Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse Special #10: Mike Carey

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 07 września 2009 Wydanie specjalne #10

 foto.jpg

Mieliśmy zrobić Wam wstęp i opis wydarzeń, jakie miały miejsce (chociażby Spence wzięty za satanistę w przedziale, wielki Murzyn wykrzykujący "ludzie, czemu ciągle nadajecie" o 5 rano, po półtorej na głowę i balon, przebicie po Żubrówkę, sklep, w którym nikt cię nie obsłuży, chociaż jesteś pierwszy w kolejce, akcję "ty, to na bank jest Carey", transsyberyjski pociąg na trasie z Warszawy do Katowic i niemal zgnieciony w nim dyktafon z całą rozmową), ale gdybyśmy chcieli umieścić tu wszystkie te historie, tekst ukazałby się ze dwa tygodnie później. A już i tak trochę nam to zajęło.

Mike Carey jest twórcą cyklu powieści o Feliksie Castorze (wydawanych w Polsce przez wydawnictwo MAG), autorem takich komiksów, jak Lucifer (dostępny w Polsce dzięki Egmontowi), Hellblazer, Furies, God Save the Queen, Faker - ale macie pewnie tego świadomość, tak samo, jak i tego, że stworzył ciepło przyjęty run w Ultimate Fantastic Four, a aktualnie pod jego opieką znajduje się seria X-Men/X-Men: Legacy, a także mini-serie Torch i Ender's Shadow. Nawet jeśli jeszcze tego nie wiedzieliście, to teraz już wiecie.

Mike Carey jest również niesamowicie sympatycznym, otwartym i pozytywnym człowiekiem oraz świetnym i cierpliwym rozmówcą. Ale tego oraz całej masy innych rzeczy, dowiecie się podczas lektury tego wywiadu.



01_przebierancy.jpgNaszym zdaniem jednym z motywów przewodnich w Twojej twórczości jest powrót. Przykładowo: John Constantine wracający do Londynu, Xavier odkurzający swoją przeszłość, Felix Castor powracający do profesji iluzjonisty i egzorcysty; nawet Fantastic Four dosłownie wracający do Baxter Building. Co jest w tym takiego fascynującego? A może się mylimy?

Mike Carey: Nie, myślę, że macie rację. Jest to motyw, do którego wracam raz za razem. Najtrudniejszą częścią każdej historii jest jej otwarcie, jej początek. Próbujesz "chwycić" nim czytelnika i wprowadzić w historię, sprawić, by zaakceptował jej warunki. Moim zdaniem jednym z lepszych tricków, jakie można tu zastosować, jest wprowadzenie w fabułę nie na zasadzie "poznawania", lecz "odkrywania na nowo", poprzez pokazywanie postaci po długiej nieobecności gdzieś. Dzięki temu zabiegowi czytelnik widzi całą sytuację tak, jakby bohater był w niej pierwszy raz, lecz jednocześnie można pokazać go rozmyślającego "O mój Boże, kiedyś to przecież było zupełnie inne". Uważam, że to po prostu sposób na uczynienie łatwiejszym momentu, w którym wszystko w historii jest jeszcze nowe, nieznane. Inną metodą na uzyskanie tego samego efektu jest wyrwanie postaci z jej normalnego otoczenia i rzucenie jej w sytuację, która jest dla niej kompletnie nowa. Dlatego właśnie na początku "Mojego własnego diabła" pokazuję Feliksa Castora próbującego zabawiać dzieci magicznymi sztuczkami na przyjęciu urodzinowym. Przez cały czas zastanawiałem się, co może być najbardziej nieprawdopodobną, groteskową i głupią rzeczą, jaką mógłbym kazać mu zrobić. W obu wyżej wymienionych przykładach to, co się uzyskuje, to umożliwienie czytelnikowi płynnego wejścia w historię poprzez przechodzenie z bohaterem z obcej sytuacji w znajomą. Chyba chodzi właśnie o to.


Próbujesz więc postawić się na miejscu czytelnika?

Tak. Staram się znaleźć taki punkt widzenia, z którego czytelnik może wkroczyć w historię. Moja żona pracuje w archiwum i jednym z jej zajęć jest naprawa starych dokumentów. Kiedy reperuje się dokument, który jest starszy niż stary, nie wycina się kawałka papieru i zakleja. Trzeba wyrwać go przy pomocy palców, przez co jest poszarpany tak, że nie widać jego brzegów. Tym samym jest powrót do czegoś, co kiedyś było znajome, a teraz takie nie jest; to pewien rodzaj ułatwienia wczucia się, wprowadzenia w powieść, w coś dziwnego, niespotykanego dla czytelnika. Tak bym to wyjaśnił.


