Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #98 (29.06.2009)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 29 czerwca 2009 Numer: 26/2009 (98)


Od początku publikowania Avalon Pulse nie było tygodnia z tak dużą liczbą wydanych komiksów - nic dziwnego, że najnowsze podsumowanie tygodnia ma naprawdę spore rozmiary.



Shanower o The Marvelous Land of Oz
Undercik: Wykrakałem w poprzednim Pulsie kolejne dzieło tych twórców i dobrze. Wonderful Wizard of Oz to kawał naprawdę dobrego komiksu, szczególnie jeśli chodzi o oprawę graficzną. Przyznam się, że o kontynuacji "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" nie szłyszałem, dlatego z chęcią będę poznawał jej fabułę. Sam teaser zapowiada kolejną genialną pracę Younga. Tymczasem czekam na finał części pierwszej, który już niedługo.




Amazing Spider-Man #598avalonpulse0098d.jpg
Gil: Intryga rozwija się w naprawdę ciekawym kierunku z każdą nową rewelacją, a było ich tu trochę. Niemniej, pomysł z niezniszczalną maską mocno mnie zniesmaczył. Sam pomysł zdaje się wymuszony cliffhangerem z poprzedniego numeru, ale też każe zadać sobie pytanie: skoro coś takiego istnieje, dlaczego Piotrek nie używa tego cały czas? Za to przynajmniej (jak również Norman zauważył), Harry wyhodował sobie parę jaj i zaczął coś robić. Plusem są również dalsze przemiany Menaski, która za każdym razem wygląda lepiej. Czekam na zakończenie, a ponieważ ilość materiału w tym tygodniu wymaga specjalnej skali ocen, wystawiam 7.1/10.

Foxdie: Historia prawie na finiszu wywołuje mieszane uczucia. Niby akcja się kręci, niby jest fajnie, ale dzieciak Lilly to nie dzieciak Harry'ego, tylko Normana? Chociaż obaj z nią spali. Zalatuje to pięć tysięcy trzysta dziewięćdziesiątym odcinkiem "Mody na Sukces". Mimo to pozostałe wątki są prowadzone dość zgrabnie i jestem ciekaw końca. Przy okazji ubijany jest grunt pod następne historie, czyli jakieś ciało zamknięte w tubie z napisem Stacy i Harry jako nowy superhero. Pożyjemy, zobaczymy. W kwestii rysunków to coraz bardziej przekonuje się do kreski Checchetto i z chęcią zobaczyłbym go jako rysownika Pająka na dłuższy okres. Ocena: 8/10.

Undercik: Najlepszy numer "American Son". Oj dzieje się, dzieje. Widać już powoli, że Osborn zaczyna świrować i to nie tylko w tym tytule. W końcu zdumiał mnie Harry, to jego najlepszy występ podczas BND! Menace zmienia wygląd na lepszy, a do tego okazuje się, że ma dziecko z Normanem. Great. Do tego jeszcze smaczek w postaci klona o nazwie "Stacy". To jest naprawdę dobre. Kreska nadal na takim samym, dość wysokim poziomie. Czekam na finał. Oj, będzie się działo. 9/10
Pariah: Rozwiązanie cliffhangera z poprzedniego numeru dość naiwne, ale Marvel science to prawie "it's magic", więc czemu nie. Prawdziwa zabawa zaczyna się dalej. Niech nikt nie mówi, że obecny Norman to nie villain. To, co zrobił własnemu synalkowi i co dalej planował to szczyt censored! Scena, w której zamiata Parkerem podłogę tylko to potwierdza. Przy nim Bullseye to mięczak. Podoba mi się też nowy design Menace, sporo lepszy niż poprzedni, widać Normie się postarał i dopracował serum i image. Mogli sobie tylko odpuścić zieloną skórę... American Son utrzymuje dobry poziom. 7/10
Bertoluccio: Norman ma dziwne hobby - robienie dzieci z dziewczynami, które wydawałoby się będą dla niego niedostępne z tego czy innego powodu. Na miejscu Harry'ego już naprawdę bym się wkurzył. Co do Petera i jego superwytrzymałej maski, to faktycznie ciekawe, czemu FF nie załatwili mu takiego całego kostiumu i nie mam na myśli tylko wersji a'la Venom, ale standardowej także. Czyżby życie Pajączka było mniej warte niż cena kuloodpornego stroju?

Lokus: Nadal zaskakująco dobra historia. Joe Kelly naprawdę nieźle sprawdza się w roli scenarzysty tej serii i żałuję, że taki Guggenheim za miesiąc będzie znów psuć moje dobre zdanie o Amazingu. Wątek z Harrym w sumie był dość łatwy do przewidzenia, lecz robienie z niego bohatera to nadal najsłabszy pomysł ostatnich miesięcy. Mam nadzieję, że to potrwa tylko jeden numer. Phil Jimenez dość nieźle sobie poradził, jednak mnie osobiście o wiele bardziej podobał się chociażby rysownik z numeru 597. Finał jednak ciekawi i z pewnością do niego zajrzę, a za ten numer wystawię 7/10.


Avengers/Invaders #12
Gil: La comedia finita. Szkoda, że przez ostatnie kilka numerów była to raczej komedia omyłek. Po niezłym początku, seria stopniowo pogrążała się w chaosie, aż do finału, który tylko go pogłębił. Nawet nie starałem się za bardzo odnaleźć w tym zamieszaniu i przeszedłem do porządku dziennego nad faktem, że się skończyło i już. Konsekwencji właściwie nie ma, a te które są, pewnie i tak zostaną zignorowane przez resztę świata. Ocena: 4.1/10
Krzycer:
No i skończyło się rumakowanie. Seria zaczęła się naprawdę dobrze, by potem ugrzęznąć w podróżach w czasie, zmienianiu rzeczywistości i raczeniu nas takimi kwiatkami, jak nazistowski Wielki Mur czy zmienianie podwładnych w robo-konie (!?)
Ostatecznie zaś wszystko wróciło do stanu z początku historii (bo jakże by inaczej). Jeśli historia ta mogła mieć jakiekolwiek znaczenie... to i tak została go pozbawiona, bo to wszystko wydarzyło się jeszcze przed SI.
Chaotyczna porażka.


avalonpulse0098e.jpgAstonishing X-Men vol. 3 #30
Foxdie: Nie będę się zbytnio rozpisywał, poza tym, że jest to dość przegadany finał historii, co wcale nie znaczy, że jest na niskim poziomie. A Forge'owi należy się wyróżnienie za tekst skierowany do Emmy ("I didn't recognize you with your legs together"). Szkoda, że już nic więcej nie powie. Bianchi ma dziwny styl, ale jakoś dobrze współgra z tym, co napisze Ellis. Po tym numerze aż z ciekawości sięgnę po mini "Ghost Boxes". Ocena: 8/10

Hotaru: Koniec pierwszej historii Ellisa i Bianchiego. Komiks wychodził tak rzadko, że by ocenić fabułę musiałem wrócić i jeszcze raz przeczytać ich poprzednie numery, by w ogóle przypomnieć sobie, o co biega. A biega o niezagojone serce, dumę i najeźdźców z innego wymiaru. Nic nadzwyczajnego. A mimo tego, Ellisowi udało szturchnąć moją pikawę w ostatnich scenach z Forgem, przepięknie zilustrowanych przez Bianchiego. Skoro już przy nim jesteśmy, nadal uważam, że powinien pozostać przy okładkach, bo jego artystyczne rozbicia akcji na kadry nie służą biegowi fabuły. Ma jednak swoje momenty. Reasumując, pierwsza historia w Astonishing po odejściu Whedona i Cassadaya nie dorasta im do pięt. Ale może się podobać, i mi się podobała.

Gil: Doczekaliśmy się wreszcie końca tej historii i przyznać trzeba, że wypadł całkiem nieźle. Ellis przedstawił Forge'a dokładnie tak, jak sam go postrzegam, czyli jako nieudacznika przekonanego o własnej wielkości, który nawet jak coś zdziała, to i tak w końcu spartoli. Tym razem wyszło to dobitnie i świetnie. Najlepszym jednak motywem jest ten z komórką, który sprawia, że Hisako, Hank i Abby skradli cały numer. Czekam na trejda, bo z pewnością cała historia wypadnie lepiej, jak się ją przeczyta ciurkiem, a nie w horrendalnie wielkich odstępach. Rysunki też dobre, ale Bianchi miejscami przeartyścił. Ocena: 7.4/10.
Krzycer: Gdyby na każdy kolejny numer nie trzeba było tyle czekać - i gdyby w połowie historii nie rozwleczono tego oczekiwania dwoma niepotrzebnymi odcinkami Ghost Boxes - to może całą historię oceniałbym lepiej. A tak, niestety, jest marnie, bardzo marnie. Historia, swoją drogą, była nawet niezła, ale kompletnie pozbawiona dramaturgii. A wyciągnięcie Forge'a z rękawa tylko po to, by przedstawić go jako zwariowanego frajera (choć "I am an engineer! I fix problems!" to była dobra scena) a następnie odstrzelić, ignorując całkowicie to, że dopiero co był całkiem normalny i pomocny w Messiah CompleX jest po prostu karygodne.
Możliwe, że pierwsza historia to dopiero fundamenty, jakie Ellis stawia pod coś jeszcze większego i później te drażniące rzeczy zostaną jakoś wyjaśnione. Wtedy odszczekam to, co tu napisałem.
A na razie jest bardzo marnie.
Ponadto cieszy mnie zapowiedziana zmiana rysownika. Lubię styl Bianchiego (z wyjątkiem wybłyszczykowanych ust facetów) ale to, jak układa kadry na stronie, zupełnie się nie sprawdza w tym komiksie. Niestety.


Avengers: The Initiative #25
Undercik:
A fuj! Tako rzeczę, jak patrzę na rysunki Ramosa w tym numerze. Jest coraz gorzej, na szczęście to już koniec jego przygody z tą serią. Jak wypada fabularnie? Nie jest to co prawda poziom pierwszych numerów, ale lepiej od poprzednich. Zaczyna się już tworzyć ruch oporu, Osborn wyjmuje haki na niektórych. Naprawdę jest na co czekać, szczególnie, że Ramos nie będzie już psuł odbioru. 7-/10

Hotaru: Ustanawiania nowego status quo ciąg dalszy. I jest całkiem poprawnie. Sceny z Guantletem i Tigrą zapamiętałem najlepiej, szczególnie ponowne spotkanie tej ostatniej z Hoodem i niemoralną propozycję Osborna. Trochę nie leży mi sposób, w jaki w Inicjatywie pozostał Trauma. Uważam, że można to było rozegrać bardziej wiarygodnie. Zdążyłem polubić Ramosa i całkiem pasowała mi jego kreska, ale Sandoval jest świetny, więc nie będę po nim płakać. Tak, to znaczy, że sięgnę po następny numer.

