Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #118 (16.11.2009)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 16 listopada 2009 Numer: 46/2009 (118)


Największa pozytywna niespodzianka zeszłego tygodnia? Jeśli wierzyć opiniom na forum, to zdecydowanie występ Deadpoola w Amazing Spider-Man.



cAmazing Spider-Man #611
Demogorgon: Lektura tego numeru przyprawiła mnie o łzy, podwójnie. Najpierw popłakałem się ze śmiechu, bo w tej historii każde zdanie wypowiedziane przez naszych dwóch bohaterów dawało mi ku niemu dobre powody. A potem płakałem jak bóbr na myśl o tym, jak bardzo żałośnie wypada Wade w swoich własnych tytułach w porównaniu z tym tutaj.

Spell: Koniec posuchy. Po kilku beznadziejnych numerach w końcu coś, co da się czytać. Żarty Spidera w końcu mogą śmieszyć, i gościnny występ Deadpoola. Co prawda jego ostatnio jest aż za dużo i mam go powoli dość, ale tutaj wypadł nawet całkiem, całkiem. Kreska jest ciekawa, głównie dlatego, że jest inna. Nie są to najpiękniejsze rysunki, jakie widziałem, ale fajnie się to ogląda. Liczę, że fabuła się ciekawie rozwinie.

S_O: Aaaawww, yeah. Stary, dobry 'Pool, bez żadnych dwóch głosów w głowie i z durną poolo-vision, nic, tylko wewnętrzne monologi, przebijanie czwartej ściany, przekomarzanie się z przypiskami edytorów i śmieszne - co podkreślę jeszcze raz, bo wielu autorów o tym zapomina - ŚMIESZNE dowcipy. Ale czego innego się spodziewać po człowieku, który zdefiniował tę postać?
Aha, panie Kravenowe stawiają na miejscu ostatnie pionki przed "Gauntlet". Może niepotrzebnie wzbudzam własne nadzieje, ale wygląda na to, że w końcu w jednej historii zostaną zebrane do kupy wszystkie pajęcze postaci.

bastek66: Toż to najlepszy Deadpool od odejścia Niciezy. Każda scena z Wadem jest masakrycznie zabawna... a raczej taka, jaka powinna być w jego ongoingach: pokonanie Lady Stilt-Man jest świetne, ale scena z pojedynkami na obelgi wobec matki to mistrzostwo świata. Ciekawym pomysłem było zredukowanie wątku "The Gauntlet" do całkowicie marginalnej części zeszytu.d
Pariah: Świetny numer. Autor pokazuje, że można sensownie wprowadzić bohatera na gościnne występy, bez nudnych, przewidywalnych team-upów. Wade robi swoje, Parker robi swoje, a ich wzajemne interakcje to czysta rewelacja. Pojedynek na obelgi był świetny, a finałowy mama-geddon rozbawił mnie do łez :). Jeden z najlepszych komiksów o "Deadpoolu" od bardzo dawna. 8/10
Dunton: Najlepszy Deadpool, moim zdaniem, od czasu "A Murder In Paradise" w C&D. Albo i od dawniejszych czasów. Trochę może za dużo "breaking the fourth wall", ale i tak świetne. Całości nie oceniam, bo Spider-Mana zwykle nie czytam i się nie orientuję.
Krzycer: Najlepszy pojedynczy numer Pająka odkąd zaczęło się Brand New Day? Bardzo możliwe. Najlepszy Deadpool odkąd zaczął pojawiać się częściej niż Wolverine? Z całą pewnością.
Przy okazji potwierdzenie zasady, że Wade rządzi za każdym razem, gdy pojawia się poza swoimi tytułami...
Zacytowałbym najfajniejsze kawałki, ale zajęłoby to za dużo miejsca. Ulubiony kadr - pierwszy kontakt Wade'a z Pająkiem (Uh-huh! Nuh-huh!). Mógłbym go sobie w ramkę oprawić.