Wydaje się, że lubisz wybierać postacie, które są w punkcie zwrotnym swojego życia (jak Profesor X, Rogue, Lucyfer... czy nawet Constantine, dla którego "punkt zwrotny" to constans), a następnie przepuszczasz je przez jeszcze większy kanał, niż ten, w którym tkwią, co prowadzi do następnego punktu zwrotnego. Dlaczego jesteś taki okrutny dla swoich postaci? [śmiech]

Jest takie stare powiedzenie: "zawsze krzywdzisz tych, których kochasz". Ktoś kiedyś zapytał Chrisa Claremonta: "Jaki jest przepis na świetny komiks?" Odpowiedział: "Bierzesz grupę ludzi, których łatwo polubić, są bardzo przyjaźni, słodcy, sympatyczni i... ROBISZ IM PIEKŁO". Myślę, że prawdą jest, że wybieram te postacie, które najbardziej mnie interesują i to właśnie je wystawiam na stres, naginam, wykręcam...

 

Tak jak Rogue?


Tak, tak jak Rogue. Szczególnie Rogue. Co ja zrobiłem tej kobiecie... [śmiech] Ale wszystko to ma swój cel. W najnowszych numerach X-Men: Legacy, w których Rogue wraca do San Francisco, widać, że to, co przez co kazałem jej przejść, było swego rodzaju hartowaniem, tak jakby była mieczem, który jest wkładany do ognia, potem do zimnej wody, a potem znowu do ognia. Rogue jest o wiele silniejsza właśnie przez to, co ją spotkało i właśnie teraz można to w niej zobaczyć. Poradziła sobie ze wszystkim, co jej się przydarzyło i ma teraz autorytet, pewność siebie. I to jest ten dar. Trzeba przejść przez tortury, by otrzymać taki dar.


02_rogue.jpg 03_rogue.jpg


Tak, co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym.

Magia, o której piszesz, zawsze ma swoje jasne zasady. Czy pochodzą one z researchu, czy po prostu tworzysz je sam?

Tworzę je sam. Uważam jednak, że zasady są ważne. Nienawidzę pisania o magii, która nie zna żadnych ograniczeń. Dlatego właśnie moim najmniej lubianym autorem jest David Eddings, u którego czary polegają na tym, że o czymś myślisz i to się staje. Co w tym interesującego? Zasady są konieczne, tak samo jak ich konsekwencje. Właśnie dlatego uwielbiam rzeczy w stylu Ursuli K. Le Guin. W książkach z cyklu "Ziemiomorza" ustanawia Zasadę Imion, a następnie zaczyna się nią bawić i odkrywać wszystkie jej konsekwencje. Myślę, że magia musi być siłą i jak wszystkie inne siły, musi być jakaś reakcja na nią, inaczej jest jak fast food, nie ma w tym żadnej głębi.

A jak to jest w wypadku czarów i inkantacji?

Różnie. Była kiedyś wspaniała strona internetowa, która zawierała prawdziwe skany stron ze średniowiecznych ksiąg i czasem pożyczałem całe czary stamtąd, o ile były po łacinie, bo potrafię ją odczytać i sensownie wykorzystać, chociaż czasem po prostu zmyślam. W Petrefax jest zaklęcie, na samym końcu, w scenie, w której bohater próbuje zapalić beczkę brandy, pędzi w dół wzgórza, z beczką brandy na tyle powozu, recytując coś w starożytnej grece, a gdy dociera do stóp wzgórza, wypowiada ostatnie słowa i wszystko staje w płomieniach. Tak naprawdę to "Pieśń Diany" z IV wieku przed naszą erą, jedyna grecka inkantacja, którą mogłem znaleźć. Nie ma w niej nic magicznego. To po prostu podziękowanie dla Diany za udane łowy.

Gdziekolwiek używam klasycznych języków, są one autentyczne, ponieważ uczyłem się łaciny i greki w szkole, więc mogę powiedzieć, że wiem, co robię. Tam, gdzie jest to coś innego, po prostu blefuję. Blefowałem dużo. Ponieważ sądzę, że liczy się zawieszenie niewiary - jeżeli publiczność wierzy w to, co robisz i akceptuje to, wtedy wykonałeś swoją pracę. Nie wydaje mi się, żebym miał obowiązek bycia absolutnie wiernym magicznej tradycji. Podam wam przykład z Voodoo Child, komiksu osadzonego w realiach Nowego Orleanu, w którym wykorzystałem magię voodoo i jej rytuały. Ceremonia voodoo, która się tam pojawia, jest autentyczna, ale nie pod względem zaklęć, lecz zaśpiewów. Wykorzystanie czarów byłoby jak okazanie braku szacunku dla wszystkich praktykujących voodoo, więc było to coś w rodzaju w połowie ukończonego domu. To działa. Dopóki nie jesteś ekspertem w danej dziedzinie, jest to na tyle bliskie prawdy, że spełnia swoje zadanie.

