Avalon » Publicystyka » Artykuł

Królewska Wojna - Królewska Uczta? (Recenzja War of Kings)

Można to powiedzieć z całą pewnością – Kosmos Marvela dawno nie miał się tak dobrze. Keith Giffen, Dan Abnett i Andy Lanning stworzyli markę godną polecenia każdemu nowemu czytelnikowi. Obie części Annihilation były historiami pełnymi epickiego rozmachu, które wywróciły skostniały od dłuższego czasu zakątek uniwersum do góry nogami i zdefiniowały go na nowo, co uczyniło z nich pozycję obowiązkową. Czy trzeci kosmiczny event, War of Kings, również podpada pod tę kategorię?
Królewska Wojna - Królewska Uczta? (Recenzja War of Kings)


Wojna jest sądem królów – Antoine Rivarol

Można to powiedzieć z całą pewnością – Kosmos Marvela dawno nie miał się tak dobrze. Keith Giffen, Dan Abnett i Andy Lanning stworzyli markę godną polecenia każdemu nowemu czytelnikowi. Obie części Annihilation były historiami pełnymi epickiego rozmachu, które wywróciły skostniały od dłuższego czasu zakątek uniwersum do góry nogami i zdefiniowały go na nowo, co uczyniło z nich pozycję obowiązkową. Czy trzeci kosmiczny event, War of Kings, również podpada pod tę kategorię?

Ucztę czas zacząć!

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Przede wszystkim historia nie jest tak "przyjazna użytkownikowi", jak Anihilacje – zamiast dosyć zwartej budowy, znanej z poprzednich historii, DnA zdecydowali się na bardziej "klasyczny" wygląd, który znamy z ostatnich "ziemskich" eventów – czyli garść tie-inów rozgrywających się równocześnie z główną miniserią, skupiających się na różnych wątkach. Z jednej strony pozwala się skupić twórcom na ukazaniu we flagowej serii tylko tej najważniejszej historii i uniknąć sytuacji, która miała miejsce w Annihilation: Conquest, kiedy na przestrzeni sześciu numerów narracja nieustannie skakała między trzema grupami bohaterów. Z drugiej strony jednak potencjalny nabywca musi się dodatkowo wykosztować, często trudno jest też określić kolejność czytania, a skupiając się tylko na miniserii głównej czytelnik pozostanie z pewnym mętlikiem w głowie.
Tu pojawia się jednak pewien absurd – stanowiące tie-in do WoK serie Novy i Strażników Galaktyki wydawane są od pewnego czasu i ciągną własne wątki, które właśnie w WoKowych historiach przechodzą na pierwszy plan. Nova vol. 4 dołącza wręcz do eventu w połowie historii z Worldmindem/Ego! Teoretyczny nowy czytelnik tak czy inaczej stoi więc na przegranej pozycji.

Ładna zastawa

Ale to wszystko jest sprawą drugorzędną, bo w końcu najważniejsze w komiksie są fabuła i wygląd. Zacznę od tego drugiego – pracujący nad główną miniserią Paul Pelletier zasługuje na swoją wagę w złocie. Jego znana z pierwszych numerów Guardians of the Galaxy vol. 2 dopracowana i pełna szczegółów kreska praktycznie nie ucierpiała z powodu presji związanej z tworzeniem Marvelowego Eventu AD 2009. A łączna suma opóźnień? Jeden tydzień. To praktycznie ewenement jeśli chodzi o Marvela. 
Nieco więcej kazał nam czekać Wellinton Alves, rysownik miniserii War of Kings: Ascension, jednak za każdym razem wynagradzał nam to rysunkami równie dobrymi, co w głównej serii. Solidną robotę wykonał też wracający do kosmosu w Novie Andrea DiVito. Na dobrą sprawę z głównych serii pozytywnego wrażenia nie wywarły na mnie tylko rysunki w Guardians of the Galaxy – nie budząca żadnych uczuć, rzemieślnicza kreska Wesley'a Craiga i zdecydowanie zbyt "kreskówkowy" styl Brada Walkera.

Danie Główne…


Niestety, nie mogę równie jednoznacznie określić swoich odczuć co do fabuły. Opiera się ona na świetnym pomyśle i solidnych podstawach – Imperium Shi'ar, jako jedyne nie zdewastowane w ostatnich latach, wyrusza na wojenną ścieżkę pod wodzą wiecznie nienasyconego megalomana, Vulcana. Po zniszczeniu Sky'ar Tal i podbiciu Z'Nox, Summers zwraca swoją uwagę na osłabione atakami Annihilusa i Phalanx sąsiednie Imperium Kree. Jako casus beli wykorzystuje incydent graniczny, kiedy to ścigający resztki Armady Skrullów Attilan zniszczył przy okazji kilka statków Shi'ar, i atakuje w czasie uroczystego ślubu Crystal i Ronana. A czytelnicy pieją z rozkoszy, spodziewając się kolejnej epickiej wojny.

