nie wszystkie jej bitwy mają charakter fizycznego starcia i używania swoich nadprzyrodzonych mocy.

coverOczywiście patrząc na serię z punktu widzenia obecnych wydarzeń i wszystkiego, co wydarzyło się od 2006 roku, spójność końca X-Men z ich obecnymi perypetiami jest coraz słabsza, ale to już nie wina Claremonta. Czas wydarzeń nie jest konkretnie określony, ale wiemy, że jest to niedaleka przyszłość i w końcu na twarzach bohaterów znanych od ponad czterdziestu lat pojawiły się zmarszczki, a posiwiały kosmyk włosów nie jest już zarezerwowany tylko dla Rouge. Również stroje uległy modyfikacjom, zachowując przy tym odniesienia do oryginałów czy też wersji najbardziej lubianych przez fanów. Nareszcie czytelnik może poczuć, iż nawet na jego ulubionych postaciach czas odcisnął swoje piętno, co jest według mnie kolejnym plusem serii.
Jak na epicką opowieść przystało nie brakuje tu wyniosłych momentów, wielkich scen batalistycznych czy niezapomnianych dialogów. Po prostu czuć tutaj starego, dobrego Claremonta. Tylko dlaczego The End został tak źle odebrany przez fanów? Może z tych samych powodów, dla których nie polubili zmian w Spider-Manie dokonanych za sprawą "The Other" czy z uporem rozkapryszonego dziecka czekają nieubłaganie na powrót "klasycznych" Avengers. Nie dali rady zaakceptować takiej ilości zmian często znacznie odbiegających od statusu quo utrzymywanego przez dekady? Jedyne, co mogę w tym wypadku dodać, to znane powiedzenie, że "kto nie idzie do przodu, ten się cofa".

Wspomniany rozmach i świetny klimat nie miałyby miejsca, gdyby nie doskonale skomponowane kadry narysowane przez Seana Chena. Pomijając dokładność jego kreski i ogólny świetny wygląd rysowanych postaci czy tła, największe wrażenie zrobiła na mnie konsekwencja w tworzeniu kolejnych kadrów. Na przykład, jeśli w drugim numerze lokacja 'A' przestaje istnieć, a graniczyła ona z jeziorem, w numerze trzecim naturalnym jest, że jezioro przelewa się do krateru będącego pozostałością owej lokalizacji. Niby nic, ale diabeł tkwi w szczegółach, o których artyści często zapominają. Na szczęście nie Chen. Na dodatek każda część historii trzyma wysoki poziom, chociaż artysta miał do napisania osiemnaście numerów i o ile dobrze pamiętam, seria nie miała opóźnień wydawniczych.

Pozostaje jeszcze kwestia okładek, z których prawie każda jest mini dziełem sztuki, chociaż tutaj posypią się pewnie głosy sprzeciwu gdy dodam, że autorem większości z nich jest Greg Land, który w tamtych czasach nie miał jeszcze aż takiej rzeszy anty-fanów. Niestety, tylko okładki i marne dwie strony szkiców składają się na dodatki dołączone do wydania.

Przychodzi w życiu każdego artysty taki moment, kiedy trzeba przejść na emeryturę. X-Men: The End to komiks, po którym Claremont na ową emeryturę powinien się udać, aby nie splamić swojego nazwiska tym, co wyprawiał później. Ten komiks mógłby też posłużyć za know-how dla Loeba, dotyczące tego, jak wybić prawie wszystkie postacie, ale zrobić to gustownie i ze smakiem. Tak, aby wszystko miało ręce i nogi. TPB warty swojej, według mnie, okazyjnej ceny. Polecam.


cover

Jaro: Lubię The Endy i ich wszelkiej maści kuzynów. Lubię je za tę nieskrępowaną, absolutną wolność, jaką dają twórcom. Wyobraź to sobie - dostajesz bohaterów występujących na co dzień w regularnych seriach i możesz z nimi zrobić, co tylko zechcesz. Nie, nie na zasadzie "rób, jak uważasz, ale cośtam". Masz wolność totalną. Żaden czytelnik nie będzie do końca pewny, kto zginie, a kto przeżyje, bo zawsze przeżywa i jeszcze był w zapowiedziach na marzec. I fanboye nie będą cię wyzywać, bo zwariowałeś jakąś pannę w czerwonym. Albo zabiłeś czyjegoś ulubionego bohatera, i to dwa razy, czy tam półtora. Każda twoja decyzja jest ostateczna, nikt ci potem niczego nie zretconuje, continuity też nie musisz się przejmować. Tak samo jak konsekwencjami, bo ich zwyczajnie nie będzie. "To już jest koniec, nie ma już nic", zaśpiewaj pod nosem i przystąp do ostatecznej rozpierduchy.

