Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #89 (27.04.2009)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 27 kwietnia 2009 Numer: 17/2009 (89)


Sporo się wydarzyło w zeszłym tygodniu, więc Pulse pęka w szwach. Po lekturze zachęcamy do udziału w kolejnych głosowaniach Vicious Villains - Carnage liczy na Wasze głosy!



Astonishing X-Men
vol. 3 #29 avalonpulse0089d.jpg
Gil: Znów poczułem się jak w czasach poprzedniej ekipy AXM, ale bynajmniej nie była to zasługa samego komiksu, lecz czasu oczekiwania na niego, w którym zdążyłem już zapomnieć, o czym jest ta historia. Odniosłem chwilami wrażenie, że Ellis też zapomniał, bo poprzednie numery traktowały jakby o czymś innym niż Forge robiący własnych mutantów. A tak, czytam dialogi i zastanawiam się, gdzie to było. Żeby był komplet, Bianchi też trochę odjechał w dzikie rejony kadrowania i patrząc na niektóre strony musiałem się zastanowić, co autor myślał, kiedy tworzył. W tej chwili jest to mocne 6/10, ale tylko tyle.

Hotaru: Twórcy wypuszczając kolejne numery raz na ruski rok sami sobie strzelają w stopę. Czytelnik czekając niemiłosiernie długo na kolejną odsłonę liczy, że cierpliwość mu się opłaci i dostanie coś... na co warto było czekać. Niestety, nie w tym przypadku. Mówię to bólem serca, ale w tym numerze fabuła praktycznie nie ruszyła się z miejsca. Kilka fajnych rysunków i kilka fajnych dialogów nie pomagają, kiedy człowiek sobie przypomni, że za czasów Whedona nie było ich kilka, ale kilkadziesiąt w każdym numerze. Cóż, został nam jeszcze jeden numer i skrycie liczę, że Ellis zafunduje coś tak gigantycznego, że nagle te miesiące czekania odejdą w niebyt. Ale nie wstrzymuję oddechu.

Krzycer: Nie. No nie. X-Men oficjalnie stali się dla mnie zbyt mroczni i twardzi. Chyba, że źle zinterpretowałem wydarzenia z komiksu i Cyclops nie rozkazał Loganowi zabić bezbronnego jeńca po tym, jak przestał być przydatny. Ale mam wrażenie, że właśnie to się stało. Przepraszam, ale to już nie są gigantyczne cojones i bycie badassem, to już kwalifikuje do udziału w "Vicious Villains". I to zdecydowanie nie są X-Men mojego dzieciństwa. Poza tym jednak... poza tym jednak wciągnięcie w całe to zamieszanie Forge'a nadal wydaje mi się dziwne, ale mniejsza o to. Hisako pozostaje moją ulubioną postacią w obsadzie.
Pariah: Historia dalej rozkręca się pwooli, ale dostajemy już jakieś wskazówki/odpowiedzi, które powinny doprowadzić do czegoś bardzo ciekawego w kolejnym numerze. Bardzo podobała mi się rozmowa Beasta z Hisako. Nieco rozluźniła dość posępną atmosferę. Nie wierzę, aby Cyclops wydał wyrok śmierci na jednego z więźniów. To było bez sensu w kontekście ukrywania istnienia X-Force. Poza tym obecna przy rozmowie Storm na pewno nie zareagowałaby na to tak spokojnie. Dobra historia, 7/10.

Avengers: The Initiative
#23

Gil: Niepodważalny dowód na to, że Inicjatywa i Reżim Ciemniaków nie są kompatybilne. Numer pozbawiony jest jakichkolwiek wrażeń i jedyne, co z niego zapamiętałem, to zasadnicze przesłanie długiej przemowy Normana. Skwitować ją można jednak słowami inspektor Pierzchały z 13 Posterunku: "oni to wiedzą, Kocie". Całą zaś historię potraktować wypada jako przydługie interludium między dawnymi, a nowymi czasy. Wiem, że dawna Inicjatywa nie wróci, ale niech przynajmniej ta nowa tempa nabierze, bo jeszcze kilka takich ogórków i seria zmieni się w mizerię. Tym razem 4/10.

Hotaru: Dziwny ten numer. Praktycznie cały stanowił prolog do Dark Reign w Inicjatywie i zastanawiam się, po kiego czorta poświęcono temu aż cały komiks. Mało było w nim treści i ciągnął się jak flaki z olejem. Chociaż tym razem rysunki Ramosa bardziej mi się podobały - przypomina mi kierunek, w jakim podążył Skottie Young na łamach New X-Men, czyli najpierw bardzo kreskówkowo, a potem bardziej organicznie. Przeczytam kolejny numer, ale bardziej dlatego, że jestem ciekaw konfrontacji Hood - Tigra. Sama Inicjatywa przestała mnie już obchodzi dawno temu.