Narratorami w głównej miniserii są Crystal i Gladiator, co było bardzo dobrym pomysłem – oboje działają blisko tytułowych królów i oboje obiektywnie patrzą na ich działania, są jednak zbyt lojalni, żeby reagować na ich coraz brutalniejsze kroki. Daje nam to szansę na przyjrzenie się rozwojowi tych postaci – coraz bardziej przywiązującej się do Kree (a jednego w szczególności) Crystal i coraz mniej ufającemu w zdrowy rozsądek swojego cesarza Kallarka. Jest to jednak także pewien minus – o ile Gladiator czasem, gdy nie jest zbyt zajęty wątpieniem z Vulcana, wyrusza na misje i walczy z oponentem, to Crystal przez większość serii nie robi prawie nic poza opiekowaniem się Ronanem i jego pobratymcami. O tym, że trwa jakiś konflikt, dowiadujemy się tylko z nielicznych scen walki i raportów składanych przywódcom. Chwalebnymi wyjątkami są atak na wesele czy wątek przewrotu na Chandilar i zamachu, ale poza tym? Gdzie czasy Silver Surfer Engleharta, gdy dziesiątki statków Kree i Skrullów stawały przeciw sobie w wielkich kosmicznych bitwach, gdzie nawet czasy Annihilation z całą armią robali atakującą przyczółki obrońców? W moim odczuciu obietnica złożona w tytule została spełniona tylko w połowie.

…i przystawki


Jak zwykle w przypadku dużych eventów, mamy do wyboru sporo historii pobocznych mniej lub bardziej związanych z główną fabułą. I tak, o one-shocie War of Kings: Savage World of Skaar nie chcę nawet pamiętać. Tie-in Guardians of the Galaxy łączy się za to dość mocno z główną historią przez pierwsze trzy numery, a po krótkiej przerwie na podróże w czasie pomagają w zapanowaniu nad nowopowstałą Wyrwą. Jednocześnie DnA prowadzą wątek coraz większego "zMagusowienia" Adama Warlocka, który swój punkt kulminacyjny osiąga w ostatnim numerze oficjalnego tie-inu, a który został zakończony równie szybko, co rozczarowująco dwa numery później.

Jeszcze mniej wspólnego z główną osią fabuły eventu ma historia w Novie. Zaczyna się od zlobotomizowaniem przez Richa (z pomocą Quasara) szalonego Worldminda/Ego, który zdążył jednak wysłać grupę nowicjuszy na jeden z frontów, by zapanować nad rozlewem krwi. Po odzyskaniu swoich mocy Rich wyrusza więc na pomoc pechowej kohorcie i swojemu bratu. Historia jest dobra, ale gdyby zmienić głównych przeciwników Korpusu (Xenith i jej znaną z X-Men: Kingbreaker bandę) i miejsce akcji (granice Imperium Kree), nie zaszkodziłoby to w najmniejszym stopniu ani jej samej, ani jej przekazowi (który da się streścić jako "War is Hell").
Zdecydowanie najbardziej powiązanym główną serią tie-inem jest – paradoksalnie – rozgrywająca się głównie na poboczu wydarzeń historia Darkhawka, przedstawiona w War of Kings: Darkhawk i War of Kings: Ascension. Nie tylko obserwujemy ewolucję tytułowej postaci z byłego rezerwowego New Warriora w kogoś interesującego, ale także poznajemy kulisy niektórych wydarzeń i tajemnice Bractwa Raptorów. Pewne kontrowersje wzbudził wśród niektórych fanów pomysł na rozwinięcie Darkhawka – sugerowano, że jest identyczny z tym, dzięki któremu zmieniono Novę w postać pierwszoligową, że opiera się tylko na zwiększeniu zasobu mocy i że DnA wpadają w godną potępienia manierę. Jest to straszliwe uproszczenie, ale muszę przyznać, że jest w tym ziarnko prawdy.

Włos w zupie?


Skoro już mowa o godnych potępienia manierach, chciałem zauważyć, że WoK cierpi na ten sam problem, co ziemska Civil War – twórcy starają się nie stawać po żadnej ze stron, ale jednocześnie nie są w stanie pokazać obu stron konfliktu jako tych "właściwych" (jak pisać morderczego szaleńcza tak, żeby trafiał do ludzi?), więc przedstawiają obie jako "tych złych". Black Bolt używa broni masowego rażenia? Jasne, czemu nie, w końcu kto by tak nie zrobił?

Drugi król też nie w każdym aspekcie przypomina siebie. Po zakończeniu stanowiącego prolog do eventu X-Men: Kingbreaker myślałem, że stan Deathbird będzie napędzać Vulcana i jego chęć zemsty na Lilandrze i Starjammers, ale wygląda na to, że Gabriel przeszedł nad tym do porządku dziennego. Rzuciłbym jakimś dowcipem o Summersach i ich pechowych dziewczynach, ale jestem pewien, że większość z Was sama już na jakiś wpadła.

Rachunek, proszę!


Koniec końców nie mogę jednak powiedzieć, że War of Kings to historia zła. Wręcz przeciwnie, jest ona bardzo dobra, może nawet świetna, o przekonującej charakterystyce (większości) postaci i niespodziewanych zwrotach akcji. Niemniej, nie nazwałbym jej "rewelacyjną" czy "epicką".

Jeszcze.

Jak nietrudno się bowiem domyślić z zapowiedzi startującego właśnie Realm of Kings, WoK stanowi tylko pierwszą część dyptyku (co najmniej). Czy sprawiedliwym byłoby więc wystawienie końcowej oceny dziełu ukończonemu tylko w połowie?


S_O
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.