Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #91 (11.05.2009)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 maja 2009 Numer: 19/2009 (91)


Zamieszanie związane z filmem "X-Men Geneza Wolverine" mamy już za sobą, za to na poważnie rozkręca się plebiscyt Vicious Villains. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, to koniecznie oddajcie głos w pojedynkach drugiej rundy.



Cable vol. 2 #14 avalonpulse0091c.jpg
Gil: Jeśli przyjąć, że pomysłodawcami crossa są Kyle i Yost, można przyznać, że Swierczynskiemu nieźle wychodzi operowanie cudzymi pomysłami. Jeśli ktoś mi powie, że sam napisał ten numer... i tak w to nie uwierzę. Dlaczego? A choćby dlatego, że Hope wreszcie przejawia jakieś cechy charakteru, Bishop ma odrobinę głębi, a Stryfe jest badassem. Wcześniej tego nie było, więc założenie ma sens. Nie zmienia to faktu, że w porównaniu z innymi częściami, ten numer jest mało dynamiczny i bardziej przegadany, ale znów umiejętnie zepchnięto tutaj wszystkie rozmowy, które musiały się odbyć i ma to sens. Za całkiem zaskakującą końcówkę mogę dać nawet 7/10.
Hotaru: Poprzedni numer Cable był drętwy, brzydki i nudny. Ten jest mniej drętwy, mniej brzydki i mniej nudny... ale nadal o wiele bliżej mu do Black Panther Hudlina niż np. X-Force Kyle'a i Yosta. Czyni to z Messiah War jazdę po wertepach, ale nie w stylu przejażdżki quadami po leśnej dziczy, ale raczej nowym Ferrari po wiosennych polskich drogach - chciałoby się rozpędzić, by poczuć te konie mechaniczne pod maską, ale wrzucenie dwójki grozi nieodwracalnym uszkodzeniem układu jezdnego na jednej z licznych dziur. Swierczynski i Olivetti ciągną ten event na dno niczym betonowe trzewiki Otylię Jędrzejczak. Mam tylko nadzieję, że będzie to pewna nauka i przy trzeciej odsłonie trylogii błąd ten nie zostanie powtórzony.
Pariah: Kolejna odsłona Messiah War. Sam główny wątek rozwija się dość ciekawie (interesująca ostatnia scena), dialogi (w sumie bardziej przemyślenia postaci) nie są złe. Mimo to czegoś tu brak. Prowadzenie poszczególnych postaci pozostawia wiele do życzenia. Pacyfista Elixir strzelający do sługusów Stryfe'a z guna? Podobnie jest z Hope. Z jednej strony fajnie pokazana dziecięca naiwność, z drugiej to maleństwo pozostaje zadziwiająco spokojne wobec naprawdę paskudnej sytuacji, w której się znalazła. Całość pozostawia wiele do życzenia. 5/10

LeGoL: Fabuła idzie powoli do przodu. Przez chwilę myślałem, że u Hope zamanifestowała się mutacja, a to tylko Bishop. Wątek Death/Apocalypse niezły. Zakończenie też całkiem niezłe. Ogólnie jest nieźle. Kyle i Yost robią tę lepszą częśc tej wojenki.
Krzycer:
Zaczynam autentycznie lubić Hope. Najpiękniejsza była scena, w której pyta Stryfe'a, czy nic mu nie jest. Poza tym jest różnie, ale jak na Swierczynskiego - wcale dobrze.
Mimo to nie jest żadnym zaskoczeniem, że całą historię naprawdę warto czytać wyłącznie dzięki Yostowi i Kyle'owi.


Agents Of Atlas vol. 2 #4
Gil: Nie czytałem zbyt uważnie poprzednich części, bo nie były specjalnie interesujące, więc pewnie dlatego w tym numerze zupełnie się pogubiłem. W tych wspominkowo-urojeniowych sekwencjach jeszcze coś się dzieje - chociaż nie mam pojęcia, czemu to ma służyć - natomiast w części współczesnej nie ma już zupełnie nic ciekawego. Za to wrzucanie do tego kolejnych bohaterów bardzo przypomina mi strategię Loeba w Hulku: dużo i bez sensu. Chyba najwyższy czas darować sobie lekturę. Ocena: 3/10.