Chris Claremont w opasłym X-Men: The End wykorzystuje w pełni możliwości, o których piszę u góry. Realizuje mnóstwo pomysłów, sięga do swoich i nieswoich wątków, metodycznie z numeru na numer zmniejsza populację mutantów. Ten komiks to rozwałka totalna, homo superior wraz z przyległościami padają masowo jak zarazki w reklamach środków czystości. Jeśli nie znasz tego The End, masz natomiast jakieś pojęcie o nowszych dokonaniach Claremonta, teraz pewnie zaczynasz się bać. Niepotrzebnie. Ale nie, aż tak cieszyć też się nie musisz.

Wątków i pomysłów w osiemnastu numerach, oryginalnie składających się na X-Men: The End, wystarczyłoby spokojnie na dwa razy tyle materiału. To bardzo duża wada, ale jednak wada imponująca. Dlaczego? Dowodzi, jaką niesamowitą ilością złożonych, w jakiś sposób przemyślanych pomysłów dysponuje scenarzysta. Pomijając ich wartościowanie, to naprawdę robi wrażenie, tym bardziej, że, jakby tego wszystkiego nie oceniać, w The End w niewielkim stopniu można wyczuć smród efektu fanfika. Przeładowanie fabularne ma jednak swoje konsekwencje, z których największą jest chaos. Nie mogłem również oprzeć się wrażeniu, że Claremont próbuje upchnąć w historii jak największą liczbę postaci, które - według niego - na to zasługują. Trzech czwartych z nich mogłoby nie być, ale mimo to wciąż wyskakują jak diabeł z pudełka, odgrywają mniejszą lub większą rolę i zaraz potem znikają, najczęściej permanentnie. Sprytnym, chociaż zupełnie mnie nie przekonującym zabiegiem było wprowadzenie do The End Skrullów, dzięki czemu swoją obecność mogło zaznaczyć również kilku nieboszczyków. Pomimo olbrzymiego zamieszania, próby połączenia wszystkich wątków w jeden nie do końca jednak spełzają na niczym - samo zakończenie trzyma się kupy, chociaż tak naprawdę wcale nie powinno, biorąc pod uwagę cały ten bałagan.

Muszę przyznać, że podobało mi się sporo rozwiązań, które proponuje Claremont. Przede wszystkim - wyjaśnienie pochodzenia Gambita i nieśmiertelności Sinistera, a także wszystko to, co dotyka tematu mutantów, którzy odwiesili na kołek "latex, spandex, skórę". Beast-hipis (w swojej pierwszej niebieskiej postaci) prowadzący gdzieś w dżungli Mutants-sans-Frontieres, gwiazda filmów akcji Nightcrawler, pani reżyser Jubilee, wreszcie kandydatka na burmistrza Chicago Kitty Pryde - te "emerytury" nie są, jak to się mówi, out-of-character dla poszczególnych postaci, równie dobrze mogłyby być naturalną konsekwencją ich rozwoju.

Gorzej jest z wykonaniem. Jeśli chodzi o narrację: "Aboard the Starjammer, on the far side of forever...", i wszystko jasne. Kiczowata i piękna zarazem, podana jest w takiej ilości, że staje się jak walec drogowy, który gładzi ci mózg, aż ten zmieni się w szynkówkę. Zanim jednak cofniesz się całkiem w rozwoju, twoje szare komórki zaliczą etap młodych lat, który pozwoli na nowo poczuć klimat klasycznych komiksów. Sposób pisania Claremonta niestety jest, jaki jest, i niektórym osobom może być ciężko przez niego przebrnąć. Zwłaszcza, że postaci mówią równie dużo i w podobnym stylu, chociaż co jakiś czas trafiałem na dialog, który naprawdę mi się podobał. Obrazki - wygładzony styl Seana Chena jest do bólu klasyczny, ale ślicznobuzie dziewczęta, umięśnieni supermeni i wstrętne potwory pasują tu jak ulał. Różnie jest z redesignem postaci. Część wypada świetnie (Beast, Iceman, Cyclops, Jean Grey, wytatuowana Rogue), część robi wrażenie zmienianych na siłę lub po prostu budzi śmiech, jak Magneto i Wolverine w nowych kostiumach.

Nie powiem, czy warto czytać X-Men: The End. Nie powiem z prostego powodu - wady tego komiksu są mniej więcej równoważone przez jego zalety, a właściwie zalety i emocje, jakie wywołuje. Jeśli lubisz takie rzeczy, chcesz poczuć klimat X-Men Claremonta i nie przeraża cię jego styl, czytaj. Jeśli masz alergię na tego scenarzystę, odpuść sobie. Jeśli żadne z powyższych - wtedy nie wiem, co masz robić, przepraszam.


LTneutral.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.