Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #78 - Spider-Man & the Black Cat: The Evil That Men Do HC

Spider-Man & The Black Cat: The Evil That Men Do HC
LT #78
Scenariusz: Kevin Smith
Rysunki: Terry Dodson
Okładka: Terry Dodson
Liczba stron: 176
Cena: $19.99
Zawiera: Spider-Man & The Black Cat: The Evil That Men Do #1-6

Crov: Miałem taki plan, żeby zaskoczyć czytelników formułą recenzji. Chciałem pójść w ślady scenarzysty tej miniserii – Kevina Smitha – i zrobić to, co on zrobił, pisząc „The Evil That Men Do”. Dostalibyście pierwszą połowę tekstu, a na następną musielibyście czekać trzy lata – tyle, ile czekali fani tej opowieści na jej dokończenie.

Okryta niesławą i będąca często obiektem żartów ze względu na wspomnianą przerwę seria jest bardzo nierówna. Gdyby Smith nie złapał „lenia”, to byłaby to świetna historia.

Zaczyna się bardzo prosto. Felicia Hardy, znana również jako Black Cat, przybywa do Nowego Jorku w poszukiwaniu zaginionej koleżanki. Jej drogi szybko krzyżują się ze ścieżkami jej dawnego chłopaka, Petera „Spider-Mana” Parkera. Pająk poszukuje zaginionego nastolatka i ma zamiar dorwać popularnego na Manhattanie dilera narkotyków, Pana Brownstone’a.

Historia jest prosta, ale ciekawa. Poważniejsze i mroczniejsze motywy (główny złoczyńca uwielbia młodych nastolatków, a potem usiłuje zgwałcić Black Cat) sprawiają, że historia jest świeża i intrygująca. Nie braknie oczywiście dowcipnych dialogów (m.in. Spider-Man mówiący, że z tak dużymi piersiami, jakie ma Felicia, dziewczyna nie powinna być w stanie poruszać się tak szybko) i paru lżejszych scen, żebyśmy nie zapomnieli, o kim to komiks. Dobrze się bawiąc, można zapomnieć o tym, że kostium Spider-Mana musiałby się podrzeć, kiedy bohater ciągnięty za samochodem trze o ziemię, albo o tym, że jego maska i twarz powinny zostać pocięte, gdy uderza głową w szybę samochodu. Rzadko zdarza mi się przymykać oko na takie głupoty, ale tym razem magia Kevina Smitha (albo Black Cat rysowanej przez Terry’ego Dodsona) zadziałała.

Kevin Smith – prywatnie scenarzysta i reżyser (czasem także aktor) filmowy – pisze w pierwszych trzech numerach sprawiające przyjemność w czytaniu dialogi. Nie ma tu co prawda nic, co mogłoby się równać z jego filmowymi scenariuszami, ale odczucia są pozytywne. Z kolei złoczyńca jest dobrze nakreślony. To interesujący, demoniczny i autentyczny bandzior, który zwyczajnie chce zarobić. Przypomina bardziej sadystycznego Wilsona Fiska.

O ile przeciwnik jest porządnie zarysowany jak na standardy rozrywkowego komiksu, tak mam problem ze Spider-Manem. Niby jest żonaty (a w tym momencie jeszcze chyba w separacji, chociaż po czwartym numerze tej serii Peter był znów mężem MJ), ale lata za Black Cat jak rozochocony trzynastolatek. Nawet daje jej się bez problemu pocałować. Gdyby jeszcze coś z tego miało wyniknąć, ale niestety – nic. Dostajemy też niezbyt ciekawą rozmowę o rozpadzie jego związku z Felicią Hardy. Peter wyraźnie nie sprawia wrażenia zakochanego w swojej żonie, Mary Jane. Może jednak dobrze zrobiła, że od niego odeszła?

Kiedy trzeci numer kończy się niedopowiedzeniem i sugestią, że Black Cat zaraz zostanie zgwałcona, kończy się dobra część tej serii. Następne trzy numery można by czytać bez znajomości poprzednich. Złoczyńca, dobrze rozwijany przez trzy numery, ginie (o czym dowiadujemy się wyłącznie z dialogów)
i zaczyna się zupełnie nowa historia, która prawie odcina się od tego, co dotychczas dostaliśmy. Żadnej interakcji Petera i Felicii – ani mowy o ich związku. Pozbyto się również narracji prowadzonej przez oboje głównych bohaterów. Na scenę wkracza nowy przeciwnik, który jest zarysowany na szybko. Ma być tragiczny, a jest zwyczajnie nudny. Dodatkowo w historii pojawiają się również Daredevil i Nightcrawler, których – najwyraźniej – najważniejszą cechą jest gadanie.

