Avalon » Publicystyka » Artykuł

Wielkie liczby Marvela

W historii Marvela było kilka flagowych serii, które przez dziesiątki lat budziły wielkie zainteresowanie czytelników i które dorobiły się kilkuset numerów. Marvel lubił (i dalej lubi) co jakiś czas namieszać z numeracją i oznaczeniem volume'ów, co wprowadza pewne zamieszanie. Przedstawiamy krótkie opisy dziejów kilku najdłuższych serii Marvela, które powinny rozjaśnić sytuację.
Wielkie liczby Marvela

W historii Marvela było kilka flagowych serii, które przez dziesiątki lat budziły wielkie zainteresowanie czytelników i które dorobiły się kilkuset numerów. Marvel lubił (i dalej lubi) co jakiś czas namieszać z numeracją i oznaczeniem volume'ów, co wprowadza pewne zamieszanie. Przedstawiamy krótkie opisy dziejów kilku najdłuższych serii Marvela, które powinny rozjaśnić sytuację.



coverFoxdie: W tym roku doczekaliśmy się powrotu Daredevila do oryginalnej numeracji i tym samym zakończenia drugiego woluminu, a historia spajająca obie serie zapewne zajmie wysokie miejsce w rankingu najlepszych z najlepszych. Jednak póki co przeskoczmy te 499 numerów i 45 lat wstecz do samego początku. W 1964 za sprawą Stana Lee i spóźnialskiego Billa Everetta w lutym 1964 roku na półki trafia Daredevil #1. Seria ukazuje się pod tym tytułem przez kolejne osiem lat, aż w sierpniu 1972 roku wraz z numerem 92 zmienia nazwę na Daredevil & BlackcoverWidow. Jak widać praktyka Marvela do zmieniania nazw serii przy pozostawianiu starej numeracji nie jest wcale taka świeża, na jaką wygląda, bo działo się tak od dawien dawna. Wraz z dopisaniem Romanovej, zmieniło się również terytorium działania zakochanej pary, która przeniosła się do San Francisco. Eksperyment z tytułem zakończył się dość szybko i na okładce numeru 108 widnieje już sam Daredevil chociaż postać Black Widow pozostała w logo tytułu aż do Daredevil #124. Kolejne wydania ze Śmiałkiem w tytule nie wykraczały poza przeciętna aż do początku roku 1981 i numeru 168, w którym debiutuje Elektra i jest to oficjalny początek ery Franka Millera, który poza świeżością fabuły wniósł również swoją niepowtarzalną kreskę. Z ciekawostek dodam, iż Miller debiutował w DD już w numerze 158, ale tylko jako rysownik.

Finał tej znaczącej ery przyszedł wraz z Daredevil #191, ale dzieło mistrza z powodzeniem kontynuował głównie scenarzysta Denny O'Neil przy akompaniamencie świetnych rysunków Davida Mazzucchelliego, który wraz Frankiem Miller napisał ponadczasowe "Born Again" (1986). Następny rok był niezłym melanżem najróżniejszych scenarzystów i rysowników, wśród których znalazły się takie nazwiska jak Ann Nocenti, Steve Englehart, Steve Ditko, Barry Windsor-Smith (!), "kanciarz" Buscema czy niepowtarzalny Todd McFarlane. Przy okazji obecnej rocznicy i jej specjalnych okładkach, proponuje zerknąć na tę zdobiącą Daredevil #236 Billa Sienkiewicza i Walta Simonsona, wygląda znajomo? Ten numer to także debiut Ann Nocenti, która od DD #238 (styczeń 1987), stała się regularnym scenarzystą, a jej run trwał prawie nieprzerwanie przez ponad cztery lata aż do numeru #291 (kwiecień 1991). Dzięki Nocenti świat Śmiałka dorobił się postaci niezrównoważonej Typhoid Mary.

