Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #78 (09.02.2009)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 9 lutego 2009 Numer: 6/2009 (78)


Tydzień pełen debiutów - najwięcej namieszał pierwszy numer Secret Warriors.



Agents Of Atlas vol. 2 #1 avalonpulse0078c.jpg
Lokus: Spojrzałem praktycznie z czystej ciekawości i jak na razie odczucia są mieszane. Grupa herosów wyciągnięta z długiego niebytu przez scenarzystę Jeffa Parkera nie porwała mnie na tyle, żebym już chciał jakoś na dłużej przywiązać się do tej pozycji, gdyż uważam, że historia opowiedziana w pierwszym numerze nie była zbyt ciekawa. Wrażenie zrobiły natomiast na mnie całkiem przyjemne rysunki Carlo Pagulayana. Na razie daję tytułowi szansę i poczekam do końca pierwszej historii. Dopiero później zobaczę, co dalej z tym zrobić. 5/10
Undercik: Przyjemnie się czytało. Moja styczność z Agents of Atlas jest minimalna i nie za dużo o nich wiem, ale ten numer mi się podobał. Fajny wstęp w postaci Gorilia Man's continuity catch-up. Taki z przymrużeniem oka krótki opis wielkich eventów w Marvel Universe. Rysunki mogą być. Duży plus idze także za jedną z najlepszych ostatnio scen z Sentrym. Na pewno sięgnę po kolejny numer.
Gil: Czytając hurtowo komiksy z ostatnich trzech tygodni co chwilę potykałem się o kilkustronicowe dema tego numeru, które sprawiły, że po pierwsze, miałem go dość, zanim jeszcze zajrzałem do środka i po drugie - odniosłem wrażenie, że zapowiada się nie wiadomo jaka sensacja. Otóż nie bardzo. Nie zostałem ani zaskoczony, ani powalony przez ten numer, ale za to poczułem, że ktoś próbuje mi sprzedać przeciętniaka wmawiając, że to ekskluzywny towar. Tak jak poprzednia ministeria z AoA, ta również zdaje się jechać na odkurzaniu starych postaci, ale w przeciwieństwie do choćby The Twelve, brakuje jej intrygi. Można czytać, jest nawet przyzwoicie, ale to wciąż najwyżej górne obszary 5/10.

Astonishing Tales vol. 2 #1
Lokus: Drugi z tego tygodniowych debiutów jak dla mnie jeszcze słabszy niż pierwszy. Po pierwsze uważam, że cztery historyjki to zdecydowanie za dużo jak na jeden numer. Po drugie to jak to zwykle bywa przy antologiach (mogę to tak nazwać?) ich poziom jest różny. Tak było i teraz, bo w zasadzie tylko pierwsza część "wakacji Sama i Bobby'ego" jakoś mi przypadła do gustu. Reszta wcale lub prawie wcale. Mam nadzieję, że w kolejnych numerach będzie tylko lepiej i nie będę musiał się zastanawiać "WTF?", jak to bywało przy Marvel Comics Presents czy X-Men: Manifest Destiny. Debiut oceniam na 4/10

Gil: Najwyraźniej porażka ostatniej odsłony Marvel Comics Presents niczego nie nauczyła naszego ulubionego wydawcy i postanowił ten "sukces" powtórzyć. Odbiór tego tytułu jest dokładnie taki sam jak poprzedniego - niepotrzebny. Poziom wydaje się nawet niższy. Ani dobór postaci, ani same historie, ani tym bardziej strona graficzna mnie nie przekonują, więc odstawię to i zacznę odliczanie do upadku - daję maksimum 12 numerów. A tymczasem łaskawie dam aż 4/10.