Gil: Nowe porządki są co najmniej bardzo zachęcające. Po spotkaniu z Penancem Tasky wie już, że wdepnął głęboko. Trauma dał się złapać na haka Normana, podobnie jak Prodigy i Diamondback zresztą. A Gauntlet i Tigra się nie dali i zawalczyli o swoje w niezłym stylu. Spodziewałem się ciut więcej po jej konfrontacji z Hoodem, ale na to chyba jeszcze musimy zaczekać, a na razie się zbiera. Zobaczymy, co dalej z tego wyjdzie, bo jest ciekawie. Aha, wyrazy współczucie dla Gravity. Trzeba też dodać, że rysunki Ramosa wyglądają lepiej, co jest zasługą nakładania koloru bezpośrednio na ołówek, które dodaje im trochę fajnego brudu. Ocena: 7.3/10
Krzycer:
Nie dość, że w tym tygodniu jest mnóstwo komiksów, to jeszcze mnóstwo dobrych. Z każdą kolejną stroną Osborn jest coraz większym draniem i pozwala sobie na coraz więcej. Szczytem - sam nie wiem, chamstwa, arogancji czy po prostu komiksowego łotrostwa - jest jego rozmowa z Tigrą, od początku do końca.
Potem przez chwilkę jest weselej, kiedy Tigra eliminuje Moonstone z walki, a jeszcze potem prawie się wzruszyłem, kiedy powstał ruch oporu. Prawie.
Styl Ramosa ewoluuje i ewoluuje w dobrym kierunku. Wciąż co chwila zdarzają mu się koszmarne karykatury i ustawianie postaci w nienaturalnych pozach, ale jest lepiej, niż było kiedyś, a to już coś.


Dark Avengers #6avalonpulse0098f.jpg
Undercik: Taki nijaki i przejściowy dosyć numer. Rysunki nadal dobre, ale gorzej z fabułą. Tak naprawdę połowa numeru to jak dla mnie zapychacz. Nadal jednak tym tytułem trzęsie Osborn. Tym razem zaczyna już powoli świrować. Przywoływanie Voida, wrzeszczenie na wszystkich dookoła no i ostatnia strona. Green Goblin powoli wraca. Pytanie tylko jedno, gdzie do cholery jest Noh-Varr? 6+/10
Hotaru: Jakoś mało się wydarzyło w tym numerze. Bendis lubuje się w pisaniu dialogów, ale powoli coraz bardziej zanikają w tym wszystkim głosy postaci i ze wszystkich dymków zaczyna przebrzmiewać jeden głos - scenarzysty. Może to paranoja, ale na serio powoli wszyscy zaczynają mi brzmieć tak samo. Deodato jakoś mniej się postarał. Niektóre kadry rysowane były chyba w pół minuty i koloryście nie do końca udało się to zatuszować. Całość w moich oczach wypada średnio.

Gil: Nadal jest dobrze. Zebranie Kabały i spięcie z Namorem świetnie pokazało relacje w kółku różańcowym Normana. Panna Hand pokazała pazurki, a widać, że i Karla powoli ma dość obecnej sytuacji. Bezapelacyjnie zarządził Sentry, obejmując mroczną stronę swojej mocy i tylko końcówka, w której Normie się łamie, była lepsza. Szkoda tylko, że nie zobaczyliśmy tego, co sugerowała okładka, bo czekam z niecierpliwością. Za całokształt: 8.1/10.
Bertoluccio:
W tym tygodniu Sentry robi za badassa. I dobrze. Co mnie ciekawi, to nagła zmiana śpiewki w wykonaniu Normana, który nagle przywołuje Voida, chociaż jeszcze nie dawno udawał, że go nie ma. Taka zabawa musi się wcześniej czy później źle skończyć. Za to numer dostaje duży minus za kompletnie nie związaną z zawartością okładkę. Noh-Varr nie pojawił się nawet w jednym kadrze, chociaż może właśnie dlatego umieszczono go na okładce?
Misiael: Po tym, co Sentry/Void nawyczyniał w tej części, już nigdy nie nazwę Boba "emo" :P. Poważnie - Osborn traktuje go jak jakiś transformator elektryczny: switch on - Sentry, switch off - Void. Jak zniesie to umył naszego schizoidalnego przepaka, jeszcze się zobaczy.
Zastanawia mnie, co knuje Karla - bo że coś knuje widać gołym okiem. Widać także, że Norman nie radzi sobie z utrzymaniem w ryzach całej drużyny. Mówiłem o tym wielokrotnie, wspomnę raz jeszcze - brak zgrania może Dark Avengerów zgubić, i nie pomoże tu ani moc Karli, ani Sentry'ego, ani doświadczenie Aresa czy machlojki Osborna - jeśli poszczególni członkowie drużyny będą włazić sobie w drogę i załatwiać swoje prywatne interesy kosztem drużyny, to byle New Warriors ich rozwalą.
Co jeszcze... Daken przez sześć numerów wypowiedział może cztery słowa. A zarówno Fraction, jak i Way pokazali, że z postacią da się zrobić coś ciekawego i Daken nie musi być tylko uboższą wersją Logana.
Deodato uniknął irytujących wpadek, z jakimi mieliśmy do czynienia numer wcześniej, nie mam do warstwy graficznej najmniejszych uwag. Cytat numeru: "Tastes like sushi" Mniam
:P 9/10
Krzycer: Zmyłkowa okładka - znowu (jak przy "starciu" New z Dark Avengers w NA #50). Numer w zasadzie skupia się na gromadzących się błędach Osborna - nawrzeszczał na Namora, co prędzej czy później wyjdzie mu bokiem, i manipuluje Sentrym/Voidem, co bokiem wyjdzie mu bardzo szybko.
I tylko trochę mi żal, że Venom został sprowadzony do roli wieprzka zżerającego odpadki z Flintstone'ów...


Daredevil vol. 2 #119
Foxdie: Po tym numerze widać, że Bru na pewno nas nie zawiedzie i w jubileuszowym #500 będzie nie jedno, ale pewnie kilka wielkich *BUM*, które ostro namieszają w i tak skomplikowanym życiu Murdocka. Zlecenie na Nelsona, jak zwykle dwulicowy Kingpin i jeszcze porwana Dakota, całkiem nieźle jak na jeden numer. Chociaż życie męczennika, jakie Matt wiedzie za panowania Brubakera, zaczyna trochę męczyć i mam nadzieję, że Diggle wniesie coś świeżego do tematu. Rysunki są jak zawsze na niezmienionym, bardzo dobrym poziomie, który idealnie współgra z fabułą. Ocena: 8/10

Gil: Prawdę mówiąc, niewiele się tu dzieje poza tym, że kolejne pionki ustawiają się na planszy. Sytuacja wygląda interesująco, bo niesie ze sobą spory potencjał, ale pozostaje oczywiste pytanie, czy Brubaker zdecyduje się go wykorzystać i którą z opcji wybierze. Podobno w finale ma być jakaś olbrzymia zmiana status quo, więc jest na co liczyć, ale byłbym ostrożny z entuzjazmem. Na razie ocena: 6.8/10.
Lokus: W zapowiedziach stało: "Finał historii Return of the King" i dlatego też z jeszcze większą ochotą sięgnąłem po ten komiks, który ostatecznie finałem jednak się nie okazał. Niemniej dostaliśmy kolejną bardzo dobrą odsłonę tej serii i fakt, że już niedługo (wcale jednak nie najgorszy) Diggle przejmie Daredevila, nie powoduje u mnie wielkiej radości. Jak zwykle w parze z ciekawym scenariuszem idą niesamowite rysunki Larka, który jest jednym z moich ulubionych rysowników w Marvelu. Podejrzewam, że w kolejnym, jubileuszowym w końcu numerze Brubaker czymś niesamowicie nas zaskoczy. Tylko czemu sądzę, że będzie to śmierć Foggy'ego?
W każdym razie za ten numer kolejne zasłużone 8/10

Krzycer: Hm. mam wrażenie, że akcja mocno zwolniła przed końcówką - mam nadzieję, że przynajmniej końcówka będzie wybuchowa. Tu oprócz wpakowania Dakoty w kłopoty (znowu) i nasłania Tarantuli i White Tiger na Foggy'ego Bru wiele nie zrobił.
Przy okazji - mam nadzieję, że Owl nie przeżyje tej historii. Głównie dlatego, że strasznie się ucieszyłem, kiedy Hood go odstrzelił i naprawdę nie wiem, po co było go przywracać do życia.


avalonpulse0098g.jpgDark Avengers/Uncanny X-Men: Utopia
Undercik:
Nigdy nie lubiłem rysunków Silvestriego, nigdy. Dlatego patrząc na okładkę i widząc go wraz z Ułamkiem, nie napawało mnie optymizmem. Jednak jak skończyłem to czytać, no cóż, to było naprawdę dobre. Co prawda strona graficzna i tak średnio mi się podobała, ale Fraction wzbił się na wyżyny. Cały ten numer to tak właściwie rozmieszczanie pionków przed centrum wydarzeń. Szykują się powoli pary do pojedynków (które i tak pewnie się rozpadną patrząc na preview UXM #513). Podmiana Xaviera - tego się nie spodziewałem. Numer ten rokuje dobrze na przyszłość, chociaż patrząc na historie w Invincible Iron Man - też się dobrze zapowiadało - to myślę, że przy pomocy BMB będą z tego ludzie. 9/10

Foxdie: Czekałem z utęsknieniem na ten numer ze względu na rysunki Silvestriego, który jest genialnym rysownikiem. Aczkolwiek znalazło się kilka krzywych facjat, które nie najlepiej się prezentują, strona graficzna komiksu jest wspaniała, zwłaszcza Emma, zarówno White, jak i Black. Fabularnie Fraction też daje radę, chociaż poziom irytacji podpisami w prezentacji każdej postaci zaczyna osiągać masę krytyczną i niestety nie zapowiada się, żeby pisarz miał zamiar z tym skończyć. Poza tym robi się naprawdę ciekawie i tym numerem Dark Reign wchodzi na nowy poziom, który może byc zapowiedzią końca tej ery. Nie wiadomo tylko, w jakim stanie wyjdą z niej mutanci. Z niecierpliwością czekam na następną część Utopii, gdyż zdaje się, że będzie to najlepsza historia od czasów Messiah Complex. Jak dla mnie tytuł tygodnia. Ocena: 9/10

Hotaru: Oj, co się porobiło z Silvestrim. Pamiętam czasy, kiedy podobały mi się jego rysunki. Teraz nie podobają mi się wcale. Drażni mnie jego szarpana kreska i fakt, że każda kobieca twarz wygląda tak samo. To, co zrobił z Hisako, woła o pomstę do nieba. Fabularnie jest lepiej, niż się spodziewałem. Fractionowi nie udało się wprawdzie wywołać u mnie wrażenia, że wybuchły konflikt jest organiczny, a nie z edytorskiego nakazania, ale chociaż zdołał mnie zaskoczyć wątkiem Xaviera. Zobaczymy, jak to się potoczy dalej.