Daredevil Noir
#2

Gil: Tym razem dużo nie da się o tym napisać. Forma nadal góruje nad treścią, ale są w niej ciekawe momenty i czytało się nieźle. Tyko tyle i aż tyle, bo mam uczucie, że ten numer jest przejściówką między wstępem a tym, co wydarzy się za miesiąc. Niech będzie, że dostanie 6/10.
Krzycer:
Nwar. Dużo nwaru. Ale jest tu parę ładnych scen, ot, choćby ta z Murdockiem zapoznającym się z jakjejtam... Elizą? Nie bardzo podoba mi się klamra narracyjna - Daredevil i Kingpin opowiadają sobie całą historię - ale nie takie zabiegi już przechodziły, więc nie ma się co czepiać.

avalonpulse0091d.jpgDeadpool vol. 2 #10
Gil: Po pierwszych kilku stronach musiałem wrócić do okładki, żeby upewnić się, czy naprawdę widnieje na niej nazwisko Way, bo spadłem z krzesła, jak zobaczyłem Deadpoola ogłaszającego swój respawn. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony dalszym rozwojem wypadków i faktem, że do końca dobrze się bawiłem. Nawet Bullseye nieźle wypadł. To zdecydowanie najlepszy jak dotąd numer serii i zastanawiam się, jaki wpływ na taką ocenę ma brak gadania z własnym mózgiem i głupiej pool-o-vision. Oby to nie był wyjątek potwierdzający regułę i oby Daniel Way utrzymał ten poziom, to jeszcze coś z tego będzie dobrego. Tymczasem zasłużone 7/10.

Joey: Zaczynam myśleć, że Way nie ma pojęcia, w jakim kierunku powinna seria podążyć. Zabawę w kotka i myszkę między Deadpoolem a Osbornem da się przyjąć, ale na tym kończą się wszystkie zalety tego numeru. Pojedynek między najlepszymi zabójcami na świecie też niewiele ma do pokazania. Grunt, że Paco Medina jest nadal w dobrej formie, ale nie ratuje on komiksu, który stał się kolejną reklamą dla Dark Reign.
Undercik: Seria Deadpoola charakteryzuje się ogromnym wahaniem formy. A to trafi się coś dobrego, a to Way coś spartoli. Na szczęście po słabym crossie z T-Bolts przychodzi coś lepszego. Do akcji wkracza Bullseye. To właśnie po tej serii zmieniłem stosunek do komiksów pisanych przez Waya. Wcześniej podchodziłem jak do kaszany i wmawiałem sobie, że to kaszana. Ale ostatnio na scenarzystę przygód Deadpoola coś ma dobry wpływ. Tak więc jego historie z kiepskich wyewoulowały na przeciętne, a czasami także na dobre. Strona graficzna wygląda jak zawsze, czyli solidnie. Nie jest to może jakaś rewelacja, ale przeciętne też nie są. Oby tylko Way poziom prezentowany tutaj powtórzył w W:O. Wtedy będę zadowolony.
Pariah: Buehh... cały komiks i tak mało się dzieje. Pomijam już chroniczny brak poczucia humoru Daniela Waya, który cały czas sili się na jakiś humor sytuacyjny, a brak dobrych żartów nadrabia swoim "Macho-Poolem". Nie na to liczyłem, lipa. Swoją drogą czy tylko mi się wydaje, że DP Waya przypomina Mortal Kombat? Wojownik po każdej walce wspina się na kolejny sczebel drabinki, by walczyć z coraz większymi bossami :P 3/10

Amazing Spider-Man #593
Gil: Początek bardzo chwytliwy, bo "must wash brain" było również moją pierwszą myślą po zakończeniu poprzedniego numeru. Później również zdarzają się niezłe momenty... aż do chwili pojawienia się czerwonej parodii Sępa plującej kwasem (ciekawe, czy jest spokrewniony z Mammomaxem?), by oślepić naszego hiroła. Kwas to tu rzeczywiście był, ale nie wyszedł z paszczy tego stwora, tylko spod pióra scenarzysty. McKone też się nie popisał, bo po kilku stronach zaczęły królować wielkie głowy, a dynamikę szlag trafił.
Powiedzmy, że za dobry początek mogę dać 5/10.

