Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #6 (27.08.2007)


Poniedziałek, 27 sierpnia 2007                                                                                                      Numer: 6/2007 (6)

 

W minionym tygodniu równowaga pomiędzy gorącymi newsami, a ciekawymi premierami komiksów została wyraźnie zaburzona. Nie pojawiły się żadne przełomowe informacje, za to ukazało się kilka oczekiwanych komiksów, w tym przede wszystkim flagowe x-tytuły: Astonishing X-Men i X-Men oraz kończący "Back in Black" Amazing Spider-Man #543.

  



Kolejne ekranizacje komiksów Marvela
Kakteen: Spośród filmowych wiadomości z minionego tygodnia uwagę zwróciłbym na ten o kolejnych ekranizacjach marvelowskich komiksów. Studio nie zwalnia tempa zapowiadając następne filmowe projekty: Black Panter, Luke Cage i Dr Strange. Taka strategia wydaje się prawidłowa z ekonomicznego punktu widzenia. To przecież filmy wyciągnęły wydawnictwo z finansowego marazmu. Ja mam tylko nadzieję, że mnogość projektów nie odbije nam się czkawką i z ilością w parze będzie szła odpowiednia jakość.

Możemy być więc pewni, że przynajmniej przez następne 10 lat będziemy oglądać superprodukcje z biało-czerwonym logiem na początku. Aczkolwiek pamiętajmy, że za przykładem Marvela poszły także inne wydawnictwa. Może to cieszyć jak i (o zgrozo!) spowodować przesyt tematem i zanik konwencji.



 

Amazing Spider-Man #543
Gil: Ogólnie Back In Black wypada nieźle, ale jej zakończenie jest boleśnie kiepskie. Przez cały numer nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy brać to na poważnie, bo to, co się tu dzieje, przypomniało mi o pewnej starej czeskiej komedii z trupem w roli głównej. Od razu lepiej zaznaczę, że tu trupa nie było. Niestety, bo wątek wręcz krzyczy, żeby go domknąć. Rozumiem dramatyzm i popychanie Petera do granic, ale jeśli on decyduje się na takie akcje z umierającą ukochaną cioteczką, zamiast w końcu oddać ją w ręce osób, które mogłyby pomóc, to desperacja przechodzi w kretynizm, a dramat w tragifarsę. Szkoda.

Gamart: Z całej sytuacji z May wyszła straszna parodia. Peter może w każdej chwili zgłosić się do Richardsa, który znajdzie sposób na uratowanie May w 30 sekund, czy do Starka, któremu to zajmnie jakieś 40, chyba, że doładuje ją Extremis, to może jeszcze krócej. No i obaj na pewno wybaczą Peterowi wszystko, co zrobił wcześniej. Ale nie, ten Parker z alternatywnej rzeczywistości, gdzie bohaterowie to ćwoki, woli umierającą kobietę przenosić z miejsca na miejsce i robić inne dziwne rzeczy. Dobrze, że Straczynski opuszcza tytuł, bo ze świetnego scenarzysty do tego tytułu, zrobił się niesamowity przeciętniak. Zakończenie jest złe, a najlepsza w całym numerze jest ostatnia strona, na której Peter zaczyna rozumieć, że skopał wszystko. Dialogi są nieudane, a May ma już trzy różne nazwiska, pod którymi jest wpisana. Bardzo słabo, ale chociaż rysunki dobre.

Jaro: Miał być ohmigod-it's-so-big finał Back in Black, a co jest? Zwykła zapchajdziura, w dodatku dość mało przekonująca. Do tej pory BiB trzymało całkiem niezły poziom, ale nijakie, do nikąd nie prowadzące zakończenie psuje odbiór całości. Nie, nie chodzi o to, że nie ma trupa. Po prostu wiarygodnym, przekonującym Peterem nie jest Peter, który w obliczu coraz gorszej sytuacji swojej ciotki, swojej żony i siebie samego rozmyśla nad tym, jak bardzo niegrzeczny się stał. Do tej pory JMS dość dobrze radził sobie z "mroczną stroną" bohatera, lecz w tym numerze własnym piórem niszczy swoją dotychczasową pracę. A zamieszanie z nazwiskami, naciąganie policyjnych i szpitalnych procedur i cała reszta tego typu wpadek to już tylko zgniła wisienka na torcie, który nagle przestał smakować. Dobre rysunki i całkiem sympatyczne wstawki z love story pielęgniarki i sanitariusza (czy kierowcy ambulansu, cholera wie) nie mają szans, by uratować ten numer. Minus. 

