Avalon » Publicystyka » Artykuł

Annihilation - podsumowanie

Jeszcze niedawno kosmicznych bohaterów Marvela traktowano jak trędowatych. Trudno się dziwić, bo serie z ich udziałem, wydane w końcówce poprzedniej i na początku obecnej dekady, były najwyżej średniej jakości. Szczytem ich popularności był okres sagi Infinity, ale potem było już za dużo i za słabo, a zainteresowanie fanów spadało wprost proporcjonalnie do wyników sprzedaży.
Drax The Destroyer:

Ogólna fabuła mini-serii nie jest może nadzwyczajna: grupa kosmitów-więźniów rozbija się na Ziemi i postanawiają zmusić populację miasteczka, aby pomogli im się wydostać z planety lub czeka ich smutny los. Na szczęście Keith Giffen potrafił udanie wyegzekwować ten prosty pomysł dzięki całkiem niezłym postaciom i swojemu charakterystycznemu czarnemu humorowi.

Z Draxem miałem do czynienia wcześniej bodajże tylko raz, kiedy postać ta pojawiła się w kilku numerach Captaina Marvela Petera Davida. Wówczas był to potężny, acz niezbyt rozgarnięty olbrzym i generalnie służył jako element komediowy. Trzeba przyznać, że Drax świetnie wypadał w tej roli. Keith Giffen postanowił odkurzyć tego bohatera i przedstawić go na nowo. W tym celu zabił Niszczyciela i przywrócił go do życia. Teraz Drax nie jest może taki potężny, jak kiedyś, ale nie jest również głupawym siłaczem. Dalej jest najlepszy w tym co robi, jak zresztą wskazuje jego przydomek, ale widzę w nim postać, którą można się przejmować i ekscytować, kiedy dokonuje zemsty na swoich wcześniejszych zabójcach. Draxowi towarzyszy Cammi, jedenastoletnia dziewczyna pochodząca z małego miasteczka na Alasce (gdzie toczy się akcja mini-serii) i jednocześnie druga główna bohaterka. Nie wdając się w niepotrzebne szczegóły, Giffen przedstawia ją jako osobę niezbyt szczęśliwą w realiach, w jakich przyszło jej żyć, co również zauważa Drax, domyślając się, że coś musiało się przydarzyć dziewczynie, skoro jest, jaka jest. Cammi chce, aby jej życie było wyjątkowe i szuka różnych okazji, aby je takim uczynić, czy to przez posiadanie zwłok kosmity, czy też wyruszenie z obcym w kosmos, chociażby w charakterze więźnia. Oczywiście Drax niespecjalnie jest zadowolony z nowej towarzyszki, ale nie potrafi się jej pozbyć. Interakcja tych dwóch postaci dostarcza większość humoru w tym komiksie.

Z pozostałych postaci uwagę zwraca Paibok, który jest głównym złoczyńcą, ale jego celem tu, jak sam mówi, nie jest żaden podbój planety – chce jedynie się z niej wydostać. Oczywiście, żeby to osiągnąć grozi i zabija mieszkańców miasteczka (a najczęściej zleca to swoim oprychom), ale ogólnie sprawia wrażenie, jakby znajdował się ponad tym wszystkim, co się wokół niego dzieje. Jest też dosyć praktyczny i potrafi przyznać się do porażki: to on, widząc, że nie ma innej drogi ucieczki z planety, wzywa drugi transportowiec i poddaje się mu.

Parę słów trzeba też poświęcić Mitchowi Breitweiserowi. Wcześniej jego prace widziałem, kiedy pomagał Gregowi Landowi uporać się z terminami przy Ultimate Fantastic Four. Psuł trochę efekt całości, więc niespecjalnie darzyłem sympatią jego rysunki. Tutaj są one znacznie lepsze i należą mu się brawa za stworzenie nowego wyglądu Draxa, ale nie tylko. Lunatik, który wcześniej wyglądał jak parodia Lobo z DC (bo w rzeczywistości nią był), teraz ma całkiem oryginalny design, zwłaszcza to, jak jego twarz zawsze znajduje się w mroku, co dodaje mu trochę demoniczności. I jest Paibok – łysego Skrulla paradującego we fraku trzeba zobaczyć na własne oczy.