Undercik: Serię tę czytam już głównie tylko z przyzwyczajenia. Zazwyczaj jest to przeciętny komiks, a czasem pojawi się coś dobrego. Tak było teraz, dopóki nie rozpoczęła się walka z nowym Vulturem. Zresztą, sceny walki ogólnie w tym numerze leżą. Nie przyciągają mnie. Przez pierwszą część numeru było dobrze. Gdyby nie ta druga połówka, byłoby dobrze, a tak jest przeciętnie. Zresztą, czego innego można się teraz spodziewać po TASM?

Krzycer: Kiedy już opadł "szok" po ostatnim cliffhangerze, zrobiło się trochę weselej i czytało się nawet nieźle. Potem nowy Vulture zaliczył mocne wejście, ale każdy kolejny kadr osłabiał ten efekt, aż do wyświechtanego oślepnięcia w końcówce... Teraz pozostaje tylko rzucić monetą, czy Spider odstawi ślepego mistrza i załatwi Vulture'a, czy też tyłek uratuje mu losowo wybrany przez scenarzystę zaprzyjaźniony bohater. Może to ten moment, w którym otrzymamy zaskakujący powrót Jackpot (tej żywej)?

Destroyer (Marvel MAX)
#2
avalonpulse0091e.jpg
Gil: Ciąg dalszy radosnej rozwałki spod znaku MAXa. Trochę krwi, trochę golizny, trochę trupa, a na pierwszym planie umierający stary bohater. Myślę, że można tu mówić o charakterystycznym dla Kirkmana klimacie, bo chwilami same nasuwały mi się skojarzenia z Irredeemable Ant-Man. Lektura przyjemna i mimo wymienionych wcześniej elementów - lekka. Rysunki też pasują, więc znów Destroyer skasuje 7/10.

tig3000: Wow, kolejny świetny komiks Kirkmana i Walkera. Bardzo przypomina w swojej istocie Brit Kirkmana, ale oceniam to oczywiście jako plus.
Jesteśmy świadkami, jak główny bohater - Keene Marlow - postanawia raz na zawsze rozprawić się ze swoimi wrogami, zanim on sam kopnie w kalendarz. A wielkim uśpionym smokiem jest Scar. Wygląda na to, że Destroyer chce iść po trupach do celu, co mu wychodzi naprawdę na dobre w mojej ocenie. Wystarczy spojrzeć na to, jak załatwił tego gościa na polu golfowym i tę nagą babkę. Głowy i inne częsci ciała latają aż miło.
Keene ma kolejną zapowiedź ataku serca, co w jego przypadku nie wróży nic dobrego. Ciekaw jestem, czy go dopadnie podczas jakiejś walki.
Już wiemy, co łączy Marlowa z jego zięciem. Jak miło. I jeszcze kostiumy w piwnicy. Klasyk. Równie klasyczny, co kostium pomagiera Destroyera, Turreta. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Niesamowite, jak Kirkmanowi wychodzi pisanie praktycznie nieznanej postaci. Brawa na stojąco i prosimy o jeszcze.


Exiles
vol. 2 #2
Gil: Czyta się nieźle, postacie zaczynają współgrać, dialogi wahają się od dobrych do świetnych, a jednak wciąż nie mogę się wczuć. Wiem, że to dopiero drugi numer, ale przy oryginalnych Exiles chwyciło natychmiast i długo nie puszczało, a tutaj wciąż mam uczucie, że to jakaś zastępcza grupa. Mały zawód sprawiło mi ujawnienie tożsamości Panthera, bo miałem nadzieję na coś innego niż Chris Tucker. Poza tym, w fabule brakuje solidnej osi i cała sytuacja wisi trochę w powietrzu. Ale jak już wspomniałem, czyta się przyjemnie i dość dobrze wygląda, więc wystawię mocne 6/10 z szansą na więcej.

Undercik: Może nie jest to taki powrót do korzeni, jakiego bym oczekiwał, ale mimo to jest dobrze. Nie jest to może jakieś arcydzieło, ale do zwykłego poczytania i do rozluźnienia świetnie się nadaje. Trochę jestem rozczarowany z tożsamości Panthera, myślałem, jak zresztą kilka osób, że będzie to Parker. Niestety, nie jest. Mam tylko nadzieję, że zaprezentowana tutaj Blink to ta, która już wczesniej występowała na łamach tego tytułu. Chociaż jest kilka rzeczy, które mogłyby wskazywać, że to nie ona. Strona graficzna pasuje do klimatu tej histori. Ogólnie, póki co jestem zadowolony z tej serii.