Foxdie: Poprzedni numer zebrał w większości pozytywne recenzje i miło nas zaskoczył, aby zachować w przyrodzie równowagę, Straczynski postanowił tym razem napisać totalny chłam. Przy okazji zapomniał chyba, że miał to być wielki finał "Back in Black", dzięki czemu ocena całej historii spada na pysk. Strona po stronie, z każdym naliczanym przez Petera przestępstwem jest tylko gorzej i gorzej. JMS próbuje wprowadzić maksimum dramatyzmu i nijak mu sie to udaje. Że niby wielki, prawy i sprawiedliwy [to nie jest element kampanii wyborczej] bohater, za sprawą "bardzo złych" uczynków staje się przestępcą. To mogłoby sie udać, ale nie w ten sposób. Pocieszam się, że nie tylko Avalon miał ostatnio problem z korektą (S_O, Snak3, Duczmen, pozdrawiam :), bo i sam Marvel ma jakąś awarię w tej kwestii, skoro May dorobiła się kolejnego już nazwiska. Gwoździem do trumny niech będzie jeszcze okładka, która budzi nadzieję wielkiego wydarzenia, chociaż pod nią nie kryje się nic nadzwyczajnego, wręcz na odwrót.

Archie: Ogólnie rzecz biorąc w przedostatniej historii Straczynskiego jest za dużo zbiegów okoliczności sprzyjających Peterowi. W realnym świecie, do którego Marvel próbuje dostosować swoje komiksy, coś takiego nie miałoby miejsca. Patrząc na historie, jakie ostatnio wyszły, to The Great Maker przyrównał do tych gorszych zamiast do tych lepszych. Oczywiście, wszystko tam można wytłumaczyć, ale na tym polega sztuka, żeby w ogóle nie trzeba było tego robić. JMS chyba za dużo myślał o nowym miesięczniku z Thorem w roli głównej i nie przyłożył się do tej historii, traktując ją jako chwiejny pomost, przez który jak najszybciej chciałby przebrnąć i napisać One More Day. Oby swojej ostatniej historii w The Amazing Spider-Man Vol. 1 nie potraktował również po macoszemu. Jeśli chodzi o okładkę, to Ron Garney częściowo spełnił swoje zadanie i przykuła ona mój wzrok, choć niestety nie wzbudziła u mnie jakiegokolwiek napięcia. Pewnie dlatego, że Marvel wcześniej wydał w ramach Free Comic Book Day 2007 one-shot pt. The Amazing Spider-Man: Swing Shift dziejący się w trakcie Brand New Day, w którym to May żyje. Co do rysunków w środku, to robota Garneya jest nijaka i im dłużej na nią patrzę, tym bardziej chcę, żeby już się rozpoczęło Brand New Day, w którym pojawi się nowa załoga z McNivenem i Bachalo na czele.

Snak3: Śmiech mnie ogarnia jak przypomnę sobie Foxdie'a (pozdrawiam kolegę) proszącego mnie na GG żebym przypadkiem nie rzucił w jego stronę jakimś spoilerem z racji tego, że przeczytałem ten numer wcześniej, hie hie. Oczekiwał czegoś super, jak my wszyscy zresztą… Jak to było? Metoda sinusoidy? Nieważne, otrzymaliśmy naprawdę kiepski komiks, będący beznadziejnym zakończeniem naprawdę fajnego Back In Black. Pete biadoli, że uderzył detektywa i chyba zapomniał o tym, jak wcześniej traktował policję siecią i pięściami. Odniosłem wrażenie, że chłopak chce się trochę rozluźnić i dlatego biega z tym szpitalnym łóżkiem jak chłopaki z Jackassa. Chyba mało MTV oglądał, bo nie udało mu się w nikogo uderzyć! Starsi czytelnicy pamiętają polski serial "Dom", w którym wieźli udającego nieprzytomnego faceta, na podobnym łóżku oczywiście. W pewnej chwili łóżko stanęło dęba, a oszust musiał mimowolnie stanąć na własnych nogach. Myślałem, że z ciotką będzie tak samo… Jeżeli myślę o takich rzeczach, czytając komiks, to na pewno nie jest o dobry. 

 

[Kwestia sensu postępowania Petera i innych błędów w scenariuszu JMSa wywołała żywiołową reakcję i szybko rozwinęła się w gorącą dyskusję na naszym forum. Zachęcam do lektury - dop. Lex]

 

  
Annihilation Conquest - Starlord #2
Gil: Akcja żwawo skacze naprzód. Mamy rozróbę, nieoczekiwanych sprzymierzeńców i pierwsze ofiary. Co ciekawe obstawiałem, że Deathcry i Groot wytrwają najdłużej, a pierwszy oberwie Szop. Cóż... zaskoczenie to połowa przyjemności. Oprócz Deathcry, która malowniczo zmieniła się w sieczkę mięsną, moją uwagę zwróciła na siebie Mantis, która głównie chodzi i się mądrzy, i świetnie jej to wychodzi. Muszę przyznać, że rysunki wyglądają dużo lepiej - pewnie dlatego, że jest więcej szerokich paneli, a mało zbliżeń. Tylko Phalanxy wyglądają trochę niestrasznie.
Gamart: Dalej jest dobrze, drużyna strasznie niedobrana, Mantis kradnie sceny, a Deathcry, czyli jedna z najbardziej znienawidzonych postaci przez fanów, jaka kiedykolwiek była w Avengers, w końcu powróciła do świata Marvela, żeby paść po dwóch numerach. Lekkie i ciekawe.