Lata 90. okazały się dla Murdocka dosyć  pechowe, gdyż seria z każdym rokiem traciła kolejnych czytelników. Chociaż zdarzały się perełki jak stworzone z okazji 25-lecia postaci Daredevila "Fall from Grace" w którym Matt upozorowuje własną śmierć a Daredevil przywdziewa nowy, bardziej nowoczesny strój (DD #319 – 325), czy legendarna mini-seria Franka Millera i Johna Romity Jr. "Man Without Fear". Niestety polityka firmy doprowadziła wydawnictwo do bankructwa i nic nie mogło uratować serii przed zamknięciem. W ten sposób pierwszy wolumin Daredevila kończy się wraz z numerem 380 i historią o ironicznym tytule "Just One Good Story" autorstwa D.G. Chechestera i Lee Weeksa.

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i tak w październiku 1998 za sprawą obecnego redaktora naczelnego Joe Quesady i Jimmyego Palmiottiego do comics shopów trafia pierwszy numer Daredevil volume 2 (początkowo w imprincie Marvel Knights). Restart i nowi twórcy okazują się strzałem w dziesiątkę. Daredevil staje się jedną z pięciu serii (wszystkie pod szyldem Marvel Knights), które okazują się zbawienne dla Marvela i zdobywają szczyty list sprzedaży. Przez kolejne jedenaście lat seria o Człowieku bez Strachu pchnęła się w górę, zgarniając wiele nagród i podbijając serca setek tysięcy czytelników, a to wszystko głównie za sprawą dwóch duetów. Pierwszy z nich, Brian Michael Bendis i Alex Maleev przejęli tytuł wraz z numerem 26 ("Underboss"  październik 2001)i trwali przy nim nieprzerwanie przez cztery lata aż do Daredevil vol. 2 #81 ("Murdock Paper’s", styczeń 2006), w którym za sprawą machinacji Kingpina, Murdock trafia za kratki. Gdy wydawało się iż wraz z końcem ery Bendisa i Maleeva zakończy się czas dobrobytu serii, czytelnicy zostali miło zaskoczeni. Od numeru #82 Daredevil przestał być wydawany w ramach imprintu Marvel Knights, a regularnymi artystami serii zostali Ed Brubaker i Michael Lark, którzy utrzymali wysoki poziom poprzedników przez kolejne trzy lata. Na dodatek, finałem ostatniej historii kończącej volume 2 "Return of The King" i przywracającej Daredevila do oryginalnej numeracji, podnieśli poprzeczkę dla następców (Andy Diggle’a i Roberta De la Torre’a) na rekordowo wysoki poziom. Oby następne 500 numerów przyniosło nam, przynajmniej zbliżoną liczbę bardzo dobrych historii, oryginalnych runów i nietuzinkowych postaci.

Na zakończenie kilka ciekawostek:
- w pierwszych numerach na klatce piersiowej Daredevila pojawiało się tylko jedno D, a kostium posiadał specjalny kaptur umożliwiający przechowywanie cywilnych ubrań
- przez 500 numerów Daredevil dorobił się tylko czterech różnych kostiumów (prawdopodobnie niebawem ulegnie on drobnym zmianom z racji sprawowanej obecnie pozycji lidera The Hand)
- zanim Ben Affleck wcielił się w rolę Matthew Murdocka, Daredevil pojawił się na srebrnym ekranie w ekranizacji The Incredible Hulk
- w latach 80. Marvel za sprawą stacji ABC planował wyprodukowanie serialu animowanego "Daredevil and Lightning the Super Dog", w której sidekickiem Śmiałka miał być pies...
ddanimated01s.jpg ddanimated02s.jpg

- Daredevil jako jeden z nielicznych bohaterów Marvela tej rangi, nie należał nigdy do Avengers



