Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #92 (18.05.2009)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 18 maja 2009 Numer: 20/2009 (92)


Tydzień bez najgłośniejszych tytułów, ale poziom był zaskakująco wysoki.



Captain Britain And MI:13 #13 avalonpulse0092c.jpg
Gil: Uuu... kiepsko to wygląda. Pierwszy numer, przy którym zwątpiłem w zdolności Cornella i szczerze mam nadzieję, że ostatni. Czułem się jak przy oglądaniu któregoś z gorszych odcinków Doctora Who, w którym coś podbija Ziemię na chwilę i wszystko wygląda tragicznie, ale i tak w następnym odcinku okazuje się, że poczciwy Doktor coś wymyślił. Dramatyzm tej porażki wydaje mi się okropnie sztuczny i nie wierzę, że ktokolwiek zginie naprawdę. Najsilniejszą stroną całości pozostają jednak relacje między postaciami i lekka nutka dekadencji w fabule. No i zepchnięcie Kirka na drugi plan jest niestety wyraźne. Cóż, pechowa trzynastka (a nawet trzy) i najsłabsza w dziejach serii ocena: 5/10.

Krzycer: No i... jest źle. Dla naszych bohaterów, bo komiks dostajemy świetny. Czuć zbliżającą się klęskę, znikąd pomocy... A potem wydarzyła się końcówka, przy której powiedziałem "yeabuwhat?". No bo przecież oni wszyscy nie są... prawda? Cornell potrafi.
Hotaru: Wiedziałem, że w tym numerze Dracula w końcu zaatakuje Wyspy Brytyjskie, ale tego się nie spodziewałem. Cornell wyczynia takie masakryczne rzeczy ze swoimi bohaterami, że aż mnie skręca żeby dowiedzieć się, jak ich będzie potem z tej kabały wyciągać. Jestem dziwnie spokojny o to, że zrobi to z klasą. Szkoda tylko, że Kirk nie wyrabia się i nie potrafi zilustrować całego numeru. Wiem, że to trochę bezcelowe narzekania, bo zapewne obyłoby się to kosztem jakości jego szkiców, ale pomarzyć można. Jak zwykle, czekam na więcej.

All-New Savage She-Hulk #2
Gil: Pierwsze wrażenie wyhamowało, uderzenie absurdu przestało odgrywać rolę w ocenie serii, ale nadal broni się ona dość skutecznie. Okazuje się, że dwie płaszczyzny będą nam towarzyszyć przez dłuższy czas. Z przyszłościowej dowiadujemy się, że realia świata Lyry nie są tak płaskie, jak zwykle pokazywano. We współczesnej natomiast mamy kilka niezłych momentów, z których najbardziej rozbawiło mnie zgaszenie Boba. No i oczywiście pojedynek dwóch zielonych pań, który jest wydarzeniem sam w sobie. Może odbiór jest nieco słabszy, ale nadal wystawiam 7/10.
Krzycer:
Zabawna ta słabostka nowej Shulkie. Numer czytało się fajnie, wciąż jednak nie widzę dla bohaterki stałego miejsca w 616. Tym bardziej, że za moment wrzucą tu jeszcze Skaara... Za dużo szczeniaków Hulka się robi.

Black Panther vol. 5 #4
Hotaru: Mając w pamięci, co udawało się Hudlinowi wcześniej wyczyniać na łamach tego tytułu, nie mogę być teraz srogi. Nikt chyba nie daje się nabrać, że Shuri nie zostanie nową BP... chociaż przydzielenie tej roli nie z gruszki, ni z pietruszki jakiejś losowej lasce nie leży poza zasięgiem scenarzysty, który udowadniał już, że sens czy konsekwencja nie są przymiotami jago skryptów. Za to powoli przyzwyczajam się do kreski Kena Lashleya. Nie znajduję wprawdzie wielu wzlotów, ale i upadków dużo nie odnotowałem. W świetle wieści z tego tygodnia, że Hudlin odchodzi po tej historii, nie mogę się już doczekać jej zakończenia.
Krzycer:
Meh. Poza tym to chyba najidiotyczniejsze przedstawienie Śmierci, jakie widziałem w komiksach. Wygląda jak szkielet Mammomaksa.