Black Panther vol. 5 #1
Gil: Mam nadzieję, że nikt się nie spodziewał niczego, bo właśnie to dostaliśmy - nic. Fabułę można śmiało określić jako typową dla Reginalda Hudlina: zlepki akcji i niskich lotów dialogów, z których właściwie nic nie wynika. Rewelacji na temat nowej Panterzycy też nie uświadczycie, aczkolwiek środkowy panel ze strony 12. sugeruje, że to wciąż T'Challa, tylko z piersiami. Ken Lashley popisał się także przepiękną i drobiazgową mapą świata na stronie 18., wg której np. Wielka Brytania jest większa od Australii, Hiszpania jest wspólną częścią Europy i Afryki, a Azja zmieniła położenie na pionowe. Pogratulować doboru rysownika do scenarzysty, bo obu po równo należy się dwója. 2/10.
Hotaru: I zaczęło się. Znowu. Na konwencie New York Comic Con powiedziano, że nie będzie Black Panther bez Reginalda Hudlina. Nie wiem, jak Wam, ale mi to zabrzmiało na wezwanie, by porzucić wszelką nadzieję. I chociaż ten numer nie był taki najgorszy (kto czytał poprzednie numery Reggiego, powinien się już orientować, jak wygląda dno i pół metra mułu w jego wykonaniu), to nie reanimował mojego dawno już ostygłego zainteresowania eposem Black Panther. Zapewne sięgnę po kolejny numer, chociażby po to, by dowiedzieć się, kim jest ta nowa Czarna (Pantera, ma się rozumieć), ale nie wstrzymuję oddechu.

Cable
vol.
2 #11
Lokus: Moja radość z faktu, że Olivetti nie będzie rysował całego numeru została szybko ugaszona, gdy okazało się, że wspomagać go będzie ktoś, kto się nadaje chyba tylko do rysowania kolejnych numerów Barbie :S A szkoda, bo ten numer wyjątkowo przypadł mi do gustu pod względem scenariusza. Hope zaczyna wreszcie robić cokolwiek innego niż tylko mnie irytować. Dodatkowy plus za fajny klimacik, który bił z tego numeru i w sumie wyjdzie 6/10
Krzycer: H
a. W sumie lubię Hope Summers. I cały ten "Wasteland Blues" swój urok ma, również dlatego, że chyba na dobre pożegnaliśmy się z karaluchami.

avalonpulse0078d.jpgAmazing Spider-Man vol. 2 #585
Gil: Tytuł obiecuje "Morderstwo Postaci" i rzeczywiście Guggenheim jest na dobrej drodze, choć jak na razie udało mu się zarżnąć najwyżej fabułę. Ale jeśli Pajęczak nadal będzie się zachowywał jak skończony idiota, pójdzie w jej ślady. Z rewelacji tego numeru, jedna okazała się idiotyczna, druga boleśnie oczywista, a obie wywołały uśmiech politowania. Pan G. próbuje nam wmówić, że tracerowym kilerem jest cała policja - wery fany. Później okazuje się, że Harry zakochał się w potwornie brzydkim, rogatym transwestycie - o tym niejaki Freud miałby dużo do powiedzenia, ale ja sobie daruję. Teraz tylko czekać, aż nowa Jackpot przyjdzie z odsieczą biednemu Piotrusiowi. Do tego Romita w swoim zwyczajowym stylu i mamy 3/10.

Krzycer: Łał! Parafrazując Borata: co za zaskoczenie... not! Ale mimo wątpliwej rewelacji oraz jeszcze bardziej wątpliwych podejrzeń rzucanych na Vina i jego kumpla z policji numer był w miarę znośny. Jak na Guggiego. Przynajmniej w odróżnieniu od innych jego dzieł (YXM) ciekawi mnie, co się stanie dalej i kim jest tracer killer. Ale to zasługa całego sztabu scenarzystów, a nie samego Guggiego, który tylko odwala pracę domową na zadany temat, jak sądzę.
Undercik: W sumie to jest dobrze, ale na tle innych pojedyńczych BND-owskich historii. Jednak to jest ważna historia, a od takich histori się czegoś wymaga. Naprawdę przyjemnie mi się to czytało, Guggi przeszedł siebie, ale i tak jest średnio.

Dead Of Night Featuring Werewolf By Night
#2

Gil: Zgodnie z moimi wcześniejszymi przewidywaniami, po otwarciu opartym głównie na shock value, Swierczynski błyskawicznie zmienił i tę historię w mieszaninę nudy z wybuchami sieczki, które już nie robią wrażenia, bo są powtarzalne. Jedyne, co jeszcze może utrzymać czytelnika, to pytanie, kto tak naprawdę masakruje tych wszystkich ludzi, a właściwie oczekiwanie na potwierdzenie odpowiedzi zasugerowanej na samym początku. Dam 5/10, bo przynajmniej nie drażni.