coverJaro: Wśród serii, którym w tym roku przytrafiły się okrągłe liczby, najwięcej numerów miały Captain America, Incredible Hulk i właśnie Amazing Spider-Man. O sposobach, dzięki którym Marvel uzbierał owe magiczne sześćsetki, można napisać oddzielny artykuł - starczy powiedzieć jednak, że o ile w przypadku Capa zsumowano po prostu numery z wszystkich volumes, a u Hulka zastosowano podobną, aczkolwiek nieco bardziej karkołomną arytmetykę, o tyle przy Spider-Manie wydawnictwo wykorzystało nieco inny trick. Półtora roku wcześniej zmieniony został tryb wydawania Amazinga, który po #545 z miesięcznika stał się serią ukazującą się mniej-więcej trzy razy w miesiącu. Zmiana ta bardzo pomogła w uciułaniu sześciuset numerów serii, akurat na jubileusz samego Marvela. W normalnych warunkach na uczciwie zliczonego Amazinga #600 musielibyśmy poczekać jeszcze kilka lat; nie chcę jednak twierdzić, że za niesławne "One More Day" winę ponosi jedynie parcie na jak największą ilość wielkich liczb w jubileuszowym roku. Powodów olbrzymich zmian zarówno w wydawaniu, jak i w samej formule TASM było dużo więcej, Marvel natomiast równie dobrze mógł zakombinować z doliczeniem np. którejś z anulowanych w grudniu 2008 pajęczych serii i tak czy inaczej mieć upragnioną ilość numerów. Nie da się jednak ukryć, że uzyskane dzięki zmianie tempa publikacji dobicie do "wielkiej liczby" wydaje się zupełnie eleganckie, oczywiście pomijając wszelkie kontrowersje związane z "całkowicie nowym" światem Spider-Mana.

Te natomiast były, delikatnie mówiąc, spore. Anulowanie małżeństwa Petera Parkera i Mary Jane Watson natychmiast spowodowało lawinę komentarzy w sieci. Krytykowano zarówno sens samych zmian, jak i styl, w jakim zostały dokonane (pamiętne "It's magic, okay?"); pojawiło się również sporo żartów, nawiązujących do "One More Day". Początki nowego-starego Spider-Mana faktycznie nie należały do najłatwiejszych. Pierwsza historia zebrała dość pozytywne opinie, jednak różnice w poziomie kolejnych można byłoby pewnie opisać funkcją liniową, będącą jakąś artystyczną wariacją na temat sinusoidy. Stabilizację przyniosła dopiero historia "New Ways to Die", która w pewnym sensie osadziła odmieniony świat Spider-Mana w continuity całego Marvela. Metodą prób i błędów wyselekcjonowano również optymalny zespół scenarzystów i rysowników, dzięki czemu w obecnej chwili przygody Spider-Mana z reguły nie spadają poniżej pewnego poziomu. Od jakiegoś czasu trwa także proces "modernizacji" klasycznych przeciwników Spider-Mana (do bardziej udanych przykładów należą tu Hammerhead, małolata Kraven, Spot czy Chameleon, do trochę mniej - nowy Vulture czy jubileuszowy Dr. Octopus), czego punktem kulminacyjnym ma być zbiór historii powiązanych szyldem "The Gauntlet".

coverSam Amazing #600 przyniósł zmiany ważne - ślub ciotki May i ojca J.J. Jamesona, powrót Mary Jane, teoretyczne wywindowanie Dr. Octopusa na "Dr. Doom level", po uprzednich flashbackach jego konfrontacji ze Spider-Manem. Nie był to jednak numer aż tak zmieniający status bohatera, jak, przykładowo, tegoroczna pięćsetka Daredevila. #600 jest tym samym podobny do innych okrągłych numerów TASM, które z reguły nie przynosiły totalnej rewolucji, lecz raczej "tylko" jakieś znaczące zmiany i/lub refleksję nad przeszłością.

Publikacja TASM #500 przypadła akurat na środek runu J. Michaela Straczynskiego, który w ogóle miał ciekawe przygody z numeracją. JMS przejął flagowy pajęczy tytuł 30 numerów po jego restarcie, jednak za jego kadencji Amazing miał podwójną numerację - oprócz dwucyfrowej z vol. 2 na okładkach umieszczano również trzycyfrową, oryginalną. Tak więc pierwszy numer Straczynskiego, TASM vol. 2 #30 był zarazem numerem 471 TASM vol. 1. JMS, podobnie jak niedawno Ed Brubaker, stanął przed okazją napisania dwóch "okrągłych" numerów swojego miesięcznika. W Amazingu vol. 2 #50 pokazał powrót MJ do Petera po ich rozstaniu, natomiast w #500 (który był całkowitym powrotem do oryginalnej numeracji) wysłał Parkera w podróż po jego przeszłości oraz dał mu prezent na urodziny, pozwalając na rozmowę z duchem wujka Bena.

