Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #100 - Elektra Żyje!

elektra1.jpgScenariusz: Frank Miller
Rysunki: Frank Miller, Lynn Varley
Okładka: Frank Miller
Tłumaczenie: Robert Lipski
Liczba stron: 80
Cena: 65 zł
Zawiera: Elektra Lives Again!

Gamart: Daredevil napisany przez Franka Millera. Te słowa w pewnym sensie mogłyby zastąpić całą recenzję "Elektra Żyje!" I zachęcić do zapoznania się z tym albumem.

Nie od dziś wiadomo, że swego czasu Frank Miller, jeszcze wtedy nieznany scenarzysta i rysownik, dostał szansę wykazania się w średnio popularnych wtedy przygodach komiksowych Matta Murdocka. Facet podczas swojego runu wyczyniał z postacią niesamowite rzeczy i całkowicie zrewolucjonizował postać, która od tego czasu zajmuje nieprzerwanie czołowe miejsce w najlepiej sprzedających się tytułach Marvela. Przyciąga również bardzo znanych scenarzystów, którzy ida drogą wytyczoną przez Millera i nie boją się wrzucać Murdocka w najgorsze opały. W sumie to właśnie od czasów Millera tradycją stało się to, żeby jak najbardziej zniszczyć życie Matta, aby zaraz po tym wrócił odrodzony i oczekiwał na kolejnego scenarzystę z sadystycznymi ciągotami. Tak było z Ann Nocenti, D.G. Chichesterem, Kevinem Smithem, Brianem Michaelem Bendisem czy, do niedawna, Edem Brubakerem. A wszystko zaczęło się od śmierci Elektry i późniejszej historii zatytułowanej "Born Again".

Prezentowany przez Muchę komiks jest związany właśnie z postacią greckiej wojowniczki i jej śmiercią na łamach Daredevila #181. Z historią powstania komiksu Elektra Lives Again wiąże się ogólnie ciekawa historia. Miller chciał, żeby jego postać po pierwszej śmierci już nie wracała, ponieważ jej historia była opowiedziana do końca. Marvel nie chciał jednak rezygnować z takiej bohaterki. Z tego powodu historia tu prezentowana została wyłączona z kanonu. Można się zastanawiać, jak wyglądałby świat Daredevila bez tej postaci, jednak nic nie zmieni faktu, że nawet jako historia z poza kanonu jest bardzo dobra.

lt_100a.JPGOgólnie, aby nie spoilerować zbytnio tej krótkiej w sumie powieści graficznej, powiem tylko, że historia opowiada o Murdocku i tym, jak sobie radzi ze stratą ukochanej. Ale czy Elektra na pewno nie żyje? I co z tym wszystkim wspólnego ma Bullseye?

Historia ogólnie to klasyczny Miller, który jednak mógł sobie pozwolić w tej formie na więcej niż w regularnej serii. Całość jest brutalniejsza niż jego poprzednie historie, pojawiają się również elementy erotyki, ale nie tylko tej przyjemnej dla oka. Niech też nie zmyli was tytuł. Jest to historia Murdocka, która ma wyraźny początek, środek i zakończenie. Fabuła prowadzona jest bardzo sprawnie. Jest jasna, ale zaskakuje. Do tego wszystko okraszone jest kwiecistymi opisami Millera. Nie bójcie się jednak, to nie nasze ukochane "Nad Niemnem". Miller gęsto stosuje opisy w swoich historiach, jednak jest to wszystko lekkie, pozwala się wczuć w klimat opowiadanej historii i uczucia bohaterów. Idealnie obrazuje to pierwsza walka Elektry, która toczy się bez słowa, opowiedziana tylko za pomocą rysunków i opisów. Dialogów też mamy dużo i na wysokim poziomie. Szczególnie ciekawa jest spowiedź Murdocka, element wykorzystywany już przez Millera, jednak tutaj przeprowadzona chyba najciekawiej.