Ogólnie Drax the Destroyer jest warty polecenia, chociaż znajomość tej mini-serii nie jest konieczna do przeczytania Annihilation.

Ozz

***


Annihilation: Silver Surfer:

Mam dwie wiadomości. Dobra jest taka, że jest tu opowiedziana bardzo interesująca historia. Annihilus opętany myślą o Kosmicznej Mocy, Surfer wracający na służbę do Galactusa, Gabriel rozpaczający z powodu zniszczenia Xandaru, Thanos sprzymierzający się z siłami równie złymi, a nawet gorszymi niż on, no i dwie nad wymiar intrygujące postacie: Tenebrous ze Środka Ciemności i Aegis, Pani Wszystkich Smutków - dawni wrogowie Galactusa. Sam Galactus wychodzi tutaj na nie tak złego gościa (chociaż moje zamiłowanie do pariringów sprawiło, że jego dialog z Surferem nabrał dla mnie drugiego dna ;) ). To wszystko rozbudza ciekawość i powoduje, że chce się sięgnąć po inne serie. I to jest dobre, bo na tym właśnie polega rola tie-inów. Niestety, seria ma jedną, ogromna wadę - rysunki! Arlem rysuje postacie okropnie. Thanos, Ravenous i Terrax wyglądają jak jedna osoba, tylko w różnych ciuchach i pomalowana na różne kolory. Konkubiny Annihilusa wyglądają tak szkaradnie, że ma się go za bardziej spaczonego, niż jest w rzeczywistości. Firelord wygląda jak bezusta złotowłosa maszkara, a Fallen One jak zmutowany smerf. Jedynie takie olbrzymy jak Galactus wychodzą tu ładnie, podobnie statki kosmiczne. Mimo to, seria jest bardzo dobrym tie-inem. Ocena: 4-

Foxdie 

***

Annihilation:

Przyznam się, że z różnych powodów prolog ani pięć mini-serii nieszczególnie przypadły mi do gustu (może z wyjątkiem tej z Novą i Draxem). Jednak główna historia opowiedziana w sześcio-numerowej mini-serii to zupełnie inna sprawa. Jest to historia pełna akcji i interesujących bohaterów, która powinna się spodobać nawet komuś, kto z kosmosem Marvela miał wcześniej niewielką styczność.

Akcja Annihilation rozpoczyna się, kiedy wojna między bohaterami, a Falą Anihilacji trwa w najlepsze. Otwierająca bitwa efektownie przedstawia postacie, które do tej pory zebrał wokół siebie Nova. Każdy z nich ma chwilę, aby się pokazać czytelnikowi z jak najlepszej strony. Pomimo zwycięstwa w tej bitwie, sytuacja już w pierwszym numerze wydaje się być tragiczna dla tych dobrych: dowiadują się oni, że Annihilus pokonał Galactusa. Jakie więc szanse mają oni? Wydaje się, że niewielkie, co potwierdza się podczas kolejnej efektownej bitwy, gdzie ścierają się istoty o potężnych mocach i zarysowują się rywalizacje, jak w przypadku Ronana i Ravenousa. Fala, wspomagana technologią teleportacji Thanosa oraz potężną bronią, na którą szalony Tytan przerobił Galactusa, praktycznie rozbija koalicję. W połowie mini-serii wydaje się być po wszystkim, ale właśnie wtedy zaczyna się zabawa. Wolny strzelec, jakim jest Thanos, stwierdza, że sojusz z Annihilusem to nie to, czego chce i postanawia się obrócić przeciwko niemu, a w tym celu uwolnić Galactusa. Co prawda, zanim jest w stanie to zrobić, ginie z ręki Draxa, ale Niszczyciel kończy dzieło Tytana i wypuszcza wściekłego Pożeracza Planet na wolność. Galactus szybko niszczy większość Fali Anihilacji, odwracając losy wojny. Można by pomyśleć, że to łatwe wyjście z sytuacji, ale kiedy się ustanowiło złoczyńcę tak potężnego, to jego siły muszą zostać pokonane przez kogoś jeszcze silniejszego, a poza Galactusem trudno o innego kandydata do tej roli. Walka toczy się również na Hala, gdzie Ronan obala władców Kree i postanawia przywrócić na tron Supreme Intelligence. Jak się jednak okazuje, istota została poważnie zraniona przez zdrajców, i jedyne co Ronan może zrobić, to ulżyć jej cierpieniu w ładnej scenie i samemu przejąć władzę nad imperium. Wojnę kończy walka Novy i jego przyjaciół z Annihilusem, która zawiera oprócz standardowego mordobicia kilka świetnych momentów, jak odebranie Annihilusowi Quantum Bands przez Phylę, czy chwila, kiedy ledwo żywy Nova widzi Thanosa i Śmierć, ale mówi im, że tym razem jeszcze go nie zabiorą do siebie.