Inaczej, o wiele bardziej pesymistycznie, wyglądał Amazing #400, w którym J.M. DeMatteis uśmiercił samą ciocię May. Jak się jednak okazało jednak za pewien czas, denatka jedynie podszywała się pod staruszkę, całość natomiast była częścią kontrowersyjnej "Clone Saga".

TASM #300 to z kolei pierwsze pojawienie się w pełnej krasie jednego z najważniejszych przeciwników Spider-Mana - Venoma. Bohater zdołał wówczas pokonać swój stary symbiotyczny kostium połączony z Eddiem Brockiem, jednak jak się miało wkrótce okazać, nie było to ich ostatnie starcie. Do konsekwencji trzysetnego Amazinga i pojawienia się Venoma należy również niechęć Mary Jane do czarnego uniformu męża, przez co Spidey odwiesił czarne szmatki na kołek i powrócił do swoich oryginalnych barw.

Dwusetny numer przyniósł konfrontację Spider-Mana z włamywaczem, który zabił wujka Bena. Starcie było to o tyle ciekawe, że zakończyło się śmiercią mordercy. Nie, nie zabił go Spidey, tylko jego własne słabe serce - włamywacz nie wytrzymał napięcia, gdy bohater stojąc przed nim  powiedział mu, że Ben Parker był jego wujkiem.

Wreszcie Amazing #100, w którym Peter Parker próbuje pozbyć się pajęczych mocy i w efekcie wyrastają mu... cztery dodatkowe ręce. Ale zanim się to stanie, czytelnicy otrzymają nic innego, jak solidną porcję wspomnień z życia Spider-Mana.

Stwierdzenie, że z jubileuszowych numerów TASM wyłania się jasny schemat ich wykonywania byłoby trochę na wyrost. Pewien bardzo szeroko zarysowany wzorzec chyba jednak istnieje - niemal obowiązkowa jest mniejsza lub większa dawka flashbacków z przeszłości, rozliczenia z nią, czy też przynajmniej jakieś odniesienie. Oczywiście nie może też zabraknąć mocnego, przyciągającego uwagę wydarzenia, co w sumie wydaje się być standardem dla jubileuszowych pozycji.



redevil: 500 numerów Uncanny X-Men.

Tak naprawdę Uncanny X-Men nie mieli 500 numerów, ale o oszustwie mało kto pamięta.

Cała historia X-Men (jeszcze bez przedrostka Uncanny) zaczęła się w 1963 roku, zapoczątkowali ją Stan Lee i Jack Kirby. Niestety mutanci nie cieszyli się zbytnią popularnością i już siedem lat później seria przestała się rozwijać. Wraz z numerem 66. zakończono publikację nowego materiału. X-Men wydawano w dalszym ciągu. Zawartością numerów były publikowane wcześniej materiały, i tak numer 67. zawierał reprint numerów 12 i 13.

coverCała sytuacja trwała do roku 1975 kiedy to na sklepowe półki trafił Giant Size X-Men. Komiks przedstawiał nową generację X-Men i okazał się wielkim sukcesem. Z tego powodu 3 miesiące później, w numerze 94., czytelnicy doczekali się nowej historii. Raczej nikt nie przypuszczał, że początkowo wydawana co dwa miesiące seria (obawiano się, że upadnie) stanie się jednym z najlepszych i najczęściej nagradzanych komików lat 80. Spory w tym udział scenarzysty Chrisa Claremonta, który utrzymywał się na fotelu scenarzysty przez 25 lat! tworząc historie, które do dziś zapadają w pamięć – choćby Dak Phoenix Saga, czy Days of  Future Past.

Wraz z numerem 114. na okładce pojawił się dopisek Uncanny, który przetrwał do dzisiaj.