Jaro: Nie spodziewałem się, że podkomendni Quilla tak szybko zaczną ginąć, ale zostałem pozytywnie zaskoczony. Postacie zrobiły się też trochę bardziej wyraziste, a bardzo fajnie prowadzona i rysowana jest Mantis. Celowo używam tu magicznego słowa "fajnie", bo chyba najlepiej oddaje ono to, co dotychczas było w tej miniserii - a była to świetna zabawa i brak elementów, które mogłyby ją zepsuć. Utwierdziłem się też w przekonaniu, że rysunki do historii pasują idealnie. Plus.

Astonishing X-Men #22
Gil: No i co my tu mamy? Zieloni zbudowali sobie własną Deathstar. Cool. Scottie pojechał na maxa i zafundował nam kolejny masywny cliffhanger. Very cool. Wydało sie, że Lockheed jest podwójnym agentem, Danger stała się Not_So_Danger, a Kitty i Piotruś bzykali się jak króliki. Wszystko byłoby bardzo fajnie, gdyby nie fakt, że zdążyłem już zapomnieć, o co tu chodzi, bo już nawet nie pamiętam, kiedy wyszedł poprzedni numer. Przez to, klimat dostał w łeb, bo zamiast się cieszyć czytaniem, musiałem sobie robić przerwy ma przypomnienie, co i jak. Jest dobrze, ale mogło być lepiej.

Foxdie: Jeszcze zbieram szczękę z podłogi po tym, co zobaczyłem na ostatniej stronie. Co nie znaczy, że jestem zachwycony całością. Są dobre momenty, takie jak zaspokojona seksualnie Kitty i jej "Whoof", ale ta historia straciła całą swoją moc. To chyba jakaś nowa moda, że każdy dobry duet tworzący bardzo dobre historie, musi zaserwować czytelnikom kilku miesięczne obsuwy. Straciło na tym Civil War, teraz dostało się Astonishing. Podobnie jak Gil, pozapominałem sporo z poprzednich wątków i zamiast z radością czytać nowy numer, musiałem cofać się do poprzednich, aby sprawdzić, o co tam chodziło. Dobra rada dla tych, co jeszcze nie zaczęli czytać tej historii: nie czytajcie dopóki się nie skończy i wtedy łykniecie ją za jednym podejściem. Mimo wszystko, komiks wciąż na plus. 

Jaro: "Trzyma poziom" - to zdanie piszę chyba przy każdym Astonishingu, ale inaczej po prostu się nie da, bo Whedon jest jednym z niewielu autorów, którym udaje się stale i niezmiennie zachowywać pewną (dobrą) jakość tego, co piszą, a Cassaday wielkim rysownikiem jest, i basta. Z drugiej strony (jak już tu wspomniano), opóźnienia w wydawaniu tego tytułu negatywnie wpływają na jego odbiór i po pierwszym czytaniu wielu "smaczków" można po prostu nie wyłowić. Nie zmienia to jednak faktu, że ten numer  jest bardzo dobry. Począwszy od świetnej konfrontacji Emmy z Danger, poprzez "whoof" i "księżyc", a skończywszy na naprawdę mocnym i dobrze zrealizowanym zakończeniu - brak tu słabych punktów. I za to - mocny plus. 

Gamart: Trochę słabsze niż zawsze mi się wydaje, ale to może dlatego, że przyzwyczaiło do kosmicznego poziomu i przerwa była za długa. Już nie pamiętałem prawie, co tam było ostatnio, ale numer przyjemny. Whedon dobrze prowadzi postać Danger, tłumacząc jej zachowanie. Emma ma jak zawsze momenty świetne, Kitty uprawia sex z Piotrem co chwila, a Scott jest ciekawą postacią jak nigdy. Dla mnie mógłby zostać bez mocy jeszcze trochę, jeśli oczywiście wyjdzie cało z ostatniej sceny tego numeru.