Gil: I zaczęło się. Z hukiem pękającej bańki mydlanej. Rozumiem, że potrzebny był pretekst, żeby ruszyć całego crossa z miejsca, ale w przeciwieństwie do na przykład zniszczenia Cooperstown, ten jest po prostu głupi. Szczerze - nie wiem, jak durni musieli by być mutanci, żeby dać się złapać na tak ewidentną prowokację i w ten sposób napluć sobie do kaszy. Jak się chce odgrywać uciskaną mniejszość, to się siedzi na dupie, kiedy popaprańcy maszerują, a następnego dnia się urządza kontr-manifestację, albo komentuje w mediach. A ci tutaj wykazali się kompletnym odmóżdżeniem i dali przeciwnikom dokładnie to, czego chcieli, a nawet więcej. Bullshit! Dopiero od momentu wkroczenia Dark Avengers coś tu się zaczyna dziać i to bardziej pod względem akcji niż fabuły. W tej chwili obawiam się wielkiego knota. A rysunki? Cóż, Silvestri rysował już lepiej. Ocena: 4.6/10.
Pariah:
Wow. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Aż dwa razy sprawdzałem nazwisko na okładce i muszę pogratulować panu Fractionowi chyba najlepszego komiksu jego autorstwa (przynajmniej z tych, które czytałem). Całość jest dobrym, ciekawym, choć nie porywajacym wstępem do większego crossa. Zapewne wrażenia byłyby jeszcze lepsze, gdyby jego treść nie była w znacznym stopniu przedstawiona w licznych spoilerach, którymi Marvel reklamował to wydarzenie. Wisienką na torcie jest dla mnie ostatnia strona tego komiksu. Wielu z nas zastanawiało się, jak Osborn zdołał przekonać Charlesa Xaviera do przystąpienia do "jego X-Men". Odpowiedź zapowiada się na znacznie ciekawszą niż sądziłem. W końcu, jak pokazuje przykład Dark Avengers, po co nam oryginał, skoro możemy mieć przyjazną nam, idealną kopię... pytanie, kto to jest? Mystique? Cassandra? Może ktoś jeszcze inny. Dziwi mnie Daken, którego nigdy nie podejrzewałem o taki charakter. Jego zachowanie bardziej pasuje mi do jego koleżanki z zespołu Karli Sofen, ale jeśli o mnie chodzi, to wolę go takiego, niż kolejnego tępego osiłka. Rysunki też na bardzo dobrym poziomie, szkoda, że w UXM takich prędko nie uświadczymy... Za bardzo dobrą całość 8/10
Demogorgon: Na początek pragnę wszystkich uspokoić - nie jest tak źle, jak twierdzi Gil. Ale to też nie powód do wiwatów - tak dobrze, jak twierdzą inni też nie jest. Jest średnio. Bardzo chaotycznie to wszystko wypada przez pierwszą część komiksu, narracja i przeskoki w akcji - to wszystko jest jakby pisane na kolanie. Za to Darki, oraz ważniejsze postaci z X-Men, są napisani in character (za wyjątkiem Dakena, ale biorąc pod uwagę co w jego przypadku jest in character, to ten wyjątek bardzo cieszy). Z wpadek to nie widzę problemu w tym, że mutanci dali się sprowokować, dziwi mnie tylko, że nie zawiadomili burmistrz o kontrmanifestacji - dostaliby przecież kordon policji do ochrony i nie byłoby tej afery. Silvestri rysuje jak rysuje, miejscami lepiej, miejscami gorzej, ale da się to przeboleć.
Krusty: Trochę słabe, ale za to zakończenie mocne. Szkoda tylko, że jak zwykle ktoś robi z Xaviera wymiatacza, a ktoś inny... wiadomo. Trochę szkoda Emmy, bo raczej marnie skończy, a pasowała do Summersa, lepiej niż Jean. Co do Fractiona i samego komiksu, to tak samo zaczął swoją przygodę ze Starkiem, a wiadomo, jak to się potoczyło dalej i trwa nadal, więc raczej pozostanę sceptyczny.avalonpulse0098h.jpg
Misiael: Poszłooo! Na tego crossa ostrzyłem sobie zęby już jakiś czas, ostatecznie jak do tej pory w Dark Reign mutantów było jak na lekarstwo. To dziwne, bo to przecież wciąż duża i znacząca grupa super-ludzi.
Całość zaczyna się bardzo dobrze, choć mi osobiście początek "Utopii" skojarzył się z Młodzieżą Wszechpolską atakującą Paradę Równości - to głupie skojarzenie prześladowało mnie przez cały komiks, co sprawiło, że późniejsze wydarzenia wydawały mi się już mniej dramatyczne. Niesłusznie, bo Fraction już na samym wstępie odpala kilka bomb różnej wielkości - od kwestii Xaviera (która wydaje mi się trochę naciągana, bo u Bendisa machlojki Osborna są wyjątkowo przemyślane i ostrożne, a takie "ordynarne" załatwienie sobie poparcia "Xaviera" wydaje mi się dziwnie nie w stylu Normana) po telegraficzne przedstawienie, jak na całą tę sytuację reagują inne stronnictwa (co wydaje mi się kompletnie niepotrzebne, bo po pokazaniu w komiksie Richardsów, Storm i T'Challi, Lokiego, Dooma i Newów, można by sądzić, że te postaci odegrają jakąś znaczniejszą rolę w crossie). Pierwsza połowa komiksu to chaotyczna szamotanina, ciągła zmiana perspektywy, z której obserwujemy akcję, padają ważne i trudne słowa, pytania... Generalnie jest świetnie. Kiedy do akcji wkraczają Dark Avengers, zaczynają krystalizować się "pary" X-Man/Avenger, których walki będziemy (najprawdopodobniej) śledzić w kolejnych częściach crossa. Szkoda, bo liczyłem na wojnę niczym w finale Civil War, ale rozumiem takie podejście, bo dzięki niemu będzie można podejść do pojedynków w sposób bardziej osobisty i szczegółowy. Co do końcówki... Z przykrością zawiadamiam, że Emma w czerni nie prezentuje się już tak olśniewająco.
Kreska... Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Silvestriego, ale tu muszę przyznać, że jego praca wygląda bardzo dobrze, nie licząc kilku karykaturalnych kadrów czy dziwnej maniery rysowania podłużnych głów u postaci znajdujących się na dalszych planach. Kolorysta też spisał się bardzo dobrze. Cóż mogę powiedzieć? Zadowalające czytadło. 8/10
Lokus: Świat się kończy: w jednym tygodniu dostaliśmy zarówno bardzo dobry scenariusz Waya i Fractiona, czyli dwóch panów, których o to bym nie podejrzewał. Niemniej jednak, w przeciwieństwie do sporej części forumowiczów, nie zachwycam się tym komiksem aż tak bardzo. Ot, taka niezła historia, która nieźle się zaczęła, zapewne zostanie wypełniona ciekawymi pojedynkami (chociażby Venom vs Colossus) i zakończy się jakimś spektakularnym bum, które uderzy Emmę i tyle. Zobaczymy jednak, jak to się dalej potoczy. Rysunki takie jak to zwykle można oczekiwać od Silvestriego, czyli dobre i po podsumowaniu ocena 7/10 z zadatkami na lepsze w przyszłości.

Dark Reign: Zodiac #1
Gil: Okoliczności podobne jak w przypadku Lethal Legion i również tutaj seria zaskakuje na plus. Jest to głównie zasługą tytułowego bohatera, który radośnie sieje spustoszenie, łącząc artystyczną jatkę z nie do końca jeszcze jasną własną wizją świata. Jest fajnie, trochę psychotycznie, nawet nieco ellisowo. A na ostatnim panelu nasz psychol zdejmuje swój kaptur i okazuje się... No właśnie, co? Czy powinniśmy go rozpoznać? Bo jeśli tak, to coś nie wyszło. Był już jeden psycho-killer, nazywający siebie Zodiakiem i nawet nosił podobny kaptur, ale to chyba nie on, bo tamtego kilkanaście lat temu zmiótł Ghost Rider. O co więc chodzi? Trzeba będzie poczytać dalej, żeby się dowiedzieć, nie? Ocena: 7.4/10.

Lokus: Kolejna pozytywna niespodzianka w tym tygodniu. Nowy Zodiac zapowiada się na bardzo ciekawą postać i tylko gdyby nie paskudne rysunki Nathana Foxa, to na pewno zastanawiałbym się nad nadaniem komiksowi temu tytułu "komiksu tygodnia". Szkoda tylko, że fabuła jest bardzo podobna do powyższego Lethal Legion, z tym tylko, że Joe Casey o wiele lepiej poradził sobie z zainteresowaniem mnie tą mini. Z pewnością będę zaglądać do kolejnych odsłon, a i mam nadzieję, że Zodiac na dłużej zawita w świecie Marvela. Ocena, zgodnie z zapowiedziami, bardzo wysoka i dam 8/10, a może być jeszcze lepiej.

Krzycer: Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakiś villain ujął mnie od pierwszych stron. Zodiac jest absolutnie genialny. Po zapowiedzi miałem wrażenie, że przynajmniej częściowo był inspirowany Jokerem Ledgera. Po lekturze całości wciąż mam takie wrażenie.
I tylko nie wiem, czy ostatni kadr miał nam po prostu pokazać jego twarz, czy też to jest ktoś, kogo mieliśmy rozpoznać na pierwszy rzut oka i zakrzyknąć "więc to tak!".