Jest to historia nieszczęśliwej miłości. Scenarzysta postarał się, aby taki właśnie klimat uderzał z każdej strony. Ciężki, przygnębiający. Naprawdę dobra historia pewnej miłości, okraszona świetnie przedstawionymi walkami i ostro przyprawiona japońskimi klimatami, które tak uwielbia Miller.

Głównym elementem, dla którego jednak polecam ten album, jest jego oprawa graficzna. Szczerze przyznaję, że Miller zaskoczył mnie bardzo tym, co wyprawia w Elektra Żyje! Nie lubiłem jego rysunków w Powrocie Mrocznego Rycerza, Sin City czy Roninie. To świetne historie, ale rysunki zawsze mnie drażniły, mimo, iż budowały klimat. Tutaj jednak dostajemy coś na kształt artbooku. Rysunki dalej są surowe i typowo Millerowskie, jednak tym razem wydają się w jakiś sposób wygładzone. Bardziej... hmm… monumentalne. Naprawdę ciężko mi to opisać, ponieważ to jeden z tych komiksów, który całkowicie ujął mnie swoją oprawą.

Miller w niezwykły sposób, podobnie jak w Powrocie Mrocznego Rycerza, używa kadrowania. Mamy więc strony, gdzie kadrów jest kilkanaście, a trafiają się takie, gdzie na przykład walka przedstawiona jest na kilku stronach, a na każdej znajdują się tylko dwa kadry albo cała strona przedstawia jakąś znaczącą scenę. Zdecydowanie robi to wrażenie i momentami przypomina dobry film. Bardzo filmowe są też walki. Świetnie rozplanowane i niezwykle dynamiczne. Do tego brutalne. Krew leje się gęsto. Ogromny wpływ na rysunki mają również kolory nałożone przez Lynn Varley.

Wydanie to różni się formatem od innych komiksów Muchy. Jest większe, dzięki czemu oglądanie warstwy graficznej to prawdziwa uczta. Niestety, cena nie jest już tak zachęcającą. 65 zł okładkowe za 80 stron to znaczy wydatek. Jednak, jeśli nie kupujecie komiksów często, a chcecie przeczytać coś naprawdę dobrego, do czego będziecie wracać, to warto zaopatrzyć się w ten album, bo wydany jest naprawdę smakowicie, w dużym formacie, na świetnym papierze i w twardej oprawie.

W tłumaczeniu zdarza się kilka błędów, które można dostrzec na pierwszy rzut oka bez zapoznawania się z oryginałem. Miller ogólnie najlepiej brzmi w oryginale. Nie są to jednak jakieś wielkie wpadki, ot, czasami tylko coś wydaje się przetłumaczone dosyć topornie. W sumie najbardziej mnie irytuje polski tytuł, bo powinno być "Elektra znów żyje!", co było ironicznym zabiegiem Millera.

Podsumowując. Jeśli znacie wcześniejsze prace Millera związane z Daredevilem, to bierzcie ten album w ciemno. To kawał świetnej historii i rozliczenie się Millera ze swoim największym Marvelowym tworem, jakim jest Elektra. Do tego we wspaniałej oprawie graficznej. Jeśli nie jesteście zapoznani ze światem Daredevila, to nadal dostaniesz dobry komiks, jednak nie załapiesz wszystkich smakołyków tej historii. Osobiście polecam komiks i jeśli mam okazję, to już od razu powiem, że warto się też zaopatrzyć w mini serię Millera The Man Without Fear. I "Born Again". I Elektrę: Assassin. I jego run w Daredevilu. W ogóle ruszajcie czytać komiksy Franka Millera, bo większość z nich jest fenomenalna :)