Zawsze nas zastanawiało, w jaki sposób dostaje się do pisania X-Men czy Hellblazera. Po prostu dzwonią do ciebie i mówią: "cześć, pisz dla nas"?

05_hellblazerW obu tych przypadkach tak właśnie było. Wiem, że brzmi to absurdalnie. Przy Hellblazerze byłem po czterech latach pisania Lucyfera i Will Dennis, który redagował tę serię, zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym dla niego pisać. Powiedziałem "Nienienienienie, nie mogę tego zrobić, ponieważ już pisałem jeden miesięcznik". To była prawda i sądziłem, że nikt nie może pisać dwóch tytułów w miesiącu. Co jest trochę śmieszne, bo teraz zwykle piszę cztery czy pięć, bez większego narzekania. Więc odrzuciłem propozycję. Na drugim końcu kabla zapadła cisza, wreszcie Will powiedział: "Wiesz, zostawię ci kilka dni na przemyślenie tego". Po tym telefonie stwierdziłem, że ma rację, muszę to zrobić. Więc powiedział, żebym podesłał mu zarys historii i dostałem się. Z X-Men... Przez trzy lata miałem podpisany kontrakt na wyłączność z DC i trzeciego roku pojechałem do San Diego, gdzie spotkałem bandę amerykańskich redaktorów - Axela Alonso, Nicka Lowe'a, Mike'a Martsa - i wszyscy oni mówili: wiemy, że na razie nie jesteś wolny, ale kiedy już będziesz i chciałbyś pisać jakichś superbohaterów, daj nam znać, a może będziemy coś dla ciebie mieli. Zgodziłem się. Po powrocie do Anglii wydzwoniłem Axela Alonso, mówiąc, że kończę kontrakt i mogę coś dla nich napisać. Powiedział: "OK" i poprosił o trochę czasu na przemyślenie. Potem dostałem telefon od Mike'a Martsa, który zapytał, czy nie chcę pisać X-Men. Pierwszą myślą było, że jakiś kolega stroi sobie ze mnie żarty, więc burknąłem: "Odwal się" i odłożyłem słuchawkę. Oddzwonił i powiedział, że naprawdę jest Mikem Martsem i naprawdę chcą, żebym pisał X-Men. Ale w tym wypadku było dużo trudniej - rozmawialiśmy o tym, co zrobię z tytułem, jakich postaci użyję. Byli całkiem zdeterminowani, by pójść w nową stronę, założyć nowy zespół, ale sprawić też, by było to racjonalne jako kontynuacja wcześniejszych wydarzeń, więc musiałem wszystko poważnie zaplanować. Natomiast przy Hellblazerze powiedzieli właściwie tylko: "Taa, weź to sobie, baw się".

Czym różni się podejście redaktorów w Marvelu i Vertigo?

Jedną z największych różnic jest prędkość całego procesu wydawniczego. Ogólnie rzecz biorąc: jeśli przyjdziesz do Marvela z pomysłem, który im się spodoba, powiedzą ci po prostu "Ok, teraz zajmij się skryptem, a my znajdziemy rysownika". W wypadku Ultimate Elektra, pierwszego komiksu, jaki zrobiłem dla Marvela, wyglądało to tak, że w jednym tygodniu nakreśliłem swój pomysł, w drugim napisałem scenariusz, a w trzecim ukazały się już pierwsze zwiastuny. Aż tak szybko. W DC przedstawiłem pomysł na historię z Supermanem Danowi DiDio, gdy przyjechał do Wielkiej Brytanii na konwent w Bristolu. Piętnaście miesięcy później moja idea została zaakceptowana, a komiks i tak nigdy się nie ukazał. Myślę, że Marvel jest tu o wiele odważniejszy, mają krótkie terminy, nieformalny proces komunikacji - potrzeba tam tylko jednego zaakceptowania przez edytora. W DC lub Vertigo są natomiast trzy takie akceptacje. Najpierw idzie się do redaktora, potem do Karen [Berger], która jest szefem Vertigo, potem do Paula Levitza, czyli wydawcy. Nie można ominąć tego procesu, zawsze muszą być trzy akceptacje. Problemem jest to, że cała trójka ma trochę inne podejście do tego, co czyta. Przykładowo, gdy idę do Shelly [redaktorki] z pomysłem, ona mówi "Tak, to jest świetne", po czym przerabiamy to razem trzy-cztery razy, następnie Shelly pokazuje to Karen. Karen mówi "Uuuu, nie wiem, co o tym myśleć" i wracamy do punktu wyjścia. Kiedy Karen w końcu to akceptuje i pokazuje to Paulowi, wtedy znów słyszę: "Uuuu, nie wiem, co o tym myśleć".