Krzycer: Jestem pewien na 99%, że ta Blink to nasza Blink tyle, że z jakiegoś powodu zgrywa głupią. Z drugiej strony po pierwszym numerze niejeden użytkownik pisał, jaki to jest pewien, że Pantherem jest Parker, więc kto wie.
Znowu dostajemy tradycyjną przygodę Exiles. Z plusów zasługujących na wzmiankę - parę sytuacji z balu, w szczególności urywek rozmowy T'Chaki z Mystique, pogaduchy Jean i Wandy i cameo Maggota - ponoć najwybitniejszego x-mana wszechczasów.

Pariah: No, no. Dopiero drugi numer, a to już staje się jeden z moich ulubionych ongoingów :). Wszystkich naszych "wygnańców" naprawdę da się lubić. Najlepiej oczywiście wypada przezabawny T'Chaka, ale reszta też jest niezła. Lubię w tym komiksie w zasadzie wszystko: wyśmienite arty, zabawne dialogi, swobodnie, w naturalny i zarazem ciekawy sposób rozwijająca się fabuła. Czego chcieć więcej? 8/10

avalonpulse0091f.jpgMarvel Zombies 4 #2
Gil: Nigdy, przenigdy nie spodziewałbym się, że ktokolwiek jest w stanie przedstawić Mandrilla w wersji mrocznej i złowieszczej. Więcej! Nigdy nie spodziewałbym się, że taka banda lózerów jak Night Shift może wyjść naprawdę kól. Więcej!! Tatterdemalion okazał się większym gadułą niż Deadpool i powalił mnie na łopatki, chociaż widziałem go chyba drugi raz w życiu. Więcej!!! Grupa bohaterskich potworów wymiotła z takim impetem, że odkurzanie w pokoju mam z głowy na miesiąc. Więcej chcę! Nie spodziewałem się, że coś takiego w ogóle jest możliwe, ale drugi numer czwartej odsłony zombiaków dostaje ode mnie mocne 8/10 i tytuł komiksu tygodnia.
Krzycer:
Za mało Zombie Deadpoola... Ale, jak już wiemy z zapowiedzi, pozostanie on w 616 po zakończeniu tej miniserii, więc i tak jestem zadowolony.
Tylko znowu mam problemy z Hoodem. Uwielbiam go, naprawdę, i to odkąd przeczytałem jego debiutancki występ u BKV, ale jest go teraz za dużo, to raz. Co chwila dostaje jakieś nowe moce, to dwa - no bo od kiedy płaszcz Hooda działa jak płaszcz Cloaka? (to zdanie wyglądałoby śmiesznie po angielsku). No i najwyraźniej nie ma spójnej koncepcji co do tego, jak w zasadzie działa jego układ z Dormammu, to trzy.
Poza tym wciąż jest dobrze. Nie mam pojęcia, co to za pajace, których sprowadził Hood, ale rozbawił mnie gość rzucający tekstami o wiadomościach zakodowanych w nagłówkach i odzyskiwaniu prywatności przez zabijanie. Coś jak połączenie paplaniny Questiona z animowanego JLU z Deadpoolem. Ja chcę więcej!


Invincible Iron Man #13
Gil: W ostatnim numerze Wizarda Matt Fraction znalazł się na drugim miejscu wśród najbardziej rozchwytywanych scenarzystów i wciąż nie przestaje mnie to dziwić. W tym numerze nie ma praktycznie niczego ciekawego. Wyróżnia się tylko flashback z życiorysu Maryśki, ale to głównie za względu na szablonowość i absolutny brak oryginalności. Reszta, czyli przesłuchiwanie Pepper i ścigany Antoni pozostają na stałym poziomie bzdury. W dodatku Salva strzela kilka strasznych baboli, a w podsumowaniu całość ląduje w okolicach 3/10.

Krzycer: Już nawet nie pamiętam, czy Stark głupieje, bo się pozbawił Ekstremisu, czy też jest to wynik prania mózgu, które sobie zafundował parę numerów wcześniej... Problem w tym, że jego los w tej historii wisi mi do tego stopnia, że nawet nie chce mi się sprawdzać. Do tego dochodzi absurdalne przesłuchanie Pepper przez Normana i Hill, która dzięki temu, że była maltretowana w dzieciństwie, wyrywa się spod psychicznej kontroli.
Jedyne, co spodobało mi się w scenariuszu to danie Osbornowi do rąk starkowej wyszukiwarki zbroi.
Rysunki nadal brzydkie. Obecnie Salvadorowi wychodzi jedynie Madame Masque.