Volf: Yaay. W końcu przyzwyczaiłem się do rysunków Ramosa w tym tytule. Co oznacza, że już nie odpychała mnie każda strona i mogłem skupić się na fabule. A ta średnia jest, od czasu "Killed in Action" utrzymuje się ten sam przeciętny poziom, od czasu do czasu nieznacznie zawyżany jakąś fajną akcją. Hardball ciągle mało przekonujący, więc mam nadzieję, że szybko rozwiążą jego wątek, w ten lub inny sposób. Za to Osborn ładnie wszystko wykorzystał po swojemu, choć dziwnym by było, gdyby tego nie zrobił. Nie jest źle, ale do czasów świetności daleko.
Krzycer:
Tsk. Powoli tracę nadzieję na to, że sytuacja z Hardballem to ściema. Ale jeśli to nie jest ściema, to wykorzystanie Scorpion w tej historii w takiej roli jest kompletnie niewytłumaczalne.
Poza tym - tłuszcza robiąca zadymę w Camp Hammond wypadła fajnie. Ramos nadal rysuje te swoje plastusie - mam wrażenie, że jego styl jest jeszcze bardziej karykaturalny, niż kiedy rysował swoją część Messiah CompleX.

kid777: Zdecydowanie lepszy numer niż poprzednie części "Disassembled". Pewnie dlatego, że zniknął Clor. Ale w sumie, jest dość przeciętnie. Brakuje mi tu gry większą ilością postaci. W tle przewija się ich cała masa... ale są płytcy i mało indywidualni. I paradoksalnie na najciekawszych bohaterów wyrastają Bengal i Constrictor. Fabularnie - zagranie Osborna typowe i poprawnie napisane, sytuacja z Hydrą? --- Wierzę, że Hardball pozostanie zły, a całość się ciekawie zakończy. Rysunki - Ramos w słabej formie. 6/10

avalonpulse0089e.jpgAmazing Spider-Man #592
Gil: Poprzedni numer nauczył nas, żeby nie znikać na dwa miesiące w Macroversum, bo można zastać przykrą niespodziankę po powrocie. Ten uczy, żeby nie skakać w jednym dresiku po dachach przez trzy dni, bo się potem śmierdzi. Oprócz morału, jedyną wartościową sceną jest rozmowa z burmistrzem Jamesonem i jego nagły atak samozachwytu. No i mamy tajemniczą panią, która usuwała pleśń z lodówki Piotrusia podczas jego nieobecności. Gotów jestem postawić trzy ziarna fasoli, że to oryginalna Jackpot i drugie tyle, że ślub, o którym coś przebąkują w zapowiedziach, będzie właśnie z nią. Jupi. Jak fajnie. A cały numer to 5/10, miejscami w porywach do szóstki.
P.S. Aha, jest jeszcze ostatnia strona, która tak mnie walnęła w wyobraźnię, że wyparłem ją ze świadomości. No, bo... ile ona ma lat? Z dziewięćdziesiąt? Fuj!
tig3000:
Jesus... Jak to można jeszcze czytać? Do połowy komiksu nie doszedłem, a już mi zbrzydło. Myślałem, że po tak długim czasie od OMD i BND coś z tym komiksem poszło do przodu, jakoś się poziom podniósł... Ale NIE. Jak na złość! Do tego, no niech mnie, ciocia May w łóżku z jakimś facetem! Oprócz tego, że to niesmaczne, to po prostu głupie. Żałuję tej chwili, którą poświęciłem na przeczytanie tego komiksu. Kończ, Marvelu, wstydu oszczędź...
evans: Jak myślicie - kim jest nowa współlokatorka Petera? I jak można się domyślić, poznała ona, kim jest Parker. Na MJ to raczej nie wygląda, chyba, że pofarbowała włosy na fiolet :D W sumie po tej niedokończonej wiadomości na sekretarce można się wszystkiego spodziewiać... :D Jakieś pomysły?
Krzycer: Biorąc pod uwagę to, że chyba pamiętam jakąś scenę z Deadpoolem strzelającym do klonów cioci May i wujka Bena przyłapanych na tym samym, nie pozostaje nic innego jak stwierdzić, że ASM stał się autoparodią.
Do tego dochodzi ta idiotyczna scena z oddziałem SWAT w ratuszu na skinienie JJJ i w zasadzie nic już nie ratuje tego numeru. Może poza nową współlokatorką Petera, która chwilowo jeszcze mnie ciekawi, ale pewnie za moment przestanie. Tak czy inaczej, po tradycyjnie niezłym Slotcie poziom runął na łeb, na szyję.
Czyli ASM w dalszym ciągu trzyma się sinusoidy.


Daredevil
vol. 2 #118
Gil: Brubaker nabawił się brzydkiego zwyczaju spychania głównych bohaterów swoich tytułów na plan dalszy. Ten numer należy do Kingpina i Owla, z lekkim dodatkiem Lady Bullseye i Foggy'ego, podczas gdy Daredevil snuje się w tle i wychodzi z niego tylko po to, by stracić pracę. Po raz kolejny to drugoplanowe postacie popychają naprzód całą serię. A z zupełnie innej beczki - graficy przesadzają miejscami z efektem śniegu, który sprawia, że kadry stają się nieczytelne. Niby 6/10, ale jakieś takie nijakie.
Krzycer:
Mistrz Izo wymiata. Duże wrażenie zrobiła na mnie również konfrontacja Foggy'ego z Murdockiem. Szkoda tylko, że Bru sięgnął po Owla, najidiotyczniejszego spośród 'Kingpin-wannabies'... Wolałbym, gdyby pozostał martwy.