avalonpulse0092e.jpgDeadpool: Suicide Kings #2 
Gil: Seryjka dokonała postępu takiego, że zdołała utrzymać moją uwagę od początku do końca numeru i wywołać kilka wybuchów śmiechu. Nie są to jednak komplementy. Śledziłem bowiem z uwagą, jakie jeszcze kwasy wyciśnie z siebie scenarzysta i prychałem na widok jego kolejnych pomysłów. Przez chwilę na początku wydawało się, że coś z tego będzie, ale wszelką nadzieję porzuciłem, kiedy Punisher zaczął się bawić w Scorpiona. I niestety tutaj także dało się zauważyć loebową strategię "nie mam pomysłu na fabułę, to nawrzucam postaci i niech się biją", a pod tym szyldem zawitali tu Outlaw i Daredevil.
Polecam dwunastolatkom i wielbicielom historii o niczym, reszcie odradzam. Słabe 4/10 z tego wyszło. Tak, to znaczy "gorsze od Waya".
MrG:
Calkiem przyzwoitego Deadpoola tu dostajemy. Są nawiązania do C&D, kilka niezłych dowcipów. Tylko szkoda, że główny wątek fabuly nadal jest bzdurny. I dlaczego DD pomaga Poolowi?
A - i white boxy wychodzą dużo lepiej off-panel, jak w ostatnim Deadpoolu. 7/10

Krzycer: Pan Benson odrobił lekcje. Dostajemy Outlaw i sporo nawiązań do wydarzeń z paru ostatnich lat, do tego poczucie humoru na niezłym poziomie - wygląda na to, że los wreszcie uśmiechnął się do Wade'a. Nie dość, że zalicza genialne występy w alternatywnych wersjach (Messiah War, Marvel Zombies IV) to jeszcze Way go ostatnio łaskawiej traktuje. Jest dobrze!
A Murdock pomoże, bo pewnie już wyczuł, że Wade mówi prawdę. Proste.


Dark Reign: Hawkeye #2
Gil: Ku mojemu pewnemu zdziwieniu, fabularnie seria wykonała skok od "meh" do "o, a to ciekawe". Najpierw spodziewałem się, że wszystko skupi się na tuszowaniu wyczynów Hallseye'a, później myślałem, że nie wyjdziemy poza zawoalowaną prawdę, a tymczasem końcówka zdołała mnie zaskoczyć. Copycat Bullseye? To wystarczający powód, by poczytać dalej. W pierwszej chwili pomyślałem, że to Deadpool się wygłupia, ale teraz spodziewam się już wszystkiego. Żeby nie było wątpliwości - to nadal nie jest poziom, jakiego bym sobie życzył, ale jest ciekawiej. Tylko rysunki wciąż nie pasują. Ogólnie 7/10.
Pariah:
Historia całkiem przyjemna w odbiorze. Nie jest to Bullseye w stylu Ellisa, ale Andy Diggle doskonale oddaje jego cynizm i pogardę dla ludzkiego życia. Fabuła również prezentuje się interesująco i pozostawia kilka pytań na tyle ciekawych, że chętnie poczytam kolejny numer. Kim jest informator Uricha? Songbird? To ma sens w kontekście kolejnych numerów T-Boltów. No i kim jest Bullseye, które spotyka na swojej drodze... Bullseye!? :) Niezależnie od tego czy to tylko jego zwidy czy nie, będzie ciekawie. Rozbroiła mnie też nazwa grupy terrorystycznej: P.T.S.F. - Peace through Superior Firepower :P Zalatuje nieco GoG, ale to chyba przypadek. 7/10

Dark Tower: The Fall of Gilead #1
Hotaru: Mam mieszane uczucia. Isanove stara się jak może, by nie było spadku jakościowego w porównaniu do rysunków Lee, ale po pierwszych kilku całkiem udanych i natchnionych stronach, jest kiepsko. Jedynie kolorystyka nie zawodzi, ale cała reszta... nie ta klasa. Poczynając od sztywnego kadrowania, na koślawych ohydnych twarzach kończąc, mam wrażenie, jakbym dostał podróbkę Made in China. Jae, wróć! Na szczęście Peter David napisał skrypt, więc jest on o wiele lepszy od tego w The Sorcerer. Irytować jednak może, że wydarzenia w większej części pokrywają to, co widzieliśmy już w ostatnim numerze poprzedniej mini i w one-shocie, chociaż rozumiem, że to celowy zabieg mający na celu stworzenie dobrego punktu startowego do mających nadejść wydarzeń. Chyba będę się musiał pogodzić z tym, że The Fall of Gilead będzie najsłabszą z miniserii Mrocznej Wieży. Potem wraca Jae Lee, by zakończyć komiksową sagę na najwyższym możliwym pułapie.