Claremont przez ćwierć wieku stworzył olbrzymie mutanckie uniwersum, które zaczęło rozrastać się też na inne serie. coverW końcu utworzono tytuł X-Men i Claremont pod opieką miał dwa miesięczniki. Niestety, po kłótniach z redaktorem Harrasem szybko rozstał się z pisaniem przygód mutantów. Po chwilowym bezkrólewiu na fotelu scenarzysty usiadł Scott Lobdell i pracował nad Uncanny X-Men pięć lat. Po kolejnych trzech latach i dwóch scenarzystach – Davisie i Seaglu (który odszedł również po kłótniach z redaktorem) powrócił Chris Claremont, nie zagrzał jednak miejsca na długo, po roku, jak poprzednio, zastąpił go Lobdell. Jako, że historia lubi się powtarzać po kolejnych dwóch scenarzystach – Casey’u, który stworzył kilka naprawdę oryginalnych i po prostu dobrych historii m.in. Poptopia, i krytykowanym, niemal jak obecnie Loeb, Austenie, ponownie scenarzystą Uncanny X-Men został Chris Claremont. Po ponad dwóch latach w czasie których stworzył kilka żenujących historii, m.in. o dinoRachel, tym razem ku uciesze większości fanów opuścił serię. Pałeczkę scenarzysty przejął Ed Brubaker, który sporo namieszał w świecie mutantów wprowadzając trzeciego Summersa i dopisując dość duża historię dziejącą się tuż przed Giant Size X-Men. Ostatnim scenarzystą, piszącym scenariusze do chwili obecnej został Matt Fraction, który to wprowadził serię w drugą pięćsetkę serwując w jubileuszowym numerze, a jakże, powrót Magneto.

Świat mutantów pełen jest świetnych historii, zarówno scenariuszowo jak i rysunkowo. Niestety wydaje się, że po pierwszym odejściu Claremonta i późniejszych odejściach rysowników Jima Lee i Whilca Portacio seria nawet przez chwilę nie stałą się najlepszym komiksem w stajni Marvela, ba nawet w świecie mutantów, gdyż musiała ustępować takim seriom jak New X-Men Morrisona, czy Astonishing X-Men vol. 3 Whedona i Cassaday’a. Niestety obecny scenarzysta, mimo pisania poprawnych historii i próby utworzenia nowego status quo mutantów żyjącego we własnym państwie tuż koło San Francisco, nie jest także w stanie sprawić by Uncanny X-Men stał się najlepiej sprzedającym komiksem w USA.



incredible_hulk_600@m.jpgBlack Bolt: 22 lipca 2009 roku to ważna data w dziejach zielonego olbrzyma, bo światło dzienne ujrzał komiks Incredible Hulk #600. Ktoś w Marvelu, czy to z miłości do wielkich liczb, czy może aby podkreślić powagę wydarzenia, postanowił po 48 latach powrócić do klasycznego tytułu, od którego to wszystko się zaczęło, ale z nową, zsumowaną numeracją obejmującą niemal wszystkie serie, w których przez minione dekady swój prym wiódł niewiarygodny Hulk. Jubileuszowa sześćsetka była dziełem Jepha Loeba oraz Eda McGuinnessa i miała wstrząsnąć komiksowym gamma światem. Otóż wydarzenie rzeczywiście było wielkie, Bruce Banner w końcu po niemal połowie wieku został uwolniony od swojego przekleństwa i już ponoć nigdy nie przemieni się w Hulka. Choć patrząc na okładki zapowiadanych komiksów można w to szczerze wątpić, a jeśli ktoś zna w miarę historię postaci, mógłby śmiało powiedzieć, że to nie pierwszy raz, ale jednak zatrzęsło się w gamma uniwersum. Niestety wykonanie tego epokowego komiksu pozostawiało wiele do życzenia. Fani jak to fani, nie dość, że nie docenili wysiłków Loeba, to jeszcze zaczęli się dopytywać, jakim cudem wydawnictwu wyszło 600. Temat był tak długo drążony, że nawet podirytowany naczelny, Joe Quesada, nie potrafiąc sensownie odpowiedzieć na wątpliwości czytelników, w końcu kolokwialnie ściemnił, iż Incredible Hulk #600 będzie wydaniem specjalnym, a nie powrotem starej serii, byleby tylko się od niego odczepiono. Lecz szybko się okazało, że tytuł ten na stałe zagościł w harmonogramie sprzedaży Marvela jako regularny miesięcznik. Seria Incredible Hulk wciąż jest wydawana, a odpowiedzialni za nią obecnie Greg Pak oraz Ariel Olivetti gwarantują jej długą i świetlaną przyszłość. Więc skąd było to całe zamieszanie i wątpliwości związane z nową numeracją? Poniżej postaramy się wszystko dokładnie prześledzić i pododawać, aby sprawdzić, czy rzeczywiście w sumie wyjdzie nam 600. Oto kulisy niewiarygodnie wielkiej liczby stojącej przy tytule Incredible Hulk.