Dark Reign: Elektra
#2

Gil: Drugi numer, podobnie jak pierwszy, oszczędnie korzysta z dialogów, a bardziej ochoczo z wymownej akcji. Nie przeszkadza to ani trochę Elektrze w pokazaniu charakteru, ani też Wellsowi w pokazaniu dobrego Bulls/Hawkeye'a. I na więcej tego drugiego liczę w kolejnej części. Jedyne czego nie łapię, to obecność pary rudzielców w dresach, ale i to się pewnie wyjaśni wkrótce. A ponieważ graficznie też jest dobrze, oceną będzie 7/10.

Hotaru: Pierwszy numer był tak dobry, że życzyłem sobie i twórcom, by kolejny okazał się równie fajny. Nie oczekiwałem trendu zwyżkowego, bo po prawdzie trudno mi było sobie wyobrazić coś lepszego, niż debiut tej miniserii. Niestety, numer drugi nie jest już tak absorbujący. Pierwsze 2/3 nadal trzymają poziom, ale końcówka jest moim zdaniem skopana i zalatuje jarmarczną historyjką, a nie fabułą z prawdziwego zdarzenia. Pomimo tego, komiks i tak wyróżnia się na plus. Mann rysuje świetnie, jego rysunki nie straciły nic ze swojej siły, a scenariusz Wellsa... cóż, liczę na to, że scenarzysta obniżył trochę loty, by mocniej wybić się w górę przy kolejnych numerach. Wells udowodnił, że nie leży to poza jego zasięgiem.

Krzycer: Walka z Młotami - nic nadzwyczajnego, ale porządnie poprowadzona. A potem wizyta u Foggy'ego, który rozczulił mnie przypuszczeniem, że ktoś nasłał Elektrę na niego.

Fantastic Force
vol. 2 #1
Gil: Odprysk od millarowej F4 ma tyle samo do zaoferowania, co millarowa F4, czyli w przybliżeniu zero. Grupa postaci, które nic sobą nie reprezentują, umieszczona w świecie, który nic nie znaczy. Interakcje między nimi sugerują, że autor coś by chciał, ale sam nie wie jeszcze, co, a cała akcja numeru to jedno wielkie meh. Ciekawostką są natomiast szkice Kurtha umieszczone na końcu jako dodatek. Z jednej strony są zabawne, z drugiej dobre technicznie, a ogólnie pokazują, że inker zrobił im krzywdę. Tak czy inaczej, całość to najwyżej 3/10.
Krzycer:
Nudne i niepotrzebne, czyli w zgodzie z oczekiwaniami.

Guardians Of The Galaxy vol. 2 #13 avalonpulse0089f.jpg
Gil: Guardians wrócili z wycieczki po manowcach i otchłani Niepamięci, by uderzyć ze zdwojoną siłą i przypomnieć nam, dlaczego ta seria jest tak dobra. Numer zawiera wszystko to, co w serii było dotąd najlepsze, a do tego jeszcze kolejne cukierki. Nawet nie wiem, od czego zacząć, tak bardzo jest dobrze. Podzielę się więc może tylko o pewnym skojarzeniem, które zaatakowało mnie natychmiast, kiedy poznałem nowy pseudonim Phyli: "I've been a Martyr for love..." . W sam raz na piosenkę tematyczną postaci. No, co tu dużo mówić - wśród tak wielu flagowych tytułów Marvela to właśnie ten dostaje tytuł numeru tygodnia i zasłużone, mocne 8/10.

Krzycer: Genialne. Rewelacyjne. Dialogi co chwila wywołują spazmatyczny śmiech. Co jeszcze można napisać? Chyba tylko tyle, że nie mogę się doczekać zapowiedzianego starcia Szopa z Gladiatorem.
Hotaru: Ale frajda. Komiks zatoczył pełne koło i Strażnicy Galaktyki wrócili do ociekającego frajdą i humorem poziomu, z jakim wystartowali. Wrażenia polepsza jeszcze oficjalne powiązanie z WoK, które wypadło całkiem naturalnie. Oczywiście, można się przyczepić np. do całkowitego odstawienia na czas eventu wątku Universal Church of Truth, ale scenarzyści sprawnie zapełniają tę lukę, chociażby pojawieniem się Starjammers. Tak, lektura to czysta frajda.
Volf: Kwintesencja tego, co kapitalne w tej serii. Rocket Raccoon wymiata. Groot wymiata. Cosmo wymiata. Gamora wymiata. Negocjacje z Kree wymiatają. Takiego stężenia genialnych dialogów w jednym numerze już dawno nie widziałem. Świetny numer i jak na razie najlepsza część składowa War of Kings.

Ghost Rider vol. 5 #34
Gil: Po zetknięciu z poprzednim numerem skłonny byłem uwierzyć, że ta seria może mi się jeszcze spodobać. Po zetknięciu z tym wróciły wątpliwości. Czytając miałem takie samo wrażenie, jak przy oglądaniu kreskówek z 4fun.tv - oprócz kilku zabawnych momentów, całkowita pustka. Gdyby nie fakt, że czuć w tym jakiś sens i pokłady makabrycznego humoru, zawartość treściowa kazałaby mi porównać ten numer do dokonań Loeba. Można się uśmiechnąć na widok głowy na pajęczych nogach, ale nazwać to dobrym komiksem to gruba przesada. Wracamy do oceny 4/10.


