Avalon » Publicystyka » Artykuł

Civil War - Echa Bębnów Wojny

Wydarzenie, którym żyliśmy przez ostatni rok, dobiegło końca. Internet nie pękł na pół, szczęki nie opadły na podłogę, a zamiast odgłosu wstrzymywanego z zachwytu oddechu dało się słyszeć pomruk niezadowolenia. Najwyżej punktowaną odpowiedzią w kategorii "zakończenie Civil War" jest: niedosyt.
ECHA BĘBNÓW WOJNY


Wydarzenie, którym żyliśmy przez ostatni rok, dobiegło końca. Internet nie pękł na pół, szczęki nie opadły na podłogę, a zamiast odgłosu wstrzymywanego z zachwytu oddechu dało się słyszeć pomruk niezadowolenia. Najwyżej punktowaną odpowiedzią w kategorii "zakończenie Civil War" jest: niedosyt. Może rację ma Tom Brevoort mówiąc, ze domysły fanów poszły za daleko i teraz czują się niedopieszczeni. A może rację mają fani, bo Marvel podsycał ich oczekiwania obietnicami sensacji-rewelacji, a kiedy w końcu rozbili swoją pinhatę, ze środka wypadła ledwie garść cukierków. Prawda jak zwykle musi leżeć pośrodku. Dostaliśmy przecież blisko setkę komiksów, przy których bawiliśmy się lepiej lub gorzej, prześcigaliśmy się w domysłach i wyszukiwaniu nowych informacji, a każdy miał możliwość wypowiedzieć swoje zdanie w dyskusji. W zasadzie było fajnie, ale czy jest na co narzekać? Zobaczmy...

Wspomniałem już, że Civil War przetoczyła się przez około setkę komiksów, teraz dodam, że stało się to na łamach około dwudziestu serii. Siłą rzeczy, nie mogła to być opowieść jednowątkowa, więc spójrzmy razem na kilka najważniejszych elementów układanki:

Akt Rejestracyjny

Przebąkiwano o nim co nieco jeszcze przed Stamford, ale dopiero potem stał się kością niezgody wśród bohaterów i faktyczną przyczyną wojny. Zasada jest prosta: jak ktoś chce się bawić w bohatera, musi przyjść do SHIELD, wyspowiadać się z tego, co potrafi, podpisać świstek i odbyć szkolenie. Tego oczywiście nie wiedzieliśmy od początku ani my, ani tym bardziej nasi bohaterowie, dlatego my dyskutowaliśmy o różnych możliwych pomysłach, a oni się bili. Stosunek do Aktu Rejestracyjnego dawał tylko dwie możliwości: za albo przeciw. Na początku właśnie to było główną siłą napędową całego sporu - we wczesnych numerach Civil War mogliśmy obserwować rozterki bohaterów i dyskusje między nimi, które zwykle przeradzały się w bijatyki. Każdy musiał dokonać wyboru i uzasadnić go, a te wybory i uzasadnienia bywały mniej lub bardziej oczywiste, zaskakujące, przemyślane. Kiedy w końcu Akt Rejestracyjny stał się faktem oczywistym, przestano o nim rozmawiać i jeszcze tylko jeden jedyny Spider-Man chodził i pytał ludzi "dlaczego?", podczas gdy inni podzielili swój świat na czarne i białe. Ten wątek praktycznie rozszedł się po kościach i zniknął w tle, a wraz z nim cała polityczna podstawa Civil War. Pozostały tylko hasła na sztandarach i kryterium podziału na dobrych bohaterów i złych bohaterów.

War! What is it good for?

Wojna wśród bohaterów, to wątek przewodni całego wydarzenia, przewijający się w prawie każdym tie-inie. Tak naprawdę poszło o zupełną pierdołę, bo przecież wojna nie zaczęła się od wydarzenia w Stamford, ani nawet od ogłoszenia Aktu Rejestracyjnego. Rzeczywistym początkiem wojny jest ta scena, kiedy komandor Hill każe Kapitanowi aresztować bohaterów, którzy sprzeciwiają się rejestracji, a on odmawia, za co sam ma zostać aresztowany, więc wybiera ucieczkę. Faktem jest, że w tym momencie Akt Rejestracyjny nie był jeszcze prawem, a jedynie projektem, więc Hill nie miała podstaw by aresztować kogokolwiek. Zwłaszcza jeśli swoją decyzję oparła wyłącznie na przypuszczeniach Rogersa, a nie jakichkolwiek działaniach "wrogiego" obozu. Pierwsze strzały z Aurory padły więc, zanim nastąpił faktyczny podział między bohaterami a zawiniła SHIELD.