Cable vol .2 #20
Spell: Bezsensu ciąg dalszy. Dlaczego w każdej historii o Brood na początku robale są mega niebezpieczne i wszystkich łapią, a na końcu każdy może je pokonać nawet bez broni? Sposób, w jaki Bishop kontynuuje pościg wykracza poza moje możliwości zrozumienia ludzkiej głupoty. Rysunki są beznadziejne i w wielu miejscach niedopracowane. Jakby Guzman poświęcił na każdy panel maksymalnie minutę.
S_O: Jaka miła odmiana: ściganym przez Bishopa Cable'owi i Hope w ostatniej chwili udaje się uciec, podczas gdy bliska im osoba ginie, nie wiedzą jednak, że Bish nadal jest na ich tropie. O, i jeszcze pojawiają się wielkie robale.
Przynajmniej śmierć Emila miała więcej sensu niż tej... Jak jej tam... tej rudej... I więcej sensu niż reszta jego egzystencji. Gdybym nie był z góry negatywnie nastawiony do każdego kolejnego numeru serii, mogłoby mi się nawet wymsknąć jakieś małe "baaaww".

Krzycer: Tak sobie myślę, że dawno, dawno temu wystarczyłoby, gdyby dorosłej Hope poświęcono dwa kadry na retrospekcję, kiedy już pojawi się w Second Coming. Tak mamy 20 numerów komiksu, w którym niby dzieje się wiele, a tak naprawdę nie dzieje się nic. Cable opiekuje się małą, wiąże się z przypadkową kobietą, która robi małej za zastępczą mamę i ginie, mała rośnie i robi się sprytna, poznaje Logana i jego bandę, kiedy wpadają z wizytą, rośnie i niby czasem wkurza się na Cable'a, ale i tak kocha go jak ojca, wreszcie jest gotowa do powrotu. Przez cały ten czas Bishop nie daje im spokoju, gubiąc po drodze części ciała.
To naprawdę by się lepiej sprawdzało jako retrospekcja.
Ale przynajmniej Emil się wysadził. O jedną irytującą postać mniej. Pozostaje - oczywiście - Bishop.
Błagam, niech przynajmniej on wykorkuje - wszystko, żeby tylko nie wciągać go do Second Coming...


eDaredevil #502
Demogorgon: Panie i panowie, z rozkoszą zawiadamiam, że nasz ulubieniec, idol, któremu każda kobieta chce urodzić dziecko, a każdy mężczyzna chce być tym dzieckiem, facet, który zjada Wolverine'a na śniadanie, Carlos "Black Tarantula" LaMuerto zachował swój niepowtarzalny charakter! Ale.....Że co? Kto? Daredevil? A tak, jest tutaj, jest. I również jest całkiem dobrze pisany. Wygląda na to, że Diggle się zaczyna coraz lepiej wczuwać w klimat. Podobała mi się scena snu Matta, jak również scena z Kingpinem. Widać też, że Osborn i grubsze połączenie tytułu z resztą universum pozostanie raczej kwestią słów. Inna sprawa to rysunki - raz świetne, a raz bardzo słabe.

Spell: Wyjaśnienie śmierci Izo przewidywalne do bólu. Dzięki temu, że jest dalej z nami, jak dla mnie kradnie całą scenę, w której występuje. Historia się rozkręca, a Kingpin rozstawia pionki. Komiks nie trzyma się na uboczu uniwersum i możemy się przyjrzeć, jak wygląda świat według Normana na najniższym poziomie przestępczego świata. Podobają mi się nowe metody działania Daredevila (odcinanie rąk). Kreska De La Torre może nie podobać się wszystkim, ale idealnie wpasowuje się w mroczny klimat.
S_O: Trudno jest mi coś powiedzieć o tym numerze. Nie mam się czego czepiać, ale też nie znalazłem nic wartego wychwalania pod niebiosa. Czyli że Diggle wykonuje kawał solidnej, wartej przeczytania roboty. Za to rysunki... nie zawsze są dla mnie czytelne. Jakby takie... rozmyte.
Wspomnę jeszcze tylko, że intrygują mnie działania Kingpina. Jaki jest jego plan?

