Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #2 (30.07.2007)


Poniedziałek, 30 lipca 2007                                                                                                            Numer: 2/2007 (2)

 

Avalon Pulse #2 - tym razem wydanie wieczorne, ponieważ chcieliśmy skomentować wszystkie najważniejsze newsy, które pojawiły się podczas zakończonego dzisiaj San Diego Comic Con 2007. Dosyć spokojny początek konwentu nie wróżył dobrze, ale w sobotę i niedzielę otrzymaliśmy sporo intrygujących informacji. Najczęściej komentowane były nowe zespoły twórców Astonishing X-Men i Amazing Spider-Man, ale warto również zwrócić uwagę na sporo wiadomości związanych z przyszłorocznym filmem o Iron Manie.

W zeszłym tygodniu ukazały się kolejne tie-iny World War Hulk, a także X-Men #201, ale najwięcej pozytywnych recenzji zebrał Amazing Spider-Man #542 JM Straczynskiego. Z kolei na drugim biegunie znalazły się tym razem Wolverine #55 oraz Onslaught Reborn #4.

 


 

Astonishing X-Men: Second Stage Warrena Ellisa i Simone Bianchi
Lex: Marzenia zdecydowanej większości redakcji spełnione. Conajmniej dwuletni run Ellisa to najlepsza wiadomość konwentu w San Diego. Nie jestem pewien, czy Bianchi to odpowiedni rysownik, ale i tak już nie mogę doczekać się nowego "AXM".

Gamart: Jest! Uwielbiam Ellisa, jak prowadzi bohaterów drugoplanowych i robi im niezły bajzel (Thunderbolts) albo dziwaczy jeszcze bardziej (Nextwave), więc teraz sobie zobaczę jak, popisze pierwszoplanowych Astonishing. Wybór świetny i tu nie ma więcej co mówić. Co do rysownika, to po prostu porażka. Bianchi jest świetny na okładki, ale po tym, co widziałem w "Wolverine", na pewno nie chciałem go widzieć w tym tytule. Ale zobaczymy.

Foxdie: Hell Yeah! Ellis to strzał w dziesiątkę i zapewne utrzyma Astonishing na dotychczasowym poziomie, a przy okazji możliwe, że będziemy mieli w końcu miesięcznik a nie kwartalnik. Jeśli chodzi o Rysownika, to może strach się przyznać, ale nie kojarzę żadnych prac pana Bianchiego. Raczej na pewno nie przebije genialnej kreski Cassadaya, ale dostaje moje wotum zaufania.

Spence: Mam nadzieję, że Ellis wprowadzi do serii ostro porąbane pomysły i postacie w stylu Morrisonowym. I to w hurtowych ilościach. Natomiast Bianchi - jeżeli scenarzysta oduczy (?) go nieznośnie debilnego układania kadrów na stronie (jak to pokazywał w Wolviem), plus do tego jakieś dobre kolory i wszystko gra. Second Stage zapowiada się znakomicie.

Ozz: Mianowanie Warrena Ellisa nowym scenarzystą Astonishing X-Men było największym jak dla mnie przebojem konwentu. To jest mój ulubiony autor komiksowy, a teraz będzie mógł nabruździć w życiach jednych z moich ulubionych postaci. W zasadzie jeszcze nie wiadomo, których konkretnie, ale mam nadzieję, że przynajmniej część z obecnej obsady Astonishing pozostanie w tym tytule, zwłaszcza Kitty Pryde, ponieważ jej najlepsza wersja jak do tej pory, to ta w ellisowskim Excaliburze. Simone Bianchi jako rysownik trochę mniej mnie cieszy, ale dla mnie historia jest ważniejsza od grafiki.  

Gil: Po przeczytaniu wywiadu na Newsaramie, miałem ogromną ochotę zrobić Ellisowi dobrze i oddać mu swoje pierworodne dziecko na pożarcie. Jeśli zrobi to, co zapowiada, to chyba tak zrobię, bo naprawdę ma ogromną szansę otworzyć nowe horyzonty dla X-Men i wykreować coś unikalnego. Kredyt zaufania ma u mnie ogromny! A Simone Bianchi? Cassadayem to on nie jest, ale niektóre fragmenty jego Wolverine'a mi się podobały, nawet bardzo. Więc jeśli Ellis pomaltretuje go trochę psychicznie i nauczy trzymać się pionu i poziomu oraz wybije z głowy chromowane wstawki, może być pięknie. Jestem za! 

redevil: No cóż, nowa ekipa daje nadzieję, że w Astonishing będzie chociaż scenariusz. Pierwszoligowy scenarzysta i drugoligowy rysownik mają przed sobą ciężkie zadanie - wejść w buty poprzedników, do których będą nieustannie porównywani. O ile Ellis ma takie możliwości, to Bianchi moim zdaniem nie poradzi sobie (i będzie to tak widoczne, jak praca Way'a w Wolverine: Origins).

Black Bolt: Niewątpliwie newsem tygodnia był nowy duet do Astonishing X-Men. Kompletnie nie wiem, czego się po nich spodziewać, mam tylko nadzieję, że wydania będą czarno-białe, bo rysunki Simone Bianchiego bardzo wiele tracą, gdy zostają pokolorowane.

Jaro: Hosanna, Alleluja, Allah akbar i szalom, maleńka! Słowo ciałem się stało - jest Warren Ellis, czyli jest lepiej niż dobrze. Co tam, jest dużo, dużo lepiej niż dobrze i lepiej niż najlepiej - kto zna twórczość Ellisa, ten wie, o co chodzi, a kto nie zna, niech dla własnego dobra jak najszybciej pozna. To tyle, jeśli chodzi o scenarzystę. Wybór Bianchiego na rysownika też mi się podoba, powinien co najmniej dobrze poradzić sobie z rysowaniem X-Men. Mam wrażenie, że nieco negatywny odbiór jego rysunków był spowodowany raczej przez to, jaką historię rysował (jeśli ktoś nie wie - "Evolution" Loeba w Wolverine). Pozwólmy mu tylko wykazać się w historii, w której większość bohaterów nie jest kupkami kłaków, a na pewno nie pożałujemy tego wyboru :) . Jak dla mnie, kadry z Wolverine #55 z udziałem Cyke'a i Emmy mogą napawać co najmniej lekkim optymizmem, jeśli chodzi o AXM

 

Nowi twórcy The Amazing Spider-Man
Lex: Plany Marvela względem flagowego spider-tytułu są równie ambitne, co zakręcone. 4 ekipy twórców? 4 rysowników o kompletnie odmiennych stylach? 4 scenarzystów o różnej wizji postaci? Bałagan przy okazji "The Other" nie jest wystarczającą przestrogą? Jeśli każdy team ma tworzyć osobną historię, to czy nie można było pozostawić kilku spider-miesięczników? Oczywiście rozumiem argumenty finansowo-marketingowe, ale przewiduję ogromny chaos i rezygnację z tego pomysłu za kilkanaście miesięcy.

Żeby nie wyjść na marudę: jestem wielkim fanem niektórych twórców zaangażowanych w ten projekt. Zwłaszcza Slotta, McNivena i Jimeneza.

Gamart: Pomysł z wydawaniem tytułu trzy razy w miesiącu od początku mi się nie podobał. Mavel pewnie chce dogonić Action Comics i Detective pod względem numerów. Jak zobaczyłem twórców, to również jakoś szczególnie mi się nie podobają. Na pewno świetny jest Slott, który dostał najlepszego z wybranych rysowników, czyli Steve'a McNivena. Bachalo niestety, to już nie Bachalo z czasów Generation X i po prostu przesadza już z dziwaczeniem rysunków. Wolałbym na jego miejscu Humberto Ramosa. Reszta scenarzystów nic szczególnego nigdy nie pisała, a Larroca ma połamane kredki już parę lat.

Foxdie: Nie jest dobrze, cztery rózne ekipy tworzące jedną mega historię składającą się z kilku mniejszych? This is madnesss! Na dodatek ze wszystkich scenarzystów liczę jedynie na Guggenheima, reszta to raczej płotki, nie ma nikogo pokroju Bendisa, Millara czy chociażby Straczynskiego. Całość psują fatalni rysownicy, głównie mam na myśli Bachalo i Larrocę, bo Jimenez i McNiven są na poziomie. Dlatego jet szansa, że za pół roku lub trochę więcej powrócą wszelkie Sensationale, Spectaculare i inne kończące swój żywot Spider miesięczniki.

Gil: Rozumiem założenia Marvela, ale trochę boję się o ich realizację. Ekipa rysowników jest z wysokiej półki i choć różnią się stylami dość znacznie, to może być klucz do zachowania wizualnej dynamiki w tytule. Z grupy scenarzystów natomiast, za Dana Slotta mogę poręczyć głową, ale pozostali na tyle zaufania liczyć nie mogą - zwłaszcza Guggenheim, którego prac nie lubię. Mam nadzieję, że uda im się spełnić obietnice i stworzyć jedną, spójną opowieść, bez wahań formy. Szczerze im tego życzę.

redevil: Stało się, JMS odchodzi od pająka. Taka ilość scenarzystów i kompletny misz-masz rysowników gwarantują moim zdaniem tylko jedno - powolne staczanie się poziomu ASM. Marvel przed erą Straczynskiego o mało nie doprowadził do upadku pająka, powierzając tworzenie jego przygód beznadziejnym osobom. Teraz porywa się na wydawanie komiksu trzy razy w miesiącu i naprawdę nie wiem, jak może to okazać się dobre dla tego tytułu. Raczej znów historie poziomem przypominać będą niesławną Clone Saga. Spadek sprzedaży na poziomie 20 tys. miesięcznie po pół roku wcale mnie nie zdziwi.
To już do tej armii scenarzystów mogli dołączyć Stana Lee :P

Jaro: Mam mieszane uczucia. Z jednej strony, jeden miesięcznik dla Spideya zapewni wreszcie jakąś ciągłość jego przygód i to jest naprawdę duży plus. Na niekorzyść mogą przemawiać dość duże różnice między stylami poszczególnych rysowników. Lubię kreskę każdego z nich, ale skakanie pomiędzy nimi co kilka numerów może niekoniecznie wyjść na dobre komiksowi. Całkiem rozsądnie rozwiązano problem przydzielania poszczególnych scenariuszy - każdy twórca będzie tworzył własną historię - jednak tutaj wiele może zepsuć pośpiech, jaki jest nieunikniony przy tworzeniu serii, która ukazuje się trzy razy w miesiącu. Nie do końca podoba mi się też pomysł rotacji rysowników. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby przypisanie każdemu z twórców na stałe jednego rysownika. Tak naprawdę jednak pomysł wydawania tworzonego przez cztery zespoły twórców TASM trzy razy w miesiącu będziemy mogli próbować rzetelnie ocenić dopiero po przeczytaniu historii autorstwa wszystkich czterech teamów.