Gdzie możesz liczyć na większą swobodę, w Marvelu, czy w Vertigo?

Gdy piszesz X-Men, masz inny rodzaj swobody, ponieważ to regularna seria. Jest pewna określona wolność, której nie możesz dostać. Musisz wiedzieć, co inni twórcy robią z postaciami, musisz znać tempo wydarzeń innych serii... Dlatego tak mi się podobała praca nad Legacy w trakcie, gdy był to komiks o Xavierze. Seria była wówczas kompletnie poza continuity - continuity, w której się poruszaliśmy, była przeszłością. Teraz jesteśmy z powrotem w teraźniejszości i wpadamy wprost w środek "Utopii", z "Utopii" przechodzimy do "Necroshy", z "Necroshy" do wielkiego crossovera, który zacznie się wiosną...

Możesz powiedzieć nam coś więcej na temat tego wielkiego crossovera?

Będzie bardziej przypominał "Messiah Complex" niż "Messiah War".

Będzie to więc trzecia część "Messiah Trilogy"?

Tak. Wszystko, co przygotowaliśmy w "Messiah Complex", wyjdzie na wierzch w tej części. Całość będzie bardzo cool.

06_uffA czym proces twórczy w imprincie Ultimate różni się od regularnego uniwersum Marvela?

Różni się znacznie. Wydaje mi się, że gdy pisałem Ultimate Fantastic Four, w pewnym sensie ukradłem najlepsze kawałki od Stana Lee i Jacka Kirby'ego i zmieniłem je tak, by były strawne dla współczesnego czytelnika. Jest to więc coś w rodzaju hołdu, każda historia, jaką napisałem do Ultimate FF, miała swój odpowiednik w latach 60. - historiach Stana i Jacka. Wyjątkiem jest "God War", który wciąż czerpie z Kirby'ego, jednak nie z jego FF. To coś bardzo przyjemnego. Przypominasz sobie wszystkie rzeczy, które uwielbiałeś w FF, gdy czytałeś ich przygody jako dzieciak i pokazujesz je współczesnemu czytelnikowi. X-Men byli czymś zupełnie innym - próbowałem rzucić team w coś zupełnie nowego, stworzyć dla nich nową jakość. Natomiast podczas pracy nad Ultimate Fantastic Four w pewien sposób pastiszowałem najlepszy run w FF, jaki kiedykolwiek powstał.

Z jakim wyprzedzeniem planujesz swoje pisanie?

Jeśli mam szczęście, to na pół roku do przodu, jeśli nie - tylko na dwa miesiące. I to bywa bardzo irytujące. Pracę nad X-Men charakteryzuje sporo stale zmieniających się elementów w tle, więc ciągle muszę zmieniać i przekształcać swoje plany. Znów - to jest właśnie istota pracy nad regularną serią, w której inni ludzie używają moich postaci, więc muszę być na to przygotowany, muszę być elastyczny. W tamtym roku pokazałem Nickowi [Lowe'owi, redaktorowi X-Men] plany na trzy historie - "Children of the Vault", "Pandemic", "Hecatomb" - i to była struktura tamtych dwunastu miesięcy. Historie były może inne w ostatecznym kształcie, niż podczas planowania, ale jednak wciąż była to ta sama sekwencja. Robię więc duży plan, jeśli chodzi o zarys kilku historii, a potem plan szczegółowy, gdy przychodzi do bieżącego pisania scenariuszy. W tej chwili jestem tylko dwa miesiące do przodu z X-Men - napisałem annual, numer, który następuje po annualu i, co jest dziwne, numer ukazujący się dopiero w następnym roku, ponieważ to ma sens, jeśli spojrzeć na to, co dzieje się wokół. Przy Unwritten, moim nowym komiksie robionym dla Vertigo, jestem siedem miesięcy do przodu. Tam jednak mieliśmy komfort wyboru, kiedy chcemy zacząć publikację.

mikecarey.jpgTy, Garth Ennis, Warren Ellis, Neil Gaiman, Mark Millar, Grant Morrison, Alan Moore i inni. Jesteście silną grupą brytyjskich scenarzystów, którzy są bardzo znani zarówno przez amerykańskich krytyków, jak i czytelników. Czyżby było coś wyjątkowego w brytyjskim powietrzu?