Dark Reign: Young Avengers #1 avalonpulse0092d.jpg
Gil: Lepsza z propozycji Cornella w tym tygodniu. Nowa grupa ma wiele z tego, co mieli Young Avengers w chwili swojego debiutu. Przede wszystkim wiele niewiadomych, trochę niespodzianek i interesujące relacje. Wszystko to sprawia, że chociaż prawdziwi YA prawie się nie pojawiają w tym zeszycie, czytelnik nawet nie zauważa ich braku. To i fakt, że dzieje się dość sporo, chociaż pozornie cała akcja skupia się na początku numeru. Czyta się świetnie i wygląda też dobrze, chociaż nie rozumiem, co autor miał na myśli, dając Executionerowi taką głupią maskę. Na dobry początek solidne 7/10.

Hotaru: Kolejny numer Cornella w tym tygodniu i niestety zmuszony jestem go skrytykować. Na razie żadna z zaprezentowanych postaci nie wydała mi się intrygująca na tyle, by usprawiedliwić sens ich dodawania do licznego marvelowego panteonu. Co gorsza, frontman drużyny, Melter, jest generyczny aż do bólu i na milę zajeżdża nieudolnym fanfickiem. Pierwszy numer pogrąża również fakt, że nie ma żadnego haczyka, przewodniego wątku, tajemnicy, którą czytelnik chciałby razem z bohaterami rozwiązać - ot, na początku mamy introdukcję postaci, potem trochę ględzenia, rzucającego co nieco światła na ich background, a na końcu jak królik z kapelusza pojawiają się prawdziwi Young Avengers. Spodziewałem się czegoś o wiele (!) lepszego. Brooks rysuje na ogół dobrze. Podobają mi się jego kadrowania, przywiązuje dużą wagę do detali, ale irytowało mnie, że nie potrafiłem rozróżnić twarzy Meltera i Executionera - wyglądają jak bliźniaki. Wiem, że Cornell nie jest kiepskim scenarzystą, dlatego ufam, że kolejny numer będzie pozbawiony wspomnianych przeze mnie wad.

Krzycer: Powtórzmy to: Cornell potrafi! Od mocnego wejścia (Monty Python, wpadka z tunelem metra) przez prezentację kolejnych bohaterów, teksty Coat of Arms o postrzeganiu superbohaterów aż po wpadkę Weldera - nie ma nieudanej strony. Do tego wcale fajne rysunki Brooksa (może z wyjątkiem pierwszego pojawienia się grupy - coś mi się w ich ustawieniu nie podoba).
Czekam na więcej. I na jakieś originy.


Genext United #1
Gil: Fabularnie jest to płycizna i zasługuje najwyżej na miano luźnego czytadła. Graficznie jest trochę lepiej niż poprzednio i miejscami jest na co popatrzeć (głównie na Megan Frost, if ju noł łat aj min). Ale poza tym są dziury logiczne typu: Beast się postarzał i osiwiał, ale Val Cooper nadal wygląda na 20 lat. No i przeciwnikami są małe trolle z dużymi zębami. Nie przeszkadza, ale dobrym tego nazwać nie można i dlatego dostanie 4/10.

Krzycer: Claremont. Nie prezentuje tej formy, co jeszcze niedawno w X-Treme X-Men czy choćby w Excalibur vol. 3... Kogo ja oszukuję, nie prezentuje nawet formy z pierwszej serii Genext. Ten numer nadal jest trochę lepszy od jego Exiles czy New Excalibur, ale co to ma za znaczenie, skoro różnica jest niewielka i wciąż poruszamy się w zakresie od "nie warto" do "kategorycznie nie brać do ręki"...


Sgt. Fury & His Howling Commandos
Gil: Po ostatnim Theater of War i tym specjalu bliski jestem zmiany zdania na temat wojennych historii, bo Nick ze swoją Dirty Half-A-Dozen wymietli zacnie. Chociaż znacznie pomogła im w tym pewna Rosjanka w czerni, a gościnne występy Barona Zemo, Barona von Struckera (myślałby kto, że każdy Niemiec to baron...) i samego Adolfa z pewnością nie zaszkodziły. Nie tylko zniszczyli nazistom bombę atomową, ale też rozwalili prawdziwego dizlowskiego mecha. I jak tu nie kochać tej historyjki? Co więcej, rysunki wyjątkowo się wpasowały w klimat, więc jak mało który 1-shot, ten zasłużył sobie na dobrą ocenę. Na przykład 7/10.