 

X-Men panel
Gil: Właściwie, to nic szczególnie ciekawego tam nie powiedziano, a z tych istotniejszych informacji, większość nie napawa optymizmem. Jakby mało złego zrobił Loeb, teraz Guggenheim zamierza zabić Wolverine'a jakimś Szogunem (Andżin-san! Please, no!), a Way chce wykorzystać Deadpoola w swoich koszmarnych Oridżinach (jeśli narysuje to Dillon, to naprawdę zaczynam się bać). Nie zachwycają mnie też niusy o powrocie Bishopa, dłuższym crossover między Exiles a New Excalibur oraz powrocie Billy'ego Tana do Uncanny. Dobre wiadomości dotyczą stabilnego dalszego ciągu X-Factor i bardzo możliwej kontynuacji serii Cable & Deadpool mimo zejścia tego pierwszego. Cały Messiah Complex jest na razie przedstawiany w sposób typowo reklamowy, czyli dużo o niczym, więc jeszcze nie czas się podniecać.

 

Favreu i Granov robią komiks o Iron Manie
Lex: Mam mieszane uczucia. Granov to jeden z moich ulubionych rysowników, więc z radością przyjąłem tę informację, a zaprezentowana grafika robi świetne wrażenie. Pytanie, czy debiut Favreau w roli komiksowego scenarzysty będzie udany, czy podzieli los Reginalda Hudlina? Z marketingowego punktu widzenia świetny ruch Marvela, który powinien intesywniej promować komiksy przy okazji ekranizacji.

Gamart: Favreau na pewno kupę komiksów o Starku przeczytał przed kręceniem filmu i może się okazać, że to świetny pomysł, aby dać mu miniserię o bohaterze. Do tego Granov, który powinien przez rok narysować te cztery numery i który jest jednym z najlepszych rysowników Iron Mana w historii. Kupuję ten pomysł.

 

Film Iron Man, kolejne informacje
Gamart:
Bardzo podoba mi się jak Favreau promuje film. Do tego zbroja Mark I jest podobna do komiksowej, a Downey Jr. nie gra Starka, on wydaje się nim być. Po obejrzeniu materiałów filmowych z Comic-Con po prostu szczękę musiałem podnosić. Jest pokazana akcja, świetne zachowanie Starka, humor naprawdę który rozbawia i niesamowite efekty specjalne ze zbroją na czele. To po prostu będzie przebój i mogą sobie wychodzić nowe Batmany, Hulki, ale przyszły rok będzie należał do Iron Mana. To będzie przebój i najlepsza adaptacja komiksowa. Tak powiedziałem i tego się trzymam. Kocham filmy z Batmanem, uwielbiam Batmana, ale Dark Knight i Wayne zostały u mnie mocno przebite przez Iron Mana i Starka, który wie jak być milionerem :)

redevil: Iron Man The movie - już kupuję bilet. Te krótkie zajawki przekonały mnie do dzieła. Widzę w nich pomysł/wizję reżysera i świetną replikę komiksu. Downey Jr. jako Stark jest po prostu cool.

Jaro: Gamart cholernie słusznie zauważył, że Robert Downey Jr. nie gra Tony'ego Starka, lecz sam wydaje się nim być. I coś w tym jest, bo nawet w Hollywood ciężko o równie dobrego aktora, który przeszedłby przez tyle problemów z uzależnieniami od wszelkiej maści używek (nie mówimy tu oczywiście o całym stadzie beverlyhillsowych, kevinsamwdomowych i modonasukcesianych gwiazdek). W wypadku kinowego Iron Mana możemy mieć do czynienia z najbardziej osobistą interpretacją komiksowego bohatera do tej pory i to jest moim zdaniem olbrzymia szansa, by wprowadzić zupełnie nową jakość do tzw. "kina superbohaterskiego". Więcej - jeśli Downey Jr. da z siebie wszystko, możemy nawet cieszyć się statuetką Oscara dla Iron Mana nie tylko za efekty specjalne, ale też za główną rolę męską. A nazwiska reszty obsady (Gwyneth Paltrow! Samuel L. Jackson!) dodają tylko smaczku do całości. Gwoli ścisłości - komiksowego Iron Mana nigdy nie darzyłem zbytnią sympatią, na film czekam za to jak natussipectowany przedszkolak na Dzień Dziecka, Mikołajki, Wigilię czy inne Święto Lasu.

Kakteen: Ja w przeciwieństwie do kolegów redakcyjnych nie pałam aż takim entuzjazmem, jeśli chodzi o filmowe przygody Starka. Po części wynika to z braku większego sentymentu do tej postaci. Jestem pewien, że wśród adaptacji komiksowych przyszłe lato należeć będzie do filmu „The Dark Knight”. Trzymiesięczny odstęp między przygodami Mrocznego Rycerza i Iron Mana może jednak sprawić, że ten ostatni zaszaleje w kinach na całym świecie. No, ale żeby od razu Oscar w kinie superbohaterskim za kreację aktorską? Nie, takie cuda na świecie się nie zdarzają.


The Incredible Hulk

Kakteen: Wstępny wygląd filmowego Hulka oceniam pozytywnie. Widać dużą dbałość o szczegóły. Jeśli praca ekipy będzie utrzymana w tym kierunku to właśnie w Hulku, a nie Iron Manie, będę upatrywał największy hit przyszłego roku ze stajni Marvela. Stawiam na podtrzymanie reguły – jak dotąd produkcje z Edwardem Nortonem zawsze zasługiwały na ocenę dobrą lub bardzo dobrą. 

 

Nagrody Eisnera
Lex: Tradycyjnie Marvel został pominięty w większości kategorii i sporo było kontrowersyjnych nominacji. Wielki triumf "Fables", które planuję przeczytać już od dawna. Cieszą statuetki dla Paula Pope'a i Eda Brubakera, za to zupełnie nie rozumiem zachwytów nad "All-Star Superman".

Spence: Tak:
Ed Brubaker - za multum roboty, które wykonuje każdego miesiąca.
Criminal - jedna z lepszych (o ile nie najlepsza) seria z Marvela IMO.
James Jean - co tu mówić, spójrzcie na jego okładki po prostu, a wszystko stanie się jasne.
Todd Klein - no comments.
Nie: Nagroda dla Najlepszej Miniserii dla Batman: Year 100, skoro wśród nominowanych było "The Other Side"? Oszukano mnie.


Kontrakty na wyłączność Phila Jimeneza, Essada Ribica i Marca Guggenheima
Lex: Zdecydowanie najbardziej cieszy mnie exclusive Jimeneza. Uwielbiam jego "New X-Men" oraz większość tego, co narysował dla DC.

 

Terry Moore i Humberto Ramos w Runaways

Gamart: Yupi! Prac Moore'a nie znam dokładnie, ale napisał 90 numerowe, młodzieżowe, "Strangers in Paradise" więc może się sprawdzić, bo Whedon na razie nic szczególnego nie pokazał i do Vaughana mu daleko. No i rysuje Humberto Ramos, co bardzo mi pasuje, bo art promocyjny jest po prostu słodki :)

Gil: Tę wiadomość przyjąłem z mieszanymi uczuciami, bo ciężko mi sobie wyobrazić, aby ktokolwiek mógł przejąć pałeczkę po Vaughanie i Whedonie, ale ponieważ nie znam dokonań Moore'a, mogę dać mu kredyt i liczyć na przyjemną niespodziankę. Ramos może nie jest najlepszym wyborem, ale tutaj może się sprawdzić, bo jego kreskówkowy styl do dzieciarni może przypasować.


Brian Reed o miniserii "Captain Marvel"
Gamart: Byłem przeciwny powrotowi Captaina Marvela, ponieważ jego śmierć jest jedną z najlepszych historii, jakie Marvel wydał kiedykolwiek i jedną z pierwszych poważniejszych. Na szczęście nie jest to przywracanie postaci przez uderzanie w ścianę Superboy'a Prime (taa, DC "It's a 52 Countdown to Final Crisis") i zapowiedzi są bardzo interesujące. Marv spotykający się z Phyllą i Hulklingiem i dowiadujący, że miał syna, który zginął, reakcja bohaterów. Nie chciałem niszczenia historii, ale chcę zobaczyćz jak to będzie wyglądać. Tylko czemu całości nie może rysować McGuinness?