Coś było, kiedyś. Nazwiska, które wymieniliście, dzieli spory kawałek czasu. Uważam, że w latach 80.... Staram się ostrożnie dobrać słowa... Był to czas, gdy amerykańska mainstreamowa scena superhero w pewnym sensie utknęła w martwym punkcie, stała się schematyczna, wykorzystywała te same motywy raz za razem... Wtedy nagle pojawili się brytyjscy scenarzyści - Alan Moore, Neil Gaiman i Grant Morrison. Przybyli z Wysp i okazali brak szacunku dla amerykańskiego tradycyjnego komiksu, dosłownie przewracając wszystko do góry nogami, i robiąc to wspaniale. Przerobili schematy, złamali wszystkie zasady i pokazali, co może zostać zrobione. Teraz widać, że ich praca została doceniona, stała się nowym wzorcem. Uważam więc, że ta trójka otworzyła drzwi całej reszcie z waszej listy. Dzięki nim wśród amerykańskich wydawców powstał pogląd, że wszystkie brytyjskie talenty będą jak Alan Moore, wystarczy zatem sięgnąć ręką do torby i je z niej wyciągnąć. Dlatego właśnie zaczęli wysyłać redaktorów na wyspiarskie konwenty w charakterze łowców talentów. Jestem pewien, że jednym z powodów, dla których ktoś w Vertigo w ogóle przeczytał to, co im pierwszy raz zaprezentowałem, było to, że szlaki zostały przetarte przez tych trzech gości.

Czy istnieje jakiś kontakt między wami, brytyjskimi scenarzystami piszącymi dla Amerykanów?

Istnieje nieformalny kontakt. Cechą charakterystyczną brytyjskiej sceny komiksowej jest to, że jest ona mała, wszyscy się znają. Neil nie mieszka już na Wyspach, tylko w Minnesocie w Stanach, Garth Ennis mieszka w Nowym Jorku. Ale cała masa brytyjskich scenarzystów spotyka się co miesiąc w Londynie na drinku. Jak się łatwo domyślić, są to całe wieczory picia. Nasze konwenty praktycznie odbywają się przy barze. Ktoś kiedyś powiedział, że można by zamknąć salę konwentową, zostawiając bar otwarty i nikt by nawet tego nie zauważył.

Z tego, co nam wiadomo, mieszkasz w Londynie...

Właściwie to tuż pod Londynem.

Czy w takim razie życie w Europie i pisanie dla amerykańskich wydawców sprawia ci jakiekolwiek trudności?

Nie, wcale. Uważam, że łatwiej brytyjskiemu scenarzyście napisać amerykański komiks, niż Amerykaninowi - brytyjski, czego przykładem może być Hellblazer. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Anglii jesteśmy kompletnie przesiąknięci amerykańską kulturą - jest więcej amerykańskich filmów niż brytyjskich, amerykańskie produkcje telewizyjne dominują nad brytyjskimi, najczęściej oglądane seriale pochodzą z USA. Chcąc - nie chcąc przyjmuje się amerykańską składnię i sposób mówienia, więc nie jest trudno je odtworzyć. Myślę, że amerykańscy twórcy są o wiele słabiej zapoznani z nowymi słowami z brytyjskiego angielskiego, więc to im jest trudniej. Także praca nad komiksami nie sprawia problemów - przykładowo dostaję szkice w formacie PDF jako załączniki do maila. Nie ma znaczenia, gdzie jestem, odległość nie jest barierą.

Którą postać lubisz lub lubiłeś pisać najbardziej?

To trudne pytanie. Oczywiście moją ulubioną postacią z X-Men jest Rogue, co prawdopodobnie widać. W Luciferze były to z kolei Mazikeen i może Elaine. I wszystkie z nich to kobiety. Nie wydaje mi się, bym miał jedną-jedyną ulubioną postać, to zależy od nastroju.

A w Hellblazerze był to John Constantine?

Tak, w Hellblazerze to był John. John jest wspaniały. Przede wszystkim, to everyman. To koleś, który nie tylko rozmawia z bogami i demonami, ale na dodatek im pyskuje. Obraża ich, nie ma dla nich szacunku. Jest jakby rzecznikiem ludzkości, stojącym naprzeciw wszystkich mocy wszechświata i pokazującym im dwa palce [znany angielski obraźliwy gest]. Po prostu nie można go nie uwielbiać.

08_rogueWspomniałeś, że Rogue jest jedną z twoich ulubionych postaci. Umieściłeś ją w centrum swoich X-Men, teraz wracasz do niej w Legacy. Co czyni ją tak wyjątkową?