Krzycer: Hm... Myślałem, że Diggle trochę dłużej potrzyma nas w niepewności. Z drugiej strony i tak mało kto dał się nabrać, więc może to i lepiej. Ciekawie wypada Murdock, który niby obiecuje zniszczyć Hand, ale wyraźnie podoba mu się pomysł wykorzystania jej do walki ze złem (...tylko jaka w tym korzyść dla Hand?). No i jednak jakąś granicę przekroczył - wcześniej poszatkował Owla, teraz też nie cacka się ze skorumpowanymi gliniarzami.
Swoją drogą - odciąć komuś dłoń szurikenem? Chyba przesadzone...

Foxdie: Nie chcę złożyczyć, ale możliwe, że jesteśmy właśnie świadkami zatrzymania stabilnego wzrostu jakości serii. Już zakończenie poprzedniego numeru było tego prologiem. Rozwiązanie sprawy z Izo jest bardzo przeciętne, a Daredevil już dawno odzwyczaił mnie od przeciętności. Dobrze, że w końcu uniwersum Śmiałka wchodzi w interakcje z rzeczywistością Dark Reign, szkoda tylko, że robi to tak późno. Diggle i De La Torre, podobnie jak Bendis i Maleev czy Bru i Lark, dorównują sobie poziomem, niestety jest to poziom dużo niższy od wspomnianych poprzedników. Poczekamy, co z tego wyniknie, ale mój kredyt zaufania powoli tracą. Ocena: 5/10

Dark X-Men #1f
Hotaru: Szczerze powiem, że nie spodziewałem się po tej serii niczego dobrego. Wiem, że to Cornell i Kirk, świetny team z jeszcze lepszego Captain Britain and MI:13, ale jakoś cały koncept "Dark X-Men" wydawał mi się naciągany. Nie oszukujmy się, Osborn ma o wiele poważniejsze problemy na głowie, by przejmować się założeniem drużyny mutantów. Po lekturze tego komiksu moje zdanie w tej materii pozostało niezmienione... ale co z tego, bo komiks jest przedni. Jak zwykle, Cornell potrafi doskonale ująć charaktery poszczególnych postaci i jednym kadrem, jedną linią dialogową, trafić w sedno. Leonrad Kirk może nie daje tu z siebie wszystkiego, ale to i tak wystarczająco dużo. Sięgnę po kolejny numer uspokojony świadomością, że zostały tylko 4 numery.

Spell: Postacie są trochę przesadzone. Z członków Dark X-Men zrobiono większych wariatów, niż są w rzeczywistości. Humor trochę zbyt sztuczny. Z drugiej strony motyw z X-Manem mnie zaintrygował i dam tej historii szansę. Rysunki w dużej mierze zepsuł koleś odpowiedzialny za kolory.
S_O: Brawo, Mystique. That's some quality trolling.
Historia jest dobra z szansą na bycie świetną, czyli znacznie lepiej, niż cokolwiek związanego z Utopią ma prawo być. Początkowa intryga ciekawa, problem z dwoma "absorbentami" w drużynie wytknięty, wyliczanka zniszczonych obiektów zabawna, powrót... budzący zainteresowanie. Czemu właśnie teraz Nate wrócił? Wierzę, że Autor odpowie na to pytanie już za miesiąc.
No i interesujące wytłumaczenie pisania Omegi całkiem out of character podczas crossa, Paul powinien dostać No-Price albo co.
Dodatkowa historyjka z Hope - meh. Najwyraźniej Swierczynskiemu nie udało się zmieścić kilku stron gadania o niczym w swojej napakowanej akcją serii.