Gil: Powrót Mar-Vella uznałem za skrajnie zły pomysł, ale czytając o pomysłach Reeda, gotów jestem dać mu szansę. Jeśli udało mu się w Ms. Marvel, to czemu Captain Marvel miałby nie wypalić? Humor poprawia mi wiadomość, że będzie to miniseria, a nie ongoing, jak kiedyś tam zapowiadano, bo dzięki temu istnieje szansa, że treść będzie skondensowana i spójnie domknięta, a drogi nieboszczyk nie zabawi długo w naszych czasach.

 

Ultimate Panel

Ozz: Podoba mi się to, że twórcy próbują sprawić, żeby serie bardziej oddziaływały na siebie. Nie jestem tylko pewien, czy Jeph Loeb jest człowiekiem, który jest w stanie dokonać tego, chociaż jak zwykle zapowiedzi są szumne. Poczeka się i zobaczy. Oby tylko Ultimatum nie weszło w drogę Mike'owi Carey'owi w Ultimate Fantastic Four - liczę na to, że doprowadzi wątek Thanosa do końca, a nie wiem, czy w czterech numerach (#50-53) będzie miał wystarczająco dużo miejsca i nie wiem, czy czasami Ultimatum nie będzie końcem tej serii.

Foxdie: Fajnie, że całe ultimate universum ma wrócić do swoich nieprzewidywalnych korzeni, bo zaczynało robić się zbyt standardowo. W końcu gra o przygodach ścianołaza odnajdzie swoje miejsce na osi czasu i już teraz mogę Was zapewnić, że przed ukazaniem Ultimate Spider-Man #119 doczekacie się pełnej recenzji i opisu fabuły wyżej wymienionej gry. Z drugiej strony, obawiam się kolejnych Ultimates Loeba, bo ostatnio raczej niemiło mnie zaskakuje swoimi scenariuszami, ale zobaczymy.

Podczas ostatniego Comic Con wspomniano również o trzech grach video w Marvelowskiej tematyce.:
- Iron Man The Game - pokazano tylko jedną tapetę i nie powiedziano ani słowa, zapewne gra będzie supportem dla filmu.
- EA zapowiedziało nową bijatykę i nie jest to wspomniana przez nich kilka miesięcy temu Marvel Nemesis 2. Ta bezimienna nowość ukaże się na PS3 i znajdziemy tam tylko postacie z uniwersum Marvela. Premiera pod koniec 2008 roku.
- Przedstawiono grywalna wersję Spider-Man: Friend or Foe na Xbox360. Wiadomo, że do dyspozycji będziemy mieli 12 postaci a na finalną wersję poczekamy do października tego roku.

Trzy grosze:

Na minus:
- Wacker mówiący, że rozważane jest ponowne połączenie Eddiego Brocka i symbiotu. Dajcie mu w końcu umrzeć.
- Nowy animowany Spider-Man bedzie znowu odświeżał stare schematy, zamiast posłużyć się chociażby światem Ultimate.
- Wyniki Eisner Awards. To chyba misja dla naszego CBA.

Na plus:
+ Sporo informacji o nadchodzącym Iron Man Movie, prezentacja filmowego Mark I, nice.
+ Jednak doczekamy się kontynuacji Ultimate Wolverine vs Hulk.
+ Kolejny scenarzysta Daredevila, Ed Brubaker, wygrywa Eisner Awards jako najlepszy scenarzysta.

 


 

Amazing Spider-Man #542

Gamart: Zdecydowanie świetny numer. Całe Back in Black było jak dla mnie słabe, ale ten numer wynagradza poprzednie. Dwie świetne pogadanki przerywane walką. Klimaty Daredevila i od razu się "Underboss" przypomina. Przejście Petera w bardziej mroczną wersję na początku wydawało mi się sztuczne, ale tutaj widać, że JMS potrafił zrobić to trochę naturalniej, Pietja po prostu kopie tyłki i to nie tylko Kingpina. Do tego Garney dostał lepsze ołówki.

Foxdie: Hell Yeah! Pewnym było, że z tej dawna oczekiwanej walki obaj walczący muszą wyjść żywi. To, jak rozpisano tę historię, przywraca JMS do jego dawnej chwały. Genialne. Peter pokazał dobitnie i skutecznie, że najkrótsza droga, by trafić do piachu, to próba zaatakowania jego rodziny. Ciekawi mnie tylko obietnica dana grubasowi, jeśli May zginie, Spider wróci i zabije Fiska. Wszystko wskazuje na to, że May jednak zejdzie z tego świata i co wtedy? Co prawda Bru w "Daredevilu" wysłał Kingpina do Europy, ale ile można się ukrywać za granicą? Pożyjemy, zobaczymy. Ostatnia część "Back in Black" daje radę!

Gil: To, że Peter nie zabije grubasa, było pewne właściwie od początku. Spodziewałem się co prawda, że jakimś cudem przegra tę walkę i się uspokoi, ale rozwiązanie, które zaproponował JMS jest dużo lepsze. Symboliczne oddzielenie prywatności Petera Parkera od działań Spider-Mana wypada świetnie i przekonująco. Kingpin ma niezły monolog na początku, ale później zostaje potraktowany jak szmata (smack my bitch up ;) ) - i dobrze, bo mu się należało. Schował się z podkulonym ogonem i posiniaczonym autorytetem do swojej dziupli, ale nie zapominajmy, że wszystko to stało się, zanim Matt Murdock wyciągnął go z więzienia, więc tak właściwie wszystko uszło mu na sucho, a groźby Piotrusia straciły na powadze, zanim jeszcze zostały wypowiedziane. Tym bardziej, że wydarzenia z SSM #39 sugerują zmianę jego nastawienia - poczekamy, zobaczymy. Pewnym minusem są rysunki Garneya, które nigdy specjalnie mi się nie podobały, a tym razem sprawiają, że postacie nie są miejscami podobne do siebie (zwłaszcza Fisk wygląda jak Hulk).

Jaro: Nie zawiodłem się na tym numerze, chociaż tak naprawdę jego wartość poznamy dopiero, gdy Peter zabije (lub nie zabije) Kingpina. "Mroczna strona" Spider-Mana u Straczynskiego nie jest naciągana i nasz bohater w dalszym ciągu pozostaje sobą. Bardzo dobrze przedstawione zostało sponiewieranie Fiska, zarówno pod względem wizualnym, jak i treściowym. Do tego dobry pomysł ze ściągnięciem kostiumu i maski. Kłopoty finansowe Parkerów byłyby za to bardzo ciekawym motywem tylko wtedy, gdyby Spidey nie miał w New Avengers kasiastego kumpla Danny'ego Randa, a tak wydają się nieco wciśnięte na siłę. Graficznie numer jest dobry, chociaż poprzednie były z reguły lepsze. Ogólnie jednak - plus.

S_O: Straczynskiemu udała się niezła sztuka. Rozwiązał sprawę Kingpina w sposób, którego nikt, lub prawie nikt, się nie spodziewał i równocześnie nie zawiódł czytelników jakimś tanim chwytem. Szkoda tylko, że wszyscy wiedzieli, że Kingpin przeżyje - ale to już wina opóźnień w wydawaniu, sięgających Civil War.

Krzycer: Cała historyjka zmierzała do tego momentu. A finał... świetny. Walka na więziennej arenie, z żądną krwi publiką. Teksty Kingpina - genialne, w drugim narożniku wściekły, milczący Pająk - JMSowi udało się umieścić go w sytuacji, w jakiej jeszcze nigdy nie był i sprawić, by jego reakcje były wiarygodne. Dobra robota. A finał finału... wiadomo było, że Kingpin nie zginie. Ale bitch slapping jest chyba lepszym zakończeniem, niż gdyby Parker miał go zabić. Aha, symboliczne ściągnięcie kostiumu (symetryczne do Kingpina ubierającego się w smoking w poprzednim numerze) też wyszło ładnie. Ogółem - bardzo świetny odcinek. Niestety, jeśli już ciotka May zejdzie to okaże się, że Pająk znajdzie w sobie kolejny pokład miłosierdzia i oszczędzi Kingpina, bo przecież w Marvelu nic tak naprawdę się nie zmienia, jeśli przynosi zyski.

Annihilation: Conquest - Starlord #1

Gamart: Anihilation w ogóle mnie nie wciągnął, bo wszystkie kosmiczne serie raczej mnie nie wciągają. Więc sięgałem po Star-Lorda z czystej ciekawości. I co dziwne, bardzo mi się podobało. Ma momenty, narracja głównego bohatera ciekawie prowadzona, realistycznie. No i teksty bohater ma dobre, jak "cut yourself shaving?" :) . I powracają stare fajne postacie jak Deathcry, Mantis, czy w końcu nie widzany od swojej serii nowy Captain Universe. Yeah, i urodziwy Loverbug, taa, i Racoon, o i jeszcze mu do drużyny Enta dali. Mini się wspaniale zapowiada z takim zespołem, chyba pierwsza rzecz kosmiczna od dawna, którą będę czytał. Giffen po prostu mistrzem jest w humorystycznych seriach. Mój numer tygodnia.

Gil: Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy, to rysunki, które wyjątkowo nie pasują do klimatu, jaki narzuciły pozostałe składowe Conquestu. Nie powiem, że są złe, chociaż patrząc na niektóre kadry mam na to dużą ochotę - po prostu są chybione. Sama historia natomiast jest całkiem chwytliwa. Lżejsza niż pozostałe części Conquestu, przyprawiona ujmującą osobowością Petera Quilla i atmosferą Parszywej Dwunastki. Ciekawe, jaki właściwie jest cel tej ich misji i kto ich tam wysłał, skoro Ronan jest na usługach Phalanx (bo nie spodziewam się, żeby było to jakieś pechowe niedopatrzenie).