tales_to_astonish_59@m.jpgNasze sumowanie rozpoczniemy od Tales To Astonish, serii tak starej, że na początku swojego istnienia wychodziła jeszcze pod szyldem Atlas Comics nim wydawnictwo zmieniło nazwę na Marvel. Był to przełom lat '50 i '60 ubiegłego wieku, więc i historie swym poziomem i treścią odpowiadały ówczesnym czasom. Na początku były to głównie krótkie opowiastki, po kilka na jeden numer, z dziedziny science-fiction, pełne tajemnic i suspensu, kosmitów i potworów wszelakiej maści. Niektóre z tych dziwolągów wciąż jeszcze funkcjonują w uniwersum Marvela. Później seria zaczęła się przekształcać w klasyczne superhero, a to za sprawą Hanka Pyma, który powoli zagarniał cały tytuł dla siebie. To w Tales To Astonish możemy zobaczyć pierwsze przygody Ant-Mana, później Giant-Mana, oraz jego partnerki Wasp. Cała reszta została zepchnięta na margines. Hulk po raz pierwszy w tej serii pojawił się dopiero w numerze #59 i od razu wywalczył sobie w niej stałe miejsce, przyciągając samych klasycznych twórców, takich jak Stan Lee, Steve Ditko, Jack Kirby czy John Buscema. Tales To Astonish miało już tylko po dwie historie na numer i niby dzieliło się po równo między dwóch bohaterów, lecz to zielony olbrzym zaczął odgrywać kluczową rolę w tym tytule, a Pym wkrótce został zastąpiony Namorem. Mimo wszystko seria po 101 numerach została całkowicie przejęta już przez Hulka i przemianowana na Incredible Hulk vol. 2. Tales To Astonish zostało w całości zsumowane do jubileuszowej sześćsetki, choć tak naprawdę to zielony olbrzym wystąpił tam tylko w 43 numerach.

incredible_hulk_vol._2_102@m.jpgIncredible Hulk vol. 2, czyli złote czasy dla największego siłacza w uniwersum Marvela. Lata 1967-1999. Mamy tu przygody zielonego i szarego olbrzyma, mądrego i głupiego, dzikiego i spokojnego, do wyboru, do koloru. Hulk ponownie miał szczęście do artystów, którzy się nim zajmowali. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak Herb Trimpe, Sal Buscema, Michael Mignola, Todd McFarlane, Dale Keown, Gary Frank, John Byrne, Len Wein, Roger Stern, Bill Mantlo i oczywiście Peter David. Ten ostatni tworzył tą serię nieustannie aż przez ponad 12 lat i uczynił z przygód zielonego olbrzyma jedną z najpopularniejszych i najbardziej lubianych serii. Ale wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Po odejściu popularnego PADa, seria szybko została zamknięta. Incredible Hulk vol. 2 rozpoczyna się od numeru #102, a kończ na #474, czyli daje to 373 komiksy do naszego jubileuszowego sumowania.

W międzyczasie, w 1997 roku, wyszło wydanie specjalne Incredible Hulk vol. 2 #-1, które również zostało uwzględnione w zsumowaniu do jubileuszowej sześćsetki. Komiks ten był częścią projektu "minus jeden", i za zadanie miał przybliżyć historię Bannera, na długo przed tym nim stał się Hulkiem.