Hulk vol. 2
#11

Gil: Jest sobota. Odwiedziłem dziś babcię i zmuszony byłem obejrzeć odcinek Mody Na Sukces. W nim to, Ridż z bratem rozkopał grób byłej żony i odkrył, że w środku znajduje się jej idealna kopia z plastiku. W tym momencie z krzaków wyłonił się egipski szejk, który w długiej przemowie wyjaśnił, jak podmienił niedoszłą nieboszczkę w szpitalu i uprowadził do swojego zamku, czy tam piramidy - whatever. Oglądając to tarzałem się po podłodze ze śmiechu i mam teraz ochotę zobaczyć ciąg dalszy. A jeśli chodzi o Hulka, nie mam ochoty oglądać ciągu dalszego. Ale i tak to zrobię, żeby poznać oblicze zła. I zupełnie przy okazji - po raz kolejny Loeb pokazuje kanibalizm. Zaczynam się martwić. Ocena: 1/10.
Black Bolt:
Klasyczny już Loeb. Skrzela tylko po to, żeby przez chwilę mogli powalczyć pod wodą, przejawy kanibalizmu i cios w krocze. A na końcu jedno wielkie "CO?", czyli cliffhanger. Jak zwykle czyta się szybko i z otwartą buzią :O

Immortal Iron Fist
#25

Gil: Hm, zabawne - zanim wyskoczyli z tym pojedynkiem dwóch Fistów w poprzednim numerze, byłem przekonany, że okaże się dokładnie to, co się okazało tutaj. Cóż, zmyłka była skuteczna, ale teraz przydałoby się jakieś uzasadnienie, a nie zamiatanie jej pod dywan. Ale przynajmniej historia ruszyła do przodu przed finałem. Z pewnością wyglądałoby to lepiej, gdyby miało taką drobnostkę, nazywaną dynamiką, bo rysunki Foremna nie mają jej za grosz i rozłożyły cały odbiór. Po dłuższym zastanowieniu zdecydowałem się na ocenę 5/10.

avalonpulse0089g.jpgIncredible Hercules #128
Gil: A oto i kolejny przykład numeru prawie doszczętnie zarżniętego przez kiepskie rysunki. W warstwie graficznej jest tak tragicznie kiepsko, że w końcu całkowicie przerzuciłem się na czytanie dialogów tam, gdzie było to możliwe. Imć Dietrich Smith jest całkowitym nieporozumieniem, a szczytem jego braku zdolności artystycznych jest Venom z paszczą jak minóg rzeczny. Szkoda, że numer jest nastawiony przede wszystkim na bitkę, bo przez to odbiór cierpi. Ale na szczęście całość trzyma fabularny fason, jest kilka dobrych tekstów, a ostatnia strona wprowadza spore zamieszanie. Fabułę ocenię na 7/10 i udam, że rysunków nie widziałem, bo musiałbym obniżyć ocenę co najmniej o dwa oczka.

Hotaru: Zacznę od rysunków, bo trudno je przemilczeć... chociaż by się chciało. Smith jest... średnim rysownikiem. Staram się odnaleźć mocne strony jego kunsztu, które równoważyłyby koślawe sylwetki, twarze i tła, ale nie potrafię - jego kadrowanie jest kiepskie, perspektywa kuleje, a i sam storytelling nie wybija się ponad przeciętność. A szkoda, bo skrypt Paka i Van Lente zasługuje na to, by porządnie go zilustrować.
Black Bolt:
Tutaj też mamy cios w krocze, ale wyszło to o wiele łatwiej przyswajalnie i zabawniej, niż w Hulku vol. 2. Ponadto Herc wykazuje się doświadczeniem w walce, Cho zaczyna mieć wątpliwości co do Atheny, Ares ma rozterki, Osborn i Hera knują, a Hebe to psychofanka. Czyli wciąż jest to bardzo dobra, komediowa seria, która ładnie wpisuje się we wszystko, co się dzieje dookoła w uniwersum, tylko dlaczego mam wrażenie, że Marvel chce dobić ten tytuł, dając mu takiego, a nie innego rysownika? Dietrich Smith ma u mnie już teraz nominację do Annihilusów 2009.
Nawet Stroman nie jest w stanie mnie tak irytować, pewnie dlatego, że w X-Factor już przyzwyczaiłem się do kiepskich rysunków, a tego czegoś nowego o Bishopie jeszcze nie czytałem.
Henry wróć. Sandoval wróć!

Krzycer: Hercules wreszcie dostał okazję, by się wykazać. Zamiata podłogę Sentrym i Venomem aż miło, "siła miliona wybuchających słońc" to scena równająca do okejosa. Hebe wypada przeuroczo, przy okazji wygląda na to, że jeszcze usłyszymy o eks Amadeusa. Miło.

Kick-Ass #6
bastek66: Straszliwe badziewie. Millar dalej upiera się, że ten komiks jest realistyczny, ale czy to możliwe, żeby jedenastoletnie dziecko kopniakami potrafiło złamać nogi dorosłym facetom (i to otwarte złamania)? Jedyne, co dobrego znalazłem w tym komiksie to opinia tatusia i córeczki o amerykańskich demokratach: "A fucked-up prick who will march for the right to murder babies but hold the candlelight vigils for serial killers".