Pariah: Bardzo ciekawie się zaczyna. Nie wiem, czy Cornell nieco nie przesadził z obłędem Pointera po "przegrzaniu" jego mocy, ale generalnie podoba mi się jego prowadzenie bohaterów. Mocną stroną tego autora zawsze było budowanie postaci. Tu dostał do dyspozycji kilka naprawdę intrygujących indywidualności i dobrze to wykorzystał. Główny wątek został zaledwie ruszony, ale już może się podobać (nawet jeżeli big reveal tego numeru został już wcześniej pokazany w licznych spoilerach). Zabawnie wypadła scena zdziwnienia Mystique, w której Nate widzi matkę :D. Bardzo przyjemnie mi się czytało, rysunki też trzymają dobry poziom. Z chęcią sięgnę po więcej. 7/10
Krzycer: Dobre! Początek co prawda taki sobie - przypomnienie, kim są bohaterowie i co tam robią - ale jak tylko zaczyna się misja, wyłażą demony. Rozłożył mnie Dark Beast przy byle okazji szprycujący wszystkich naokoło i przepraszający za demolkę Pointer. Swoją drogą Cornell ciekawie do niego podszedł - w sumie te jego napady wyjaśniają, czemu u Fractiona zachowywał się tak, jak się zachowywał.
Czekamy na ciąg dalszy.


Deadpool vol. 2 #17
S_O: Wow, to jeden wielki, tłusty kogut!
I tego rodzaju komentarze były najzabawniejszą rzeczą związaną z tym numerem. Mógłbym wymienić wszystkie bzdury i niedorzeczności, jakie wyłapałem w trakcie czytania (jak choćby - jakim cudem Deadpool zdobył żywego kurczaka w San Fran? W godzinę?), ale wtedy włożyłbym w ten numer więcej pracy, niż Way.


Ender's Game: Command School
#3

Hotaru: Obawiałem się tego numeru. A dokładniej - sceny ostatecznej konfrontacji między Enderem a Bonzo. Bałem się, że podobnie jak to było w Ender's Shadow: Battle School, rozpychając się łokciami wejdzie purytańska natura Amerykanów i osłabi wymowę tej sceny. Na szczęście nic takiego się nie stało. Co więcej, Ferry tak obrazowo przedstawił ten pojedynek, że podczas lektury nie wierzyłem własnym oczom, tym bardziej, że na okładce nie ma znaczka "Parental Advisory". I chociaż mógłbym się przyczepić do kilku detali (wymowa sceny z Petrą, brak wyjaśnień niektórych z akcji Endera, przez co nie znając powieści wydają się pozbawione sensu), to te dwie strony brutalnego do granic pojedynku między dwójką chłopców zagłuszają wszelką krytykę, jaką mógłbym wysunąć. Cieszę się, że Marvel uszanował materiał źródłowy i że nie ugrzecznił tej adaptacji. Doskonała robota.


Luke Cage Noir
#4
S_O: Muszę powiedzieć, że końcówka sprawiła, że zapomniałem o jakichkolwiek wadach tej historii. Ale w końcu kto się spodziewa szczęśliwego zakończenia w noirowych historiach?
Oczywiście, nie można wybaczyć abominacji, jaką są bracia Zapata, ale Mike Benson zyskał w moich oczach.
Swoją drogą ciekawe, jak - skoro od grudnia startują nowe części X-Men i Spider-Mana Noir - zrobią kontynuację tej mini...

Krzycer: Dobre zakończenie kolejnej dobrej mini noir. Czego chcieć więcej? Niestety, teraz zacznie się nowy trend - kontynuacje już
zakończonych historii. Z dużą obawą podchodzę do nadchodzących sequeli X-Men Noir i Spider-Man Noir. Z drugiej strony, oryginalny S-M Noir był marny, w sumie może być tylko lepiej.


PunisherMax #1

Spell: Nowa seria, nowa intryga, więc dam tej serii mały kredyt zaufania. Trochę mało akcji, ale rozumiem, że musieli poświęcić trochę miejsca na wprowadzenie nas w temat. Podoba mi się pokazanie Fiska od "ludzkiej" strony w rozmowie z jego żoną. Aaron chyba za bardzo się przejął tym, że pisze serię z imprintu MAX i jak dla mnie bluzgi wciska trochę na siłę, aby było ich jak najwięcej. Kreska to inna sprawa. Tu nie ma humoru Ennisa i kreska Dillona jest nie na miejscu. Krwawe sceny wypadają groteskowo. Z całego numeru podoba mi się tylko ostatnia strona.
S_O: Czy tylko mi się wydaje, że jak rysuje Dillon, scenarzyści pozwalają sobie na więcej? Kto inny, słysząc, że ma narysować dwumentrowego Rosjanina w damskich ciuszkach czy faceta wyciskającego komuś innemu gałki oczne, powiedziałby "chrzanić to, byłem prymusem w Szkole Kuberta", a Steve zrobi to bez szemrania. Takie tam spostrzeżenia.
Intryga jest... interesująca. Kingpin jako miejska legenda wykorzystana do odwracania uwagi Franka? Czy może... rzeczywista postać? Bo jeśli Fisk będzie koordynował działania bossów, żeby utworzyć przekonywującą iluzję, to czy on sam nie stanie się Kingpinem?
Swoją drogą - czy ostatnia strona miała przypominać trollface, czy to tylko ja?