elektra2a.jpg elektra3b.jpg

nietendon: No nie wiem. Sam temat historii do lektury nie zachęca na pewno, bo Matta rozpaczającego po stracie kolejnej ukochanej każdy widział już nieraz. Chociażby w melodramatycznym i nieciekawym według mnie Daredevil: Yellow. Do komiksu przyciąga chyba głównie nazwisko na okładce. Utarło się bowiem przekonanie, że wszystko, co zrobił Miller w temacie "Daredevil" jest warte poświęcenia temu uwagi. Uważam, że przekonanie to jest jak najbardziej słuszne, choć akurat Elektra żyje na pewno do czołówki moich ulubionych historii z Hell's Kitchen nie należy.
lt_100.JPG
Głównie chodzi mi o fakt, że mamy do czynienia z historią alternatywną. Jest to jedna z tych opowieści, w których dokonują się wielkie zmiany, postacie giną, inne wracają do życia, a główny bohater przechodzi katharsis. Wszystko to jest jednak chwilowe, gdyż komiks oderwany jest od kontinuum i nie ma najmniejszego wpływu na życie Matta w głównej serii jego przygód. Scenariusz snuje się sennie, trochę leniwie, sporadycznie przyspieszając, gdy mamy okazję oglądać jeden z koszmarów Murdocka lub jakąś scenę akcji. Idealnie komponuje się to z obecną sytuacją w życiu Matthew. Nie może on spać, błądzi bez celu po mieście. Będąc notorycznie zmęczonym popełnia głupie błędy. W jednej ze scen wyskakuje na zasypane śniegiem miasto w samej bieliźnie, wiedziony tylko jakimś ulotnym, niejasnym bodźcem. Innym razem nie udaje mu się przebrać w kostium Daredevila, bo ciągle ktoś mu przeszkadza. Sama spowiedź, o której wspomniał Gamart, wypada niemalże histerycznie, co fajnie pokazuje stan psychiczny bohatera. Niestety spowiedź jest swego rodzaju streszczeniem poprzedzających komiks wydarzeń i samo tłumaczenie Matta dla spowiednika o tym, jak jego ukochana została zabójczynią, wypada topornie.

Graficznie za to album jest niesamowity. Ilustrując komiks Miller posłużył się stylem najbliższym chyba temu znanemu z Ronina (choć może to bogactwo orientalnej symboliki wywołało we mnie takie skojarzenia). Sceny walk są rozrysowane dynamicznie, na dużych ilustracjach. Momenty zadumy bohatera zatrzymują zaś uwagę czytelnika na jednej stronie nagromadzeniem malutkich kadrów. Nie znaczy to, że podczas lektury śmiga się szybko przez wszelkie (dosyć liczne) jednoplanszówki. Pedantyczne wręcz bogactwo detali na każdej z nich zmusza do skupienia na niej uwagi przez dłuższą chwilę. Chociaż nie, nie zawsze ten akurat aspekt przykuwa wzrok czytelnika. Czasem, gdy zachodzi potrzeba zbudowania odpowiedniego klimatu, ilość szczegółów ograniczona zostaje do minimum. Jeszcze innym razem Miller zaskakuje odbiorcę sposobem rozrysowania z pozoru banalnej sceny (Matt schodzący po schodach).

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego album ten został wydany w tak dużym formacie. Gdyby zmniejszyć go do standardowych amerykańskich rozmiarów, mnóstwo plansz stałoby się nieczytelnych. Samo powiększenie gabarytów jest po prostu kolejnym eksperymentem artysty z formą przekazu informacji w komiksie. Dzięki temu mógł pozwolić sobie na upychanie na wielu stronach po te szesnaście kadrów. A zabaw takich, choć na mniejszą skalę, w albumie jest więcej. Nigdy jednak forma nie przysłania treści. Wydaje się, że Miller znalazł optymalny sposób na przedstawienie każdej sceny. W ogóle Elektra Żyje jest swego rodzaju popisem autora dobitnie pokazującym, jak świetnie opanował on komiksowe rzemiosło.

Jak pisałem na wstępie, sama historia mnie nie poruszyła. Album jest dla mnie po prostu pięknym artbookiem z genialnymi pracami Millera. Artbookiem, który nie mieści mi się na półce, bo jest wyższy nawet od cholernego Hard Boiled wydanego przez Egmont.


LTplus.jpg


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.