Volf: A mnie się podobało. Pomijając te bzdurne zapowiedzi o realizmie, komiks sam w sobie fajny jest. Choć zachowanie Big Daddy'ego jednak troszkę bezsensowne - jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że z miłości do córki zgodził się na ubieranie kostiumów, ale zdradzić dwóm obcym nastolatkom swoje położenie i nie zabezpieczyć się na wypadek zdrady jednego z nich to już zwyczajna głupota jest. Szczególnie, gdy się zgrywa chłodnego profesjonalistę. Romity nie lubię i nie trawiłem go w takim Hulku czy "New Ways to Die", ale tutaj pasuje doskonale i nie zamieniłbym go na nikogo innego (choć to może dlatego, że wtedy poszedłby kaleczyć jakiś lepszy komiks...).
Bertoluccio:
Czytając ten numer zastanawiałem się, czy zobaczymy kiedyś komiks, w którym autor zdecyduje się do bólu realistycznie pokazać, jak wyglądałoby bycie superbohaterem (oczywiście przyjmując optymistyczne założenie, że nie zginąłby w pierwszej poważniejszej akcji). Wracając zaś do pseudorealistycznej wersji Millara, to ten numer byłby ciekawszy, gdyby zdrada Red Mista nie była już dawno ujawniona innymi źródłami. Mimo wszystko z zainteresowaniem czekam na następny numer, bo jestem ciekaw, jak autor wyciągnie Kick-Assa z tego bałaganu, bo zapewnie w następnym numerze otwarciem będzie scena tortur z pierwszego numeru, z której sądziłem, że wyratuje go właśnie Big Daddy i Hit Girl. Tak nawiasem mówiąc, pomijając wspomniane wcześniej zaniedbanie na wypadek zdrady, dziwne, że BD nie śledził Reda, żeby go sprawdzić przed rekrutacją, tak jak sprawdził Kick-Assa. Ogólnie 6/10.

New Avengers #52 avalonpulse0089h.jpg
Gil: Znów porcja solidnych jak skała dialogów i genialnych interakcji między postaciami. Do tego posuwający się naprzód wątek poszukiwania nowego sjuprimowego sorserera, jazdy Hooda i niespodziewany występ Hellstorma. Wszystko nadal dobrze. Nawet jeśli trzeba przymknąć nieco oko na chronologiczne nieścisłości. Rysunki? Tan daje radę i nawet się jakby rozwija. Bachalo jest sobą. Z jakiegoś powodu pomysł na Hooda z wielką paszczą wyjątkowo mi przypadł do gustu.
I tak, po zsumowaniu, otrzymujemy najlepszy z avengersowych tytułów w tym miesiącu, z mocnym 7/10.

Hotaru: Bendis pełną gębą. Dostajemy dokładnie to samo, co numer wcześniej, i jeszcze jeden, i jeszcze. Jego "zabawne" dialogi już mi się przejadły, poczucie humoru cały czas rżnie w tę samą ograną nutę, co powoduje u mnie migrenę, a to, co się dzieje poza "dowcipnymi" dialogami, nie jest w stanie zrekompensować poirytowania. Od strony graficznej Tan rysuje po swojemu, czyli brzydko, a Bachalo też po swojemu, czyli nieczytelnie. Tylko jeden moment z Hoodem i Madame Masque ratuje ten numer przed oceną mierną.

Bertoluccio: Jak to jest, że jedną z najlepszych scen romantycznych w komiksie ever, dostał drugoligowy złoczyńca (dobra, wiem, że teraz jest niby jednym z tych Big Bad i miał kilka świetnych występów, ale jak dla mnie musi się jeszcze czymś wykazać, nim przyznam mu miejsce w 1 lidze) z trzecioligową złoczyńczynią? Co do reszty numeru, to niezbyt wiele się dzieje i pomijając retrospekcję z walki Stephana z Hoodem, reszta to gadanina, co samo w sobie nie jest złe, ale to już drugi numer z rzędu, gdzie bohaterowie siedzą przy stole i rozmawiają. Na szczęście w następnym powinno się to zmienić. Rysunki Chrisa jak zwykle świetne, zaś Billy jak zwykle średni. Ocena 8/10.
Krzycer: Znowu dostajemy błyskotliwe dialogi i ładne rysunki, może z wyjątkiem końcówki z Hellstormem (który, swoją drogą, za nic nie przypomina siebie z Marvel Zombies 4, ale może to rozmowa z Patsy tak na niego wpłynęła. To, albo to po prostu kwestia podejścia do postaci. Mniejsza z tym). Bachalo wciąż daje radę, choć mam wrażenie, że ostatnio jego bohaterowie (zwłaszcza bohaterki) zaczynają być bliźniaczo podobni do siebie. Ale Strange mu wychodzi jak mało komu innemu.
Wciąż nie lubię Hooda z paszczą i ozorem. Za to jego schadzka z Madame Masque to jedna z najbardziej romantycznych scen, jakie widziałem w komiksach. Serio.