Większość występujących postaci to dla mnie starzy, lepsi lub gorsi, znajomi. Jedynym, z którym nie miałem wcześniej żadnej styczności, to Peter Quill. Były Starlord szybko potrafił zdobyć sympatię poprzez swój sposób bycia i interakcję z Riderem, z którym się bardzo zbliżył podczas całej wojny. Bardzo podobała mi się scena, kiedy Nova jest gotowy do wyruszenia do walki z Annihilusem w pojedynkę, a Quill postanawia iść z nim, bo przecież się nie spodziewał, że poleci na pewną śmierć sam. Richard to nie jest już ten narwany młodzieniec z New Warriors. Oczywiście wciąż jest narwany i często za szybko pcha się do walki, ale jednocześnie potrafi być świetnym dowódcą i gdyby nie on, ta wojna nie potrwałaby tak długo. Drax w swoim nowym wcieleniu to jedna z najważniejszych postaci tej historii: przecież to on przyczynił się do uwolnienia Galactusa i zniszczenia większości armii Annihilusa. Jestem też pewny, że jak na Niszczyciela przystało, ma na swoim koncie najwięcej zabitych robali ze wszystkich bohaterów. I bardzo przywiązał się do Cammi, którą praktycznie traktował jak swoją córkę, mimo, że tego nie chciał okazać. Przywrócony do życia Super-Skrull był jedną z gwiazd przedostatniego numeru, w którym pomagał znienawidzonemu Kree obalić władze imperium tylko dlatego, że mógł przy tym pozabijać innych Kree. Bardzo jednak podobało mi się, że Kl’rt szanuje Ronana jako wojownika, chociaż nigdy by się nie przyznał do takiej opinii. Pojawia się też świetna scena, kiedy Ronan jest zajęty Ravenousem i nie widzi zarówno atakujących go psów przeciwnika, jak i Skrulla, który zabija je i ratuje Oskarżycielowi życie. To chyba musiała być ciężka rzecz do zrobienia dla Kl’rta. Świetnych momentów i dialogów w całej historii było dużo, ale najlepszym jest bodajże scena, kiedy Thanos zapytany przez Moondragon, dlaczego zdecydował się pomóc Annihilusowi stwierdził, że chciał zobaczyć co się stanie, kiedy do zwyczajowych zmagań między siłami w kosmosie wkroczy zupełnie nowa siła i jak to wpłynie na pozostałych. Ot, zwykła ciekawość.

Cała historia jest bardzo ładnie narysowana przez Andrea DiVito. To tyle, co mogę powiedzieć o rysunkach. Myślę, że to wystarczy, po prostu szata graficzna Annihilation to uczta dla oczu.

Bardzo polecam tę mini-serię do przeczytania. Nawet ktoś, kto nie interesuje się kosmicznymi epopejami powinien zajrzeć do tej historii, bo jestem pewien, że mu się spodoba.