Jaro: Sympatyczny pomysł na kosmiczną parszywą dwunastką złożoną z dość ciekawych i dawno nie widzianych postaci. Do tego komiks jest całkiem zgrabnie napisany. Rysunki? Początkowo mnie drażniły, ale w trakcie czytania stwierdziłem, że pasują do historii, denerwować też przestały. Ogólnie - mały plusik.

S_O: Początkowo kreska Greena mi się nie podobała. I się do niej nie przyzwyczaiłem. Sama opowieść jednak warta jest przeczytania - od klimatycznego wprowadzenia w postać, poprzez dowcipy i nawiązania do kultury "różowych małp", po przedstawienie towarzyszy broni. Scenariusz to maj-ster-sztyk, a dzięki humorowi Quilla czyta się lepiej niż pozostałe, przyciężkawe części AC. Tylko za implantami będę tęsknić.



Black Panter #29

Gamart: Yeah Hudlin, zepsuj Zombies, bo było dobre. No i czarnoskórzy obrażają czarnoskórych? U HUDLINA?! Żeby to jeszcze T'Challa (ludzie, on za czasów Johnsa w Avengers był Batmanem, a tu lata z tymi żabami) mówił, ale dobra ciotka Storm? Taa, right. Chodzą te zombie, zjadają Skrulle, z tego dziwnego robaka też zombie zrobili. Panther spotyka Panthera. Ten komiks jest po prostu badziewny. Rysunki są dziwnym trafem całkiem dobre.
Gil: Żaby pozostały nienaruszone. Niestety, wielki robak zmienił się w wielkiego zombie-robaka. Tragedia. A żeby nie było nudno, mamy też zombie-skrull-slobbering-Fantastic Four. Na okrasę, Storm wyłączająca prąd na statku kosmicznym jakimś magicznym sposobem. Ah, no i oczywiście szczyt marzeń Reginalda Hudlina, czyli konwersację między Black Pantherem, a Black Pantherem. Yey, Reggie!

S_O: Jeśli ktoś siedzi przede wszystkim w starej, dobrej "Sześćset Szesnastce" i nie interesuje się jakimiś Ultimejtami czy innymi Składronami (jak ja), to po przeczytaniu tego zeszytu najpewniej najdzie go myśl: "Czemu ludzie się tak podniecają tymi Marvel Zombies? Przecież to chała straszna!" A potem spojrzy na stopkę, zobaczy znajome nazwisko: "Hudlin" i zrozumie... Zrozumie, czemu Umarlaki rzucają nieśmiesznymi żartami. Zrozumie, dlaczego jedyną osobą, która uniknęła zombifikacji, jest Panther. Zrozumie, czemu wieloletnia przywódczyni X-Men postanowiła rozbić jedyny środek transportu na środku opanowanej przez nieśmiertelne potwory planety. Zrozumie, dlaczego najinteligentniejszym truposzem jest czarnuch z Bronxu. Zrozumie, że choć biali nie potrafią skakać, to czarni nie potrafią pisać scenariuszy. Zwłaszcza, jeśli są rasistami.

Krzycer: Mózgożerne zombie dopadły Hudlina. Ale przecież o tym wiemy nie od dziś.

sCaRy: Teksty, zachowanie i caloksztalt zombiech są ok. Reszta nie, a na wymienianie i analizę całego bullshitu najzwyczajniej szkoda czasu.

Hotaru: Cóż, zastanawia mnie, jak długo jeszcze kierownictwo Marvela będzie przymykało oczy na fakt, że Hudlin jest rasistą i rasizm swój przelewa na karty każdej swojej historii, które - de facto - godne są spożytkowania na papier toaletowy nawet bez tego smutnego faktu. Artysta próbuje się dostosować poziomem do poziomu scenariusza, ale na razie jeszcze jest powyżej. Zobaczymy, jak będzie w następnym numerze...

Cable & Deadpool #43

Gil: Decapitation Day - odsłona pierwsza, czyli: head's up! Po kilku miesiącach posuchy, wreszcie jakaś autentycznie śmieszna historyjka! Weasel w roli Penetraitora jest wprost wspaniały - widać, że wczuł się w rolę Hydra-ulika. Jego monolog dowodzący, że nie ma nic niestosownego w nazwie "Penetrator" jest bezcenny :D. Do tego agenci Hydry, pokazani jak nigdy dotąd. Poznając bliżej Boba i jego kumpli, człowiek prawie zaczyna im współczuć, że zawsze dostają po dupie od jakiś Kapitanów Amerykanów, Wolwerinów, czy innych Squirrel-Girlów. Może i cała historia stoi na chwiejnych posadach, ale wypada świetnie. Chętnie się przekonam, jakim cudem Wade wyleczy się z tego ostatniego cięcia.

S_O: Całkiem dowcipny numer. Ale czy może być inaczej, gdy występują w nim Deadpool, Weasel, Bob oraz cała armia przerysowanych agentów Hydry? I don't think so. Próbne okrzyki w kabinie Weasa, tłumaczenie, czemu nazwa "Penetrator" jest odpowiednia, czy zachowanie Boba to rzeczy, których normalnie nie kupisz kartą Mastercard.

Ozz: Po kilku trochę poważniejszych numerach, w których uwaga była skupiona na Cable'u, tym razem to Deadpool i jego ekipa zajmują centralne miejsca i to od razu widać. Niciezie epizody komediowe nie zawsze wychodzą (chociażby ten z Rhino jakiś czas temu), ale ten jest pod tym względem znakomity. Fabuła nie jest nadzwyczajna, ale ona jest tylko pretekstem do wyśmiewania się z Hydry i kolejnych gagów. Końcówka jest trochę mniej wesoła (przynajmniej dla Wade'a), ale bardzo zaskakująca i ciekawe, jak Deadpool poradzi sobie z tym problemem (może będzie ich dwóch).

MrG: Cyclops przychodzący do Wade'a po pomoc? Osiągnęli szczyt absurdu. Ale bardzo fajne czytadło, Penetrator Weasela i plątający się pod nogami Pet-Bob. Nawet to, że Logan znowu jest w trybie "Zabijam-nie-myśląc" nie drażni jak zwykle. A Cable nadal nie żyje.

Krzycer: Ładne pierwsze sceny w Rumekistanie. Lubię poważnego Deadpoola (raz na pięć numerów rzecz jasna). Potem dużo jatki, nic specjalnego, ale teksty agentów Hydry miejscami rozkładają na łopatki. Ale Logan zabijający wszystko, co się rusza i Cyclops proszący Wade'a o pomoc... naciągane.
A przy okazji, tradycyjne marvelowe zapytanie: kiedy to się dzieje? Sześć tygodni po śmierci Cable'a? Toż to pewnie jakiś środek Messiah Complex albo i już po!

 

Heroes for Hire #12
Gil: Pierwsza część jest naprawdę mocna, ale świadomość, że to wszystko dzieje się jeszcze przed WWH #1 psuje trochę wrażenie, bo wiemy z góry, że H4H wiele nie zdziałają. Humbug jest po prostu genialny, a pojedynek Shang Chi vs. Hiroim, choć krótki, to jedna z lepszych scen całego crossa. Niestety, mam wrażenie, że zejście śmiertelne zaliczy albo Shang, albo Tarantula. Część druga, czyli bitka w magazynie super-broni, jest za to lekka i zabawna.

MrG: Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi to... dla mnie komiks tygodnia, i (póki co) najlepszy tie-in do WWH. Humbug wyrósł nam strasznie (pamiętacie jego występ w Deadpool #42? Piękne czasy...) i ciekawie jest teraz prowadzony. Jego lojalność wobec robactwa jest poruszająca. Reszta drużyny ma raczej pozamiatane, wygląda na to, że sam Hiroim by na nich wystarczył. No i końcówka Paladin vs Scorpion. Wygląda na to, że będą tak się tłuc w nieskończoność, a bohater-socjopata kontra agentka specjalna z oporami do zabijania w składzie pełnym najdziwniejszych broni sounds like christmas.

Immortal Iron Fist #7

Gamart: Dobry numer, chociaż jest to przerywnik, to miło poznać Wu, która jest ciekawą postacią. No i Aji brakuje. Czekam jednak na ten turniej, gdzie Danny pokaże, że ma najlepsze kung fu ;)

Gil: Historia Wu Ao-Shi jest może tylko wypełniaczem, ale za to dobrym wypełniaczem. Oprócz ogólnego klimatu, ma też kilka wybitnych momentów i ciekawych zabiegów narracyjnych. Mimo udziału kilku rysowników, całość jest spójna i nieźle imituje azjatycki styl rysowania, chociaż żaden z artystów nie pochodzi z Azji. Jest dobrze.

Spence: Rysunkowo całkiem nieźle, ale i tak najważniejszy jest tutaj scenariusz, od którego wręcz bije luz. Widać, że panowie Brubaker i Fraction mają radochę przy tworzeniu tego komiksu i to procentuje, bo czyta się to znakomicie. Podsumowując: bardzo przyjemny oneshot.

Incredible Hulk #108

Gamart: Nie wiem, co dalej z grupą Herculesa i szczególnie mnie to nie obchodzi, dlatego cieszę się, że numer poświęcony jest Rickowi, bo w takiej historii on po prostu musi odegrać większą rolę. Porównanie go do Mieka ciekawie przedstawione i dalej jestem przy wersji, że to robaki wysadziły Sakaar. Więcej w sumie nie można powiedzieć o tym numerze, bo to przekrój życia Jonesa i Mieka jako przyjaciół Hulka. Może być.

Foxdie: Historia łatwa, szybka i przyjemna, ale ale... gdzie Holku? No niestety, Hulka tutaj za bardzo nie uświadczymy, chyba że w retrospekcjach Ricka i Mieka. Fakt, że przedstawienie analogii tych dwóch postaci w stosunku do Hulka jest ciekawe, aczkolwiek póki co nie wnosi za wiele nowego, chociaż widać potencjał, że z tego może powstać jakaś ważniejsza część całej zielonej wojny.