kid777: Nie będzie odkrywcze stwierdzenie, że Bendis robi to, co najlepiej umie, czyli pisze dialogi. I to broni numer, chociaż akcja nie posuwa się do przodu. Coraz bardziej podoba mi się za to Bendisowy Hood (ale ten bez paszczy), a raczej konflikt Parker-Dormammu... oby to zostało dobrze poprowadzone. Hellstorm jako Sorcerer Supreme... chciałbym to zobaczyć (a może się uda i będzie Unholy War...). Rysunki - nie czepiam się. 7/10

Mighty Avengers #24
Gil: Mając w rękach Majty Slotta czuję się... cóż - jakbym miał w rękach majty Slotta. Niezręcznie. Z jednej strony są tu jakieś ciekawe sytuacje, niezłe teksty, wątki jakieś nawet się wyłaniają - z drugiej jednak, w powietrzu wisi pytanie: "osso chozzi?" Spotkanie Kabalarzy jest - poza kilkoma myślami Lokinki - zupełnie ni przypiął, ni przyłatał. Tajne, miniaturowe laboratorium, z małymi gorylami i żyrafami - serio? Gonitwa po świecie i... G.R.A.M.P.A? S.E.R.I.O? To muszą być skutki przemęczenia, albo jakiś Skrull, albo kryzys i weszli mu na hipotekę... Znów 4/10 i garść cukierków o smaku rozczarowania.

Hotaru: Powoli godzę się z myślą, że muszę zweryfikować swoje oczekiwania co do tego tytułu. Spodziewałem się epickiej historii, na którą Mściciele zasługują, a to, co Slott dostarcza, to infantylna fabułka z targetem w szkołach podstawowych. Nie znaczy to, że z lektury takowej nie można czerpać przyjemności, no ale nie wtedy, kiedy spodziewa się czegoś zupełnie innego. Chociaż od strony graficznej Sandoval pokazuje, że jest pierwszorzędnym artystą, ale wolałbym, by się zamienił miejscami z Dietrichem Smithem, który obecnie szpeci Incredible Hercules - kreska Smitha zalatuje zajęciami z plastyki w podstawówce, więc z fabułą Slotta idealnie by współgrała.

Bertoluccio: Jest coraz lepiej i lepiej, co daje spore nadzieje na przyszłość. Jest kilka dobrych scen, a Pietro nieźle się wykpił z tego co robił, ale pomysłowość powinna być nagradzana ;) . No i Loki mąci już w drugim tytule w tym tygodniu. Mam tylko nadzieję, że ktoś to w Marvelu wszystko koordynuje. Ocena 7.5/10.
Krzycer: Czyli... MA w ciągu jednego numeru zyskują globalne uznanie i immunitet? Za łatwo im idzie jak na mój gust. Mimo to są tu trzy świetne sceny - Pym wywodzący, że jego zespół to prawdziwi Avengers, Osborn z kością i Goblin wyłażący z Osborna jako część planu Lokii.
Mam tylko nadzieję, że Slott uzgadniał te machinacje z Bendisem.

kid777: Najlepsi Mściciele w tym tygodniu. Slott czuje się chyba najlepiej, kiedy gra drugą ligą bohaterów, bez żadnych Hulków, Iron Manów itp. Czuć klimat Inicjatywy, a przede wszystkim dawnych Avengers. A w tytule dużo się dzieje. No i Pym jest strawny... chociaż nazywa się Wasp. Generalnie solidne czytadełko, dobrze osadzone w Dark Reign i continuity. Rysunki... ja bym się nie czepiał. 8/10

avalonpulse0089i.jpgThor #601
Gil: Tutaj też sobie trochę poczekaliśmy, ale jak zawsze warto było. Są Asgardczycy, są autochtoni, jest nawet Doom - jest dobrze. Pogadanki Dona z Thorem i próba naprawienia Mjolnira taśmą klejącą - świetne. No i przede wszystkim Loki wyciąga kolejną kartę - niby znaną już, ale zaserwowaną w taki sposób, że aż chce się zobaczyć, co z tego wyniknie. Oczywiście, dużym plusem są dobre teksty, a nie mniejszym dobre rysunki Djurdjevica, który wyraźnie coraz bardziej oswaja się z wnętrzem komiksu. Mocne 7/10 dla gromowładnego.
Bertoluccio:
Machinacji Lokiego ciąg dalszy. Ciekaw jestem, jaki kolejny złowieszczy plan kryje się za ujawnieniem, do kogo należy jego nowe ciało. No i jaką rolę odegra Billy, bo to oczywiste, że jakąś dostanie, skoro JMS wysłał go do Latverii. Do tego dochodzą rysunki, które chociaż dobre, nie pokazują prawdziwego talentu Marko. Czekam na komiks, który będzie przez niego w pełni namalowany (najlepiej jakaś mini). A, i jest jeszcze genialna alternatywna okładka z Thorem słuchąjącym iPoda.
Całościowo 8/10.