Ozz

***

Annihilation: Heralds of Galactus:

Przed przeczytaniem Heralds of Galactus obawiałem się nieco, że będą to popłuczyny po niezłej kosmicznej sadze, wydane tylko po to, by wyciągnąć kilka dolarów więcej z kieszeni wiernych fanów. I na całe szczęście zostałem pozytywnie zaskoczony. Cztery historie z udziałem heroldów, zawarte w dwóch numerach o powiększonej objętości, nie wyłamują się jakościowo z całości eventu i dobrze spełniają swoją rolę jako dokończenie i wyjaśnienie kilku wątków, które nie zostały rozwiązane w głównej miniserii.

Na początek otrzymujemy niezłą historię "Parasites" autorstwa Christosa Gage'a, której bohaterem jest uwolniony spod kontroli Annihilusa Terrax. Ex-herold Galactusa trafia tam na dręczoną przez tyrana planetę i przyjmuje nietypową dla siebie rolę wyzwoliciela. Cały czas pozostaje jednak sobą, co dobitnie udowadnia w zakończeniu opowieści. Gage'owi udał o się dobrze nakreślić postać Terraxa, zgrabnie wyszły mu też dialogi, zwłaszcza pomiędzy byłym heroldem a Paibokiem, Power Skrullem.

Kolejna opowieść to "A Death of Hope", napisana przez Stuarta Moore'a. Bohaterem jest tu Stardust, której udało się (dosłownie) pozbierać do kupy po zniszczeniu w trakcie Annihilation. Zostaje to jednak logicznie wyjaśnione poprzez przedstawienie dość ciekawego pochodzenia herolda. Nieźle poprowadzona jest jej postać, dobrze wypadają jej rozterki moralne związane z wyrzutami ze strony ostatnich członków jej rasy, wreszcie - świetne jest zakończenie, w którym zaskoczony zostaje sam Galactus, a czytelnik wraz z nim. I właśnie ta historia wydaje się być najlepsza ze wszystkich czterech wchodzących w skład Heralds od Galactus.

Pierwsza historia drugiego numeru to "Afterburn" gdzie bohaterem jest Firelord, który nie zważając na postanowienia traktatu pokojowego ściga i eliminuje Centurionów Annihilusa. Dość ciekawymi postaciami są tu "dobrzy" Centurioni, którzy podjęli się tego samego zadania, co ex-herold. Keithowi Giffenowi udało się zgrabnie przedstawić ich spotkanie, dobrze wyszły tu też dialogi, nieźle i wiarygodnie nakreślona jest też sama postać Firelorda.

Ostatnią opowieścią z Heralds of Galactus jest "Brother's Keeper". Tutaj Giffen przedstawia narodziny Pierwotnych Bogów (Proemial Gods), do których należą pogromcy Galactusa - Aegis i Tenebrous. Muszę przyznać, że udała mu się tu trudna sztuka bezbolesnego wepchnięcia nowego elementu do historii powstania marvelowego Wszechświata. W dalszej części Surfer ściera się właśnie z wcześniej wymienionymi Aegis i Tenebrousem, i zwycięża ich, stawiając na szali swe życie. Świetny jest też kończący komiks dialog pomiędzy Galactusem, a jego ulubionym heroldem, nieźle przedstawiający ich relacje.

Oba one-shoty Heralds of Galactus, tak jak i większa część Annihilation, są świetnie narysowane, dzięki czemu nie tylko dobrze się je czyta, ale też ogląda. Śmiało mogę polecić je jako uzupełnienie kosmicznej sagi, wprawdzie nie zachwycające, ale za to bardzo porządnie napisane i zilustrowane, a przede wszystkim - nie psujące dobrego wrażenia, jakie zostawia po sobie główna część Annihilation.

Jaro

***

Anihilacja - reaktywacja,
czyli podsumowanie całości:

Jeszcze niedawno kosmicznych bohaterów Marvela traktowano jak trędowatych - gdzieś tam sobie byli, ale twórcy za bardzo nie chcieli ich ruszać. Trudno się dziwić, bo serie z ich udziałem, wydane w końcówce poprzedniej i na początku obecnej dekady, były najwyżej średniej jakości. Szczytem ich popularności był okres sagi Infinity, ale potem było już za dużo i za słabo, a zainteresowanie fanów spadało wprost proporcjonalnie do wyników sprzedaży.