Demogorgon: No proszę, kawał świetnej lektury. Zodiac już zapunktował na jednego z najlepszych villainów 2009, a to dopiero jego debiut. Co było do powiedzenia, zostało powiedziane przez innych, od siebie dodam tylko, że jeśli mieliśmy rozpoznać kim nasz bohater jest na ostatnim panelu, to to nie wyszło - no chyba, że to Light Yagami.

avalonpulse0098i.jpgDark Reign: Elektra #4
Hotaru: Mówicie co chcecie, ale mi się nadal podoba. Niektórzy narzekają na trochę za mało wyraźnie zarysowaną intrygę i jej zbyt powolny rozwój, ale mi to wcale nie wadzi, bo całą resztę wypełnia silna osobowość Elektry. Jestem pozytywnie zaskoczony rozwiązaniem pojedynku z Bullseyem, bo byłem prawie pewny, że po to na scenę został Wolverine. Lubię takie niespodzianki. No i wszystko ilustruje świetny Mann, dzięki któremu ta miniseria ma tak fenomenalny klimat. Miodzio.

Gil: Wciąż pozytywnie. Pojedynek z Lesterem stoi na wysokim poziomie, chociaż zakończył się szybciej, niż mogłem się spodziewać i zupełnie nie tak, jak bym chciał. Górę wziął wątek rudzielców, który nieodwołalnie kieruje historię znów w stronę uprowadzenia i Skrullów. Małym minusem jest wejście Wolverine'a. Po tym telefonie spodziewałem się, że gościnnie wystąpi Matt, ale jednak zdecydowali się na bardziej popularną postać. Rysunki generalnie dobre, z wyjątkiem ostatniego panelu, który jest straszną kaszanką. Ocena: 7.1/10.
Lokus: Czwarty numer tej mini nadal nie przynosi odpowiedzi na podstawowe pytanie: o co w zasadzie tu tak naprawdę chodzi? Pojedynek Elektry z Hawkeyem/Bullseyem niezły, lecz momentami nużący, a Lester dość spodziewanie dostał baty. Ciekawi mnie to, że chłop chyba jest niezniszczalny. Dopiero co Deadpool go przebił na wylot jakąś bronią, a teraz robi to Elektra. W następnym numerze dostaniemy na dokładkę Logana i może wtedy dowiemy się tego, po co w ogóle przywrócono tę postać podczas SI i zarazem wydano ten tytuł. Rysunki Claya Manna to najlepszy aspekt tej mini-serii i w sumie tylko za nie dam 5/10.

Krzycer: Spodobało mi się nawiązanie do wydarzeń z "Enemy of the State". Tyle jeśli chodzi o fabułę w tym numerze. Spodobał mi się również finał starcia Bullseye'a z Elektrą - tyle, jeśli chodzi o akcję.
Wciąż uważam, że to mało jak na cały numer ale mimo to dla tych dwóch fragmentów - warto.


Dark Reign: Sinister Spider-Man #1
Gil: Najbardziej liczyłem tutaj na Bachalo, ale okazało się, że nie jest w szczytowej formie. Nadal wygląda to dobrze, a zabiegi techniczne w postaci przeplatanki kolorowych paneli z czarno-białymi wypadają ciekawie, ale jednak widziałem jego dużo lepsze prace i nie mogę być do końca zadowolony. Fabuła wychyla się dosyć nieśmiało zza postaci Gargana, ale już w połowie numeru ośmiela się i zaczyna rozkręcać, a oba tory, którymi podąża, są interesujące. Zemsta na 3xJ wydaje się tutaj elementem bardziej oczywistym, natomiast Redeemer i jego garstka popaprańców są całkowitą nowością, która pachnie świeżością i zachęca. Jeśli ci nowi łotrzykowie będą tak dobrzy jak General Wolfram, to pewnie szybko ich polubię. Ocena: 7.4/10.
Krzycer:
Dobre! Na łopatki rozłożył mnie już początek z Venomem obcałowującym przypadkowe dziewczyny i narracją parafrazującą narrację otwierającą filmowego Spider-Mana. Potem był jeszcze dobry motyw z Candy ("President Osborn"?), interludium u Jamesona i wreszcie całkiem zaskakująca końcówka. Brian Reed potrafi. Chcę więcej.
Bachalo jest w wyższej strefie stanów średnich. Nie jest to to, co robił w X-Men i w Messiah CompleX, ale też nie ma tu potworków, jakie pojawiały się w jego Ultimate X-Men. Ogólnie jest dobrze.


Dark Reign: The Hood
#2

Gil: Bardzo dobrze! Początek i starcie z White Fang pokazują, że Hood wciąż jest tym samym frajerem, co na początku i kiedy nie odgrywa cwaniaka, a Dormammu nie trzyma go za rączkę, nawet szalona wdowa może mu nakopać. Później jest jeszcze lepiej, bo dostajemy konfrontację różnych stron jego życia, w którym ewidentnie się gubi, a w końcu pojawiają się też jakieś wnioski. I muszę dodać, że bardzo cieszę się z wejścia Satany, którą polubiłem w serii Witches. Plusem są też rysunki Hotza, zwłaszcza jego Lokinka. Ocena: 7.6/10.
Krzycer:
Jest dobrze. Więcej, jest bardzo dobrze. Ubawiła mnie rozmowa Enforcers i spotkanie Kabały.
I zastanawiam się tylko, jak uporządkować historie z Hoodem, żeby nadać sens temu, czego może dokonać. I wychodzi mi na to, że ta miniseria musiałaby być jak najwcześniej po SI, bo tu jeszcze opiera się Dormammu. Dalej mogłyby być akcja z NA od SI do numeru z tego tygodnia, po którym - tutaj już spekuluję - za pomocą Lokiego Parker zawiera nowy deal z Dormammu, na własnych warunkach i dzięki temu staje się potężniejszy. A potem może być Punisher (z wskrzeszaniem) i Marvel Zombies 4 (z teleportowaniem). Ale to tylko gdybanie.


Dark Reign: Lethal Legion
#1
avalonpulse0098j.jpg
Gil: Jest to coś, czego z decydowanie się nie spodziewałem. Na pierwszy rzut oka przypomina jedną z marginalnych serii, jakie ostatnimi czasy zwykło wypuszczać DC przy okazji swoich eventów, no ale cóż - charakter Dark Reign sprzyja takim właśnie posunięciom. Sam pomysł zjednoczenia garstki łotrzyków przeciwko Osbornowi jest niezły, a konstrukcja fabuły pozwala nam spojrzeć od razu na przyczyny i konsekwencje. Pozostaje jednak sporo znaków zapytania, a największym z nich jest Wonder Man. Niby nie pasuje tu za Chiny Ludowe, a jednak trzeba pamiętać, że zaczynał jako wróg Avengers, więc coś w tym jest. W ten sposób intryga chwyta i sprawia, że chcesz sięgnąć po kolejny numer. Trzeba też dodać, że rysunki pasują do klimatu.
Ocena: 7.1/10.

Lokus: Nie spodziewałem się wiele po tym tytule i też niewiele dostałem. Grupka drugoligowych złoczyńców zakłada sojusz przeciw Osbornowi i ma zamiar sabotować jego poczynania. Niestety, scenariusz Franka Tieriego jakoś szczególnie mnie nie zachwycił, czego jednak nie można powiedzieć o bardzo miłych dla oka rysunkach Mateusa Santolouco. Jako, że mini-seria ta nie będzie zbyt długa, to pewnie przerobię ją w całości, lecz podejrzewam, że znacznie lepsza nie będzie i to pomimo zapowiedzianej obecności Wonder Mana. Można, ale nie trzeba i dlatego wystawiam neutralne 5/10.

Krzycer: Wonder Man w Lethal Legion? Że co? Że jak? No właśnie?
Pierwszy numer mi się spodobał, ale nie będę zaprzeczał - Gamma Corps też zaczęły się nie najgorzej...

Demogorgon: Jedna z dwóch największych niespodzianek miesiąca. Spodziewałem się chały, a tu proszę - świetny komiks. Ma genialny klimat, a pomysł by pokazać skutki i zacząć opowiadać jak do tego doszło jest mocny. No i ostatnia strona - a ten co tu robi?

Incredible Hercules #130
Hotaru: Ale się wynudziłem! Czytając ten cały proces Zeusa czułem się, jakbym sam odbywał jakąś karę. Strasznie mnie męczył cały ten motyw i jak dla mnie numer ratuje tylko kilka scen z Cho. Bardzo liczę na zdecydowaną zwyżkę poziomu scenariusza w kolejnym numerze, bo ten jest już kroczek od bycia naprawdę kiepskim. Na szczęście, nie leży to poza zasięgiem możliwości Paka i Van Lente.

Gil: Przed nami kolejny świetny numer z przygodami Herculesa i jego eromenosa w Hadesie. Co prawda nie ma już takiej jazdy jak poprzednio, ale wciąż jest świetnie, a gości nie brakuje. Z jednej strony mamy całą śmietankę boskich wrogów, a z drugiej niespodziewanie pojawia się wujek Ben. Proces Zeusa przebiega co najmniej niestandardowo, a zarówno argumenty obrony, jak i oskarżenia potrafią powalić. I jakby tego było mało, na końcu pojawia się prawdziwy Dark Hercules. Bardzo na czasie. Ogólnie: 7.8/10.
Krzycer:
O, wujek Ben! Dawno go nie widzieliśmy. Główną atrakcją jest jednak proces, urozmaicany przez obrazowe przedstawienie relacji Zeusa i Herca. (Przy okazji: "Papakrak!"? Pisałem już, że Pak i Van Lente za dobrze się bawią wymyślając onomatopeje. Chyba, że to gość od wstawiania literek robi). Do tego parę wstawek w rodzaju "Says who?" czy "Shut your ambrosia-hole!" i wychodzi kolejny świetny numer.
No i zaskoczyła mnie końcówka. Po minie Herca myślałem, że to będzie Demogorge.


avalonpulse0098k.jpgDark Wolverine #75
Undercik:
No to Way tym numerem udowodnił, że urósł na scenarzystę co najmniej średniego. Tendencja zwyżkowa Daniela trwa, ale tym numerem mnie zaskoczył. To jeden z jego najlepszych komiksów w karierze. W końcu Daken mi się podoba. Sama scena, jak stoi na dachu Avengers Tower, spodobała mi się już wcześniej, kiedy zobaczyłem same rysunki. W sumie ten numer pokazuje ciekawiej relacje w DA. O wiele lepiej niż w regularnym tytule tego zespołu. Mam nadzieję, że Way przeniesie ten poziom do W:O, tam nadal jest słabo i nie mogę tego czytać. Liczę na tego scenarzystę, że pisać synka Logana umie udowodnił tutaj. 9/10