Krzycer: Szlag. Jeszcze kilka takich numerów, a szanse Hooda w starciu z Lokią w VV zaczną bardzo źle wyglądać. Tutaj kręci niebywale. Świetne są negocjacje jej, Baldera i Dooma. Dobrze wypadają również gawędy przy ognisku i klejenie Mjolnira taśmą. Również heroiczny powrót Billa wypada fajnie i sprawia, że chciałoby już się wiedzieć, jak jego obecność w Latverii namiesza we wszystkich machinacjach... Bo nie mam wątpliwości, że namiesza.
Mieszanie śmiertelnika w sprawy bogów - z chęcią się przekonam, jak JMS rozegra ten tradycyjny motyw.


Skrull Kill Krew vol. 2 #1
Gil: Dość mam już Skrullów. Na najbliższe kilka lat naoglądałem się wystarczająco dużo pomarszczonych bród. Pewnie dlatego ten numer przede wszystkim mnie drażnił, później irytował, a później znowu drażnił. Nie zaśmiałem się ani razu, nie powiedziałem sobie "hehe, Thor - dobre" i nie obchodzi mnie, co będzie dalej. Skrull Kill Krew miała swoje miejsce w Inwazji, ale teraz może znów odejść w niepamięć. Ja właśnie tam ją odsyłam i nie wracam do tytułu. Ale może komuś się spodoba, więc nie będę zbyt brutalny i dam 4/10.


Wolverine - The Anniversary

Gil: Własnym oczom nie wierzę, bo okazuje się, że są jeszcze dobre łolwerinowe łanszoty. Największym plusem tego jest grafika w części drugiej, która ma świetny klimat. Ale trzeba przyznać, że pierwsza historia też prezentuje się całkiem nieźle i jest w niej kilka oryginalnych pomysłów - np. motyw z ptakami. Obie generalnie dają radę i pozwalają zachować resztki nadziei, że można jeszcze coś z tą postacią zrobić. Dam przyzwoite 6/10.

Wolverine - Hunger
#1

Gil: Kolejny sieciowy komiks Marvela. Nic specjalnego. Dlaczego więc o nim wspominam? Bo wyznacza nową skrajność - zupełny brak choćby jednego słowa dialogu. Ja wiem, że tak można i że robi się to specjalnie, ale ze względu na sposób rozpowszechniania tego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wydawnictwo wychodzi naprzeciw analfabetyzmowi. Jak brzmi to modne ostatnio słowo? Aha... Potępiam. 3/10.

Wolverine: Origins
#35

Gil: Najpierw chłopaki się biją, nie? Potem jeden ucieka z odgryzionym kawałkiem niezniszczalnego miecza, nie? Potem ten tamtego goni i wpada na takiego gościa z wodogłowiem, nie? A tamten se znalazł gościa, co mu z kawałka miecza szkieleta zrobi, nie? Ekhm... otóż nie. Wracamy do punktu, kiedy pomysłom scenarzysty tej serii ponownie należy powiedzieć "nie". I wystawić 3/10.
Krzycer:
Nawet komentować mi się nie chce. Nic nie zasługuje na uwagę w tym komiksie - nic.

X-Force vol. 3
#14
avalonpulse0089j.jpg
Gil: Poziom został utrzymany. Wprawdzie mam wrażenie mniejszej zawartości X-Force w X-Force, ale narzekać nie można, bo przynajmniej Deadpool wymiata prawdziwie, a i Stryfe pokazuje się od strony, z której wcześniej go nie znałem. Fajnej. Do tego dodajmy jeszcze spotkanie Warrena z Poxym i wszelkie wątpliwości, czy sięgnąć po kolejną część - jeśli kiedykolwiek były - znikają. Wydaje mi się, że widzę najbardziej prawdopodobne rozwiązanie obecnej sytuacji, ale na razie nie będę się wychylał, to może trafi się pozytywna niespodzianka. Póki co, solidne 7/10.

Hotaru: Minęło kilka dni, od kiedy przeczytałem ten komiks, i już go nie pamiętam. Nie świadczy to najlepiej o wrażeniu, jakie lektura wyryła w mej świadomości. Messiah War jak na mój gust posuwa się zdecydowanie za wolno i sprowadza się do bezsensownych kłótni i nużących bijatyk. Szkoda, by Kyle'a i Yosta stać na wiele więcej.