To dobre pytanie i nie jestem pewien, czy potrafię na nie odpowiedzieć. To naprawdę coś irracjonalnego. Zwykłem mówić, że główne powody to napięcie pomiędzy jej namiętnością, jej naturą i tym, że nigdy nie mogły zostać wyrażone. Rogue jest niezwykle namiętną kobietą, która nie mogła nawet dotknąć innego człowieka. Dotyk nigdy nie wyrażał tego, co czuła, i właśnie ta namiętność i ograniczenia tak mnie w niej fascynowały. Ale to nie wszystko. Podoba mi się jej głos. Uwielbiam to, że ma akcent kobiety z Południa. Lubię to, że jest postacią nieortodoksyjną i nieprzewidywalną. To ktoś, kto zawsze podchodzi do sytuacji z zupełnie innej strony, dlatego właśnie, kiedy Cyclops uczynił ją dowódcą drużyny, mówił, że powodem jest to, iż nikt nie będzie kwestionował jej decyzji i nikt nie będzie wiedział, co ona zrobi w danej sytuacji. Lubię też jej związek z Gambitem. Wydaje mi się, że Rogue jest po prostu fascynującą postacią, kobietą, która podążała ścieżką swojej rodziny, dopóki nie spotkała X-Men i Xaviera, stając się kimś innym.

09_rogue_gambitA co z jej związkiem z Gambitem, biorąc pod uwagę to, że zyskała kontrolę nad mocami, że może go dotknąć?

Nie chcę tu wpaść w oczywistość. Musiałem pokazać ich pocałunek, to było coś, czego nie mogłem odpuścić. Jednak nie chciałbym, by po prostu powrócili do tego, co było między nimi przedtem. Właściwie mam zamiar - co jest jeszcze tajemnicą - mam zamiar powrócić do wątku tego, co przez krótki czas było między Rogue i Magneto. Pamiętacie historię w Savage Land i to, że był tam taki moment, w którym prawie to się stało, ale jednak ostatecznie do niczego nie doszło. Mam zamiar pobawić się tutaj różnymi możliwościami, tak, by Rogue nie wróciła od razu do Gambita, gdyż uważam to za zbyt oczywiste. Kiedyś jeden fan Rogue, ktoś, kto naprawdę od dawna uwielbia tę postać, powiedział mi, że jest ona bardzo staroświecką dziewczyną, kimś, kto nie spotyka się z wieloma osobami w krótkich odstępach czasu i angażuje się w wiele związków na raz. Uważam, że to prawda, Rogue ma trochę staroświecką moralność, więc nie wyobrażam sobie jej spotykającej się z mnóstwem różnych chłopaków. Myślę, że prędzej czy później wróci do Gambita - najpierw chcę jednak wykorzystać kilka innych możliwości tak, by ten powrót coś znaczył, kiedy już do niego dojdzie.

10_serafinaWiemy, co planowałeś dla Cassandry Novy [Carey chciał wykorzystać ją w historii "Hecatomb", lecz nie mógł, bo plany wobec Cassie miał już Joss Whedon]. Czy były inne tego typu nieopowiedziane historie?

Nie, to była jedyna taka sytuacja. Wydaje mi się za to, że było kilka innych rzeczy, które miałem kiedyś w głowie, lecz już nie będę się nimi zajmował. Początkowo chciałem dłużej prowadzić moją drużynę X-Men, lecz to się nie udało. Nastał "Messiah Complex", team się rozpadł - logika była nieubłagana, on musiał się rozpaść, sam też miałem swój wkład w całą tę sytuację... Chciałbym jednak mieć możliwość pisania drużyny Rogue jeszcze przez rok, w jej pierwotnej formie. Byłoby wspaniale, gdyby w pewnym momencie jakiś edytor powiedział "wróć do tego i opowiedz jeszcze kilka historii o tym zespole"... Bardzo chciałbym to zrobić, lecz jednak nie mogę. Mam za to zamiar powrócić do "Children of the Vault", ponieważ ich wątek po prostu musi zostać poruszony ponownie i jest mnóstwo rzeczy, które można zrobić z tymi postaciami.

Czy planujesz powrót do wątku "związku" pomiędzy Cannonballem i Serafiną?

Tak, bardzo chciałbym to zrobić. Ona nie jest martwa. Wiem, że tak mogła wyglądać, ale nie jest.

Lubisz metal?

Nie, w większości słucham folku. Bardzo dużo folkrocku. Słucham też trochę rocka. Najbliżej metalu z tego, co słuchałem jest Metallica, która tak naprawdę nie jest aż tak metalowa.

Pytamy, ponieważ wiemy, że napisałeś komiks o zespole Pantera...

To było prostytuowanie się. Ktoś zapytał mojej agentki: "Czy on lubi metal?", a ona odpowiedziała: "Tak, jest ekspertem"...

<po chwili> Komiks o Panterze to najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek napisałem, a możliwe że i najgorsza, jaką ktokolwiek w ogóle napisał.