Deadpool vol. 3 #7
Lokus: Szkoda Boba, oj szkoda. Way nadal nie daje plamy (jak na jego możliwości to duży sukces) i dostaliśmy w miarę fajny zeszycik. Kilka niezłych żartów, tradycyjnie już dobre rysunki Paco Mediny i ogólnie nie jest źle. Zapewne kiedy już nadrobię poprzednie woluminy przygód Wade'a to zmienię zdanie, ale jak na razie złego słowa o tej seri powiedzieć nie mogę. Tak samo jak o tym numerze. I stąd też wystawiam 6/10

Gil:
Zdecydowanie najsłabszy z dotychczasowych numerów serii. Taka komedia omyłek i bieganina w kółko, której jedynym celem jest dotarcie do końcówki, w której dowiadujemy się, ku swemu jakże wielkiemu zdziwieniu, że Norman ściga DPLa i zupełnie niespodziewanie ma zamiar wysłać za nim Thunderboltów. Cała nadzieja w tym, że Way znów wyrówna w górę do współtwórcy crossa, a na ten czas znajdą lepszego rysownika, bo Boltsi w wykonaniu Mediny mnie rozśmieszyli. Dam 4/10, niech ma.

Undercik: Deadpool po raz kolejny ma dobry wpływ na Waya. Pachnie dobrym Deadpoolem, wygląda jak dobry Deadpool, smakuje jak dobry Deadpool, ale to do końca dobry Deadpool nie jest. Chociaż i tak gratulacje dla Way'a, że przechodzi sam siebie.

Immortal Iron Fist #22
Lokus: Jak dla mnie dopóki nie doczytam reszty to niekwestionowany numer tygodnia. Danny ma to szczęście, że ostatnimi czasy gdzie się nie pojawi, to zawsze jest to dobra historia, a jego własna seria jest świetna nawet, gdy pisze ją bardzo średni Duane Swierczynski. Również Travel Foreman daje sobie dobrze radę, a ostatnia strona sprawiła, że już nie mogę się doczekać następnego numeru. Myślę, że ocena 9/10 jest najlepszym odzwierciedleniem tego, co sądzę o dwudziestym drugim numerze tej serii. I oby tak dalej.
Gil: W tym tygodniu dostaliśmy cztery komiksy autorstwa imć Swierczynskiego Duane'a i o dziwo jeden nawet mu wyszedł. Właśnie ten. Aczkolwiek śmiem twierdzić, że duża w tym zasługa pomysłów zasadzonych przez Brubakera, bo o ile ogólny zarys fabuły jest dobry, tak w szczegółach zaczyna wyłazić słoma. Podoba mi się pomysł piekielnego miasta, z jego pokręconymi zasadami i wypaczonym stosunkiem do pojedynków, ale w jego przedstawieniu brakuje tej iskry, którą miały poprzednie historie. W dodatku Foreman nadal rysuje paskudnie, chociaż służy to jego groteskowym demonom. Niech będzie, że dal 6/10, ale to głównie za pierwsze wrażenie.
Krzycer: Tsk. Temat ok, pomysł ok, tylko coś w realizacji mi nie leży. Może to kwestia takiej sobie kreski... ale mimo tego, że konwencja się nie zmieniła, to brak tu tego klimatu, który stworzyli Brubaker do spółki z Fractionem.