Realm Of Kings: Imperial Guard
#1

Hotaru: Mam mieszane odczucia. Z jednej strony, rozumiem konieczność wprowadzenia członków Straży Imperialnej, ale poświęcenie na to praktycznie całego numeru wydaje mi się jednak overkillem. Na szczęście zakończenie tego numeru pozwala żywić nadzieję, że kolejne odsłony będą już bardziej "mięsiste", jeśli chodzi o właściwą fabułę. Rysunki mogłyby być ciut lepsze, ale generalnie nie przeszkadzają w odbiorze. Na razie nic szczególnego, ale znając DnA - może być zdecydowanie lepiej.
S_O: No proszę, jeden numer RoKowej miniserii i już mieliśmy więcej "wojny" niż w całej "Wojnie Królów".
Pomysł na ponowne przedstawienie całej Straży Imperialnej jest bardzo dobry - na pewno nie jestem jedynym, który kojarzył niewielu oprócz Gladiatora, Mentora, Oracle i - od niedawna - Smashera, mianowanego etatowym redshirtem grupy (tym większe było moje zaskoczenie, gdy to nie on kupił farmę. No, ale jeszcze cztery numery). Ciekawe było też pokazanie, że nie wszyscy cieszą się z nagłego awansu Kallarka.
Tylko ostatnia strona trochę dziwi - skąd Raza? Czy on nie powinien nadal siedzieć razem z glutem w słoiku na Resolute Duty?

Krzycer: Majestor Kallark nie odnajduje się w nowej roli, a jego starzy kompani mają mu za złe, że awansował. Cały zeszyt tylko o tym? Nie przekonało mnie to. Ale przynajmniej team-up IG ze Starjammerami zapowiada się ciekawie.

S.W.O.R.D.
#1

Hotaru: Bez szczególnego powodu, niewiele spodziewałem się po tej serii. Aż do zeszłego tygodnia nie myślałem, że będzie to coś więcej niż kolejna kiepska x-miniseria, ale rzeczowa rozmowa z Kieronem Gillenem z serwisu CBR wywarła na mnie tak pozytywne wrażenie, że moje oczekiwania zaliczyły zwrot o 180 stopni. I dobrze, bo pierwszy numer bardzo mi się spodobał. Gillen tak umiejętnie wprowadził wiele wątków, że chociaż cały czas coś się dzieje, nie ma wrażenia poszatkowania fabuły. A rysunki Stevena Sandersa, chociaż z początku mogą budzić obiekcje, koniec końców świetnie wpasowują się w konwencję tytułu - czasami epickie, innym razem z należycie komediowym spinem. Niecierpliwie czekam na kolejny numer.

Spell: Za to, jak wygląda w tym komiksie Beast, powinni ich zlinczować. Na szczęście ten potworny błąd nadrabiają rysunkami obcych. Gillen odwala za to kawał dobrej roboty. Historia jest ciekawa, a żarty i sarkazm są całkiem śmieszne. Zapowiada się ciekawa seria. Czekam na następny numer.
S_O: Trudno się przyzwyczaić do końskiej mordy Beasta... ale przynajmniej jestem spokojny o to, że Sanders będzie umiał narysować Beta Ray Billa.
Pierwszy numer świetny, Brand według Gillena nie straciła nic ze swego... khem, khem... uroku, podobnie jak Beast (but I'm your blueberry muffin... - cudowne). Dzieje się dużo, choć to jest zasługą Gyricha. Trochę zbyt bezwzględnego, jak na mój gust. Ale to jedyny problem, jaki mam z tą serią. No, to i twarz McCoya.
Ale Kieron nadrabia te punkty tym, że pokazał na Peakowy odpowiednik "dziesiątego dziobowego" i narąbanego jak drewno Lockheeda. No i przede wszystkim tym, że przygotowuje podłoże do przywrócenia Kitty Pryde do "życia".