Ostatnie trzy numery mają dwie krótkie sceny walki, podczas gdy resztę zajmują tłumaczenia, tłumaczenia i tłumaczenia. Tłumaczy nam się „łopatologicznie” i na siłę, najpierw co się wydarzyło w poprzednich numerach, a potem dlaczego nowy przeciwnik jest zły, ale i tragiczny. Następnie dostajemy zupełnie niepotrzebną i nudną opowieść o hybrydach ludzi i mutantów tworzonych przez nazistów (tak jest!), co ma być wytłumaczeniem zdolności przeciwnika. Następnie przeciwnik i Felicia Hardy dzielą się swoimi „zgwałconymi” doświadczeniami. Jest to wyjątkowo irytujące
ze względu na parenetyczny ton, formę opowieści i to, że nie poruszało to ani trochę fabuły, która w czwartym numerze KOMPLETNIE zmieniła kierunek.

Problem tej historii? Oryginalnie miała zakończyć się na czterech numerach, ale została wydłużona do sześciu. Wydaje się, że to, co Smith oferował w finale – zapewne gwałt i konfrontacje z Brownstone’em 
nie było satysfakcjonujące dla Marvela. Może Smith miał zaplanowany druzgocący psychicznie koniec dla Felicii, ale bardzo wątpię, żeby od początku chciał zakończyć historię tak, jak ostatecznie dokończył.

Na domiar złego komiks wyraźnie nie był przypilnowany pod względem ciągłości świata i chronologii. W drugim numerze mowa jest o tym, że Wilson Fisk nie żyje, co wydarzyło się na początku okresu, w którym Daredevila pisał Brian Michael Bendis. W czwartym numerze mamy Matta Murdocka, któremu Peter Parker wypomina okres, gdy ogłosił się Kingpinem (czyli mniej więcej w połowie stażu Bendisa w Daredevilu). Problem polega na tym, że w świecie Marvela, po tym jak Daredevil stał się Kingpinem, minął rok, a od wydarzeń z poprzednich numerów minęły (według słów samego Murdocka) dwa dni.

Mimo świetnych rysunków Terry’ego i Rachel Dodsonów (przede wszystkim bardzo seksowne odzwierciedlenie postaci Black Cat) jest to komiks, który niesamowicie ciężko polecić. Do trzeciego numeru to przyjemna rozrywka, której jednak brak zakończenia. Niestety, trzy numery, które powinny kończyć tę historię, właściwie zaczynają inną – znacznie mniej satysfakcjonującą. Bardzo zawiodła mnie ta seria, ale jeżeli byłaby okazja kupienia tego po jakiejś wyjątkowo promocyjnej cenie, to warto kupić dla pierwszej części i rysunków Dodsonów.

Pierwsza połowa: 7/10
Druga połowa: 1/10


Jaro:
"I patrzę na kursor edytora, i próbuję coś napisać, i nic mi nie przychodzi do głowy" - rzekłem Spence'owi podczas pierwszej próby pisania tej recenzji. "Napisz o tym", przeczytałem w odpowiedzi, i chociaż początkowo wydawało mi się, że nie, że tak pisać recek nie będę, to jednak to piszę. Czemu? Bo faktycznie o The Evil That Men Do cholernie ciężko mi coś konkretno-konstruktywnego z siebie wyrzucić. Sama historia jest mocna, są poruszone ważne problemy, Smith świetnie radzi sobie z prowadzeniem postaci, państwo Dodson pokazują Black Cat tak, jakby oboje chcieli ją zaprosić do łóżka... Czegoś jednak brakuje. Czego? Szczerze mówiąc, w tej chwili jeszcze tego nie wiem, ale mam nadzieję, że w trakcie dalszego pisania tego tekstu uda się do tego dojść.