Ender's Game: Battle School #3 avalonpulse0078e.jpg
Hotaru: Umarłem i trafiłem do nieba! Całuję po stopach Christophera Yosta i Pasquala Ferry'ego - ten numer jest genialny! Po raz kolejny wyobraźnia artysty przerosła moją własną. Jego wydanie gry fantasy, wraz z Napojem Giganta i Krańcem Świata jest wyjątkowo magiczne, co świetnie kontrastuje ze sterylnymi wnętrzami Szkoły Bojowej. No i mamy pierwsze bitwy w nieważkości, które Ferry narysował wręcz fenomenalnie - działanie skafandrów ochronnych, gwiazdy, bramy, nie wspominając o samym wrażeniu zawieszenia w zerowej grawitacji. Do tego dochodzą też świetne projekty Bonza, który jest odpowiednio gnidowaty i Petry, która jednak jest trochę ładniejsza, niż ją sobie wyobrażałem. Wytężam wyobraźnię i nie mogę sobie wymarzyć lepszego komiksu o Enderze... no, chyba że byłby 2x grubszy.
Misiael:
No cóż... Po moim zachwycie nad serią, który trwał przez całe dwa numery, czas na trochę gorzkiej krytyki. Bez obawy - seria ciągle trzyma bardzo wysoki poziom, ale tym razem skupię się na minusach komiksu.
Przede wszystkim - scenariusz ogołocony został ze wszystkich ciekawszych, moim zdaniem, smaczków pierwowzoru. Choćby rozmowa Graffa i Andersona, którą jesteśmy raczeni na wstępie. W książce dialogi między nimi czytało się z uśmiechem na twarzy - dwójka cynicznych, podstarzałych intelektualistów, którzy w rozmowie prześcigają się w ciętych ripostach i smakowitych, inteligentnych dygresjach. W komiksie to po prostu dwaj sztywni służbiści, sprawujący pieczę nad młodym Enderem. Tego przeboleć nie mogę.
Podobnie rzecz ma się z wątkiem Valentine i Petera, który Yost olał całkowicie - tego też mu nie daruję, bo historia tej dwójki i ich działanie po zabraniu Endera do Szkoły Bojowej to naprawdę genialne kawałki, dorównujące głównemu wątkowi. Ech...
Rysownikowi i koloryście też się dostanie - Olbrzym z Gry Fantasy wygląda jak ogr z Gumisiów, Petra zaś... Ech, ja wiem, że z dziewięciolatki nie idzie zrobić sexbomby na podobieństwo chociażby Sue Storm, ale inaczej wyobrażałem sobie tę pełną szelmowskiego uroku dziewczynę. A ta jej "retro" fryzura... Płacz i zgrzytanie zębów, panie Ferry. Podobnie rzecz ma się z kolorami - w komiksie wszystko skrzy się i błyszczy, bohaterowie wyglądają jak wyciosani z kamieni szlachetnych. Całość przypomina komiks dla dzieci, a przecież Cardowska "Gra Endera" to poważne studium ludzkiej psychiki, a nie jakaś tam infantylna space opera.
Wiem, że głównie sarkałem teraz na ten komiks, ale nie znaczy, że jest on zły - wręcz przeciwnie, mimo wyżej wymienionych wad wciąż czyta się go świetnie. Fabuła zaczyna zataczać coraz węższe kręgi, bohaterowie wydają się bardzo ludzcy i kibicujemy Enderowi, Alai i Petrze, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się, co zgotował dla nich los, w komiksie uosabiany przez duet Graff/Anderson. Ja czekam na pierwszą konfrontację Endera z Groszkiem, bo to moja ulubiona scena z książki. Podsumowując - historia młodego geniusza Endera (dodajmy jeszcze, że w połowie Polaka, bo ojciec Endera to rodowity Polak z dziada, pradziada, co zresztą Yost nielitościwie pominął) w komiksowym wydaniu wciąż budzi emocje.


Punisher vol. 2 #2
Lokus:
Drugi numer równie dobry co pierwszy, nawet pomimo tego, że nie dostajemy tu konfrontacji Franka z kimkolwiek spośród herosów Marvela. Nowy pomocnik naszego ulubionego Pogromcy całkiem ciekawy, a pojawienie się Hooda zwiastuje dużo atrakcji w kolejnym numerze. Remender i Opena jak na razie odwalają dobrą robotę, bijąc War Journal Fractiona już co najmniej o jedną długość. Aż jestem ciekaw jak będzie dalej, ale jestem dobrej myśli. Oby tylko Rhino się tu gdzieś nie pojawiał :P W każdym bądź razie 7/10 mogę dać
Gil: Nuda, panie, i dłużyzna, jak w polskim filmie. Nic, tylko bla bla i pif paf. A na końcu wkracza Hood jako haczyk, by utrzymać czytelnika. Ja wiem, że niektórzy lubią Frania, a nawet pasjami go kochają, ale serio - wrzucanie go między przeciwników, z których każdy jest w stanie rozsmarować go na jednym panelu i bezustanne cudowne ocalanie to czysta farsa jest. Już nawet te rysunki nie robią takiego fajnego wrażenia jak w pierwszym numerze. 3/10, ot co.

War of Kings: Darkhawk #1
Demogorgon: Nie czytałem Loners, ale dosyć łatwo wczułem się w klimat (nawet mimo tego, że nie umiem umieścić tej serii chronologicznie względem Novy). Widzę, nasz bohater może nie być jedynym w swoim rodzaju i może go czekać coś gorszego niż kometa uderzająca w dom. Dam 7/10 i zobaczymy jak będzie dalej.