Hotaru: Ponieważ po mojej recenzji tego numeru i tak stanie się to jasne jak Słońce, powiem to od razu - uwielbiam Jossa Whedona. To nawet za mało powiedziane, urodziłbym jego dzieci. Chociaż nie znam wszystkich jego płodów, to Serenity, Firefly i początkowe Astonishing zapracowały u mnie na dozgonne uwielbienie. Dlatego też najnowszy numer jego x-tytułu podobał mi się bardzo. Pomimo tego, że Cassaday jakoś nie przykładał się do roboty i jego rysunki w tym numerze są tylko dobre. Pomimo tego, że niektóre kwestie są trafione jak kulą w płot ("Give 'em hell, boss" - proooszę). Ale poza tym, jak już wspomniałem, ekstaza. W końcu wyjaśniło się, dlaczego Danger była tak nieudolna, dlaczego Lockheed sprzymierzył się z Brand i jej testosteronową trupą, dlaczego Kitty najchętniej nie wychodziłaby z łóżka z Rasputinem (zacząłem podejrzewać udar mózgu). I last, but not the least - cliff hanger ze Scottem. Gdyby się z tego nie wykaraskał w następnym numerze, cóż to by był sposób na zejście ze sceny! Może nawet bym go polubił, gdyby w końcu dołączył do swojej rudowłosej wybranki. Jednakże, Emma na to nie pozwoli i już pakuje swoje idealnie wymanikurowane paluszki pomiędzy drzwi. Chcę jeszcze!

Killah: To, że numer ten był momentami dla mnie nieco ciężkostrawny, wynika głównie z tego, że tak dużo czasu mija między pojawianiem się kolejnych odcinków. Pomijając jednak ten fakt, to uważam, że ta część historii dość znacznie przewyższa kilka poprzednich pod względem poziomu. Całości dopełnia kilka świetnych tekstów, jak choćby ten Agentki Brand - "He's not some startlet's pet chihuahua (czy jakoś tak...)". Również komentarz Emmy do całej sytuacji zwala z nóg. No i kapitalne zakończenie, ze Scottem przypominającym sobie początki w szkole Xaviera. Co do rysunków, to dopiero teraz naszła mnie taka myśl, że Cassaday być może specjalnie odrobinę zmienił (uprościł?) swój styl, by przypominać wczesnego Byrne'a?

 

Cable & Deadpool #44
Gil: To chyba teraz Wolverine & Deadpool jest, nie? Nieważne... Kolejny świetny numer. Świeża porcja dowcipów związanych z penetracją, Bob biegający za głową Deadpoola i wreszcie dość zaskakujące rozwiązanie (które nie powinno nikogo zaskoczyć, bo przecież od początku było wiadomo, że Weasel to Penetraitor był). Mam wrażenie, że Fabian Nicieza dostał od szefostwa wolną rękę do numeru 50., dlatego poczyna sobie teraz w najlepsze, zanim zamkną mu serię. I dobrze! Poczynaj Fabian!

Mad Marty:  Jest mało zobowiązująco, momentami zabawnie, chwilami głupio. Czyli tak, jak oczekiwalibyśmy tego po tej serii przy braku Cable'a, który zabrał resztki patosu ze sobą.

 

Fantastic Five #4

sarevok: Całkiem niezły numer, niestety trafił mu się paskudny tydzień - przy większości prezentuje się jak ubogi krewny (wystarczy porównać z Ultimate Fantastic Four). Oczywiście są ciekawe momenty, plus tekst numeru: "Resistance is futile" :) , ale konkurencji pola nie dotrzymuje. 

 

Halo Uprising #1
Gil: O grze Halo nie wiem zupełnie nic, więc mogłem wziąć tę historię na zimno. I co? I okazało sie, że to takie sobie czytadło z naprawdę dobrymi rysunkami. Chwilami czuć szlif Bendisa, ale ogólnie nie da się tego opisać inaczej, niż słowami "takie" i "sobie". Na początku miałem wrażenie, że szkoda talentu Maleeva na coś takiego, ale w miarę czytania doszedłem do wniosku, że chyba nieźle się przy tym bawi, więc dam mu spokój.

sarevok: Cóż można powiedzieć o tym tytule poza tym, że jest całkowicie przeciętny. Ani specjalnie nie odpycha, ani nie przyciąga niczym. Widać, że jest skierowany głównie do graczy. Najsłabszy tytuł tygodnia. 

 