New Avengers: Reunion
#3

Gil: Przygód państwa Smith ciąg dalszy. Tym razem rozłożone zostały one mniej więcej równo pomiędzy współczesną akcję i wspomnienia Mockingbird. I o ile w części aktualnej akcja nabiera tempa, tak tymi wspominkami jestem trochę rozczarowany. Myślałem, że zrobili jej tam w Skrullandii coś strasznego, a tu się okazuje, że czmychnęła im i zabawiała się w Batmana. Ma to oczywisty wpływ na jej obecne zachowanie, ale to raczej za mało, żeby pochwalić, a co dopiero mówić o sympatyzowaniu z postacią. Rysunki jakby trochę lepsze, ale nadal bez rewelacji i słabe 6/10.

Hotaru
: Kolejny numer i ja nadal nie rozumiem, dlaczego ktoś zapragnął przywrócić Mockingbird do marvelowego uniwersum. Do tej pory nie stało się najzupełniej nic, co wskazywałoby, że stoi za tym jakikolwiek pomysł, a nie fanaberia Bendisa. I chociaż McCann stara się pisać porządny komiks, to wychodzi mu raczej średnio i nie zanosi się na jakiś nagły zwrot w ostatnim numerze. Jestem prawie pewien, że zapomnę o tym tytule i o samej Mockingbird wraz z jego ostatnią odsłoną.


New Mutants
vol.
3 #1 avalonpulse0091g.jpg
Gil: Wielki znak zapytania - oto, czym jest ten numer. W tej chwili nie sposób powiedzieć, czy mamy do czynienia z jakimś wielkim tripem i artystycznym nieładem, czy po prostu nic tu się kupy nie trzyma. Postacie wydają mi się wyjęte z charakterów i wymieszane, a ponieważ dawno większości z nich nie widzieliśmy, nie ułatwia to wczucia się. Fabuła to w tej chwili chaos. Rysunki zbyt luźne, a miejscami zwyczajnie brzydkie i w dodatku nie przypadł mi do gustu oldskólowy dizajn kostiumów.
Wszystko zależy od dalszego ciągu historii, a póki co dam neutralne 5/10.

Hotaru
: Już po zapowiedziach miałem mieszane uczucia co do tego tytułu. Liczyłem na to, że Wells jakoś naprawi to, co zepsuł Guggenheim i jego Young X-Men. Po pierwszym numerze nie jestem jeszcze jednak w stanie tego osądzić. Za to z całą stanowczością mogę powiedzieć, że Diogenes Neves, który całkiem dobrze dawał sobie radę, rysując X-Men: Worlds Apart, tutaj po kilku pierwszych stronach zaczyna strasznie gryzmolić. Udowodnił już, że stać go na więcej, i mam nadzieję, że w kolejnym numerze powróci do formy. Na razie New Mutants to dla mnie znak zapytania. Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie.

Krzycer: Jest... dobrze! Trochę dziwnie wypadło robienie buców z New X-Men, ale biorąc pod uwagę to, co przeszli w Limbo, jest to jakoś uzasadnione. Równie zdziwił mnie Sam zwracający się do Cyclopsa per "sir", ale to chyba nie jest kompletnie out-of-character w jego wypadku?
Z pozytywów - wzmianka o Jeffriesie, zawsze miło, kiedy autorzy starają się, by czytelnik czuł, że wszystko dzieje się tuż obok tego, o czym czytamy w powiązanych tytułach. Dalej z plusów - kostiumy z wbudowanym maskowaniem holograficznym - czemu nikt wcześniej na to nie wpadł? Ale przede wszystkim: Illyana, która - jeśli tylko częściej będzie się zachowywała tak, jak w rozmowie z Magmą na pokładzie samolotu - ma szansę na wysoką pozycję w kategorii "bohaterki mającej w sobie coś z Layli Miller".
Teraz oczekuję tylko sensownego wyjaśnienia tego, skąd wziął się Legion
albo historii tak genialnej, że nie będzie mi przeszkadzać to, że wziął się znikąd. Wierzę, że Zeb jest w stanie taką historię napisać. Żeby nie było tak super, trzeba zrugać rysownika, który ma manię ustawiania bohaterów w nienaturalnie dramatycznych lub po prostu koszmarnie cudacznych pozach.