Gil: Jakość dość wolno się to rozwija, zważywszy że seria ma tylko dwa numery, bo jak na razie połowę jej zajmuje przypomnienie, kim jest Darkhawk oraz wprowadzenie elementu prowokującego dalsze przygody. No cóż, pewnie tak miało być, bo wszystko jest wstępem do War Of Kings: Ascention, tylko szkoda, że zapowiedzi były trochę mylące. Ale ogólnie nie jest źle. Zważywszy jak mało znaną postacią jest Darkhawk, przyda się takie przypomnienie, a nawet bonusowy przedruk jego pierwszej przygody ma sens. Dam 6/10 i czekam na konkrety.
Hotaru: Wolałbym, żeby ta chwila nie nadeszła, ale jednak - pierwszy tie-in War of Kings, który w ogóle mi się nie spodobał, ani od strony graficznej, ani fabularnej. Darkhawk nużył mnie już podczas lektury Loners i miałem cichą nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Nie było.

avalonpulse0078f.jpgInvincible Iron Man #10
Lokus: W stosunku do poprzedniego numeru można zauważyć, że kolorysta wreszcie zaczął się ograniczać w nakładaniu opalenizny na wszystkie postaci i od razu lepiej się na to patrzało. Sama historia jednak mnie rozczarowała: Tony + Maria i tak było do przewidzenia, a Iron Pepper Lady to jak dla mnie cios poniżej pasa dla tej postaci. Rysunki Larrocki jak zwykle słabe, a i jak już wspomniałem, pan Fraction po dwóch fajnych numerach znów zaszybował w dół. Miejmy jednak nadzieję, że już wkrótce się to zmieni. A tymczasem za dziesiąty numer tej serii dam 5/10.
Gil: Przez chwilę mogło się zdawać, że seria skręciła w dobrym kierunku, ale pan Fraction był na tyle uprzejmy, by rozwiać nasze złudzenia. Ten numer wraca do zwyczajowego schematu jego prac, czyli: dużo ględzenia plus okazjonalne sensacje. Pierwszą z nich był tym razem szybki numerek z Maryśką, drugą zaś zbroja Iron-Pepper. Obie raczej w stylu WTF, z szansą na uśmiech politowania. A poza tym, spektakularnego upadku ciąg dalszy... tylko czy ktoś w to w ogóle wierzy? Ocena absolutnie maksymalna i wyśrubowana w tym wypadku to 4/10.
Krzycer:
...? Szturm Młota na Stark Industries i końcówka "no turning back" mi się spodobała. Ale sama idea Pepper w zbroi czy nagłe sfeminizowanie ulegającej czarowi Starka Hill już mniej. Larroca nierówny. Za to, co robi Osbornowi należy mu się, żeby ktoś mu brykę zarysował, ale przynajmniej kadry z budzącą się Hill wyszły ślicznie.

X-Men Magneto Testament #5
Gil: Jeśli jest coś gorszego niż opowiadanie bajek o wydarzeniach historycznych, to tylko mieszanie bajek z faktami w taki sposób, że te pierwsze wypaczają drugie. Dokładnie takie uczucie miałem, czytając wszystkie numery serii, a wraz z finałem spotęgowało się ono wielokrotnie. Aż chce się wysłać do Marvela długi list z wyszczególnieniem, co było nie tak... tylko po co? Oni są tak nabuzowani samozadowoleniem ze stworzenia "wiekopomnego dzieła", że i tak skutku najmniejszego taki list by nie odniósł. Powiedziałbym: skończmy z tym i zapomnijmy, ale do cholery, ukradli nam Magsa i przerobili na nie wiadomo co. Tego nie wybaczę. Ale przyznać muszę, że seria może mieć wartość dla komiksu jako medium i tylko z tego względu wystawię 4/10.
Krzycer: R
ozumiem, że to miało być mroczne i przygnębiające, ale cholera jasna, nie dość, że nie było ani słowa o powstaniu w getcie warszawskim (chyba, że przegapiłem jeden numer miniserii...), Żegocie czy choćby tym, że w Oświęcimiu oprócz Żydów byli też Polacy, to jeszcze na koniec nam się obrywa w dodatkowej historii...
A poza tym Magneto był Polakiem, koniec i kropka.