Immortal Iron Fist #8
Gil: Zapachniało klasyką historii o Kung Fu. Te wszystkie turniejowe wątki zawsze mi się podobały ze względu na fajny klimacik. Niby wiadomo, że główny bohater musi przynajmniej dojść do finału, ale zawsze pozostaje trochę napięcia w pytaniu "jak?". Danny ma ciekawych przeciwników (zwłaszcza Bride of Nine Spiders jest cool) tylko szkoda, że tak dobrano pary, żeby nie musiał walczyć z kobietami i mógł zachować reputację harcerzyka-gentlemana. Najciekawszą postacią jest tu oczywiście Prince of Orphans. Z nim na pewno zmierzy się w finale i stawiam, że okaże się on ojcem Danny'ego, albo Orsonem. Jest jeszcze jedno intrygujące pytanie - po co Hydra buduje wiadukt do K'un L'un?
Gamart: Brubaker świetnie prowadzi swoje tytuły, a Iron Fist jest moim ulubionym. Jest prowadzony bardziej na luzie niż reszta, a scenarzysta bawi się schematami. W #7 świetnie przerobił typową baśń na historię Wu Ao-Shi, a teraz bawi sie schematem turniejów sztuk walki z filmów azjatyckich czy "The Quest" z Van Damme. Ale robi to w sposób świeży i cała historia zapowiada się świetnie. Cała otoczka turnieju jest klimatyczna, a przeciwnicy wyglądają jak wyciągnięci z anime "Basilisk". Od początku świetnym pomysłem Brubakera było rozwinięcie historii Iron Fista, czego wcześniej o dziwno nie było dużo, a teraz rozwijanie historii jego ojca. Co do rozpoczęcia turnieju to oczywiście w pierwszej walce Danny musiał trafić na osiłka, który pewnie okaże sie potem najsłabszym ze wszystkich, a ci niepozorni będą najlepsi. Ale taki urok filmów o turniejach, jak i całej tej historii. Dodatkowo wrócił David Aja ze swoimi pięknymi rysunkami, a dzielenie historii Danny'ego i Wendella rysowaniem ich przez innych autorów jest świetnym pomysłem. Polecam, bo cała historia jest jak dobry film akcji.


Iron Man #21
Gil: Jak nie lubię samego Iron Mana, tak coraz bardziej lubię czytać jego serię. Misterna intryga wokół powrotu Mandarina zaczyna przypominać trochę dokonania Brubakera w Captain America - wciąga i zachęca do sięgania po kolejne części stawiając coraz więcej pytań. Tym razem poznaliśmy bohaterów z Nebraski i znaleźliśmy długo niewidzianego Gravitona, ale prawdziwe pytanie brzmi - co dalej z Mayą Hansen?
Gamart: Nieźle zapowiada się ta historia. Zagadka ciekawa i widać, że Tony naprawdę jest przejęty jej rozwiązaniem. Batmanowe klimaty w Iron Manie? Czemu nie. Po paru średnich numerach, ten jest dobry, Knauf może jeszcze nie jest na poziomie Ellisa, ale widać, że coraz zgrabniej mu pisanie wychodzi. Cieszy, że konsekwentnie kontynuowany jest główny wątek od początku, jak w Captain America, czyli Extremis i Maya Hansen. Do tego doszedł wątek Mandarina, który przed filmem na pewno będzie rozwinięty. I dobrze, bo ta nowa wersja zapowiada się ciekawie. Co do rysunków, to De la Torre rysuje bardzo poprawnie i może zostać przy tytule. Chociaż chciałbym, żeby czasami pojawiał się Adi Granov. Ogólnie komiks na plus. Przy okazji, ja tam czuję, że Paragon może być bardziej w sprawę zamieszany.


Mystic Arcana: Scarlet Witch
Gil: Co za dużo, to niezdrowo, a tutaj wątków i postaci magicznych pojawiło się zdecydowanie za dużo, co w połączeniu z nawiązaniami choćby do czerwonego kapturka tworzy chaos. Niby Wanda Maximoff i chaos idą w parze, ale nie tym razem, bo czyta się nie-fajnie. Lepiej wypada dalszy ciąg kłestu Iana McNee.

The Order #2

Gil: "Cześć krejzole! Nazywam się Mariola i naparzam sowieckiego niedźwiedzia, żeby potem wrócić do domu i zwymiotować ciasteczko, które zjadłam na lancz. O jacie! Hihihi... A wieczorem zabawię się w Paris Hilton i puszczę do netu filmik jak robię komuś dobrze. Jestem zajebista! Kochajcie mnie!" Głowa mnie boli po przeczytaniu tego... Tak - nadal szczerze nienawidzę tej bandy lansiarzy, ale nieźle się przy tym bawię. Przynajmniej sensownie wyjaśniono nagły atak bolszewików na L.A. Tylko o pomstę woła fakt, że nigdzie nie wspomniano nawet, że Coldsteel to Stalin. Ja mógłbym jechać na tym wątku cały numer, ale widocznie w Ameryce robo-Stalin nie jest zabawny.

Gamart: Podoba mi się pomysł serii, w której występują gwiazdeczki z problemami. Świeży pomysł i całkiem nieźle rozpisany. Drugi numer lepszy ze względu na Becky Hilton. Do tego rysunki Kitsona, który zawsze jest dobry, nic tylko czytać o walkach gwiazdek z niedźwiedziami i własną przeszłością.

Jaro: Jest lepiej niż w poprzednim numerze, chociaż rewelacji nie ma. Logicznie wytłumaczono pojawienie się sierot po ZSRR i walka z nimi była dość dobrze zrealizowana, ale za to scena z Calamitym litującym się nad uśpionymi Ruskimi i twardym żołnierzem Supernautem wydała mi się dość sztampowa. Pozytywnie zaskoczyło mnie samobójstwo Avony i mam nadzieję, że zobaczymy, co dzieje się z resztą ex-orderowców. Z powodu nadciągającej seksafery do ich grona może zresztą dołączyć również "słitaśna" Becky Blondynka. I jeszcze rysunki Kitsona bardzo dobre. Plus.