Gil: Daniel Way i Daken - czy może wyjść z tego cokolwiek dobrego? Cóż, jeśli dorzucić Marjorie Liu, może wyjść przynajmniej coś nienajgorszego. Mój problem z pomysłem na tę serię polegał na tym, że nie mogłem sobie wyobrazić, o czym mogłaby ona być. Daken jest postacią praktycznie bez charakteru, więc niewiele jest tu pola do popisu. A jednak udało się zrobić coś, w czym osoba maniakalnego mordercy z przeróżnymi odchyleniami pasuje jako punkt centralny. Nawet jeśli sprowadza się do drażnienia Lestera i monologów myślowych o niczym. Mogło być znacznie gorzej, więc dam 6.0/10.
czarny_samael:
Dla mnie kandydat na numer tygodnia. Rozmowa Venom-Daken-Bullseye to chyba jedna z najlepszych "dyskusji" roku, ale co ciekawe, nienajlepsza tego numeru! Najlepszą było jej zakończenie i "Stop" Sentry'ego. Widać, że nawet Venom czy Bulls przy Bobie to typowi, normalni, spokojni ludzie. Daken zyskał u mnie tym numerem naprawdę sporo i na pewno sięgnę po następny komiks z serii Dark Wolverine. Mocne 9/10.
Krzycer: Może ten kadr z Utopii nastroił mnie pozytywnie. Może to zbawienny wpływ Marjorie Liu. A może po prostu gwiazdy są we właściwym ułożeniu, Aldebaran widoczny na nieboskłonie i wystarczy zakrzyknąć "Hastur! Hastur! Hastur!", by osiągnąć niebywałe rezultaty.
Dość powiedzieć, że ten tydzień zapamiętam jako tydzień, w którym autentycznie polubiłem Dakena i stwierdziłem, że dla Way'a jest jeszcze nadzieja. Możliwe, że to złudzenie rozwieje się wraz z następnym Deadpoolem, ale mniejsza o to. Liczy się to, że dostajemy naprawdę niezłą rzecz w postaci tego komiksu - i jeden z najlepszych występów Sentry'ego.

Lokus: Do komiksu tego podszedłem z wielkim niepokojem. W końcu jak dotąd dominowało działanie Way + Daken = totalna i nudna głupota, a tu taka niespodzianka. Dotąd Dakena porównywałem bardzo często do Damiana Wayne'a – syna Batmana i nowego Robina ze świata DC. Okazuje się jednak, że i z obu tych postaci można wycisnąć coś dobrego. Być może wynika to z faktu, że Way jednak miał pomoc w pisaniu scenariusza, a z czasów Original Sin pamiętamy, że wtedy radzi sobie zaskakująco dobrze. Giuseppe Camuncoli świetnie uzupełnił całość swoimi rysunkami, a scena w Avengers Tower, a konkretnie reakcje Darków po "Stop" Sentry'ego, to chyba scena miesiąca. Oby tak dalej i w pełni zasłużone 8/10 dam.

Demogorgon: Druga największa niespodzianka miesiąca. Daniel Way pisze dobry komiks z Dakenem? Niemalże cud na miarę Titanica dopływającego do Ameryki. Nie wiem czemu, ale po raz pierwszy chyba od zawsze Daken ma ciekawą osobowość. No i Way poradził sobie z ładnym nakreśleniem relacji w zespole, choć nieco przesadził z pewnością siebie Dakena. Jest o wiele lepiej, niż mogłem się spodziewać.

Immortal Iron Fist #27
Gil: No i co? Skończyło się rumakowanie? Finałowy numer serii zostawił mnie z mieszanymi uczuciami. Jego pierwsza część, czyli ciuciubabka z Hydrą, to zupełny meh i coś, nad czym można przejść do porządku dziennego, nie zawracając sobie głowy faktem, że brzydkie. Problem tkwi w tym pomyśle z dzieckiem, bo nie widzę sensu zaczynania takiego ważnego wątku, żeby go zostawić na pastwę losu, kiedy szanse, że zostanie po prostu zignorowany przez resztę świata, są olbrzymie. No cóż, miejmy nadzieję, że będzie inaczej i Danny nam nie zniknie zakopany w pieluchach ani nie przejdzie na emeryturę. Tutaj ocena: 5.1/10.
Krzycer:
Kolejny bohater nam ztatusiał. Numer wypadł wcale nieźle (jak na Swierczynskiego...), Danny zastosował improwizowane gun-fu, jeśli dobrze zrozumiałem? Mniejsza z tym. Pierścionek w kubku po chińszczyźnie był uroczy, podobnie końcowa rozmowa Danny'ego z Lukiem.
Odbiór znacząco poprawiła zmiana rysownika - miejscami było prawie tak dobrze, jak kiedy rysował Aja.
Fajna była również zapowiedź Immortal Weapons: Fat Cobra.


Guardians Of The Galaxy
vol.
2 #15
avalonpulse0098l.jpg
Hotaru: Trochę spodziewałem się takiego rozwiązania starcia Inhumans vs Shi'Ar, ale tylko dlatego, że miejsce tej konfrontacji jest w głównej miniserii eventu. Ale poza tym jest fajnie. DnA dostarczają odpowiedniej ilości momentów, które są niczym balsam na mój spieczony fanboyowski karczek. Cieszy, że nie zapominają o postaciach, a nie skupiają się tylko na fabule WoK. Graficznie mogłoby być trochę lepiej, ale nie można mieć wszystkiego. I tak jest całkiem dobrze.
Gil: Wielkie starcie okazało się nie być aż tak wielkim, jak można było przewidywać, ale i tak wypadło świetnie. Zwłaszcza po fortelu Crystal, który też pozwolił Inhumans wycofać się i pozostawił Gwardię Imperialną na łasce naszych dzielnych bohaterów. A ci skopali tym tyłki aż miło. Oczywiście nie może być aż tak sielankowo, bo większa część grupy gdzieś znika, pojawiają się kolejne spięcia z zarządem Knowhere, Warlock znów magusuje, a Szop ma zgryz, bo dowiedział się o śmierci Lilandry. W skrócie: to, co GoG najlepsze. Szczególne wyróżnienie za spotkanie Cosmo i Lockjawa. Ocena: 7.9/10.
Krzycer:
Hi. Wielka bitka potoczyła się zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażałem po ostatnim numerze, a to dzięki Black Boltowi wycofującemu Inhumans na z góry upatrzone pozycje tuż po odbiciu Crystal. W finale wreszcie powrócili Drax, Szop i przyległości, a w samej końcówce całość została postawiona na głowie, bo Knowhere ożyło, a część postaci gdzieś wcięło.
Do tego stawiane są kolejne pytania dotyczące Warlocka, a całość okraszona jest uroczym poczuciem humoru ("For Cleveland?" i "Could you kick her, too, while she's down?" to moje ulubione teksty z tego numeru. I jeszcze scenka z Cosmo i Lockjawem. I jeszcze parę innych...)


Ms. Marvel vol. 2 #40
Gil: Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy Karla powinna zostać główną bohaterką tej serii, to powinien je porzucić właśnie teraz. Nie dość, że dzięki rysunkom Takedy wygląda wspaniale, to w dodatku sprała świecącą babkę Osbornem (nie, to nie pomyłka) w obronie przechowywanych w szafie baby-MODOCów. Marvelous! Jakby tego było mało, w gościnne progi serii zawitał Deadpool i to naprawdę zabawny. Spider-Man też był. I oczywiście Wolverine, który rozbroił mnie całkowicie, zabawiając małą Dani Cage. Oby tak dalej, bo Brian Reed został moim bohaterem tygodnia. Ocena: 7.9/10
Krzycer:
Reed pisze Deadpoola! Przynajmniej przez chwilę. Deadpool, rzecz oczywista, rządzi - jak zwykle, kiedy tylko jest poza swoim własnym tytułem. Osborn dowiaduje się o szafie pełnej dzieci, Karla zamiata Osbornem podłogę, żeby przegonić energetyczną laskę (scena numeru), a bliźniacze energetyczne laski, tylko w odmiennej kolorystyce, odwiedzają krewnych i znajomych królika... znaczy Carol... zostawiając ślady w kształcie piorunów.
Reign of Supermen a'la Ms Marvel?
Nie ma co - ciekawy numer.

Sc0agar4k: Dużo dobrej rozwałki (Osborn w roli maczugi - tak nie traktuje się szefa :D). Deadpool śmieszy w swoim stylu, jest również Spidey, a Logan robiący za opiekunkę - bezcenne :D. Do rysunków nie mam zastrzeżeń.
Demogorgon: Fajne, walka mi się podobała, tajemnica jak zawsze intrygująca, a Deadpool wymiata. No i plus za Logana robiącego miny.

avalonpulse0098m.jpgNew Avengers #54
Undercik:
To już postanowione. Voodoo będzie nowym SS. Co prawda mało mnie to obchodzi, ale patrząc na jego występ tutaj, zapowiada się dość bezpłciowo. Sam numer jest gorszy od poprzedniego. Ciekawi mnie teraz, co będzie z Hoodem. Jednak patrząc na Dark Avengers #6, to zapewne wróci do stanu przed tą historią. Pytanie tylko, za jaką cenę i jaki w tym czymś będzie miał udział Loki. 6+/10

Hotaru: Tyle się naczytałem o nowym Sorcerer Supreme, że kiedy w końcu przeczytałem ten komiks, miałem uczucie deja vu. Jak większość, nie wątpię, że separacja Hooda i Dormammu jest wybitnie tymczasowa i że nic z niej nie wyniknie. Rysunków Tana nie lubię i w tym numerze nie pokazał niczego, dzięki czemu byłbym skłonny zmienić moją opinię. Cieszy mnie jednak, że magiczna część Marvela zyskała jakiś spójny kierunek, w którym ją pchnięto. Może powstanie z tego coś fajnego.