Gil: Właściwie nic tu się nie wydarzyło. Początek, konfrontujący spojrzenia na całą sprawę dwóch kumpli Hulka zapowiadał, że ich spotkanie może do czegoś doprowadzić, ale jak przyszło co do czego, to pogadali i się rozeszli. Przez to mam wrażenie, że ta część historii służyła jedynie zapełnieniu miejsca tak, żeby nie zdradzać nic z WWH #3.

Jaro: Janerkę Lecha parafrazując: wieeeje nudą, no wieeeje i rozwiewa niezły pomysł, jakim było rownoległe przedstawianie historii Mieka i Ricka Jonesa. Mimo wszystko, ten numer był jednak potrzebny - Rick dość długo był odstawiony na boczny tor i nowi czytelnicy dzięki Incredible Hulk #108 mogą lepiej poznać tę postać i motywy, jakie nią kierują. I za to (oraz za całkiem dobre rysunki Kirka) - jedynie malusieńki minusik.

S_O: Przyznam, nie znałem Ricka, tzn. wiedziałem, że ktoś taki istnieje i że jest kumplem Hulka, ale nie było mi dane się z nim bliżej zaznajomić. Dla mnie zatem nie był ten numer CAŁKOWICIE zbędnym zapychaczem. Przyrównanie Ricka do Mieka wyszło nieźle, ale bez rewelacji. Ale co tam robił jakiś robak w stadium króla?

Black Bolt: Nie samym mordobiciem człowiek żyje. Dobre takie zwolnienie w środku crossu, przynajmniej lepsze niż powielanie akcji z innych komiksów. Szybkie, na pewno przydatne, przedstawienie postaci Ricka oraz Mieka, żeby każdy wiedział, kim są i jaki mogą mieć wpływ na Hulka. W tle cały czas widać wybuchy i latające helikoptery, więc łatwo zgadnąć, czego uświadczymy w WWH #3.

Krzycer: Ciekawe paralele między Miekiem a Rickiem, mocny wątek z opętanymi żądzą zemsty robaczkami (po tym numerze skłaniam się do spiskowej teorii, że to robale stoją za wielkim wybuchem na Sakaarze). To plusy.
Na minus niestety zaliczam samą konstrukcję tych opowieści - jako bardzo ścisłe tło do wydarzeń z WWH są tak ograniczone ramami, że tak naprawdę są dość mało interesujące...


Iron Man #20

Gamart: Po ostatnim, który był kalką WWH, ten rozwija sytuację i w końcu wiemy, co się stało ze Starkiem. Widać, że historia "Extermis" coraz częściej jest przypominana i Tony wykorzystuje swoje nowe umiejętności. Rozmowa z Duganem i szczególnie jego zachowanie pokazane naprawdę ciekawie i nakręca na kolejny numer głównej miniserii.

Gil: Jeden z lepszych tie-inów do WWH. Zapełnia kilka dziur w fabule - chociażby, co stało się z Antonio i gdzie w tym wszystkim jest almighty S.H.I.E.L.D. - a przy tym pokazuje coś zupełnie innego niż zbiorowa naparzanka. Dugan ma swój wielki moment, który świetnie oddaje jego charakter i nawet żałuję trochę, że Tosiek w końcu się wtrącił, bo chciałbym zobaczyć, co zrobiłby Dum-Dum. Jego konfrontacja z Hulkiem - bezcenna. Ten uśmiech Zielonego to chyba najlepszy kadr w całej historii. Trochę gorzej wygląda już cały dómzdejowy plan Antosia. Zaplanował sobie, że jakby co, anihiluje kawał miasta, a potem się dziwi, że porównują go z Doomem. Jeśli naprawdę zdecydują się na takie rozwiązanie, cienko widzę przyszłość dyrektora Starka.

Jaro: Najlepsza w tym numerze była rozmowa Hulka z Duganem, ale reszta też wyszła całkiem dobrze. Sytuacja w S.H.I.E.L.D., Stark gadający przez zbroję, jego sposób na powstrzymanie Hulka - wszystko dobrze pomyślane i do tego całkiem logiczne. Oczywiście wiemy, że Manhattan na swoim miejscu pozostanie, ale i tak ten wątek swoją siłę ma. Jeszcze naprawdę dobre rysunki Guice'a i mamy w końcu komiks na mocnego plusiora.

S_O: Szczerzący się do Dugana Hulk? Najlepszy. Kadr. Crossovera!
Cała rozmowa Dum Duma z Sałatą jest godna polecenia. Podobnie jak jego spowiedź w gabinecie Starka. Co do pomysłu Antoniego... To miło, że ktoś sobie przypomniał, że Negative Zone zbudowane jest z antymaterii, jednak takie "ostateczne rozwiązanie sprawy zielonej" przypomina mi jednego wąsatego kurdupla czeszącego się na bok. No offence.

Krzycer: Dobre! Dostajemy kolejny przekrój przez S.H.I.E.L.D., a przy okazji numer ładnie pokazuje, jakim człowiekiem jest Dugan... ale najlepsza jest konfrontacja Dugana z Hulkiem - a zwłaszcza kadr, na którym patrzą sobie w oczy, a Zielony się szczerzy. Istna perełka.

sCaRy: Pierwszy numer serii, ktory autentycznie mi sie spodobał, a drugi, który udało mi się przeczytać w całości [w tej kategorii mieści się jeszcze poprzedni ;) ]. Pewnie dlatego, ze Tony jest na odległym planie i nie ma całego tego nudnego zbrojowego pitolenia. Rysunki ok, 'monolog' Dugana fajny. 'Ostateczne rozwiązanie' także obrazuje w jakimś stopniu starkowy pragmatyzm.

Mighty Avengers #4

Gamart: Świetny numer świetnej serii. Historia z Ultron bardzo oldskulowa, ale prowadzona na razie ciekawie, chociaż parę nielogiczności jest. Franka Cho nie chwalę nawet, bo każdy wie, ze Frank daje rade i rysuje jedne z najlepszych kobiet w branży. Ares wyrasta na świetną postać i sceny z nim znowu są perełkami. Zniszczenie zbroi "Mark I" czy strzelanie z urwanych nóg kolejnego pancerza są po prostu świetne. Ba! Postać dużo świeższa niż Wolverine, po prostu jego akcje są pocieszne :) .
Scena z Sentrym i Lindy mocna i mam nadzieję, że Bob nie dostanie w tyłek teraz, bo ich związku naprawdę byłoby mi szkoda, ale dzieki temu historia potrafi zainteresować. No i czekam na ten plan Aresa.

Foxdie: W końcu numer, o którym mogę spokojnie napisać - dobry. Akcja zaczyna przyśpieszać, Bendis znowu pokazał że ma jaja i (chyba) posłał do piachu ukochaną Sentry'ego. Jakie teraz szanse ma niezniszczalny Ultron kontra najpotężniejszy heros na ziemi owładnięty żądzą zemsty? Do pięknej całości dochodzi Ares, który po prostu wymiata, ciekawe, co wykombinował, żeby zatrzymać Ultrona, może spróbuje zabić samą Wasp? Jeden z najlepszych komiksów w tym tygodniu.

Gil: Czwarty numer, a ja nadal nie jestem przekonany do tej serii. Może już tak nie rażą mnie thought baloons (zwłaszcza, gdy Carol wyzywa w myślach Pyma), ale za to coraz mniej podobają mi się rysunki Franka Cho - miłośnika NRDowskich atletek. Historia nadal się wlecze. Coś tam niby wychodzi na jaw (kolejne tajne zagrywki Tosia - czy jest coś, czego ten typ nie planuje po cichu?) i następuje jakiś zwrot akcji (czyli wyciągnięcie muzealnych eksponatów), ale jakoś brakuje w tym uczucia. Aha, jeszcze Ultronica zabiła Lindy Reynolds - prawie nie zauważyłem. A właściwie, po co jej to było? Jedyny naprawdę pozytywny akcent, to radosna rozwałka w wykonaniu Aresa - zwłaszcza ten strzał z nogi świetnie wygląda :D Hm... ciekawe, czy spróbuje zabić Janet, żeby zatrzymać Ultronkę?

Jaro: Ares ujeżdżający jedną ze zbroi - bezcenne. Zresztą, jak słusznie już kilka osób zauważało, bóg wojny wyrasta na najciekawszą postać w MA. Ha, i jako jedyny ma plan, jak pozbyć się Ultronki. Śmierć Lindy Reynolds - kolejny pozytyw. Wystarczająco długo patrzymy już na Emo-Sentry'ego, teraz, mam nadzieję, przyjdzie pora na Sentry'ego-AssKickera. Średnio podobają mi się rysunki Cho, ale nie jest z nimi bardzo źle. I jeszcze "myślne dymki" - nie są może najwyższych lotów, ale lekki uśmiech czy dwa wywołały. Plus.

S_O: Dobry numer. Rysunki są w porządku (i damskie pupcie już nie takie wielkie), dymki myślowe nie przeszkadzają (tylko czy to dlatego, że jest ich mniej i ciekawsze, czy po prostu się przyzwyczailiśmy?)... Nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że Ares kopie tyłki (i to cudzymi nogami) i w ogóle jest trendi, dżezi i TRU. Do tego prawdopodobna śmierć pani Sentrowej, spowodowana jakimś chorym tentacle action, zmusza nas do czekania na następny numer (czy Sentry zmieni się w Badassa? Czy może przefarbuje włosy na czarno i zacznie się ciąć żyletką?). Jedyne, czego mogę się przyczepić, to zbytnie rozwlekanie akcji. I zbroja Irona z nosem.