Sensational Spider-Man #40
Gil: To chyba kolejne pożegnanie z serią, prawda? No cóż, jest nieźle. Momentami trochę refleksyjnie i z pewnością lepiej niż w ASM, ale brakuje w tej historii jakiegoś wyraźnego wniosku. Tak czy inaczej, brawa dla Roberto Aguirre-Sacasa za cały run!

Foxdie: Znów skusiłem się na to czytadło, szczególnie za sprawą okładki, naprawdę fajna kreska. Co prawda środek nie ma z nią nic wspólnego, ale pomijając. Jest to spokojne czytadło, które nic nowego nie wnosi, ale może służyć jako mini podsumowanie dotychczasowego życia Petera, przed nadejściem Brand New Day. Fajny motyw z przedstawieniem tych wszystkich uratowanych przez Spidera ludzi, tylko kim jest ten dziwny koleś? Zirytował mnie też rysunek z retrospekcji, gdy May stojąc przed domem z miotłą, jakby nigdy nic, mówi Peterowi o zamordowaniu Bena. Poza tym nic specjalnego, ot średniak.

Jaro: O dziwo, rozmowa Petera z Bogiem wypadła nieźle. Po zapowiedzi spodziewałem się albo bardziej metaforycznego ujęcia tematu, albo po prostu potężnej dawki bullshitu. A tu miła niespodzianka, panowie pogadali sobie zupełnie konkretnie i do takiej prezentacji ich rozmowy pretensji mieć nie można. Całość jest też pięknie narysowana, więc jest plus. 

Snak3: Żegnamy Aguirre-Sacasa oklaskami. Fajny run i niezłe zakończenie. Motyw z uratowanymi ludźmi na plaży dobry. Peter okładający kosz dobry. Sam nie wiem, czy gada z Bogiem, czy za kilka numerów okaże się, że był to Loki? 


Thunderbolts #116
Gil: To jest tak chore, że aż piękne! Nie wiem nawet, na którym wątku się skupić przy zachwalaniu, bo w tym numerze wszystko jest wręcz idealne. A nie, przepraszam - jednej rzeczy mi zabrakło, a mianowicie rozwinięcia wątku Bullseye'a z końcówki poprzedniej historii. Właściwie, to zauważyłem to dopiero teraz, bo za dobrze się bawiłem przy lekturze, ale jednak brakuje tego. Bezapelacyjnie, numer ukradli Osborn i Moonstone, do spóły z Penancem, ale Songbird też miała swój moment. Kilka niezłych smaczków pojawiło się we wstępniaku telewizyjnym, który pozwala nieco inaczej spojrzeć na wydarzenia. Do tego jak zwykle świetne rysunki Deodato i mamy komiks bliski ideału.
Gamart: Jeden z niewielu tytułów, który zawsze trzyma dobry poziom. Rozmowa Osborna z Moonstone bardzo dobra. Ellis tworzy świetne dialogi, szczególnie jest to widoczne, jak przeczyta się ten komiks po Amazing Spider-Man. Baldwin dalej jest rozwijany i jego nowe moce naprawdę mogą się dać we znaki reszcie. Zakończenie zaskakujące i trzeba czekać na następny numer, który może być jeszcze lepszy. Co do rysunków, to wielkim fanem Deodato nie jestem, ale do tego komiksu pasuje. O, i brakuje jakiegoś rozwinięcia wątku Bullseye, z poprzedniego numeru.

Jaro: Po prostu miodzio, słabych punktów brak, mocnych za to tyle, że długo (za długo) o nich można by pisać. Naprawdę podobają mi się wstawki telewizyjne, których nawet mogło być więcej. Świetnie narysowana została scena z Penancem tłukącym pyskującego do niego więźnia, zresztą cały komiks pokazuje, że Deodato świetnie rozumie się z Ellisem. Do tego nowy psychol - Mindwave, best Norman Osborn ever i momenty takie, jak chociażby "we haven't fed Venom yet today", które potem zostało świetnie rozwinięte w Macową walkę o nieodczłowieczanie go. Całość - oczywiście na mocarny plus.

Snak3: Numer tygodnia. Moja ulubiona seria trzyma poziom. Może jestem zaślepiony, ale mimo najszczerszych chęci nie mogę wymyślić niczego, co było kiepskie w tym numerze. Bezcenne "Don't give us any trouble. We haven't feed Venom yet today" i zapowiedź kolejnych dobrych numerów w postaci psycha atakującego komisariat. Kret?