Gil: Najpierw dostajemy zbliżenie na Jericho Drumma, żebyśmy mogli lepiej się mu przyjrzeć i wysnuć jakieś przypuszczenia, czego możemy się spodziewać po nim i zapowiadanej serii z jego udziałem. Później mamy kawał porządnej mistycznej bijatyki, w której pojawiają się dalsze przesłanki odnośnie wzrostu znaczenia magii i czegoś, co może kiedyś przeistoczyć się w magiczny event. Na koniec jeszcze jeden medialny stunt Clinta i jego konsekwencje, które mogą pójść w ciekawym kierunku. Innymi słowy, nadal dobrze i nawet Tan daje radę. Ocena: 7.7/10.
Bertoluccio:
Nowy Sorcerer Supreme mnie nie rusza i wolałbym kogoś innego, ale dam mu szansę. Za to ciekawe co będzie teraz z Parkerem (zastanawia mnie, czy kiedy Madame Masque krzyczała to imię, to Spider się obejrzał ;)) bez jego kapturka. Loki widać ma w stosunku do niego plany, ale jakie? I jeszcze minus dla Bendisa za niejasną chronologię w komiksach pisanych przez samego siebie. W Darkach Hood jest cały i zdrowy podczas spotkania Kabały, chociaż wydaje się, że odbywa się ono po wydarzeniach z tego numeru (odnosząc się do wywiadu Normana w telewizji). No, chyba, że to efekt umowy z Lokim.
Krzycer: Parę dobrych tekstów Pająka, bardzo dobra scena egzorcyzmowania Dormammu i kolejna dobra akcja medialna Bartona, która jednak spłynęła po Osbornie jak po kaczce. W sumie całkiem niezła końcówka poszukiwań nowego SS. Szkoda tylko, że najwyraźniej całe to egzorcyzmowanie pójdzie na nic, bo w Dark Avengers Hood znowu ganiał w kapturku...

Nova
vol.
4 #26
Gil: Rysiek wrócił na dobre i kopie tyłki jak dawniej. Sytuacja jest poważna i wymaga prawdziwego dowodzenia, odpowiedzialności i takich tam pierdół, ale za to relacje z Ko-Rel/Worldmindem przynoszą trochę rozluźnienia. Sceny z rannym Qubitem i stertą hełmów wyszły naprawdę przejmująco, jak w dobrym filmie. Za to szeregowiec Robbie wcale nie wygląda, jakby potrzebował ratunku. Przynajmniej póki Strontian nie wstanie. Efektowny powrót i efektowna ocena: 7.8/10.
Krusty: P
rzez 3/4 numeru na uspokojenie i poskładanie akcji, potem zaś niezła rozróba i przerwa w najlepszym momencie... damm you writers. Najlepsze w Novie, jak i całym WoK jest to, że w przeciwieństwie do DR nie ma się wrażenia że wiele rzeczy, postaci, wydarzeń nie pasuje do siebie, tu wszystko idealnie ze sobą współgra, wielkie brawa. Małe crossy Marvelowi najlepiej wychodzą i basta.
Krzycer: Ożeż. Na początku nie dzieje się wiele, ale kiedy już akcja przenosi się na Nil-Rast... Strzelanina z Inhumans, rozejm, Qubit w ciężkim stanie, góra hełmów - świetna rzecz. I naprawdę ma dramaturgię filmu wojennego i tytuł historii nie jest po prostu tanim nawiązaniem.
Jak rozumiem, to dzieje się przed atakiem Blastaara na terytoria Ravenousa? W przeciwnym wypadku ktoś by coś chyba wspomniał...


Secret Warriors #5avalonpulse0098n.jpg
Hotaru: Jonathan Hickman najwyraźniej postanowił poćwiczyć przed Dark Reign: The List - Secret Warriors i już teraz zaczął pisać komiks z "Secret Warriors" w tytule, który jest o Nicku Fury. Whatever rocks his boat. Systematycznie tracę zainteresowanie tym tytułem i teraz czytam go już tylko ze względu na nieprzystające do fabuły rysunki i postać Phobosa. Którego w tym numerze praktycznie nie ma. Wynudziłem się.
Gil: Z tym numerem nawiedziło mnie uczucie, jakbym właśnie przeczytał jeden z zeszytów starego marvelowskiego G.I.Joe. Ten miał podobny charakter i zbliżony schemat fabularny: doborowy oddział Nicka kontra ekipa Hydry to prawie jak starcie G.I.Joe z Cobrą. Kiedyś bardzo lubiłem tamtą serię, więc to skojarzenie jest plusem, ale trudno pominąć taki szczegół, jak praktyczny brak tytułowych bohaterów, którzy pojawiają się aż na jednym panelu. Mimo wszystko dobrze jest i właśnie akcja się zagęszcza, bo ta bitwa na terytorium Normana z pewnością doprowadzi do czegoś większego. Na razie 7.0/10.
Lokus: Cholera, jakoś nadal nie umiem przekonać się do tego tytułu. Niby jest w nim wszystko co być powinno: akcja, intryga, dość ciekawi bohaterowie i przede wszystkim Stefano Caselli na pozycji rysownika. Ale jednak dla mnie to wciąż za mało. Być może to dlatego, że nigdy nie pałałem jakąś przesadną sympatią do Nicka Fury'ego, a może też, że zawsze miałem reakcję alergiczną na nazwę HYDRA. W każdym razie dam 6/10 i poczekam do końca tej historii, po czym pożegnam się jednak z tym tytułem.

Runaways vol. 3 #11
Hotaru: Moi Uciekinierzy wrócili! Kathryn Immonen dała radę i jestem naprawdę szczęśliwy, że mogę to wszem i wobec obwieścić. Po raz pierwszy od dawien dawna podczas lektury tego komiksu poczułem to "coś", co czyniło historie Vaugna tak fajnymi. Brawa należą się też Sarze Pichelli i Christinie Strain, bo Runaways dawno nie wyglądali tak dobrze. Wprawdzie widzę jeszcze miejsce na poprawki, ale i tak jest świetnie. Uciekinierzy żyją! No... nie wszyscy...

Gil: Dzieci, podziękujcie pani Kathryn Immonen, bo przywróciła nam prawdziwych Runaways. Seria w końcu odzyskała właściwy sobie klimat, charakter, lekkość narracji i wiele z tych rzeczy, które ją wyróżniały. Nie jest identycznie, jak za czasów Vaughana i niektórzy mogą to odczuć jako minus, ale moim zdaniem jest nawet lepiej, bo pani Kasia ma w sobie ogromnie dużo świeżości, którą zaraża tak bohaterów, jak i czytelnika. Po raz pierwszy od dawna byłem naprawdę zadowolony po lekturze. Dodam tylko, że rozwiązanie fragmentu "one will die" jest dosyć podchwytliwe, ale też najlepsze z możliwych. Plus również dla Sary Pichelli, bo rysunki pasują w sam raz. Ocena: 7.7/10.
Krzycer:
O nie! Tylko nie Old Lace! Poza tym wygląda na to, że pani Immonenowa ma jakiś pomysł na Klarę (wreszcie) i będzie to coś zaskakującego. Przypadkowe ściągnięcie Predatora - dziwne. Mam nadzieję, że ten wątek posłuży czemuś oprócz zdemolowania domu Uciekinierów.
A w tym numerze świetnie wypadł męski taniec.


avalonpulse0098o.jpgSkaar: Son of Hulk #12
Black Bolt: Chyba najlepsza część tej serii, tak na sam koniec przed zmianą tytułu i artystów. Nawet rysunki się poprawiły. Widać, że Limowi najlepiej wychodzą wielkie mięśniaki. No i potwierdziły się słowa Richardsa, że Banner celowo spycha osobowość Zielonej Blizny, dlatego od WWH mamy głupiego Hulka. Dobre starcie dwóch olbrzymów z zaskakującą końcówką, przynajmniej dla mnie, bo spodziewałem się czegoś zupełnie odwrotnego. A do tego świetny epilog, bo skoro Galactus uzależnił się od Old Power, to wcześniej, czy później, będzie musiał przybyć na Ziemię. :D

Krzycer: Zgrabne i dość logiczne wytłumaczenie zidiocenia Hulka to najlepszy element tego komiksu. Samo klepanie się po mordach było mocno przeciętne. Poza tym pogubiłem się już kompletnie, jeśli chodzi o służbę Surfera u Galactusa - mam wrażenie, że ten co chwila go przyjmuje, by za moment znowu wywalić na zbity pysk. Normalnie jak Ross i Rachel. "We were on a break!"...
Lokus: Kolejny komiks, który okazał się być bardzo dobrą historią, chociaż zupełnie bym się tego nie spodziewał. Zarówno Skaar, jak i Hulk pokazali, że są wielkimi wojownikami, z tym że ich starcie oceniam jednak jako 1:0 dla juniora. Na swoje pożegnanie z tą serią Greg Pak dał popis swoich umiejętności pisarskich, których oczekiwałem przez rok obcowania z synem Hulka. Oby teraz Jenkins nie zawiódł moich oczekiwań. Również wątek Galactusa zapowiada się nieźle. Zobaczymy, jak to będzie, a za ten numer wystawiam mocne 7/10.


Terror Inc.,: Apocalypse Soon
#3

Hotaru: Magia znana z pierwszej miniserii bezpowrotnie uleciała. Próbuję wykrzesać z siebie choć cząstkę entuzjazmu, jaki towarzyszył lekturze tamtego komiksu, ale bez skutku - Apocalypse Soon jest gorszy fabularnie, że o stronie graficznej nie wspomnę. Szkoda.

Gil: Oj, nie ma ta seria szczęścia do rysowników, nie ma... Nie wiem, dlaczego Turnbull nie dokończył numeru, ale niejaki Penalna, który go zastąpił, jest już absolutną porażką. Buźka Terrora wychodzi mu może nieco lepiej, ale już reszty ciała nie potrafi narysować poprawnie. A fabuła? Cóż, brnie sobie naprzód i mam wrażenie, że robi to trochę zbyt skokowo. Sam pomysł nadal jest dobry, relacje między postaciami są świetne, ale skoki między scenami są czasami zbyt częste i zbyt dziwne. Mam nadzieję, że jeszcze zdoła nas pozytywnie zaskoczyć.
Tymczasem ocena: 6.9/10.
Krzycer:
Fabuła posunęła się do przodu, parę rzeczy wyszło na jaw, wątek z przeszłości został powiązany z tym, co dzieje się obecnie, choć nie do końca tak, jak można się było spodziewać. To nadal jest to samo, co w poprzedniej miniserii, tylko w innych dekoracjach, ale to nie zmienia tego, że nadal miło mi się to czyta.
Wymiana rysownika w połowie numeru to dziwny zabieg, ale w sumie wychodzi na dobre - przynajmniej Terror zaczyna jakoś wyglądać, choć nadal nijak się to ma do tego, co w poprzedniej miniserii odstawiał Zircher...