Strange #1
h
Hotaru: Kolejna w tym tygodniu debiutująca miniseria, która mi się podoba. Czytając wywiady z Waidem nie do końca rozumiałem, skąd pomysł, by poświęcić dwa pierwsze numery osobnym, zamkniętym historiom, ale teraz muszę przyznać, że scenarzysta miał rację. Dzięki takiemu lżejszemu podejściu do Strange'a postać nie tylko stała się dla mnie niesamowicie strawna, ale w dodatku zabawna i witalna. Nie zniósłbym chyba kolejnych stronic z medytującym i nic nierobiącym Stephenem. Na deser mamy sympatyczną nową postać, Casey Kinmont, którą już polubiłem, chociaż nie ma w niej nic oryginalnego. Nie wiem, czy to mój wyjątkowo dobry humor, czy rzeczywista wartość tego zeszytu, ale wrażenia z lektury mam zdecydowanie pozytywne.

Spell: Kreska trochę trąci mangą, ale mi to nie przeszkadza. Fabuła taka sobie, ale może tak mi się wydaje, bo nie lubię baseballu. Podoba mi się prowadzenie postaci. Nigdy nie byłem fanem Strange'a, ale tutaj wyrasta na fajnego bohatera, jednak jak dla mnie to jego uczennica kradnie numer.
S_O: Baseball w komiksie = Claremont. Dlatego właśnie naprawdę ciężko napisać coś, co dzieje się na ich dziwacznym boisku, a co by mnie zainteresowało. ale Markowi Waidowi się udało. And then some.
Pomysł na historię był naprawdę odjechany, ale bardzo mi się spodobał. No i Strange jednak wyszedł na lepszego kłamcę, niż myślał Tul'uth.
A do tego jeszcze dochodzi całkiem interesująca nowa postać - Casey.
Początkowo dziwiło mnie, czemu wywiady i zapowiedzi cały czas trąbiły o nowej postaci, skoro już mamy kupę młodych magicznych bohaterów, ale sposób wprowadzenia panny Kinmont bardzo mi się spodobał. Podobnie, jak ona sama.
Krzycer: Dobre! Mecz baseballowy z demonami - absurdalne, ale spodobało mi się. Gdybym miał się czepiać, to Strange tutaj jest bardzo osłabiony w stosunku do tego, co widzieliśmy w New Avengers już po tym, jak przestał być SS (...marny skrót).

Vengeance of the Moon Knight #3
S_O: No, Lockley zaczyna się z powrotem "spectorować". To nie jest dobry znak. Przynajmniej dla niego.
Bushmana znam tylko z retrospekcji, ale jego występ tutaj wystarczył, żeby mnie wciągnąć. Przez długi czas nie sądziłem, że to powiem, ale nie mogę się doczekać kolejnego numeru Moon Knighta.

X-Babies #2
S_O: Wow, czytanie tego komiksu sprawia mi nadspodziewanie dużo frajdy. Jest zabawnie, bo to parodia, ale mamy też sporo akcji, więc żarty z marki nie są jedynym koniem napędowym. Jak dla mnie wszystko gra.


gX-Force vol. 3 #21
Demogorgon: Lepiej, niż w poprzedniej części. Po pierwsze dobrze, że widać jakieś wspólne zgranie tego wszystkiego, a nie, że każdy sobie. Po drugie, historia się nieźle rozwija, a panele odwracające to, co mieliśmy okazję zobaczyć u Morissona, zrobiły na mnie wrażenie. Po trzecie, rysunki Craina się wyraźnie poprawiły i wróciły do jego zwyczajowego, bardzo dobrego poziomu.