Jednak za to, co wydarzyło się później, winę ponoszą już wszyscy - jedni dlatego, że sięgnęli od razu po ekstremalne środki, a drudzy, bo nie wykorzystali okazji, żeby załagodzić spór i poszli w zaparte. Nie da się ukryć, że większą inicjatywę i agresję przez cały czas wykazywała strona prorządowa, nie tylko organizując nagonkę na nieposłusznych, bądź co bądź kolegów, ale też manipulując opinią społeczną tak, aby postrzegała ich jako wrogów publicznych, czego najlepszym przykładem jest przedstawianie Kapitana jako terrorysty. Bardzo szybko zapomniano, o co tak naprawdę poszło, a strona rządowa przeszła do retoryki, którą znamy z telewizyjnych wiadomości: "MY chcemy dobrze, ale nie powiemy wam, co zrobimy - ważne jest, że ONI są niebezpieczni, ONI są źli, ONI są wrogami." Podział na "mych" i "onich" przysłonił wszystkie argumenty do tego stopnia, że wystarczyło podać w wątpliwość jedynie słuszną ideę, żeby z minuty na minutę stać się ściganym zdrajcą, o czym przekonał się Spider-Man. Obie strony zaczęły się zachowywać paranoicznie, ale były to nieco inne paranoje: Tony Stark zaczął wręcz obsesyjnie dążyć do wprowadzenia swojego nowego ładu, a przyparty do muru Steve Rogers pogubił się w swoich ideałach i planach - obaj zaczęli popełniać błędy.

W pewnym momencie stało się oczywiste, że przegra ten, kto popełni większy błąd. I tutaj dochodzimy do wielkiej bitwy... Wszystko wskazuje na to, że wcale nie miała być ostatecznym uderzeniem - prawdopodobnie, Steve zaplanował sobie, że wpadną do więzienia, uwolnią kolegów i wycofają się jak najszybciej. Jeśli myślał inaczej, to może oddać swój dyplom najlepszego stratega w Uniwersum Marvela, bo jak by nie patrzeć, nie mógł wygrać całej wojny tą jedną bitwą chyba, że po pokonaniu oddziałów rządowych ruszyłby na Waszyngton, aby dokonać zamachu stanu. W rzeczywistości, zrobił tylko prezent swoim przeciwnikom, wręczając im kolejne argumenty, a w ostateczności także swoją głowę na tacy. Zakończenie tej wojny to zdecydowanie najsłabszy punkt całego wydarzenia, trącający typowo amerykańskim patosem. Prawda, że obie strony straciły cel walki z pola widzenia i że ucierpieli na tym niewinni obywatele, ale machina wojenna nie zatrzymuje się, kiedy jeden człowiek zdecyduje się wyciągnąć wtyczkę, dlatego uważam, że załatwienie wszystkiego płaczem i wyznaniem winy nie załatwia niczego. Na dodatek, bezwarunkowa amnestia dla wszystkich chętnych, która następuje potem, poddaje w wątpliwość sens całej wojny. Jeśli oni walczą lub poddają się, bo Captain America tak każe, to znaczy, że mają poważne kompleksy i zero własnego zdania. Na szczęście, pozostało kilku twardogłowych buntowników, bo inaczej po całym wydarzeniu można by spuścić wodę i zapomnieć.

Osobiste dramaty

Ponieważ główna seria Civil War skupiła się przede wszystkim na jednym wątku wojennym, oddziaływanie całej sytuacji na poszczególnych bohaterów, musiało zostać rozłożone na ich własne serie bądź gościnne występy. Rozegrano to lepiej lub gorzej, w zależności od umiejętności autorów, ale generalnie wyszło całkiem spójnie i logicznie, więc nie jest źle.