Zaraz po zakończeniu Incredible Hulk vol. 2, przygody zielonego olbrzyma zostały zrestartowane. Jednak nowa seria, o prostym tytule Hulk, nie spełniała pokładanych w niej nadziei i po 11 numerach straciła rację bytu.

incredible_hulk_vol._3_12@m.jpgPo nieudanym restarcie, seria powróciła do klasycznego tytułu z przedrostkiem Incredible, ale zachowała nową numerację i tak oto począwszy od numeru #12, na przełomie wieków, otrzymaliśmy trzeci volum przygód Niewiarygodnego Hulka. Wystarczyły dwa runy, takich scenarzystów jak Paul Jenkins oraz Bruce Jones i zielony olbrzym znalazł się na uboczu uniwersum Marvela. Historie nie były może najgorsze, ale skutecznie spychały Hulka poza główny nurt wszystkich ważniejszych wydarzeń. Aż w końcu na kilka numerów powrócił Peter David i poddał nimi w wątpliwość wszystko, co do tej pory wydarzyło się w Incredible Hulk vol. 3. Ale o tym kiedy indziej, bo wkrótce po tym na horyzoncie pojawił się Greg Pak ze swoim Planet Hulk i World War Hulk. Zielony olbrzym ponownie stał się jedną z centralnych postaci uniwersum, a dzięki świetnym historią pozyska wielkie rzesze nowych fanów. Nawet, mimo iż przestał się pojawiać w swojej własnej serii. Ostatnie numery Incredible Hulk vol. 3 to już wyłącznie przygody Herculesa i Amadeusa Cho, nic więc dziwnego, że tytuł ponownie został zmieniony, tym razem na Incredible Hercules i wciąż jest kontynuowany. Można mieć lekkie wątpliwości, kiedy dokładnie nastąpiła ta zamiana. Formalnie w #113, choć poprzedni numer jest już integralną częścią nowych przygód Lwa Olimpu i jego młodego, genialnego kompana. Lecz trzymajmy się ustaleń samego Marvela, i w ten sposób mamy kolejne 101 komiksów do naszej jubileuszowej sześćsetki.

Zielony olbrzym stracił swój tytuł Incredible na rzecz Herculesa, ale że świat nie znosi pustki, szybko, bo miesiąc później, w styczniu 2008, pojawiła się nowa seria, Hulk vol. 2. Jednak ku zaskoczeni wszystkich opowiadała ona głównie o czerwonym, a nie zielonym Hulku. Jej scenarzystą był i wciąż jest Jeph Loeb, dosłownie znienawidzony przez fanów za swoje historie, choć o dziwo wyniki sprzedaży jego komiksów z miesiąca na miesiąc biły kolejne rekordy i sięgały zenitu. Po dwunastu numerach tej serii, w końcu przyszedł czas na jubileusz i wielkie sumowanie. Zatem zróbmy to razem, jeszcze raz.

incredible_hulk_1@m.jpgA więc mamy 101 numerów Tales To Astonish, plus 373 Incredible Hulk vol. 2, plus jedno wydanie specjalne Incredible Hulk vol. 2 #-1, plus 11 numerów serii Hulk, plus 101 Incredible Hulk vol. 3 i plus 12 Hulk vol. 2. Co w sumie daje nam 599 komiksów i ten następny, który wyszedł w lipcu 2009 roku, spokojnie może być naszym jubileuszowym Incredible Hulk #600. Można by rzec, iż wszystko się zgadza, więc o co było tyle krzyku? Pomijając, że dodano tylko jednego z bardzo wielu one-shotów, żeby się wszystko zgadzało, że zielony olbrzym nie wystąpił nawet w połowie numerów Tales To Astonish, i że seria Hulk vol. 2 mimo jej zsumowania wciąż jest kontynuowana, cóż pozostał jeden drobny szczegół. A właściwie wcale nie taki drobny. Włodarze Marvela podczas tego jubileuszowego sumowania nie uwzględnili najważniejszej serii, do której tytułu przecież powracali. Mowa tu oczywiście o Incredible Hulk z 1962 roku. Sześcionumerowej serii, na łamach której debiutuje Hulk, i która jest obecnie kontynuowana z nową numeracją.

Ale kto by się tam przejmował takimi drobnostkami. Ważne, że wielka liczba, godna przygód samego Hulka, jest!
 
                                       
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.