W takim razie z chęcią byśmy go przeczytali...[śmiech]

Zdaje się, że spaliłem większość kopii. Nie sądzę, żeby zostało ich wiele.[śmiech]

Część z pisanych przez ciebie postaci znacznie różni się od istot ludzkich, są czymś więcej, czymś ponad człowiekiem. Jakie są różnice w pisaniu ludzi i postaci niemal boskich?

To interesujące pytanie. Myślę, że na samym początku powinno się zdecydować, co można, a czego nie można zrobić z daną postacią. Wiedzieliśmy, że Lucifer jest drugą najpotężniejszą istotą po Bogu, stwierdziliśmy zatem bardzo szybko, że nie możemy pozwolić, by z kimś walczył i nie będzie żadnej dramaturgii wokół jego uczestnictwa w jakiejś bójce. I trzymaliśmy się tego aż do historii "Morningstar", gdzie traci swoje zdolności i w pewnym sensie dołącza do zastępów niebieskich - ale i tak był w tym momencie bezsilny. Sposobem, w jaki radzisz sobie z tymi postaciami, jest umieszczenie ich w jednej opowieści z "mniejszymi" protagonistami i użycie ich jako katalizatora tego, co się dzieje. Gdy byłem dzieckiem, sklejałem mnóstwo plastikowych modeli. Miałem jeden, który przedstawiał rosyjską rakietę Sojuz, a obok niej stał malutki modelik kosmonauty, nie większego od spółgłoski. Potrzebowałeś kosmonauty, by wiedzieć, jak duży był statek. W taki sam sposób potrzebujesz postaci pokroju Elaine czy Joe Prestona, żeby wiedzieć jak potężny jest Lucyfer. Patrzysz na niego poprzez relacje z nimi i jesteś w stanie go zrozumieć.

Chciałem zapytać o pewną scenę z Lucifera, gdy - żeby nie psuć historii tym, którzy nie czytali komiksu, ujmijmy to w ten sposób - jedna z postaci odchodzi w pustkę. I ta pustka jest biała, a nie tak jak zwyczajowo to bywa, czarna. Dlaczego?

Najprostszą odpowiedzią jest: "Żeby było widać tę postać." Widzisz ją jako plamkę czerni. Byłaby niewidoczna na czarnym tle. Nie wiem, do scenariusza wpisałem biel. Właśnie tak widziałem to w głowie. Ale teraz nie da mi to spokoju...

Tabula rasa?

Brak koloru? Przecież czarny to kolor. Może uzmysłowienie sobie pustki...

Przy okazji, może jeszcze kilka słów na temat Boga. Sądziliśmy, że podejmujemy spore ryzyko, umieszczając go w historii. Długo, długo rozmawialiśmy na temat tego, czy ma być narratorem, czy tylko głosem, oraz tego, jak ma wyglądać.

Wygląda jak "typowy Brytyjczyk".

Widzieliście serial "Dead's Army"? Możliwe, że nie był u was puszczany. Była tam postać Kapitana Mannory, który był typem grubego przedstawiciela klasy średniej, w średnim wieku, on był trochę w typie Yahweh.

Dalej o Yahweh - w Luciferze przedstawiasz go jako prawdziwą i niedoskonałą postać, która nie jest pasywna, jak to często jest spotykane w komiksach, filmach czy książkach. Postać Boga podejmuje u ciebie określone działania. Nie bałeś się kontrowersji i konsekwencji związanych z tym?

Przerabialiśmy to wcześniej, gdy zaczynaliśmy pracę nad tym tytułem. Otrzymaliśmy za pośrednictwem DC dwie groźby śmierci, z przesłaniem: "Zabijemy cię, twoją rodzinę i miejsce, w którym mieszkasz. Zabijemy cię". Ale nigdy nic nie odpisali, więc było to coś w stylu "zabijemy cię i życzymy miłego dnia" i nigdy więcej o nich nie słyszeliśmy. Zdaliśmy sobie wtedy sprawę, że komiks jako medium jest zbyt mały. Za mało ludzi go zauważa. Nigdy nie sprawisz, że milion osób będzie szturmowało parlament z powodu komiksu. To niewielki, niszowy rynek. I przez to właśnie nie mieliśmy problemów z umieszczaniem takich treści w komiksie. Byliśmy bardziej zaniepokojeni tym, że pokazaliśmy Yahweh jako jarzące się światło w numerze 50. Zastanawialiśmy się, czy ujdzie nam to płazem, ale pomyśleliśmy: "do diabła, zrobimy to". W miarę swojego ukazywania się Lucifer stawał się bardziej i bardziej rodzinną opowieścią - o zbuntowanych synach i nadopiekuńczych ojcach - i taką też rodzinę mieliśmy. Sensownym wydawało się zakończenie historii rozmową w cztery oczy Lucifera i Yahweh.