avalonpulse0092f.jpgSecret Warriors #4
Gil: Seria wkracza w końcu na obszary, gdzie widać coś oprócz dymków z dużą ilością słów. Nadal to one dominują, ale jest już coś innego i zapowiadają tego więcej. Tymczasem, Nick odwiedza starych druhów, by powspominać i porekrutować trochę. O ile miło znów zobaczyć Dugana w formie, to zdecydowanie większe wrażenie zrobił na mnie nowy członek drużyny - aborygeński Jimmy Hendrix. Z miejsca został moim ulubieńcem w tym teamie za sprawą kilku tekstów i gestów. A do kompletu ci źli knują coś dużego, a ci dobrzy myszkują po szafkach Nickusiowi. I czy tylko mi się wydaje, czy w jednym z LMD jest miejsce dla malutkiego pilota? Podsumowując: nadal jest fajnie i nawet ciut fajniej niż ostatnio, więc dobre 7/10 będzie.

Hotaru: Przyznaję, że chyba bez szczególnego powodu od początku byłem nastawiony do tego tytułu raczej negatywnie. Teraz, z każdym kolejnym numerem obiecuję sobie, że mam się skupić na pozytywach, ale nic z tego - niedociągnięcia za każdym razem psują mi potencjalną frajdę z lektury. Z jednej strony obawiam się, że Hickman popełni błąd, przez który przestałem oglądać serial Lost - będzie o wiele więcej pytań, niż odpowiedzi, a kiedy te w końcu zaczną padać, będą wybitnie niesatysfakcjonujące. Z drugiej strony styl Caselliego nadal mi nie pasuje do klimatu, który usiłuje wypracować skrypt. Nie doceniam też wysiłków kolorysty Daniela Rudoni, która na mój gust zbyt nachalnie stara się narzucić scenie klimat. I od kiedy Aborygeni są zieloni?

Volf: Rysunki Caselliego wymiatają, powtarzałem to przy poprzednich numerach, powtórzę i przy tym. Fabularnie - parę naprawdę niezłych tekstów i rozstawianie pionków przed szykowaną na następny numer otwartą wojną. Jest dobrze, nawet bardzo dobrze.
MrG: Holy Macaroni! Ta seria byla awesome od początku i jest coraz lepsza. Genialne rysunki, świetne postacie. Wrażliwy gigant, pocieszny grubasek, paranoiczny koleś, dziewczyna z rozkazami... Do tego dorzucić Phobosa, który jest naprawdę... naprawdę świetny, rozmowę Nicka z Dum Dumem i Gabem... Genialne. Do tego mój ulubiony snajperski dowcip na końcu. It. Is. More. Than. Awesome. 10/10 i znak jakości.
Bertoluccio: Mocne. Chociaż pomysł, na którym opiera się cała seria, wydaje mi się trochę naciągany (S.H.I.E.L.D. to HYDRA), to wykonanie jest pierwsza klasa. Fury zbiera ekipę, Daisy uzupełnia skład swojego zespołu (Eden zapowiada się na świetną postać), a aktualnie najfajniejszy bóg w Marvelu - Phobos - razem z Hellfirem przeszukują biuro Nicka. Zaś w następnym numerze wojna. Czego chcieć więcej? Ocena: 8/10.
Krzycer: Sniper joke. Heh. Jest dobrze. Przy okazji mamy okazję przekonać się, że Deus-Ex-Machina-Man, znany również jako Gateway, żyje i ma się dobrze, wbrew temu, co niedawno pisał Carey. Kto by się przejmował? Ja nie.
A numer jest, owszem, świetny. Tylko wciąż nie mogę się przekonać do tego gościa z rady HYDRY, który wygląda, jakby urwał się z Piratów z Karaibów 2 lub 3.