Black Bolt: Poprawna historia, poprawne rysunki, niby nic wybitnego, gdyby nie postać Aresa, który powoli wyrasta na bożyszcze tłumów. Zawsze warto zatrzymać się i przyjrzeć uważniej rysunkom, żeby przyuważyć, na co on aktualnie patrzy, albo raczej kogo właśnie molestuje wzrokiem. No i dobry cliffhanger na koniec. Nie, nie to co teraz zrobi Sentry i czy jego żona żyje, ale to co wymyślił Ares. Jeśli ten pomysł będzie równie dobry, jak poharatanie toporem zbroi Starka, która przyszła Avengersom z pomocą, to już jestem za.

MrG: Eh... Czwarty numer, a to nadal jest taka przygrywka. Już wiemy, jak Ultron kontrolował pogodę (widać będąc dyrektorem S.H.I.E.L.D. możesz nadal wszystko, Fury nic ich nie nauczył), logicznie wytłumaczono to, co wszyscy co czytali "Extremis" wiedzą - czyli że Starkey jest jednością ze swoją zbroją, i wogóle ma wbudowany opiekacz. Główny zarzut - nudno i nie zgranie. Ares wyrasta na postać pierwszoplanową, Sentry teraz pewnie wejdzie w tryb bad-assa, ale reszta zespołu nie ma jaj.

Krzycer: Ares jest fajny, dla Aresa można czytać ten tytuł. Poza tym niczego ciekawego tu nie ma... to przygrywka, pewnie na końcu okaże się, że to jakiś Skrull zaktualizował oprogramowanie Ultrona (Ultrony?)...

sCaRy: Fajne! Proste, śmieszne, superbohaterskie, czyli tak, jak miało być. Teraz tylko ciekawe, co z Bobem i jego żonką [czy naprawdę kipnęła?]. Teksty w chmurkach serio dobre. Fajna lektura na odprężenie.

 

Onslaught Reborn 4

MrG: Patos, patos. Cap bohatersko walczył z Ironem w akompaniamencie patetycznej narracji Bucky (tej Bucky, nie tego Bucky'ego). Vision podniośle walczył z Ultronem. Hawkeye w stroju Wolverinopodobnym okaże się pewno Wolverinem w stroju Hawkeyopodobnym. Nawet Reed Richards uronił łezkę na koniec (w bardzo... mangowy sposób - i to jest obelga). Tylko Ant-Man jest w miarę ciekawy. A tak - i Liefeld nadal umie rysować tylko jedną twarz. Jedną i tą samą, i ma ją każdy.

Killah: Przeczytałem ten komiks, bo... no właśnie - chyba miałem zbyt dobre samopoczucie. Nawet nie będę próbował analizować treści tego komiksu, w obawie o własne zdrowie psychiczne. Fabuła to kompletne ścierwo: schematyczny, wręcz szablonowy wątek, mnóstwo nadętych, patetycznych kwestii i żarcików, które sprawiają, że człowiek z niedowierzaniem patrzy się na stronę i zastanawia, czy napisał to Loeb, czy może Chuck Austen (ha! wiedziałem, że w jakiś sposób uda mi się nawrzucać Austenowi ;) ). O Liefeldzie można powiedzieć jedno: trzyma równy poziom - niezmiennie katastrofalnie niski. Na tła chyba żaden człowiek przy zdrowych zmysłach już od dawna nie liczy w komiksie Robercika (Chociaż! Tu chmurka, tam promień lasera lub też nieco dymu - nie jest źle!), ale chyba mało kto wcześniej podejrzewał, że hełm Iron Mana może wyrażać emocje. Podsumowując, Rob, "You will NEVER have our hearts!"

Sensational Spider-Man #39

Gamart: Psucia Brocka ciąg dalszy. Po sprzedaniu kostiumu i podcinaniu żył, teraz Eddie psychicznie wysiadł, jest wykończony przez chorobę i znowu żyły sobie podciął. Ciekawe, jak go następnym razem wymęczą. No i raczej los May już przesądzony. Średnio bardzo.

Gil: No... to Eddie trochę pojechał. Ale tak jak się spodziewałem, ciotce May krzywdy nie zrobił. Spodziewałem się, że w końcu sam się wykończy, ale jednak nie dane będzie mu jeszcze spocząć w spokoju. W każdym razie, dobrze to wszystko wyszło. Osobna sprawa z seansem nie-całkiem-spirytystycznym. To, co się tu wydarzyło, pomniejsza znaczenie wydarzeń w ASM #542, bo zapowiada, ze Peter w końcu pogodzi się z zejściem May, przebaczy Fiskowi i wróci do postawy grzecznego chłopca z sąsiedztwa. To byłoby złe posunięcie, więc miejmy nadzieję, że jednak tak się nie stanie.

Jaro: Nawet nieźle wyszła ta historia. Podobało mi się takie odświeżenie postaci Brocka, podobało mi się zabicie źle robiącej zastrzyki pielęgniarki (które nawiasem mówiąc bardzo delikatnie skojarzyło mi się z jednym odcinkiem serialu Dexter) przy jednoczesnym oszczędzeniu niewinnej May, podobało mi się dosłowne odcięcie się Eddiego od swojego mroczniejszego ja. I mam nadzieję, że jeszcze zobaczymy go kiedyś. Seans? Trochę stereotypowo przedstawiony, ale ok. Wszystko okraszone świetnymi rysunkami. Plus.

Foxdie: Nie pamiętam, kiedy czytałem jakiegoś Sensationala, ale zapowiedzi historii z Brockiem skłoniły mnie do tego. Okazało się, że trafiłem na bardzo dobre czytadło. O ile poprzedni numer był trochę przegadany (co nie znaczy, że był zły), tak w tym dostajemy brakujący element akcji. Na duży plus można zaliczyć pojawienie się Madame Web, co się z nią działo do tej pory? Co prawda żałuję, że nie uśmiercono Ediego, co dobitnie odstawiło by tą postać do archiwum i nie pozwoliło żadnemu niedorajdzie przywracać go do dawnej chwały w kolejnych numerach, a tak zapewne jeszcze nie raz o nim usłyszymy. W kwestii rysunków, jestem dość confused, gdyż nie wiem, kto jest ich autorem....Marvel na swojej stronie pisze, że to Lee Weeks, chociaż w stopce redakcyjnej nie ma po nim śladu. Patrząc po rysunkach stawiam na trzech różnych rysowników i jednym z nich na pewno jest Clayton Crain, w każdym bądź razie cały numer jest okraszony dobrymi rysunkami. "Ostatnie Kuszenie Eddiego Brocka" to jedna z lepszych historii tego tygodnia. Polecam.

sCaRy: Aguire-Acassa powoli się wyrabia i zaczyna tworzyć chociaż_nie_mierne historyjki. Udało się nie zbanalizować, ale zastanawiam się, jak seans z Madame Web i przeróżne macki wciągające May, mają się do prawdy ;-)

Silver Surfer: Requiem #3
Gil: Ta część jest nieco mniej melancholijna niż poprzednie, ale za to JMS wyciąga sprytną alegorię wszelkich sporów o podłożu religijnym i pokazuje, że do niczego dobrego nie prowadzą. Zdaje się to mieć tym większe znaczenie, że Surfer w obliczu śmierci pozostaje pragmatykiem, a nie rzuca się w objęcia religii, jak wielu w podobnej sytuacji. Kawał mocnej, logicznej i pouczającej historii.

Jaro: Świetne, naprawdę świetne. Doskonałe przedstawienie podłoża konfliktów religijnych i więcej - sposobu na ich rozwiązanie. Bardzo podobał mi się też podarunek od Strange'a. Zarówno prezent, jak i zakończenie świętej wojny stawiają Norrina niemal w roli swoistego mesjasza - i wychodzi to bardzo przekonująco. Do tego piękne (nie "fajne", nie "miodne", nie "kozackie", ale właśnie piękne) rysunki i przede wszystkim niesamowity klimat tej opowieści. Szkoda tylko, że Requiem nijak ma się do continuity, bo jeśli Surfer miałby umrzeć, to tylko w taki sposób. Ale to i tak bezapelacyjnie komiks numero uno w tym tygodniu.


Spider-Man Fairy Tales #3

Gil: Chciałem tylko zobaczyć, jak to wygląda, ale niespodziewanie mnie wciągnęło. Dzięki rysunkom Kei Kobayashi, klimat uderza natychmiast, a sama historia również jest mocno osadzona w realiach i wierzeniach Japonii. Właściwie wszystko jest ciekawe i oryginalne, aż po takie drobiazgi, jak przetłumaczone imiona (np. May nazywa sie tutaj Satsuki). Zaskakująco dobra rzecz.


Ultimate Fantastic Four #44
Ozz: Mike Carey na tym tytule nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten numer nie był rewelacyjny, ale dobrze posunął historię do przodu, przedstawiając władcę Surfera (zultymatyzowana wersja Psycho-Mana) i jego plany co do planety. W tej chwili sytuacja jest niewesoła dla Czwórki i jak się spodziewam, w kolejnym numerze Surfer zmieni strony. Pytanie jeszcze brzmi, w jakim stanie jest Zenn-La? Czyżby z jakiegoś powodu wszyscy tam wymarli i Revka potrzebuje nowych poddanych? Co do rysunków, to w tej chwili nie wyobrażam sobie tego tytułu bez Pasquala Ferry'ego.