Hulk: Broken Worlds #2
Gil: I znów mamy cztery opowieści z alternatywnych światów. Ta umieszczona w AoA jakoś nie bardzo ma się do tego, co pamiętam z X-Universe i to nie tylko dlatego, że Hulka tam nie było. Ta z 1602 zbacza gdzieś daleko, chociaż zachowuje trochę sensu. W realiach DOFP również oryginalnie Hulka nie było, więc nie da się ukryć, że został tam wepchnięty na siłę i niezbyt pasuje. A na koniec zostawiłem historyjkę z Mangaverse, która wypada najciekawiej ze względu na dużą różnicę w stosunku do oryginału i ciekawą formę. Tak czy inaczej, to nadal tylko zapychacz i więcej niż 4/10 nie dostanie.

Krzycer: Oj, syf. W H:BW #1 przynajmniej PAD coś napisał, tutaj dostajemy same popłuczyny. Z tych czterech historyjek ku memu ogromnemu zdziwieniu najbardziej spodobała mi się ta z Mangaverse...


Human Torch Comics 70th Anniversary Special

Gil: Jeszcze jeden numer celebracyjny, który odjechał tak daleko od oryginału, jak tylko można sobie tego nie wyobrazić. Zamiast oryginalnego Human Torcha dostaliśmy skrzyżowanie Jima Hammonda z Johnnym Stormem, w którym więcej jest tego drugiego. Gada jak on, zachowuje się jak on i generalnie nic wspólnego z pierwowzorem nie ma. Ale jeśli przymknąć na to oko, można potraktować historyjkę jako lekką i niezobowiązującą lekturę, a później zapomnieć o niej. Jako bonus, pierwsza historyjka z Toro - również zapomnianym. Najlepsza w tym wszystkim jest okładka Adi Granova, bo cała reszta to 4/10.


avalonpulse0091h.jpgTerror Inc.: Apocalypse Soon #1
Gil: Terror powrócił! Gdyby oprócz Laphama wrócił też Patrick Zircher, już piałbym z zachwytu i robił miejsce na tytuł miniserii roku, ale niestety ołówek dostał niejaki Koi Turnbull, więc warstwę graficzną zmuszony jestem skomentować serią mlaśnięć i cmoknięć oznaczających niezadowolenie. Jest zbyt kreskówkowo i zbyt radośnie, a klimatu w tych rysunkach nie ma za grosz. Na szczęście fabuła trzyma poziom. Początkowa dykteryjka przywodzi na myśl poprzednią serię i pozwala podejrzewać, że jakiś związek z przeszłością się tu wyłoni. Terror jest sobą pełną gębą, a i pozostałe dialogi wypadają świetnie, więc zamiast na grafice, możemy się skupić na treści i zwiększyć pozytywne wrażenia. No i cliffhanger zapowiada niezłą zabawę. Mogło być lepiej, ale nadal jest to mocne 7/10.

Hotaru: Ostatniego Terrora odkryłem przypadkiem i spodobał mi się pomimo moich szczerych chęci, by było odwrotnie. Dlatego nie zastanawiałem się długo nad sięgnięciem po ten tytuł. Z jednej strony świetny styl Laphama jest wyraźnie rozpoznawalny - chociaż stosuje zagrywki znane z poprzedniej miniserii, to nadal pozostają one świeże. Niestety, jak większość z czytelników już zdążyła zaznaczyć, całość wiele traci przez stronę graficzną - Turnbull może byłby bardziej życzliwie przyjęty, gdybyśmy nie mieli w pamięci genialnego Patricka Zirchera, a tak wiedząc, że mogło być o wiele lepiej, trudno mi się pogodzić z obecnym poziomem rysunków. Nie znam Turnbulla i nie wiem, czy stać go na więcej, ale będę trzymał za niego kciuki.

Undercik: Ok, dostajemy kontynuację dobrego Terror Inc. i to by było na tyle. Pierwszy numer nowej odsłony przygód Terrora nie przypadł mi do gustu. Dlaczego? Tak właściwie to od prawie każdej strony jest gorzej, zaczynając od rysunków, kończąc na fabule. Klimat może się utrzymał, ale mnie to raczej nie satysfakcjonuje. Nie wiem, może zobaczę następny numer, ale wiele na to nie wskazuje. Wole już wrócić do pierwowzoru.