Ultimate Spider-Man
#132

Hotaru: Zanosi się na to, że Ultimate Spider-Man odejdzie z hukiem. Hukiem, jaki wydaje marmurowy posąg, spadając z kilkumetrowego piedestału. Przykro mi to stwierdzić, ale Bendis świetnie wpisał się w klimat Loebowego Ultimatum. Bardziej dosadnej krytyki nie byłbym chyba w stanie dostarczyć. Nawet rysunki Immonena są jakieś nierówne. Coś czuję, że wraz z końcem tego pożałowania godnego eventu skończy się moja przygoda z linią Ultimate. Szkoda mi oglądać, jak Marvel zarzyna swoje dziecko, więc na małego frankensteinowego potworka powstałego po jego wskrzeszeniu patrzeć już nie chcę.
Bertoluccio:
Koniec Spider-Mana coraz bliżej. Chociaż nie sądzę, żeby wybuch z końca numeru go zabił, to po przeczytaniu zapowiedzi co do Spider-Man: Requiem, gdzie napisane jest, że numer pisany jest z perspektywy JJJ, szanse na przeżycie Pajęczaka spadły prawie do zera. Co do samej historii, na początku zastanawiałem się, jaki ma sens wystawienie Petera przeciwko magicznym przeciwnikom, ale starcie ze swoimi największymi lękami w postaci jego największych wrogów wypadło wyśmienicie. Nie pozostało nic innego jak czekać na ciąg dalszy, który jest wstrzymywany przez Ultimatum #4. Miejmy nadzieję, że początek czerwca to ostateczna data. Moja ocena 8/10.

War of Kings: Ascension #2 avalonpulse0092g.jpg
Gil: Kiedy Abnett i Lanning podrasowali Novę, powiedziałem sobie "łał!". Kiedy zamienili Quasara na Phylę, pomyślałem "sweet!" Gdy Warlock został zresetowany w postaci badassa, rzekłem na to "najjjjs!" A gdy na scenę wkroczyli Guardians of the Galaxy, wyrwało mi się głośne "hel je!" Teraz do głowy przychodzi mi tylko "holi frigin szit!", bo Darkhawk z nicości awansował do grona najbardziej interesujących postaci w kosmosie Marvela. Cały numer przeczytałem z wypiekami i chcę tego więcej. Razor z Talonem kopią zady aż miło, ale jeszcze lepsze jest to, co dzieje się z Chrisem, bo jest tak pięknie surrealistyczne. W tej chwili tylko X-Factor może być jego rywalem do tytułu komiksu tygodnia. Tak czy inaczej, na mocne 8/10 zasługuje.

Hotaru: Jak oni to robią? Zaprawdę, do tej pory Darkhawk nawet mi nie zwisał i nie powiewał, bo po prostu dla mnie nie istniał. A takich dwóch, którzy ukradli cały marvelowy kosmos, napisało jeden komiks z Powellem, a ja już ślinię się na myśl o kolejnym. To jakieś czary... ale proszę, czarujcie mnie dalej.

Volf: Zdecydowanie najciekawszy tie-in do War of Kings. Biorąc pod uwagę poziom Novy i Guardians of the Galaxy - ciężko o lepszy komplement. Raptorowie to przy tym najciekawsza siła w całej wojnie i podczas gdy zmagania Vulcana z Black Boltem wydają się być jakieś takie mało dynamiczne, wejście do gry Raptorów jest tym, co najwidoczniej w zamierzeniu ma dać całej wojnie solidnego kopa. Przy czym mam nadzieję, że Darkhawk do samego końca nie odzyska kontroli nad zbroją - gdyby odzyskał, mielibyśmy bohatera zbyt podobnego do Novy, dwie praktycznie bliźniacze miniserie, za to historie walczącego z samym sobą bad guya knującego i kształtującego w cieniu losy galaktyki - mniam!
Krzycer: Fajne! Co prawda fani Darkhawka mogą się rzucać, że DnA przekreślają absolutnie wszystko, co wiadomo o tej postaci, ale szczerze - ilu fanów może mieć Darkhawk? Zostawienie Annihili-fetusa przy życiu powinno mieć ciekawe konsekwencje w przyszłości... A audiencja u Blastaara powinna je mieć już za moment.
Z trochę innej beczki - strasznie mi się podoba pomysł, by 42 stała się jego fortecą. Szkoda tylko, że w komiksach dziejących się na Ziemi nikt się jeszcze nie zająknął na temat tego, co stało się z "Guantanamo Starka".


Wolverine vol. 3 #73
Gil: Nie będę tym razem pobłażliwy i za głosem ogółu również wytknę wydawnictwu machlojki z numeracją, będące efektem niefortunnego doboru twórców. Zły Marvel, zły! A teraz wróćmy do zawartości, czyli dwóch zapchajdziurnych historyjek. Pierwsza, autorstwa Aarona, jest szczerze zabawna i pokazuje, jak trudno być Wolverinem, występującym w milionie komiksów miesięcznie. Druga, autorstwa Waya, jest... autorstwa Waya. To powinno wystarczyć. Ale żeby sprawiedliwości stało się zadość dodam, że to nie jakiś koszmar na jawie, ale zwykły zapychacz, będący kwintesencją nicości. Za część pierwszą byłaby mocna siódemka, za drugą jakieś cztery, więc dajmy wypadkowo 6/10.