 

Wolverine #55
Gil: Decapitation Day - odsłona druga, czyli: bye-bye Sabrepuss. Nie powiem, żebym się zawiódł, bo od początku byłem wyjątkowo negatywnie nastawiony do całej tej historii, ale z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak nie wolno pisać komiksów! Zakończenie jest po prostu tragiczne. Po kilku miesiącach biegania w kółko, wyciągania włochatych stworów z kapelusza i plątania wątków sprzed lat, zakończenie wszystkiego okrzykiem "nu pagadi!", bez najmniejszej odpowiedzi co i jak, jest jak powiedzenie czytelnikowi "ja tu rządzę i mam cię w dupie, a jak mi się zechce, to rzucę ci kolejne ochłapy". Źle, panie Loeb. Bardzo źle. Wielkie wydarzenie, jakim miała być śmierć Sabretootha, też jest koszmarnie nijakie. Przyszedł, ciach i koniec. Na dodatek, Wolvie postanowił ot tak go zostawić na śniegu. Trudno o bardziej wyraźny znak dla przyszłych twórców: "Przywracanie Creeda do życia zacząć tutaj".

Spence: Dziękuję wszystkim bogom i innym mocom wyższym, którzy chcieliby mnie wysłuchać za to, że wreszcie ta (s)hi(t)storia dobiegła końca. Jak przystało na profesjonalistę, Loeb kończy historię chaotycznie i pokazuje nam, że niczemu nie służyła prócz wprowadzenia kolejnej bezsensownej wszechmocnej super postaci niejakiego Romulusa. Bianchi za wszelką cenę chce udowodnić, że potrafi zrobić numer, w którym żaden kadr nie będzie miał ramek zgodnych z układem strony. Prawie mu się to udaje, ale prócz zirytowania czytelnika niczego nie osiąga. Nigdy więcej tego duetu w serii nie chcę widzieć. Na osłodę dodam, że w aktualnych zapowiedziach Marvela widnieje wydanie zbiorcze tej historii nie tylko w Premiere HC, ale też i dwóch wariantach - kolorowym i B&W. Gratuluję pomyślunku... Dobra, koniec pastwienia się. Dawać mi tu Jasona Aarona i Marca Guggenheima, oni wiedzą, co zrobić z Wolverinem.

Jaro: Ech. Nie trawiłem wcale tej futrzanej koncepcji, ale kiedy Wildchild zamachał sztandarem głupoty pod tytułem "blondyni vs czarniawi", opadła mi szczęka, wybiła dziurę w podłodze i wpadła wprost do zalanej wodą piwnicy. :( Jestem w stanie zrozumieć nijaką śmierć Creeda, w końcu na upartego można powiedzieć, że na takie nędzne zejście zasłużył. Ale i to musiało zostać oczywiście okraszone tanim chwytem z płaczącą bestią. No, i jeszcze jest odpowiedzialny za wszystkie nieszczęścia Logana przekozak Romulus, arcymastah jawiący się zapachem olejków maskujących jego smród. Wiecie, że mitycznego Romulusa wykarmiła wilczyca, nie? W tej wersji legendy małe Romulątko pewnie wołało do niej "mamo, mamo". Ech, Loeb swoją radosną bzdurą na kwadratowych kółkach przejechał na dobre postać Wolverine'a, tak jakby mało złego w Origins Rosomakowi zrobił Way. I komiksu nie ratują ani (przynajmniej moim zdaniem) dobre rysunki Bianchiego, ani rozmowa z Cyclopsem i Emmą na poczatku tego numeru, swoją drogą chyba najjaśniejszy punkt całego "Evolution". Minusisko. Wielgachne, paskudne, owłosione, wstrętne, wijące się i pełzające minusisko.

Foxdie: Będzie krótko. Sabretooth w końcu zaliczył zgona. Resztę wypada przemilczeć i mieć nadzieję, że więcej nie uświadczymy tak "niesamowitych" historii. Amen.

S_O: Najpierw był rasista, a teraz - fetyszysta. O ile początkowy dialog między Loganem, Scottem, a Emmą był w miarę ciekawy, to dalej... Ech... śmierć Sabretootha bez żadnej finezji czy polotu. Jedynym plusem był chyba brak adidasów na stopach Creeda. Sama postać Romulusa wsadzona na siłę, a historia o blondynie i czarnym już zupełnie pozbawiona sensu. Co dziwne, Loeb nie jest murzynem (z pozdrowieniami dla Reggiego i Dwayne'a).

MrG: Gawd! Creed went all emo-whiny-beeyatch! Największą zaletą tego numeru jest to, że to ostatni numer duetu Loeb "FuterkowaTeoriaSpiskowa" i Bianchi "OhLookIt'sShiny!Wheeeee". Super-ninja Wild Child, niewidzialny Romulus, śmiech roznoszący się na wietrze i dramatyczny krzyk na koniec. Wolę Wolverine:Origins.

Krzycer: Koniec Sabretootha... zaskakujący. Spodziewałem się latających trzewi od pierwszego do ostatniego kadru, a tutaj... Creed prosi o "łaskę śmierci". Niby było już stwierdzone, że Victor ma sumienie i jest świadom, ilu ludzi zabił, ale jednak... to było zaskakujące. I to zaliczam na plus. Całą resztę - pojawiającego się i znikającego jak Mister America Wild Childa i przychodzącego i odchodzącego z wiatrem Romulusa, śmiech w oddali - na minus. I to potężny. A sam Romulus... na razie nie podoba mi się sama koncepcja i to, jak wprowadzają go w życie. Więcej będę mógł napisać, kiedy już się czegoś o nim dowiemy. No i ma durne imię. Chyba, że któryś z marvelowych łebków spadł jak Keith Richards z palmy głową w dół i ten Romulus to właśnie ten Romulus...

Jaro: Wykarmiony przez wilczycę mityczny założyciel Rzymu, Loeb jego mać? ;) Coś mi się zdaje, że jeśli Romulus ma być takim kozakiem, na jakiego próbują go wykreować, Marvel nie zawaha się dorzucić do starej legendy furry akcentu. 

Gil: Aha. A do tego zabił swojego brata Remusa samurajskim mieczem, bo ten był blondynem, potem był wszystkimi cesarzami Rzymu, a jak mu się znudziło, to został papieżem i Mieszkiem Pierwszym, a potem Napoleonem, a potem Hitlerem i Stalinem i Jarosławem Kaczyńskim, a w międzyczasie stworzył Weapon X, bo nie miał co zrobić z mnożącymi się futrzakami :P
Nie no, serio... Romulus jest superkól z definicji i jak w numerze setnym wreszcie się okaże, jak bardzo jest superkól, to wszyscy będą pisać "ja zawsze uważałem, ze Romulus jest superkól", a Jeph Loeb, popijając szampana w wannie pełnej studolarówek powie "aj toldża Romulus łaz superkól!"

sCaRy: Mam mieszane uczucia. O ile cała historia trąci crapem, to zakonczenie o dziwo w miarę mi się podobało, choc sam do końca nie wiem, dlaczego ;) . Może to i kwestia przyzwyczajenia do rysunków i pseudomonumentalnego stylu narracji. Sama fabuła - nie oszukujmy się - dosyć naiwną jest, a stwierdzenie typu 'jakimś trafem na końcu zawsze blondyn z brunetem biją się o miano najfajniejszego' trafnie obrazuje jej jakość. Mimo wszystko, zawsze to jakiś pomysł na odświeżenie postaci...

X-Men #201 

Gil: Mam mieszane uczucia wobec tego numeru, bo z jakiegoś powodu nie mogę się w niego wczuć. Wiem, że dzieją się rzeczy istotne, ale jakoś mnie to nie rusza i przelatuje ot tak sobie. Najlepiej zapamiętałem z tego numeru dyskusję Kitty i Piotra o horrorach oraz scenę z Blindfold (hej, przynajmniej znamy już jej prawdziwe imię), tylko jak to się ma czasowo do wydarzeń w New X-Men? Bardziej w pamięć zapadł mi kolejny rozdział Endangered Species. Wizyta w Neverlandzie może nie przyprawia o dreszcze, ale widać, że Yost odrobił pracę domową i stworzył całkiem wierne porównanie z Auschwitz. Pojawienie się na końcu Dark Beasta zapowiada duży skok naprzód.

Jaro: Trzyma poziom. Mnożą się zagadki (o co chodzi z Blindfold? kto jeszcze jest na liście Marauders?), jest kilka świetnych momentów (rozmowowalka Mystique z Icemanem, rozmowa Kitty i Petera o Lśnieniu), wreszcie na koniec atak na szkołę, w której ze starej gwardii mamy jedynie Kitty i Rasputina. No, i Exodus mówiąc o księgach ma pewnie na myśli Dzienniki Destiny, co w połączeniu z Mystique jako szefową Marauders dodaje kolejny smaczek. Rysunki Ramosa pasują do historii, ale są bardzo nierówne. Obok dobrych kadrów (jak np. ujęcia Emmy, Mystique czy Cannonballa) mamy totalnie zepsute, jak wszystkie sceny z udziałem Collosusa i Kitty. Wniosek - szarżowanie też musi mieć swoje granice, panie Ramos. Ale ogólnie - mocny plusior.
Do tego kolejny rozdział Endangered Species, dobitnie przypominający, czym było Neverland. Dobra scena z Hankiem rozgrzebującym masowy grób. I oczywiście Dark Beast, który nawet tak krótkim pojawieniem się kradnie cały show. Plus.

Foxdie: Akcja, dużo akcji. Kilka kolejnych pytań, jak zwykle mało odpowiedzi. Cały numer był na tyle ciekawy, że nawet przebolałem fatalną kreskę Ramosa, który wraz z Bachalo wytrwale walczy o tytuł najgorszego rysownika. Za mało Gambita, tzn. nie było go wcale. Do całości dochodzi ciekawe zakończenie, czyżby następny numer był pojedynkiem New X-Men z Acolytes?