11_lucifer_blake.jpgDziwną rzeczą jest, że planowałem historię, która kończyła się na "Morningstar", numer 69. był naszym ostatnim. I Shelly powiedziała: "A gdzie epilog? Nie możesz zakończyć punktem kulminacyjnym, potrzebujesz zakończenia". Przemyślałem to i poinformowałem, że potrzebujemy na to dodatkowe pół roku, na co od razu się zgodziła. Więc tak zrobiliśmy, zakończyliśmy całość sześcioczęściową historią, w której znalazły się jedne z moich ulubionych opowieści.

 

Wcześniej rozmawialiśmy [z tłumaczem i przewodnikiem] o tym, co zainspirowało mój sposób przedstawiania Lucyfera. Był to William Blake i jego "Zaślubiny Nieba i Piekła". Ponieważ to właśnie Blake powiedział: "Gdy Milton spisywał Boga, pisał o łańcuchach, a zapisany przez niego Lucyfer był wolny, gdyż był poetą i był po diabelskiej stronie czy o tym wiedział, czy nie". Ale Milton ciągle się wycofuje, staje na krawędzi i po prostu zawraca. Blake w "Zaślubinach..." rearanżuje Biblię i czyni Lucyfera bohaterem. Chodzi głównie o to, że Bóg kłamał odnośnie upadku. Upadek nie polegał na tym, że Lucyfer został strącony. On uciekał.

Chodzi też o sposób, w jaki Blake pisze. Nigdy nie pisał na papierze, używał mosiężnych płyt, które wytrawiał kwasem. To proces, który zamiast rysowania linii polegał na rysowaniu obszarów wokół linii i zalewaniu ich kwasem. W ten sposób powstawała matryca.

To chyba było niemal jak dosłowne rzeźbienie tego poematu.

Rzeczywiste strony to dziesięć czy dwadzieścia wersów, wokół których potem rysował. Niesamowicie się to czyta w tej postaci. Słowa były jego własnego autorstwa. Jest to potężna książka z obrazkami.

Było kilka miejsc w Lucyferze, gdy mówiłem Peterowi: "Zrób to jak Blake...". Na przykład w numerze, w którym tytułowy bohater tworzy swój własny wszechświat i na jednym kadrze tańczy w pustce - właśnie wtedy napisałem do Petera, żeby zrobił to jak Blake i jest to jedna z najlepszych stron, jakie narysował.

Jakie masz plany na przyszłość?

Piszę serię dla Vertigo, zatytułowaną Unwritten, o czym pewnie wiecie. Jest to pierwsza moja współpraca z Peterem Grossem od czasu Lucifera i to ona właśnie zabiera mi obecnie masę czasu. Mamy z niej mnóstwo radości. Jest bardzo ekscytująca...

Poza tym mnóstwo miniserii dla Marvela: adaptację Ender's Shadow, Torch i najprawdopodobniej miniserię Invaders z Human Torchem.

 

12_torch.jpg
 

 

Invaders? Będzie osadzona w przeszłości?

Będzie działa się w naszych czasach. To będzie ponowne spotkanie Kapitana Ameryki i Torcha.

Którego Kapitana?

[po dłuższej chwili] Powinienem uważać na to, co mówię... Prawdziwego.

Steve'a Rogersa?

Tak, Steve'a Rogersa. Będzie to więc bardzo cool.

[dalej o planach] Ponadto, współtworzę książkę wraz z żoną i córką, jednak prace idą bardzo, bardzo powoli. O dziwo, pracuję także nad filmem.

A nie został on zawieszony?

Nie. Tamto to było "Frost Flowers", które zwiędło. To coś całkiem innego, pod tytułem "Trinity". Jest w podobnym klimacie, co Castor. Akcja dzieje się w Londynie, gdzie znajduje się ambasada wampirów. Na mapie istnieje także wampirze państwo, zwane Acheron. Bohaterem jest gliniarz, który został zamordowany na służbie i zostaje wskrzeszony jako zombie tak, by mógł wytropić swoich oprawców. Takie są założenia.

Robię także rzeczy związane z grami, designem gier. Staram się być zajęty na wszystkich frontach. Ale nie mam w planach żadnych nowych projektów komiksowych. No i oczywiście nadal piszę X-Men: Legacy, przy którym świetnie się bawię.

Dziękujemy za rozmowę.



 

Serdecznie dziękujemy Pani Patrycji Narożnej z wydawnictwa Egmont za pomoc i umożliwienie przeprowadzenia wywiadu.

 


Wywiad przeprowadzili: Jaro i SpenceKorektor: S_O                        
Redaktor techniczny: Lex
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.