Krzycer: Na początku Terror opowiada swojej uroczej asystentce, pani Primo, anegdotę ze swojej bogatej przeszłości. Potem musi ruszyć na misję. Misja idzie źle. Znacie? To posłuchajcie jeszcze raz...
Formuła znowu się sprawdza, choć na razie jeszcze za wcześnie by prorokować, czy będzie toto tak udane, jak ostatnia miniseria z tym bohaterem. Niestety, brakuje ważnego składnika - Patricka Zirchera. Zastępujący go Koi Turnbull Zircherem niestety nie jest. Tu miałem wymienić dwudziestu rysowników, którymi pan Turnbull też nie jest, ale przejdę od razy do puenty - jego rysunki są po prostu brzydkie, a sam Terror wygląda w jego wykonaniu strasznie pokracznie. Pod tym względem kicha, nie ma czego oglądać, ale nadal czyta się to fajnie.


Universal War One: Revelations
#2

Hotaru: To jeden z tych tytułów, których recenzowanie jest wybitnie niewdzięczną robotą - natężenie superlatyw staje się bardzo szybko nużące. Dlatego żeby nie ściemniać powiem tylko, że Universal War One to jedno z największych arcydzieł nurtu science-fiction w ogóle, nie tylko wśród komiksów. Każdy szanujący się fan fantastyki naukowej powinien się z nim zapoznać.

War Of Kings - Warriors #1
Gil: Zaskakująco dobre jak na komiks sieciowy. Początkowo grafika wygląda kiepsko, ale szybko nadrabia. Za to scenariusz cały czas trzyma wysoki poziom. Nie tylko dowiadujemy się czegoś o początkach Gladiatora, ale też dostajemy świetne rozwinięcie jego psychiki, w którą mogliśmy już zajrzeć na stronach WoK. Szkoda tylko, że Gage nie pisze Initiative na tym poziomie. Należy się 7/10.

Hotaru: Trochę z nudów sięgnąłem po ten cyfrowy komiks, spodziewając się typowej dla Marvela pustej wydmuszki nastawionej na zbicie odrobiny kasy, i zostałem miło zaskoczony. Nie jest to komiks najwyższych lotów, ale origin Gladiatora został przedstawiony na tyle ciekawie, że z chęcią przeczytam kolejną odsłonę.


War Of Kings #3 avalonpulse0091i.jpg
Gil: Kolejna odsłona królewskiego konfliktu przegrała rywalizację o tytuł komiksu tygodnia tylko ze względu na słaby fragment z udziałem Crystal. Sorry, panowie D&A, ale chyba nie odrobiliście lekcji dotyczących Inhumans, bo już któryś raz z rzędu zachowują się jak nie oni. Sytuację ratuje cała reszta. To, co zrobił Gladiator od początku było pewnikiem, ale zostało dobrze przedstawione. Vulcan ze swoją megalomanią wypadł tak jak powinien, ale wszystko i tak zgarniają Guardians za sprawą Rocketa i Draxa, czyli mopa i pięści. Rysunki na stałym poziomie, podobnie jak ocena całościowa, czyli mocne 7/10.

Hotaru: Abnett i Lanning kolejny już raz dają dowód, że świetnie rozumieją te postaci. Nie słyszę w ich symfonii ani jednej fałszywej nuty, nawet twarda i bezwzględna postawa Inhumans, tak przecież inna od dotychczasowej, ma moim zdaniem swe logiczne usprawiedliwienie. Monumentalna fabuła w dalszym ciągu nabiera tempa, ale scenarzyści nie zapominają, by od czasu do czasu rzucić fanom jakieś smakowite kąski przed głównym daniem, którym będzie kulminacja wojny. Pelletier z każdym kadrem udowadnia swoją klasę i jestem pewien, że ten event wystrzeli go na najwyższą półkę z komiksowymi rysownikami. Reasumując, pomimo wysokich oczekiwań, War of Kings nie zawodzi.