 

Ultimate Fantastic Four 45 

sarevok: I oto mamy komiks, gdzie Carey dostał do współpracy porządnego artystę, i od razu wyczuwalny skok jakości. Dobra fabuła, dobre ilustracje - czego chcieć więcej? Początek numeru przedstawiający życie po praniu mózgów całkiem ciekawy, pomimo spowolnienia akcji po ostatnim numerze (choć z początku można się pogubić). Natomiast od pojawienia się deski wszystko zaczyna się klarować i nabierać tempa (swoją drogą, fajne nawiązanie do Matrixa :) ). No i przedstawienie ochrony Psycho Mana wypadło dobrze, szykuje się niezła rozróba w następnym numerze.

Wolverine #56
Gil: Zapychacz dziur nam się trafił i to raczej nudny. Nie wiadomo, o co właściwie chodzi, a wszystko ma załatwić rzucenie Romulusem w końcówce. Historia tego kolesia od karabinu trochę przesadzona... ale tak właściwie - i tak nikt nie będzie o niej pamiętał. Zapychacz - ot co.

Jaro: Historyjka sama z siebie niczego sobie, rysunki Chaykina mi się podobały (o dziwo, bo średnio trawię prace tego rysownika), ale że wrzucono tam jeszcze przekozaka Romulusa na sam koniec, dobre wrażenie znikło. Minus, nie ma litości dla furries.
Mad Marty:
Zdziwiłem się. Zdziwiłem, bo za takie historie kiedyś lubiłem Wolverine'a jako serię. Nie za półroczne Vendetty czy pięciomiesięczne bijatyki z Sabretoothem. Całkiem w porządku historia. Zaskoczeniem jest dla mnie kreska Chaykina. Bo mi się podoba. I współgra z tym, co ma opowiadać. Ale to tylko one-shot pana scenarzysty, prawda? I wracamy do Vendetty....

 

Wolverine Origins 16

CrissCross: Robienie sieczki z tajemniczej przeszłości Logana jednak nie wystarczyło. Teraz dostaliśmy jeszcze tak naprawdę powtórkę z któregoś ze starszych Uncanny X-Men, tylko narysowaną od nowa. Inna sprawa, że znacznie gorzej. Wiem, że im chodzi głównie o zbijanie kasy, ale mogliby się postarać i wymyślić coś nowego, a dostaliśmy reprint Uncanny z krótkim dopiskiem na koniec, że Wolverine miał zabić Rogersa. Ciekawe czy Way i Dillon znają takie powiedzenie "Kończ pan, wstydu oszczędź".


WWH: Gamma Corps #2
Gil: Witamy w programie "To Twoje Spaprane Życie"! Dzisiaj gośćmi są członkowie Gamma Corps, których życia spaprane zostały dotknięciem zielonego olbrzyma. W rywalizacji na najbardziej spaprane życie wygrywa bezapelacyjnie Mess. At least now we know why she's a mess. ;) Specjalne wyróżnienie dla Gideona, którego związek z Hulkiem jest najbardziej zaskakujący. I oczywiście brawa dla Tieriego za konstrukcję postaci. Teraz czekamy na jakąś akcję.

Jaro: Świetnie pokazana przeszłość członków drużyny. Ich powiązania z Hulkiem zaskakują, a w dodatku ich chęć zemsty na Zielonym została umotywowana bez zbędnego patosu. I dialogi też dobre, i rysunki ładne, i wciąga to podczas czytania, czepiać też się nie ma do czego - czyli mocny plus. 

Lex: Zgadzam się z przedmówcami, że dostajemy bardzo ciekawe przedstawienie motywów działania członków Gamma Corps. Przy okazji przypominamy sobie, że Hulk przez wiele lat dokonał ogromnych zniszczeń i spowodował wiele tragedii. Plus dla Tieriego. Jeśli tak, to dlaczego mam uczucie niedosytu po dwóch numerach? Chyba dlatego, że ta grupa po prostu nie ma szans z Hulkiem. To zupełnie nie ich liga. Hulk Smash znacznie potężniejszych bohaterów, a Gamma Corps mogą robić wrażenie na dzieciakach z Power Pack, a przy dobrych wiatrach powalczyć np. z New Mutants. 

 

WWH: Gamma Files
Gil: Nigdy wcześniej nie opisywaliśmy handbooków, więc może warto. Gamma Files, jak sama nazwa wskazuje, skupia się na GAPach [to poprawny politycznie skrót od Gamma Altered Person]. Znajdziemy tu obszerne biografie Hulka i Shulkie oraz listę wszystkich chyba GAPów, jacy przewinęli się przez świat Marvela. Dodatkowo, dostajemy informacje o Illuminati, Initiative i Warbound, które są obecnie jedynymi ich oficjalnymi profilami, a na przykład z biosu Black Bolta dowiemy się, że Silent War była po World War Hulk. Pożyteczne.