X-Men Noir #3
Lokus: Od początku tak uważałem i zdanie swoje podtrzymuję: pomysł Marvela na komiksy osadzone w klimacie noir jest po prostu kapitalny. Inna sprawa, czy wszyscy twórcy potrafią poczuć ten klimat. Fred van Lente pokazuje, że różnie mu to wychodzi: po dobrym pierwszym i słabym drugim numerze teraz przyszedł czas na kolejny całkiem dobry. Największe pochwały powinien zebrać jednak Dennis Calero, który świetnie się czuje w tym tytule i pokazuje to na każdym kroku, a właściwie na każdej stornie. Jakdla mnie mocne 7/10 i czekam na kontrę Hine'a w Spider-Man Noir.
Gil: Hehe... Fred van Lente odrobił pracę domową i pozytywnie mnie zaskoczył. Angel w komiksie o X-Men to niby żadna rewelacja, ale TEN Angel sprawił, że uśmiechnąłem się pod nosem i zostało mi tak do końca lektury. Naprawdę świetny i zaskakujący pomysł, który o dziwo pasuje do fabuły, bo ta wiruje coraz szybciej. I wciąż nie wprowadzili mocy - to też plus. Jedyne ,co nadal mnie drażni to kolory - rysunki Denisa Calero prezentowały się znacznie lepiej z inną kolorystyką w X-Factor. Tam były bardziej noir niż tutaj. Ale i tak dam 7/10, za niespodziankę.
Krzycer: Rozwinęło się toto w całkiem zaskakującym kierunku. Zabójstwo LeBeau, akcja na szczycie Empire State Building jak z dobrego filmu sensacyjnego, ładna scena między Halloway'em a Rogue... Podoba mi się ta historia i coraz bardziej ciekawi mnie, do czego to prowadzi.

Secret Warriors
#1
avalonpulse0078g.jpg
Lokus: Nie wierzyłem w ten tytuł, ale uczciwie muszę stwierdzić, że być może się myliłem. Być może jest to zasługa Bendisa, którego jednak od przyszłych numerów zabraknie w gronie twórców tego komiksu, ale autentycznie zainteresowałem się tym, co wyniknie z końcówki tego numeru. Czyżby Hydra aż tak bardzo może zamieszać w najbliższym czasie? Byłoby ciekawie. Stefano Caselli całkiem nieźle poradził sobie z rysunkami w tym numerze. Chociaż z drugiej strony Daisy mocno przypominająca nieco młodszą Marię Hill jest akurat in minus. Chyba najlepszy z Dark Reignów w tym tygodniu i w związku z tym zasłużone 7/10

Gil: Otwarcie, które budziło moje największe wątpliwości, ale okazało się najbardziej pozytywnym zaskoczeniem. Na początku pojawia się wrażenie, że ta grupa i ta seria nie mają racji bytu, ale zostaje ono skutecznie zlikwidowane w miarę odkrywania kolejnych rewelacji. A właściwie tej jednej wielkiej rewelacji, na której wszystko się opiera: Hydra jest wszystkim. W tym momencie cały pomysł staje się ogromnym znakiem zapytania, nie wiadomo czego się spodziewać i jak to będzie wyglądało. I seria chwyta. Jedyne, co mi tu nie pasuje, to Stefano Caselli, którego lubię, ale jego styl nie współgra z klimatem. Przydałoby się coś bardziej surowego, jak w czasach, gdy Steranko rysował przygody Nicka Fury. Ciekawym dodatkiem jest też przegląd akt Nicka na końcu numeru, z którego dowiadujemy się między innymi, że jest jeszcze kilka całkiem potężnych Poczwarek. Chętnie je poznam. Póki co, nie jest to pierwsza liga, ale solidne 7/10 i tytuł numeru tygodnia mogę dać.