Timestorm 2009/2099: X-Men
Gil: Odświeżone oblicze X-Men przyszłości wypada nieco lepiej niż ich oryginalna wersja i jakoś bardziej pasuje to tej wizji świata. Jednoręki Logan może nie robi wielkiego wrażenia, ale przynajmniej to jakieś urozmaicenie. No i spotykamy Dooma przyszłości, który poświęcił się dla dobra całego świata. Wzruszające. Rysunki trochę nierówne, ale za to mają swój klimat. Ocena: 6.6/10.
Krzycer:
Kolejny kawałek przyszłościowej układanki... a ja wciąż mam niedosyt bo nie mam pojęcia, do czego Reed dąży z całą tą historią. Ale przynajmniej czyta się to miło.
A poza tym to już drugi przyszłościowy Doom w tym tygodniu. Ten jednak przebija x-factorowego, bo najwyraźniej poświęcił swoją moc i co tam jeszcze by uratować świat? Miło z jego strony.


Thor #602
avalonpulse0098p.jpg
Gil: Straczynski chyba zawczasu zaplanował swoje odejście z serii, bo widać, że zaczyna sprzątać po sobie i robi to w zbytnim pośpiechu, popełniając błędy. Najwyraźniejszym jest fakt, że Loki pojawia się znów w męskiej postaci, chociaż wszędzie indziej jest kobietą i nic nie wskazywało, że to się zmieni w najbliższym czasie. Miałoby to sens po powrocie Sif, ale to dzieje się w końcówce numeru, a Loki jest inny od początku. Poza tym, wspomniany powrót też nastąpił trochę znienacka, bo wcześniej nic na niego nie wskazywało. No i jest jeszcze doktor Strange, który nie pasuje do wydarzeń w New Avengers i w ogóle jakoś podejrzanie wygląda.
Na szczęście, mimo tych wszystkich sęków, nadal czyta się lekko i przyjemnie, więc ocena spadnie tylko nieznacznie, do 7.5/10.
Bertoluccio:
Koniec Lokinki. Szkoda, bo się już przyzwyczaiłem do tej formy Lokiego, zwłaszcza, że tak na prawdę nie ma w komiksach żadnej wybijającej się postaci żeńskiej będącej jednoznacznie złą oraz posiadającą wystarczającą moc, aby liczyć się w rozgrywce zwanej Dark Reign. Reszta numeru na zwykłym poziomie, czyli wyśmienicie. Mam nadzieję, że plotki o odejściu JMS się nie potwierdzą.
Lokus: Kolejne długie oczekiwanie na następny numer opłaciły się: ten komiks był i jest świetny, a fakt, że niedługo odchodzi z niego JMS, napawa lękiem o poziom kolejnych numerów. Lokinka przechodzi do historii i szkoda, bo był/była najbarwniejszą postacią tego ongoingu. Ciekawe, jak potoczą się dalsze losy Thora, gdy teraz odzyskał swoją miłość. Rysunki Marko Djurdjevica jak zwykle świetne i nie może być inaczej niż wystawić za ten komiks mocne 8/10
.
Sc0agar4k: Kolejny bardzo dobry numer. Thor dzielący się mocą z Mjolnirem, co może pociągnąć za sobą nieoczekiwane konsekwencje. No i odzyskał swoją ukochaną. A Loki, jak to Loki, ciągle coś knuje. Tylko szkoda, że już nie w formie kobiecej.
Demogorgon: Loki nagle wraca do swojej prawdziwej płci i wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego - to mi strasznie przeszkadzało w lekturze, zwłaszcza, że w tej postaci pojawił się w tym tygodniu tylko w Utopii. Jakoś mało mnie obszedł wątek Thora i osłabienia go - przyćmił go Bill, który skradł numer, oraz rozmowa Blake'a z duchem. Mam nadzieję, ze następcy Straczynskiego nie zepsują serii. I modlę się, żeby kogokolwiek wybiorą, nie był to Fraction albo Loeb.

Thunderbolts #133

Gil: Pod okiem Diggle'a seria rozwija się świetnie. W tym numerze każda scena była bardzo dobra, wnosiła coś lub pozostawiała pytanie. Doskonałe wykorzystanie przestrzeni, trzeba przyznać. Perłami numeru są rozmowy Ant-Mana z Paladinem i Ghosta z Black Widow - obie na tyle dobre, że nie przyćmił ich powrót Songbird, ani nawet ujawnienie tajemniczego pracodawcy Black Widow. Swoją drogą, widząc pseudonim "Whiskey Chaser" od razu pomyślałem, że to Stark, ale cóż... A rysunki Sepulvedy też bardzo dobre. Ocena: 7.9/10.
Krzycer:
Melissa wróciła! Mam nadzieję, że przeżyje Dark Reign. Gwoździem numeru jak dla mnie była jednak rozmowa Ant-Mana z Paladinem - dobra rzecz. Z kolei mocodawca Black Widow był mocno oczywisty.
Jakieś przesłanki kim może być Scourge?

Pariah:
Kolejny wyśmienity numer w tym tygodniu, moim skromnym zdaniem najlepszy. Już sama rozmowa Black Widow z Ghostem była wyśmienita, do tego powrót Songbird pokazującej klasę w starciu z H.A.M.M.E.R. i cudna wizualnie scena w stylu: "I am Phoenix!" ;) . Jak zawsze zarządził O'Grady, dość ryzykownie, głośno wyrażający swoje poglądy :) Uwielbiam jego styl. Wbrew powszechnym opiniom uważam, że świetnie nadałby się do zreformowanych T-Boltach, nieco bardziej heroicznych, którzy pojawią się zapewne najdalej na koniec Dark Reign pod wodzą Songbird, która jak szczerze wierzę, przetrwa DR (autor zapewnieał kiedyś fanów w wywiadzie, że ma przeżyć, bo o ile obecnie nie mogła należeć do grupy, to ma co do niej plany w późniejszym czasie). 8/10
Sc0agar4k: Songbird powraca na scenę. Mam nadzieję, że na dłużej. I znów przykład grupy, w której każdy działa na własną rękę. Jest i Ant-Man użalający się przy alkoholu. Kolejny ciekawy numer w tym tygodniu.

avalonpulse0098q.jpgUncanny X-Men #512
Gil: Pierwszy numer napisany przez Fractiona, który miał szansę mi się spodobać, a to za sprawą archaicznego Sentinela ze sterem jak na statku, który był naprawdę fajny. Niestety, to nie wystarczyło, bo pojawiły się inne elementy dyskwalifikujące. Zacznijmy od tego, że Beast zabiera Psylocke, żeby ukrywała jego prawdziwy wygląd. Tak jakby nie miał kolekcji induktorów obrazu... Jeszcze głupszy pomysł to zakopanie fiolek z krwią na ponad sto lat. Nawet gdyby to przetrwały, udowodniono już, że akcja Wandy zniszczyła gen X w innych próbkach, a nawet w nieboszczykach, więc znów rozbijamy się o bullshit. No i cała ta akcja z odbieraniem własnego porodu zakrawa na tani chwyt. Ale przynajmniej rysunki niezłe. Ocena: 4.9/10.
Krzycer:
Zaskakująco przyjemny numer. Dr Nemesis nabrał trochę wyrazu, choć asystowanie przy własnym porodzie... Mocno zakręcony wątek, ot co. Steam-punkowy Sentinel był w najlepszym wypadku śmieszny. Wypadłby odrobinę lepiej, gdyby nie mówił. W ogóle pomysł Fractiona, by to Hellfire Club odpowiadał za Sentinele, wydaje mi się nieco dziwny, ale mniejsza o to (bo to jest pomysł Fractiona, a nie coś, co było mówione wcześniej, prawda?).
Bardzo spodobała mi się za to sugestia, że Złoty Celestial stoi gdzie stoi ze względu na to, co tam zakopano.

Pariah: Czyżby forma Fractiona sie podniosła? Nie jest to poziom wstępu do Utopii, ale jest dobrze. Świetnie wypadli zarówno rodzice Nemesisa, jak i Hellfire z ich zabytkowym Sentinelem :). Wszystko to przywodzi namyśl Wild Wild West/Deadlands. Oryginalnie i pozwala wytworzyć bardzo fajny klimat. Nie wiem jak to jest, że Marvel raz twierdzi, że zmiany w przeszłości tworzą alternatywną rzeczywistość, a tutaj próbki krwi przetrwały do naszych czasów, a wybuch Sentinela spowodował historyczne trzęsienie ziemi :). Nie ma co gdybać, czasoprzestrzeń to zawsze śliski temat. Swoja drogą to zachodzę w głowę, czy to właśnie nie dzięki akcji X-Club High Evolutionary zwrócił moc Magneto. Może właśnie tego szukał przy Celestialu Magneto w UXM # 500? Jeśli tak, to już za to 7/10.


Wolverine: Noir
#3

Gil: Kolejny krok w stronę ujawnienia tajemnic nułarowego Logana, kolejne niespodzianki, kolejne spotkanie z Creedem. Ale co najważniejsze, jest to kolejna dawka świetnego klimatu, bardzo dobrze współgrającego z założeniami serii. Czekam na finał i wystawiam 7.0/10.
Krzycer:
Ten tytuł jest najbardziej noir z całego dotychczasowego imprintu Noir. Logan wyliczający Mariko, co działo się z nim w ciągu ostatnich 36 godzin kojarzy się z podobną wyliczanką padającą z ust Marlowe'a w "Żegnaj, laleczko" Chandlera. Historia jego nieudanych oświadczyn jest w porządku, świetna robi się, kiedy w końcówce sam siebie pyta, po co właściwie wziął wtedy noże.
A końcówka, w której pada nieprzytomny, wraz z komentarzem Creeda - komiksowa poezja.
Świetna rzecz.


Wolverine: Weapon X
#3

Gil: Coraz bardziej zaczyna mnie męczyć ta seria. Gonitwa po dżungli nie ma w sobie absolutnie nic ciekawego, bo sytuacja, w której Wolvie kogoś tropi, albo jest tropiony w lesie, dżungli czy parku nie jest niczym nowym. Pojawia się osoba odpowiedzialna za całe zamieszane, która okazuje się korporacyjnym przestępcą w białym kołnierzyku. Było. Jedyne, co się broni, to panna Garner, która kopie więcej zadów niż Logan. Ogólnie: 5.1/10.
Krzycer:
Wolverine is... the Predator! A poza tym machinacje Roxxon, wielka polityka, wielkie pieniądze i Maverick osłaniający panią dziennikarkę. I ten drugi wątek jest o wiele ciekawszy od całego latania po dżungli.
Lokus: Za co uwielbiam Jasona Aarona? Za to, że niemal zawsze potrafi napisać coś ciekawego, choć bez znacznych fajerwerków. Tak jest w przypadku tej serii – nie jest to jakiś majstersztyk, ale bardzo przyjemnie się to czyta, a jeśli dodać do tego bardzo dobre rysunki Rona Garneya, to mamy przepis na przyjemną lekturę. Ciekaw jestem kolejnych numerów, a za ten wystawiam 7/10.