Volf: Rocket Raccoon kontra Gladiator. Najlepsza walka roku. Mop rozłożył mnie na łopatki. Do tego Inhumans starają się jak mogą, by udowodnić, że są nie mniej evil od Vulcana i coraz bardziej upewniam się w przekonaniu, że w całej tej wojnie największymi przegranymi będą właśnie obaj rządzący obecnie monarchowie (albo i wszyscy trzej, skoro jeszcze w zabawę ma się wmieszać King "F*ck! Blastaar?!" Blastaar). Wszystko rozgrywa się raczej powoli, ale że czyta się dobrze, to nie ma co narzekać. A potencjalnie najlepsze dopiero przed nami - Darkhawk ma zrobić przecież jakieś naprawdę wielkie BUM, a jeśli Abnett i Lanning twierdzą, że szykują coś wielkiego, to wierzę, że faktycznie będzie to coś, o czym będzie się mówiło dużo. Na razie WoK jest lepsze od Conquestu, ale do Anihilacji jeszcze podskoczyć nie może.
Pariah: Nie mam nic do zarzucenia, wartka akcja, fajne rysunki. Kilka naprawdę świetnych patentów. Ubawiła mnie do łez akcja z mopem :P . Bałem się, że walka Gladiatora z naszą ulubioną kosmiczną fretką będzie czymś bez polotu, a tu taki numer :). Pierwsza rzecz, jaką pomyślałem na widok nowego Smashera, to: "Ciekawe, ile przeżyje?" Spoiler: mniej, niż sądziłem :) Chyba jakaś klątwa ciąży na tej ksywce od śmierci oryginału. Inhumans (poza Crystal) wyrastają na niezłych drani, patrząc na ich politykę względem Kree. Patrząc z tej strony, wiele nie różnią się od Vulcana. Może i dobrze? Teraz w tej wojnie nie ma już dla mnie czystego podziału dobrzy/źli... Końcówka mocno przewidywalna, ale nijak to nie psuje bardzo fajnego numeru. 8/10
LeGoL: Tym razem ta wojna wyprzedziła konkurencyjną wojenkę Mesjasza. Epicki pojedynek miedzy Raccoonem i Gladiatorem, no i mop są nie do przebicia. Rządy Black Bolta i Inhumans może i są "evil", ale jeśli tak dalej pójdzie, to Blackagar raczej przejmie władzę w kosmosie. Choć zaświtała mi teraz myśl, że do władzy absolutnej dojdzie Lilandra? To by było dla mnie miłe zaskoczenie. Za to zaskoczenia nie ma z Kallarkiem, to była tylko kwestia czasu. Vulcan dostaje mocno po tyłku na chwilę obecną, zatem pozostaje czekać, aż do gry wejdzie Blastaar i Darkhawk. Numer tygodnia, bo choć nie są to Annihilacje, to kosmiczny Szop plus mop rządzą!



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0091a.jpgAmazing Spider-Man #593

Autor:
Joe Quesada

Hotaru: Czasami, złorzecząc na redaktora naczelnego Marvela po jego kolejnej chybionej decyzji edytorskiej, zapominam, że Quesada jest całkiem zdolnym rysownikiem. Okładki takie jak ta przypominają mi o tym fakcie. Urzekła mnie tu zastosowana perspektywa i fakt, że podporządkowano jej całą okładkę, w tym logotyp. Sam Pajęczak, chociaż siedzący na reklamie w środku miejskiej dżungli z kubkiem parującej kawy w ręku, prezentuje pierwiastek dzikości, który przypomina mi inną świetną okładkę Quesady do Wolverine: Origins #1. Dostrzegam wyraźne paralele pomiędzy tymi coverami. Może to nadinterpretacja z mojej strony, ale co z tego - jest to jedna z lepszych okładek ze Spider-Manem.


avalonpulse0091b.jpgHuman Torch Comics 70th Anniversay Special

Autor:
Adi Granov

Gil: Wszyscy wiemy, że nikt tak nie rysuje techniki jak Adi Granov. Tutaj dostał prawdopodobnie pierwszą w historii (a przynajmniej nie przypominam sobie innych) szansę pokazania czy wręcz zaprojektowania, prawdziwego ciała oryginalnego Human Torcha. I nie trzeba chyba podkreślać, że wyszło mu to świetnie. Efekt potęgują świetnie przedstawione płomienie i metaliczne tło. Psuje go nieco komputerowo wygenerowany napis, ale można to przeboleć.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2009.05.06


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.