Zatem, na początek, co w mini-serii Smitha i Dodsonów mi się podoba. Przede wszystkim - poruszanie dość trudnych tematów, jakimi w tym wypadku niewątpliwie są gwałt oraz narkotyki. Jak by to nie było przedstawione, za same takie próby scenarzyści zawsze mają u mnie małe plusy na początek; inna sprawa, że następujące potem wielkie minusy mogą zeżreć te plusiki. Tutaj jednak mam znienawidzone przez siebie "mieszane uczucia". Niby Smith w połowie opowieści z odpowiednią siłą pokazuje początek gwałtu na Black Cat, potem jednak nagle ("nagle" my ass, tak naprawdę po jakichś paru latach, gdy to wypełzało w zeszytach) okazuje się, że Felicia została uratowana przez rozwiązanie fabularne typu deus ex machina. I nie, to, że potem jednak okazuje się, że została zgwałcona za młodu, nie ratuje fabularnie tej sytuacji, wręcz przeciwnie - zamiast sensownego i mocnego zakończenia w drugiej części komiksu otrzymujemy próbę dopisania paru zdań od Smitha do życiorysu Black Cat. Przemienia się to w taką jakąś historyjkę z gatunku tych, które są banalne "fabularnie", ale niestety jednocześnie takie jakieś prawdziwe, przez co z jednej strony chcesz to objechać, z drugiej - szkoda ci prawdziwych dziewczyn, które znalazły się w takiej sytuacji... "Mieszane uczucia", teraz wiecie, czemu ich tak nie lubię? A jak do tego wszystkiego dołożymy jeszcze przeobleśny wątek z molestowaniem brata przez brata, to już w ogóle nie wiadomo, jak na to patrzeć, smutno się jakoś robi, ale wkurza z drugiej strony, że wygląda to na motyw wciśnięty na siłę, żeby uzasadnić wspomnianą akcję deus ex machina.

Inaczej - lepiej - wyszedł Smithowi element narkotykowy. Nie ma za dużo zbędnej paplaniny, że be i nie rusz, której i tak nikt nie czyta, są za to pokazane efekty przedawkowania, może za mało obrazowo, ale chyba wystarczająco dobrze, by od heroiny młodocianą przyszłość narodu przynajmniej próbować odpędzać. Trochę między wierszami pojawia się też problem szprycowania się twardymi dragami przez wszelkiej maści celebrytów, co też nie jest znowu aż tak często eksploatowane w popkulturze - w zbiorowej świadomości heroinista to wciąż raczej brudny bezdomny odlatujący gdzieś na dworcu niż znany i lubiany aktor filmowy. I - last but not least - kapitalny pomysł na teleportowanie hery wprost do krwioobiegu żądnej wypraw do krainy czarów klienteli, która - z racji wykonywania zawodu polegającego na byciu ładnym albo chociaż fajnym - nie może pozwolić sobie na ślady po igłach w różnych dziwnych miejscach.

Z innych rzeczy, które były OK - bardzo podobała mi się uwaga Black Cat, że mniej lub bardziej "zwykli" przestępcy są o wiele okrutniejsi niż przestraszni goście z laserami i w gaciach na rajtuzach. Może to być spokojnie traktowane jako klucz do odczytania tej mini-serii, bądź co bądź nazwanej właśnie The Evil That Men Do. Okrucieństwo tu pokazywane jest bardzo sugestywne, tym bardziej, że dokonywane
właśnie przez tych zwykłych ludzi, nie odrealnionych super-złoczyńców. Co jeszcze? Świetnie pokazane są relacje między Spider-Manem a Black Cat, wyłazi tu z tych postaci wszystko, czym są - z niego cała ta parkerowatość, "chciałbym-ale-boje-się"; z niej - radość i żywiołowość party girl, złamane jednak traumatycznymi doświadczeniami, i może przez to jeszcze czyniące ją ciekawszą.

Rysunki. Tak samo jak nie mogę się przekonać do Dodsonów w niedawnych numerach Uncanny X-Men, tak bardzo mi pasują tutaj, zwłaszcza w pierwszej części komiksu. Felicia tutaj to mistrzostwo świata, reszta postaci też mi się podobała, o ile akurat zwracałem na nie uwagę. Czyli graficznie jest tak, jak ma być, główna bohaterka jest odpowiednio wyeksponowana.

Co było złe - oprócz tego, co wylazło we wcześniejszych akapitach? Brak spójności między dwiema częściami tego komiksu. OK, pomiędzy napisaniem jednej a drugiej trochę czasu minęło, i to niby to tłumaczy... Ale i tak trzeba to napiętnować, bo efekt końcowy jest dość irytujący - i fabularnie, i nawet graficznie. Więcej braków nie pamiętam. Zatem, w ramach podsumowania - czyli co, kupować? Jeśli lubicie komiksową twórczość Kevina Smitha, jeśli interesują Was tzw. "trudne tematy" w komiksie, jeśli lubicie mieć "mieszane uczucia", wreszcie jeśli macie nadmiar gotówki, wtedy - czemu nie. Mini-seria ta w końcu jest zupełnie zacna, fajnie (tak, "fajnie") napisana, ładnie narysowana, robi wrażenie, ma jakąś ogólną moc w sobie... Zaczyna jednak mniej lub bardziej gwałtownie tracić, kiedy próbuje się ją rozłożyć na części, przeanalizować czy zastanowić się nad problemami w niej pokazanymi.

LTneutral.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.