X-Factor
vol.
3 #45
avalonpulse0098r.jpg
Hotaru: Ale ubaw. Wyobrażam sobie, jak musi być głupio tym, którzy głosowali na Dooma w finale Vicious Villains po tym, jak zobaczyli go w tej odsłonie. I nie, fakt że Victor jeszcze żyje w tej przyszłości, a Magneto zapewne już nie, wcale nie świadczy na jego korzyść. Motyw Cortex powoli zaczyna przypominać mi motyw Singularity z pierwszych numerów tej serii, chociaż nie jestem w stanie wskazać jakichś szczególnych podobieństw. Przedostatni panel zaś - epic. Miałem spuszczoną gardę i trafił mnie między oczy z siłą Dzwonu Zygmunta. Nieźle.
Gil: Doom! Cóż, nie wiedzie mu się ostatnio najlepiej, czy to w fanfiku Millara, czy w alternatywnej przyszłości, którą odwiedzamy tutaj. Ale przynajmniej widać, że facet jest dumny, bo sceny z jego perspektywy nie pozostawiają wątpliwości. A tymczasem, w teraźniejszości Ric i Guido walczą z Shatterstarem, by przekonać się, że podczas żartów przy piwie Madrox trafił w sedno. No i poznajemy wreszcie Cortexa, który narobił tyle zamieszania. Najwyższy czas, żeby wszystkie wątki się zbiegły, bo powoli zaczynają się dłużyć, a przecież ta seria nie może być nudna. Oceną w tym tygodniu jest: 7.8/10.
Misiael: P
o długiej serii świetnych PADowych scenariuszy coś w końcu zaczyna zgrzytać. Wątek alternatywnej linii czasowej jest najzwyczajniej w świecie nudny, a występ Dooma miał być chyba główną atrakcją tego numeru. Coś jednak nie wyszło. Postacie dużo gadają, łażą i gadają, stoją i gadają, walczą i gadają - potok słów wylewa się z zakrywających połowę strony dymków, a czytelnik zaczyna... może nie ziewać z nudów, bo mimo wszystko PAD trzyma równy poziom, ale jednak można odczuć pewną irytację. Gadać, moi drodzy, trzeba umieć i o ile u Bendisa dialogi dopieszczone są co do ostatniej literki, to PADowi trochę zbyt często zdarza się przynudzać.
Layla powinna zmienić typ poczucia humoru, bo o ile pewne żarty w ustach rezolutnej dziewczynki brzmią fajnie i zawadiacko, o tyle te same żarty w ustach dorosłej kobiety brzmią po prostu infantylnie. Dla mnie postarzenie Layli było pewnym typem uśmiercenia postaci i PAD będzie musiał naprawdę się postarać, żeby na powrót przekonać mnie do panny Miller. Jak dożyję następnych avalonowych Annihilusów, to w kategorii "najgorszy scernarzysta" będę głosował na Davida - nie za słabe scenariusze, a za "zabicie" Layli, którą wszyscy kochaliśmy. No, chyba, że scenarzyście uda się jakoś naprawić to, co popsuł.
Akcja z "naszej" rzeczywistości jest dla odmiany szybka i zaskakująca. Właściwie z obu wątków dałoby się zrobić dwa diametralnie różne zeszyty - świetny o X-Factor i przynudzający o Madroksie i Layli.
No, ale zakończenie w stylu "fairy tale" mimo wszystko przywołuje na twarz pewien szczególny typ uśmiechu :D
Warstwa graficzna nie zachwyca, ale i nie przeszkadza. Ot - średnia strefa stanów średnich. Nic nie da sie o niej powiedzieć - ani, że ssie, ani, że zachwyca. Po prostu jest. 6/10

Krzycer:
W przeciwieństwie do przedmówcy mi ten numer podobał się bardzo. Stetryczały von Doom nie zdający sobie sprawy z własnego upadku to genialny motyw. Nie można przy tym nie zadać sobie pytania, skąd zna Laylę. Wątek przyszłościowy i teraźniejszy zostają ze sobą w końcu powiązane poprzez Cortex (Corteksa?) z którym władcy dystopicznej przyszłości mogą porozumiewać się poprzez czas (ryzykowny pomysł moim zdaniem ale zobaczymy, co z niego wyjdzie). No i wróciliśmy do Maddoksa, Rictora, Guido i Shatterstara. W tej scenie PAD szaleje, jedna świetna scena goni drugą ("Whoa. Dude. Nice move.", rzut Shatterstarem i rozmowa Guida i Rictora na ten temat... i wreszcie końcówka. "Didn't see that coming".) No i sam Cortex też ciekawi.

X-Men Forever vol. 2 #2
Hotaru: Podobał mi się bardziej niż Uncanny X-Men (którego nie zaszczycę nawet opinią). Doskonale wiem, że to Claremont, i rozumiem, że większość z intrygujących motywów zostanie rozwiązana nieudolnie albo wcale, ale na razie cieszę oczy ładnymi kolorami, a serce bad-assową Storm, nawet jeśli to nie do końca jest ona. Przyjemny przerywnik.

Gil: No i znów zaczęło się kręcenie kaszanki. Połowa numeru to gadanie i krążenie wokół tego, co wszyscy i tak widzieli, a druga połowa to zupełnie z kosmosu wzięta walka z Sabretoothem, zakończona w strasznie dramatyczny inaczej sposób. A przez cały ten czas adamantowy szkielet z pięcioma pazurami leży sobie w parku, żeby ludzie mogli się napatrzeć. Czytanie tego rzeczywiście może wydawać się wiecznością. Ocena: 4.0/10.
Pariah:
Jak dla mnie strasznie słaby numer. Poczatek zapowiadał się ciekawie, ale główny wątek jest praktycznie nie tknięty, a całość skupia się na głupiej nawalance z przekozakiem Sabertoothem. I od kiedy z niego taki twardziel? Już sama Rogue powinna zamieść nim podłogę. Inna sprawa to głupoty takie jak Jean mogąca za pomocą telepatii/telekinezy manipulować energią i przekierowująca atak z X-Men na elektronikę posiadłości :D Czy spalony do cna szkielet Wolviego, któemu jednak została maska i włosy :D. Nic ciekawego. Słabe 5/10.

avalonpulse0098s.jpgX-Force vol. 3 #16
Hotaru: Ale kanał. Nie mam zielonego pojęcia, o co biegało w tym całym Messiah War (i wcale mnie to nie obchodzi, więc nie trudźcie się, próbując streszczać), nie pamiętam, jak to się zaczęło i nie rozumiem, po co. Stracone kilka numerów X-Force, bo numery Kabla i tak spisywałem na straty. Kolejny numer musi być lepszy, bo ciężko by było stworzyć coś jeszcze gorszego.

Gil: No i skończyło się wielkie małe crossover. Skończyło jak mucha na szybie samochodu, zostawiając po sobie niewiele więcej niż ledwie widoczny ślad. Jedyna konsekwencja, o jakiej możemy tu mówić, to fakt, że Apocalypse pozostał cały i zdrowy w przyszłości, by z dużą dozą prawdopodobieństwa wejść w drogę Nathanowi wkrótce. Poza tym, nic się nie wydarzyło, a część dotycząca X-Force nawet porządnie się nie domknęła i przecieknie do następnego numeru. Na szczęście było tych kilka drobnostek, które sprawiły, że numer mogę zaliczyć na plus, a plus ten wart jest 6.6/10.
Krzycer:
Messiah War dobiegła końca. Było w tym numerze parę udanych scen - to, że ostatecznie to Dom dokonała "eutanazji" na Kiden, Vanisher salwujący się ucieczką, Warren żądający Hope od Apocalypse'a w ramach nagrody czy końcówka z X wysyłającą Domino w przeszłość, by samemu doczołgać się do miejsca, gdzie przetrzymywana była Tabitha. Tyle plusów.
Wielkim minusem tego wszystkiego jest natomiast to, że gonili się przez siedem zeszytów, trochę pobili i pocięli, a ostatecznie
wszystko jest takie, jakie było na początku. Cable z małą zagubieni w czasoprzestrzeni, X-Force zostali bez niczego - może nawet są w gorszej sytuacji niż kiedy zaczynali... Ale najgorszym, absolutnie najgorszym fragmentem była ucieczka Bishopa. Naprawdę liczyłem, że z okazji crossa przynajmniej jego jednego wyeliminują, tym bardziej, że jest koszmarnie nudnym przeciwnikiem. A tak nic mu się nie stało i jedyną zmianą jest to, że będzie teraz nosił opaskę na oku. Niefajnie.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:

avalonpulse0098a.jpgDark Avengers/Uncanny X-Men: Utopia Lee Variant

Autor:
Jae Lee

Demogorgon: Kto nie spojrzy na tę okładkę, pyta, gdzie druga połowa Cyclopsa. Ja tam myślę, że nie ma jej celowo - Norman rozerwał go na pół, co ma symbolizować rozłam, jaki wywołały jego machlojki. Co jednak najbardziej urzeka w tej okładce, to nie Scott, a Iron Patriot. Świetne cieniowanie, te wystające kable, mroczne kolory, nawet tło - to wszystko współgra, nadając mu wygląd mrocznej, złej istoty nie z tego świata, a okładce niesamowity klimat. Dla mnie bomba.




avalonpulse0098b.jpgDark Reign: The Hood #2

Autor:
Marko Djurdjevic

Hotaru: Tym razem wyjątkowo krótko: jak tylko zobaczyłem tę okładkę, uderzyło mnie jedno skojarzenie - "Ostatnia wieczerza" Leonardo Da Vinci. Wiem, że nie jest najbardziej oczywiste, ale nie potrafię się go pozbyć.





avalonpulse0098c.jpgImmortal Iron Fist #27

Autor:
Kaare Andrews

Undercik: Kiedy jeszcze w tym tytule rządził Brułamek, seria miała naprawdę wielkie szczęście co do okładek. Jednak jak minął dobry run, to i minęły dobre okładki. Nastały czasy beznadziejnych lub średnich okładek. Do czasu. Tuż przed urlopem ongoinga po raz kolejny w Immortal Iron Fist mamy genialny cover. Wykonanie jest naprawdę rewelacyjne. Danny stojący na tle zachodzącego słońca, ćwiczący pośród przelatujących ptaków. Wszystko to utrzymane w dobrej kolorystyce. Zresztą dziwne, żeby mi się nie podobała, skoro od jakiegoś czasu mam ją w sygnaturze na forum.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2009.06.24


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.