Hotaru: Jeden z dwóch pewniaków tego tygodnia. Niestety, akurat ten mnie zawiódł. Niby wszystko jest jak należy, trudno się do czegoś przyczepić, ale emocjonalnie nic we mnie nie drgnęło podczas lektury. Odniosłem wręcz wrażenie, że w dalszym ciągu czytam prolog, który tylko ślizga się po powierzchni, zostawiając przyjemność zanurkowania głębiej odpowiednim tytułom. Problem w tym, że to jest właśnie jeden z tych tytułów. Nadal wierzę, że Necrosha będzie świetną opowieścią. Szkoda tylko, że jej początek nie trafił mnie od razu między oczy.
Spell: Jak dla mnie pojedynek między DC a Marvelem na komiksy o wskrzeszaniu zmarłych na korzyść Domu Pomysłów. ¾ numeru to wesoła rozwałka, ale na o niebo wyższym poziomie niż u konkurencji. Fabuła nie posunęła się za dużo do przodu, ale to, co się zdarzyło, wystarczy z nawiązką. Kreska mroczna i krwista, czyli to, co zazwyczaj mamy w X-Force.
S_O: Po pierwsze - za wszystkimi innymi powtórzę, że Morrisonowy homage był świetnym pomysłem. Po drugie - na podstawie zachowań Risque i Bansheego widać, że nadal mają częściową kontrolę nad swoimi organizmami. To jednak niekoniecznie może być zaleta historii - obawiam się, że K&Y wykorzystają zmartwychwstałą populację Genoshy, żeby "przeciążyć" moce Barda, a wtedy część zmarłych obróci się przeciwko Selene - to by było zbyt proste i mam nadzieję, że się mylę.
Pariah: Dzieje się bardzo dużo, miejscami może nawet zbyt wiele na raz. Mimo to Necrosha nadal bardzo mi się podoba. Bardzo sobie cenię to, że ten numer X-Force doskonale splata się z innymi pokazanymi już elementami crossa. Bardzo cieszy powrót Vanishera, który jak zwykle wywołuje szczery uśmiech na mojej twarzy. Archangel okazujący swoją "dezaprobatę" wobec wskrzeszonych mutantów też może się podobać. Świetnie wypadła ostatnia scena, będąca swojego rodzaju parafrazą New X-Men Granta Morissona pokazującego "upadek" Genoshy. Oby tak dalej. 8/10



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:

aEnder's Game: Command School #3

Autor: Pasqual Ferry

Hotaru: Nie jest to najfajniejsza okładka na świecie. Na szczęście, nie miałem typować najlepszej, ale taką, która najbardziej mi się podoba. A z powodu gigantycznej bagażu emocjonalnego, jaki wyciąga ze mnie scena ostatniego starcia Bonzo i Endera, nie mogłem wybrać inaczej. I chociaż praktycznie połowę powierzchni zajmuje tył głowy i plecy Andrew, to i tak Ferry świetnie ujął nastrój na drugiej połowie. Wyrazy twarzy Endera, Bonza i jego kumpli są bardzo wymowne i nie ma wątpliwości, że chłopcy nie czekają w kolejce do mycia zębów.




bPunisherMax #1

Autor: Dave Johnson

Jaro: Co tygrysy lubią najbardziej? Typograficzne zabawy, takie jak stworzenie zarysu postaci z napisu Kingpin. Minimalizm kolorystyczny, objawiający się na przykład użyciem tylko trzech barw - czerni oraz odcieni żółci i czerwieni. Oszczędność formy, czyli pokazanie głównych postaci za pomocą konturów czy cieni. Świetne liternictwo tytulatury komiksu. Efekt końcowy, który sprawia, że nawet Jaro zajrzał do środka komiksu, chociaż do tej pory z Punisherem było mu nie po drodze. Taa, pytanie o preferencje tygrysów jest jednym z tych, na których odpowiedzi znajdziemy cały wór. Gdzieś tam pośród nich na pewno pałęta się świetna okładka Dave'a Johnsona. Ciekawostka - ostateczna wersja trochę różni się od tej z zapowiedzi. I za cholerę nie idzie stwierdzić, która jest lepsza.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2009.11.11


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Undercik
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.