Hotaru: Jakoś wynudził mnie ten komiks. Stefano Caselli rysuje bardzo ładnie, ale wszystko ma trochę zbyt komiksowy klimat, nie odpowiadający fabule. Jędrne pośladki, które artysta z takim uwielbieniem rysuje każdej postaci, ujmują trochę autorytetu Fury'emu. No i jego Daisy bardziej przypomina Marię Hill, niż sama Maria na łamach Invincible Iron Mana. Co się tyczy fabuły, to niestety wielki ziew. Podobała mi się tylko scena z Phobosem - dobrze, że Hickman pamięta, że dzieciak nie ma jeszcze włosów pod pachami, bo po Secret Invasion obawiałem się, że zrówna go z resztą drużyny pod względem zachowania. Co się tyczy wielkiej rewelacji z końca numeru, to jedzie Bendisem na 100 metrów i jestem pewien, że chociaż zapowiada się fajnie, to skończy się jak sama Inwazja - niespełnionymi nadziejami. Nie rozumiem zachwytu branży nad osobą scenarzysty, że niby jego skrypt do tego numeru to takie mistrzostwo. Chyba, że zarys Bendisa był tak kiepski, że już samo uczynienie z niego czegoś zdatnego do czytania to wielki wyczyn.
Bertoluccio: Mocne. Zwłaszcza końcówka, chociaż zastanawiam się, jak mogło to tak długo umykać Fury'emu. Mam też nadzieję na ciekawy rozwój postaci Phobosa, który zasługuje na znacznie większą uwagę, niż uzyskał po miniserii "Ares".
Krzycer: Dobre. Zaskakujące. Ale w sumie bardziej od rewelacji z końcówki zaciekawiły mnie materiały dodatkowe, na podstawie których można przypuszczać, że w przyszłości czeka nas wielkie zaskoczenie polegające na tym, że Secret Warriors są tylko jedną z paru obecnie działających tajnych grup "poczwarek" Fury'ego.

X-Men Times And Life Of Lucas Bishop #1
Gil: Duane Swierczynski i Larry Stroman - duet, który rozłożył mnie na łopatki. Na dodatek w połączeniu z Bishopem - postacią, która od zawsze mnie drażniła jak mało która. A jakby tego było mało, w historii nawiązującej do wątku stojącego mi ością w gardle odkąd zakończył się Messiah Complex. Oto komiks, który ma wszystko, co potrzebne, by trafić do kosza i otrzymać ode mnie 1/10. Dobranoc państwu.
Krzycer: P
o pierwsze: powraca człowiek, który niemalże sprawił, że nie dało się czytać X-Factora.
Po drugie - scenarzysta próbuje poskładać to, co wiedzieliśmy o Bishopie od dawna, z rewelacjami z Messiah Complex, i chwała mu za to, ale obawiam się, że zakończy się to piękną katastrofą.
Poza tym skoro już próbuje naprostować continuity, to byłbym wdzięczny za napomknięcie o Ruby Summers, jeśli już nie o Layli... :)


X-Men vs Hulk
#1

Gil: Krzysztof Claremont postanowił wyłonić się ze swojej przyczepy, zaparkowanej gdzieś na Florydzie, by dostarczyć nam produkt porannego leżakowania podczas obserwacji krokodyli albo jakiejś równie ekscytującej chwili na przemyślenia. I szczerze, wolałbym leżeć w czterdziestostopniowym upale wśród krokodyli i moskitów, niż jeszcze raz spojrzeć na te wypociny, pozbawione jakiegokolwiek sensu i logiki. A jeśli pan C. nie nabył jeszcze przyczepy, by wyjechać na Florydę jak wszyscy amerykańscy emeryci, to tylko znak, że czas najwyższy. I rysunki też kiepskie.
Takie 2/10.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:


avalonpulse0078a.jpgInvincible Iron Man #10

Autor: Salvador Larocca

Hotaru: Ta okładka daje do myślenia - jak to się dzieje, że Larocca potrafi stworzyć tak estetyczne covery, a wewnątrz komiksu od dobrych kilku lat daje ciała na całej linii? Bo mamy tu przykład naprawdę ładnej, dobrze narysowanej i pokolorowanej kompozycji, swoim stylem przypominającej trochę prace duetu Choi-Oback. Tony jest w odpowiednio wielkich tarapatach, ale nie stracił woli walki, co widać po oczach. Brak tła świetnie udaje sterylnie czyste wnętrze. Podoba mi się. Czego nie można powiedzieć o wnętrzu.


Gniot tygodnia:

avalonpulse0078b.jpgDeadpool vol. 2 #7

Autor:
Jason Pearson

Gil: Zjawisko zwane homage bywa czymś naprawdę fajnym, ale po zalewie okładek z zombiakami i Skrullami artysta musi się nieźle natrudzić, żeby nie irytować takim pomysłem. Pearsonowi się nie udało. Nie wiem, skąd o się w ogóle wziął, bo nazwiska nie kojarzę, więc tym bardziej ta interpretacja klasycznej okładki UXM #141 pachnie tanim chwytem pod publikę. Niestety, jest wykonana kiepsko, pokracznie i nieproporcjonalnie. Proponuję odesłać tego pana do szkoły Kubertów, zamiast dawać mu etat w poważnym wydawnictwie.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2009.02.04


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.