I zdarzył się cud! Inaczej nie da się określić tego, co się stało. Zasługi wypadałoby przypisać głównie panom Giffenowi, Abnettowi i Lanningowi, bo to przede wszystkim dzięki ich pracy, kosmos Marvela zyskał nowe, atrakcyjniejsze oblicze i stał się miejscem naprawdę ciekawym.

Kluczem do sukcesu był redesign postaci. Zaczęło się od przymiarki - całkowitej zmiany Draxa z tępego osiłka w wygadanego, cwanego i zabójczo skutecznego wojownika. Chwyciło i Anihilacja dostała zielone światło. Kiedy się zaczęło, okazało się, że nic już nie jest na swoim miejscu. Annihilus, który dotąd siedział sobie na skale w Strefie Negatywnej i czasami warczał na Fantastic Four, wykonał taką akcję, że Napoleon i Aleksander Wielki wyglądaliby przy nim jak dwie siedzące kaczki (nie uwłaczając). Nova, który jeszcze przed chwilą występował w reality show, a w przerwach smażył hamburgery, nagle stał się jedną z najpotężniejszych istot we wszechświecie, nosząc w sobie całą potęgę i wiedzę Xandaru. Silver Surfer, który ostatnio był w depresji, bo nikt nie chciał o nim pisać, wrócił pod skrzydła Galactusa i znowu rozwala planety. Ronan - największy sztywniak we wszechświecie, zyskał nagle osobowość, a wkrótce także pozycję, o której pewnie nawet nie marzył. Super-Skrull dla odmiany z chłopca do bicia zmienił się w przywódcę i bohatera. Z niebytu wyciągnięto takie postacie jak Peter Quill, Phyla-Vell, Moondragon, czy Gamora i okazało się, że można zrobić z nich ciekawych i lubianych bohaterów. Z drugiej strony, usunięto kilka skostniałych postaci, których ewolucja utknęła w martwym punkcie. Harcerzyk Quasar, czy monotematyczny Thanos musieli odejść. Jeśli nawet wrócą kiedyś (zwłaszcza w przypadku Thanosa wydaje się to prawie oczywiste), ta śmierć może wyjść im tylko na dobre.

Drugą przyczyną sukcesu jest moim zdaniem konstrukcja opowieści. Fabuła jest prosta: jest jeden, ewidentnie zły przeciwnik - obrzydliwe robale, z którymi nie da się sympatyzować. Na dodatek zagraża on dosłownie wszystkim, więc nasi bohaterowie, antybohaterowie i cała reszta czeredy jest zmuszona, by połączyć siły. Na relacjach między nimi część akcji buduje się sama, a jeśli wprowadzić jakieś nieoczekiwane zwroty, historia tylko na tym zyskuje. No i wreszcie mamy rozwałkę na wielką skalę, która jest dobrze uzasadniona i inteligentnie poprowadzona. Plus do plusa i okazuje się, że Annihilation od początku skazana była na sukces.

Rozmiar tego sukcesu mogę ocenić, patrząc po sobie. Przed Annihilation, kosmos Marvela dla mnie nie istniał. Otarłem się tu i ówdzie o Surfera, widziałem Novę w New Warriors i czytałem kawałki Infinity Sagi, ale to było najwyżej urozmaicenie, albo uzupełnienie wiadomości. Po pierwsze części Annihilation sięgnąłem z ciekawości i od razu mnie przyciągnęła na dobre. Teraz uważam tych kosmicznych herosów za jedne z ciekawszych postaci w uniwersum, a ich przygody za doskonałą odmianę od zmagań ziemskich bohaterów. Annihilation stała się więc czymś zupełnie przeciwnym, niż sugeruje jej nazwa - niszcząc zesztywniały szkielet marvelowego wszechświata tchnęła w niego nowe życie.

Gil
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.