S_O: Jeżdżenia kombajnem po X-Men ciąg dalszy. Połowa zespołu leży pod zgliszczami domu. Bez transportu. W Mississippi! Cannonball(s) i Iceman najwyraźniej próbują wyprzedzić Maruderów. Blindfold zachowuje się dziwniej niż zwykle (i ma imię i nazwisko). Kitty tłumaczy super-racjonalnemu Piotrowi (widać, że artysta), czemu dwie małe dziewczynki na korytarzu są straszne. Dzieje się dużo. I dzieje się dobrze. Ale kreska Ramosa mi nie podchodzi.

Endangered Species #5 - witamy w rasistowskim obozie zagłady Neverland-Birkenau. Atmosfera każe nam się dołować i psioczyć nad upadkiem moralnym ludzkości. I swe zadanie spełnia. Pojawienie się Dark Beasta było wspominane w zapowiedziach, więc ciężko uznać to za niespodziankę... ale zaskoczenie Henry'ego udziela się czytelnikom.

Ozz: Historia o rozebraniu X-Men na kawałki rozwija się dobrze, chociaż chyba nikt nie ma wątpliwości, że drużyna pogrzebana w domu Mystique przeżyje. Sceny z Icemanem i Cannonballem są dobre, zwłaszcza sposób, w jaki Bobby "zmusił się" do tego, aby jego zdolności "zaskoczyły". Do akcji wkroczyli również Acolytes, a plan Sinistera zaczyna się składać w całość i wydaje się mieć związek z przyszłością. Szkoda tylko, że Ramos przesadza ze swoją stylizacją, ponieważ szkodzi to tej, jak na razie, bardzo dobrej historii. Kolejny rozdział Endangered Species wreszcie wprowadza (jak przypuszczam) drugiego głównego bohatera, czyli Dark Beasta, ale o nim dopiero będzie więcej w kolejnym epizodzie.

Black Bolt: Dobre, dobre. Dużo się dzieje, akcja gna do przodu, a dynamiczne rysunki Ramosa tylko ją przyspieszają. Mi jego rysunki wcale nie przeszkadzają, są miłym i świeżym urozmaiceniem po naoglądaniu sie standardowych kresek. Oby został w X-Men na długo.

Krzycer: Dobra rzecz. X-Men wyeliminowani, "musisz żyć, by walczyć później", pojedynek z Shiro - wszystko to ładne, po raz kolejny zdepowerowany i repowerowany Iceman, jego walka z Mystique... wszystko 'cool'. Jakbym miał się czepiać, to tylko rozkazu z poprzedniego numeru "kill'em all", a tutaj... co oni, nigdy komiksu nie czytali, żeby wyobrażać sobie, że zawalony dom ich pozabija? Druga część komiksu rozgrywająca się w rezydencji daje trochę wytchnienia, trochę śmiechu przy rozmowach Rasputina z Kitty... no a potem *BUM* i wejście Acolytes. Też mocne, też dobre. Po raz kolejny widzimy, jak duża machina została wprawiona w ruch. I chociaż w przeciwieństwie do nas Cannonball już wie, jakie jeszcze cele mają na liście Marauders, to i tak nie ma pojęcia, o co im chodzi. A zatem poczekamy - zobaczymy. Na minus, niestety, zaliczam kreskę Ramosa. Nie przeszkadza mi upraszczanie i kreskówkowość, ale tutaj parę mordek jest już normalnie brzydkich, a to nie w porządku...
Endangered Species 5 - kolejny dobry odcinek. Mocne flashbacki z ostatnich chwil Neverlandu (czy to przypadkiem zbliżenie na Cecilię Reyes?) no i wejście Dark Beasta w końcówce. Dobra rzecz. Tylko... czy Dark Beast dobrych parę lat temu nie zrobił się niebieski?

MrG: Ramos, coś ty zrobił! Rysunki niemal pogrążają ten komiks, zwłaszcza kiedy się pokazuje postaci z oddalenia. I Colossus... myślałem że gorzej niż Bachalo (którego uwielbiam) to narysować się go nie da. Ogólnie wygląda na to, że X-Men od dawna nie mieli tak słabych prognóz na przyszłość. 4 regularnych X-Men, New X-Men i mający być Angel i Bishop... kontra Marauders, Acolytes, dwóch ex-Riders of Apocalypse, Sinister... Sam Exodus z Gambitem mogliby teraz namieszać, a tu taka ekipa... Co chcą zrobić z Rogue? Logiczne, jeśli drugim celem jest Elixir. Rogue + moce Elixira = pomysł na naprawienie świata mutantów.
Endangered Species - w końcu wytłumaczono największą zagadkę marvelowskiego świata mutantów - co się stało z Cecilią R. Stało się, kula w głowę i do piachu. A połączenie sił dwóch Beastów bardz korzystne.
Ogólnie numer przyzwoity, trzymający w napięciu, sporo zagadek i słaba kreska. Przyzwoicie z naciskiem na dobrze, jeśli Ramos się poprawi, lub jeśli dzięki temu wróci Bachalo.

Hotaru: Dobry numer. Nie rewelacyjny, ale dobry. Rysunki Ramosa rzeczywiście czasami są zbyt niedopracowane i chaotyczne, przez co przeszkadzają w odbiorze akcji, zamiast ją ilustrować. Cieszę się, że u X-Men w końcu coś się dzieje, ale węszę pewne niezgodności w ciągłości z poprzednimi przygodami. I mam nadzieję, że w końcu zostanie wyjaśnione, dlaczego Mystique postrzeliła swą córkę... bo chyba nie tylko dla tego cliff-hangera z poprzedniego numeru.

Killah: Gdy myślę, co napisać o tym komiksie i jego scenarzyście, od razu nasuwają mi się na język słowa wypowiedziane przez narratora na początku filmu "The Big Lebowski" - "Sometimes there's a man [...]". Tym, którzy nie wiedzą, o co chodzi, spieszę z wyjaśnieniem: otóż, Mike Carey, pomimo tego, że nie wydawał się być na pierwszy rzut oka najbardziej trafnym wyborem na scenarzystę X-Men (choćby dlatego, że wcześniej parał się pisaniem komiksów diametralnie innych, niż superbohaterskie), z jakiegoś powodu tu po prostu pasuje. Nie wiem dlaczego, ale czytając przygody naszych ulubionych mutantów spod jego pióra, po prostu czuje się, że wie on dokąd zmierza, że wie, co z tymi postaciami zrobić. Niestety, nie poszczęściło się panu Michałowi, jeśli chodzi o rysowników. Muszę natomiast przyznać, że choć nigdy nie byłem zwolennikiem Chrisa Bachalo, to w "adjectiveless" większych zarzutów co do jego twórczości nie miałem. I chyba dlatego Marvel, z pewnością chcąc zrobić mi na złość, zaprzągł do pracy Humberto Ramosa, który zdaje się rysować kolejne numery myszką w zacnym programie MS Paint (wiem, bo próbowałem - wyszedł mi podobny efekt). Na szczęście Humberto wraca do Meksyku uprawiać rolę, bo wieść, że ma on zostać nowym rysownikiem takiego komiksu, jak "Runaways", nie może nie być okrutnym żartem. Ogólnie, komiks byłby na "piątkę" za "dzianie się" i umiejętne prowadzenie postaci, ale ocena leci w dół za, przepraszam za wyrażenie, "szatem graficznom".

X-Men First Class vol. 2 #2
Gil: Spojrzałem na to z ciekawości i natychmiast zrezygnowałem. Cofanie się po raz setny do początków grupy, żaby opowiedzieć nie związane z niczym historie jest dla mnie po prostu skrajnie nudne. Widziałem to już tyle razy, że choćby działy się tam nie wiem jakie cuda, nie mogę tego przetrawić kolejny raz. Sorry, ale rzetelnej recenzji nie będzie.

S_O: Nie wiem, czemu słyszę same narzekania na tę serię. Podoba mi się pomysł - lekkie czytadło o klasycznej piątce dla fanów klasycznej piątki i lekkich czytadeł. Pozostałych opowieści z serii nie trzeba było na siłę retconować, i sądzę, że tej również nie trzeba. A że podczas lektury można sobie poprawić humor... Osobiście bym polecał.

 

 

 



Wieści redakcyjne:

 


Dwa miliony głosów, dwa miliony serc...
W zeszłym tygodniu oficjalny licznik odwiedzin Avalonu przekroczył barierę 2 milionów odwiedzin. Mamy nadzieję, że dalszy rozwój strony zadowoli wasze gusta i trzeci milion odwiedzin zaliczymy jeszcze w tym roku.

Nowe twarze w redakcji
Z przyjemnością informujemy, że po niedawno ogłoszonym naborze do redakcji dołączyły nowe osoby:
Demogorgon - wystartuje z New Warriors vol. 4, a później zajmie się newuniversal i What if-ami.
Dexx - zajmie się streszczanimi archiwalnych F4 oraz New Excalibur
Don God - już zadebiutował pierwszym numerem Daredevil: Battlin Jack, a w planach ma uzupełnienie braków w Excalibur.
Duczmen - nowy korektor, który pomoże przeciążonym S_O i Snak3'owi
Kingquest - recenzje i publicystyka
Jesteśmy w kontakcie z kilkoma innymi kandydatami, więc pewnie redakcja jeszcze się powiększy. Oczywiście każdy z was może spróbować dostać się do niej - szczegóły tutaj.

Spoiler Alert!
Sierpień Miesiącem Trzeźwości i Crossoverów.

 




Redaktor prowadzący: Lex                                                                                          Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.