Hotaru: Wolverine zacząłem czytać tylko ze względu na historię "Old Man Logan" Millara i McNivena. Ten numer przeczytałem z rozpędu, jak chyba wszyscy spodziewając się kulminacji, a dostałem... to. Cóż, na #74 na pewno nie dam się już nabrać.


avalonpulse0092h.jpgX-Factor vol. 3 #43
Gil: No cóż, tytułu komiksu tygodnia nie dostanie, ale tylko ze względu na mniejszą intensywność wydarzeń. Dzieje się sporo i czyta się świetnie, ale ponieważ zostaliśmy do tego przyzwyczajeni stałym wysokim poziomem, nie uderza element rewelacji. Jest za to inny, wyraźny element, który już można nazwać najsłodszym momentem roku. Taki och-moment. Wszyscy wiemy, o co chodzi, prawda? No i jest też kilka niespodzianek, z których największą jest Shatterstar. Nie powiem, żebym chciał widzieć go w grupie, bo jakoś nigdy za nim nie przepadałem. Ale z drugiej strony, nie lubiłem też Rictora, a PAD zrobił z niego świetną postać. Co ma być, to będzie i na pewno będzie dobrze. W dodatku coś mi mówi, że obie płaszczyzny akcji są jakoś połączone. Również solidne 8/10.

Hotaru: Chociaż Peter David nie zawodzi, a rysunki stoją na dość wysokim poziomie, to jakoś ten numer spłynął po mnie jak woda po kaczce. Nadal nie lubię Darwina i Longshota, Shatterstar mógłby dla mnie nie istnieć, a Layla, odkąd urosły jej walory, paradoksalnie straciła coś w moich oczach. Pomimo tego, czyta się szybko i jest dość fajnych momentów, by się nie nudzić. Czekam na zwyżkę formy.

Krzycer: Numer tygodnia. Ot, choćby za powitanie Madroksa z Cyclopsem. Poza tym dowiedzieliśmy się wreszcie, co właściwie będzie się działo w przyszłości, a i akcja w teraźniejszości nabrała wyrazistości. Jest bardzo, bardzo dobrze.
I nawet zaskakująco szybki rozwój wydarzeń między Madroksem i Laylą wypada... po prostu naturalnie.


Wonderful Wizard Of Oz #6
Hotaru: Nie chcę się powtarzać, ale czasami nie można inaczej: arcydzieło. Wizja Skottiego Younga jest tak magiczna, że chyba nie można już bardziej. Obawiam się tylko trochę, że po tym fenomenalnym komiksie Marvel zacznie dawać Artyście same zlecenia skierowane dla młodszych czytelników, a chciałbym go jeszcze zobaczyć rysującego np. x-nastolatków. Ale zamartwiać się tym zacznę za dwa numery, kiedy ta mini dobiegnie końca.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0092a.jpgDark Reign: Hawkeye #2

Autor:
Clint Langley

Gil: Cóż... Wybrałbym okładkę Savage She-Hulk, gdyby w ostateczności napis nie zasłonił pierwszoplanowego zielonego tyłeczka, a tak... Nie, nie - bądźmy poważni. Okładka jest świetna. Przede wszystkim dlatego, że żyje. Samo wykonanie postaci, cieniowanie i kolorystyka są całkiem realistyczne, co nie jest łatwe przy takich kostiumach, więc to duży plus. No i subtelne różnice między Hawkeyem a Bullseyem są bardzo fajnie podkreślone. A jeśli ktoś nie zajrzał jeszcze do środka, musi wiedzieć, że nie jest to tylko impresja artystyczna, ale sytuacja zgodna z treścią.



avalonpulse0092b.jpgDark Tower: The Fall of Gilead #1

Autor:
Jae Lee

Hotaru: Praktycznie każda okładka Jae Lee do komiksu z serii Dark Tower to małe dzieło sztuki, ale w tym tygodniu zupełnie nie było konkurencji zdolnej zagrozić temu coverowi. John Farson i jego poplecznicy zwróceni są w jedną stronę, na horyzoncie szaleje burza, a my nie mamy najmniejszych wątpliwości, że wszyscy patrzą na mury Gilead. Mury, które niechybnie upadną. Mamy wrażenie, że za sekundę zostanie wydany rozkaz do szturmu, a ci, którzy czytali książki, wiedzą już, jakie ofiary ten szturm za sobą pociągnie. Mocna rzecz.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2009.05.13


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.