Volf: "Die Zombie! Diiie!" Tutejszy Wade to wciąż najlepszy Deadpool, jakiego czytałem od lat. Fabuła posunęła się nieco do przodu, dostaliśmy też kilka wyjaśnień, co, skąd i jak. Do gry najwidoczniej wraca też jeszcze jeden gracz, przedwcześnie spisany na straty. Mniam! Jak na razie numer tygodnia. A to bardzo mocny tydzień.
Pariah:
Warto było czekać. Historia jest wartka i wciągająca. Pomimo, iż akcja rozgrywa się w bardzi krótkim czasie, to dzieje się znacznie wiecej, niż w poprzedniej odsłonie. Dialogi są bardzo dobre i niepozbawione humoru. Podoba mi się prowadzenie postaci przez Kyle'a i Yosta, każdy z bohaterów prezentuje się bardzo dobre (No może Wolvie i Warpath trochę słabiej, ale po nich wiele nie oczekuję). Nawet Bishop wypada nieźle, a Stryfe jest tutaj prawdziwym, naprawdę poteżnym bad assem. Generalnie czarne charaktery tych autorów zawsze prezentują sie dobrze i są postaciami z jajmi, o co u innych trudno. Udał się nawet Deadpool "łowca zombiaków" :), jak zawsze lepszy niż w ongoingu, choć nie aż tak dobry, jak w Messiah War Prologue. Jedynie inker z jego "mrock'n'darkness" się nie popisał, przez co niektóre kadry są nieczytelne, a szkoda, bo rysownik nadal w dobrej formie. Czekam na więcej. 7/10
LeGoL: Padłem, leżę, nie mogę się pozbierać... Po pierwsze Deadpool. "Die Zombie! Die!" i "Caaaanoooonbaaaall!!!" miażdżą i potwierdzają, to że Kyle i Yost radzą sobie świetnie ze wszystkim, co związane z mutantami i ongoing Wade'a powinni mieć oni, Way powinien spędzić kilkaset lat w lodówce. Po drugie Stryfe vs reszta. Najpierw wyjaśnienie z Apocalypsem, a potem rozpierducha z X-Force. Tylko gdzie jest Bishop w takim momencie? Po trzecie Archangel i "głosy". Czyżby wielki team-up? Po czwarte Crain mi się cholendarnie spodobał tym razem, znaczy się, nie to, że wcześniej nie lubiłem jego rysunków, ale w tym numerze diabelnie pasuje do historii. Nie czytałem jeszcze GoG, ale na chwilę obecną to jest numer tygodnia. Messiah War zrównał sie dla mnie z Wojną Królów, na którą przecież tak czekałem i wywieszałem jęzor.

X-Men: The Times & Life of Lucas Bishop #3
Volf: Meh. Nie kupuję tego. Wychodzi na to, że sam Bishop do końca nie wie, o co chodzi i rzucił się na Hope z powodu zaledwie przesłanek, które znając świat ostatecznie okażą się dotyczyć czegoś zupełnie innego, niż się wydaje. Do tego tragiczne rysunki. Seriously, skąd Marvel wziął tego gościa? I dlaczego pozwolił mu najpierw okaleczyć X-Factor?
Pariah: Po "Bisklepie" nie oczekiwałem wiele... dostałem jeszcze mniej. Całkowicie pozmieniana historia. Lucas zamiast odnaleźć info na temat Onslaughta, którego skutecznie przemilczano, odnajduje informacje na temat Hope. Oczywiscie autorzy nie zadali sobie trudu, zeby chociaż uchylić rąbka tajemnicy na temat tego wielkiego "ZŁAAA" , którego ma dokonać ta słodka, mała dziewczynka.
Bezsensy na tym się nie kończą. Dalej mamy kretyński patent z ucieczką Fitzroya z paki i zupełnie alternatywną historię przybycia Bishopa w czasy teraźniejsze, w której spotyka osoby, których tam nawet wtedy nie było...
Co to ma być, ja się pytam? Jakieś alternate reality? Do tego jeszcze te szkaradne rysunki...
3/10, a i tak to pewnie za dużo.
Krzycer: Brzydkie, nudne. Potrzebne tylko tym, którym nie chciało się przeczytać biosu Bishopa w sieci.
Czyli w zasadzie nie wiem, komu. Pewnie, niby dostajemy jakieś próby wyjaśnienia jego obsesji na punkcie Hope - i w ogóle wprowadzenia mitów o niej do jego przeszłości w przyszłości - ale wypadają one żałośnie.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0089a.jpgAmazing Spider-Man #592 Wolverine Art variant

Autor:
Paolo Rivera

Gil: Tak się dziwnie składa, że surrealizm to mój ulubiony kierunek w malarstwie, a Dali jest jednym z ulubionych twórców, więc naturalną koleją rzeczy nie mogła ujść mojej uwadze ta wariacja na temat "Trwałości Pamięci". Paolo Rivera świetnie wszedł w gatunek i zaadaptował do niego charakterystyczne elementy postaci Wolverine'a. Co więcej, udało mu się tym obrazem opowiedzieć historię postaci i oddać jej charakter, a to naprawdę zasługuje na uznanie.




avalonpulse0089b.jpgMarvels: Eye of the Camera #5

Autor:
Jay Anacleto

Hotaru: Okładkę tę wybrałem nie tyle z powodów jej walorów artystycznych (chociaż i te są bezdyskusyjne), co z sentymentalnych. Bardzo ciepło wspominam lekturę "The Fall of the Mutants" Claremonta i Silvestriego - odzyskanie mocy przez Storm, przeszłość Forge'a, walka z Adversarym i w końcu śmierć na oczach milionów. Tęsknię do tak dobrych historii w Uncanny. Skoro nie dostaję tego w żadnym komiksie, to retrospektywna okładka będzie musiała wystarczyć.




avalonpulse0089c.jpgThor #601 Djurdjevic Variant

Autor: Marko Djurdjevic

Demogorgon: Tak okładka urzekła mnie po pierwsze genialnym pomysłem, a po drugie doskonałym wykonaniem. Sama idea Thora słuchającego MP4 (ciekawe swoją drogą, czego on słucha. Manowar? Blind Guardian? A może Pink, tak pod tło?) zwala z nóg, a w połączeniu z bardzo realistycznym sposobem, w jaki została narysowana, daje jednego z moich kandydatów do okładki roku.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2009.04.22


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.