X-Men #202
Gil: Lepiej niż poprzednio, bo akcja znacznie się posuwa. Zadrżałem o los Blindfold, bo bardzo ją polubiłem, ale wygląda, że wszystko będzie dobrze. Sprytna dziewczynka. Klarują się zamiary Marauders i to też dobrze. Tylko dlaczego X-Men tyle czasu siedzą w rozwalonej chałupie i od kiedy Sinister jest jednym z najpotężniejszych telepatów? W Endangered Species powiało grozą, ale raczej bez efektów. Dostaliśmy przynajmniej nowe wyjaśnienie działania x-factora, które od dawna było niejasne - to plus. Czekamy na więcej.

Foxdie: Akcja ciągle ostro prze do przodu. Ponownie sięgnięto po dzienniki Destiny, które uważam za jeden z lepszych motywów w historii mutantów. U Icemana w końcu widać ten potencjał klasy Omega i podoba mi się to co Carey z nim wyczynia. Do przewidzenia było, że Blindfold nie zginie, a ten numer z dotknięciem Goldenboya (czy jak go tam nazywają), na pewno sama sobie przewidziała. Tylko skąd Sinister ma własną Cerebrę? Oczywiście muszę wspomnieć o moim "ulubieńcu", czyli Humberto "połamańcu" Ramosie. Porażające wzrok rysunki, zero naturalności, fatalny Colossus i jeszcze Kitty zafundował operację powiększania piersi. Na szczęście scenariusz jest na tyle dobry, że muszę przeboleć mizerną kreskę i stwierdzić, że to najlepszy komiks tego tygodnia (pewnie dlatego, że nie czytam Thunderbolts). 

Jaro: Kolejny bardzo dobry numer. Jest parę wpadek (wygląd Santo chociażby), lecz dobrze prowadzona fabuła i niezłe dialogi to rekompensują. Carey ma u mnie duży kredyt zaufania za poprzednie Supernovas (a także za genialnego Lucifera, ale to już inna, niemarvelowa bajka), więc Sinistera pośród piątki najsilniejszych telepatów tłumaczę sobie tym jego oldskulowym Cerebro, które pewnie umożliwia mu takie tricki. Rysunki w dalszym ciągu pasują do tego komiksu, chociaż momentami Ramos trochę przesadza. Bachalo byłby tu lepszy, ale narzekać nie można. Plus.

CrissCross: A już myślałem, że ta seria zacznie mi się podobać ale niestety... Znowu padło. Rysunki, do których zacząłem się przyzwyczajać już w poprzednim numerze jakby straciły na jakości, a tutaj lecą na łeb, na szyję. Ot, chociaż za przykład podam panel, na którym Sunfire uderza Sama. Shiro ma łapę jak Mister Fantastic! Wcześniejszy panel na tej stronie również nie zachwyca. Niektórym może się ta koślawość podobać, ale też nie można chyba rysować zbyt koślawie. Co do samej historii, to też są zarzuty. O Santo już było mówione, więc ja mam tylko jedno pytanie: od kiedy to Sinister jest jednym z pięcu najpotężniejszych telepatów na świecie??? Nowością jest też fakt, że Blindfold sprytem i inteligencją dorównuje Davidowi. Nie uważałem jej wprawdzie za głupią, ale żeby aż tak... No i motyw przeszkadzający mi od początku "Blinded by the light", czyli Rogue i jej "niegroźny" postrzał. Babka jest twarda, ale wmawiać czytelnikom, że jak się do niej strzeli z bliska w sam środek torsu, to nic jej nie będzie, jest przesadzony do potęgi. Tym bardziej, jak spojrzymy, kto ją postrzelił. Całość tak naprawdę ratuje w miarę niezły główny wątek. Ale jak tak dalej pójdzie, to dla mnie będzie to kandydat do najgorszego tytułu roku.
Endangered Species 9 - Wreszcie coś tu się ruszyło.

Killah: Uwielbiam ten komiks, i nawet szkaradne rysunki Ramosa mi go nie obrzydzą. Być może rzeczywiście trochę za dużo się dzieje (dziwny zarzut, biorąc pod uwagę, że mówimy o komiksie), może jest trochę nieprzejrzyście, ale to aż z nawiązką nadrabia fakt, że jest po prostu cholernie ciekawie, no i wreszcie mamy w adjectiveless scenarzystę, który wie, jak radzić sobie z poszczególnymi postaciami (Carey przekonał mnie nawet do Icemana i Cannonballa, za którymi jakoś nigdy wcześniej nie przepadałem). Gdybym był Quesadą, to dałbym Carey'owi kontrakt na wyłączność na zawsze.

 


 

Wieści redakcyjne:

W zeszłym tygodniu zaprezentowaliśmy nasz tygodniowy harmonogram. Brakowało w nim stałego punktu programu w czwartek, a ponieważ Avalon nie znosi pustki, w tym tygodniu "zatkamy" tę dziurę.

 

 
Redaktor prowadzący: Lex                                                                                         Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.