O dziwo, przywódcy obu stron dostali stosunkowo mało miejsca na przedstawienie swoich odczuć, a ich serie skupiły się na postaciach i wątkach pobocznych, które nie miały większego znaczenia dla głównego nurtu. Obaj mieli okazję wygadać się w przygodach Spider-Mana, który chętny był do rozmów, ponieważ sam borykał się z niezdecydowaniem. W pewnym sensie to właśnie Peter stał się centralną postacią tej wojny, bo najpierw został wykreowany na role-modela rejestracji, a potem zmienił zdanie z hukiem. Nie to jednak było najważniejszym wydarzeniem w jego życiu w czasie wojny - było nim publiczne ujawnienie swojej tożsamości, o którym mówił każdy i wszędzie. To zaś doprowadziło do kolejnego dramatu i historii Back In Black.

Nienajlepiej wiodło się też członkom Fantastic Four, która poszła w rozsypkę na jakiś czas. Reed całkowicie zaangażował się w pracę nad nowymi pomysłami, a Sue poczuła się zaniedbywana i dołączyła do buntowników. To samo zrobił Johnny po tym jak został pobity na ulicy, a Ben pokazał wszystkim środkowy palec i wyniósł się do Francji. Oczywiście taki stan rzeczy nie mógł potrwać zbyt długo, bo pierwsza rodzina Marvela nie może się rozpaść, ale jej oblicze zmieniło się tymczasowo.

Najwięcej wycierpiał chyba Robbie Baldwin, wcześniej znany jako Speedball. Cudem przeżył zniszczenie Stamford, trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie każdy chciał go zabić, potem został postrzelony i znowu cudem odratowany, a w końcu okazało się, że może korzystać ze swoich zmienionych zdolności tylko kiedy cierpi. Nic dziwnego, że poprzestawiało mu się w głowie, co w połączeniu z potęgowanym przy każdej okazji poczuciem winy doprowadziło do jego przemiany w Penance i przyłączenia do Thunderbolts.

To oczywiście tylko niektóre przykłady, bo nie da się napisać o wszystkich zmianach w życiach wszystkich postaci. Zdecydowanej większości z nich Civil War wyszła na dobre, tylko niektórzy, chociaż brali udział w wojnie wydają się całkowicie niewzruszeni, ale nie można mieć wszystkiego.

Oh my god! They killed Bill!

Przed rozpoczęciem Civil War zapowiadano, że przyniesie ona wielkie zmiany dla samych bohaterów, że pojawią się nowe postacie, zginą znani bohaterowie i utworzą się nowe grupy. Okazało się, że jest w tym tylko trochę prawdy.

Zacznijmy od listy ofiar. Na początku pojawiły się spekulacje, że zginie ktoś z Fantastic Four, później obstawiano kolejnych członków Avengers, a w finale niemal pewne było już, że zginie albo Captain America, albo Iron Man. Nic bardziej mylnego - nie zginął nikt z ważniejszych postaci. W praktyce mamy jedną ofiarę śmiertelną, wyniesioną na sztandary i eksponowaną przy każdej możliwej okazji. Fakt, że klonowany Thor wywalił wielką dziurę w wielkim cielsku Goliatha był równie poruszający dla szeroko pojętego fandomu jak ujawnienie, że Tony Stark to Iron Man. W samej historii odbił się wprawdzie szerokim echem, ale też zadziwiająco szybko ucichł i stał się niczym więcej jak kolejnym argumentem. Niewiele osób natomiast przejęło się w ogóle śmiercią New Warriors - tylko Namor się wkurzył, bo w powietrze wyleciała jego kuzynka, a ocalały Robbie Baldwin rozpaczał trochę za kolegami. Ale z drugiej strony, czemu się dziwić - przecież to oni zostali wskazani jako winni wszystkiemu. Listę ofiar dopełniają postacie mniej znane i z pewnością nie lubiane, o których w większości słyszałem po raz pierwszy. Według CW: Frontline w ostatecznej bitwie zginęło aż sześciu bohaterów i około pięćdziesięciu cywilów - to mało jak na rozwałkę, która pochłonęła pół Manhattanu. Mam wrażenie, że zdecydowanie na korzyść wydarzenia wpłynęłaby śmierć którejś z ważniejszych postaci - nie tylko przyciągnęłaby czytelników, ale też podniosła powagę sytuacji i znaczenie całości.

Jeśli chodzi o postacie nowe, no cóż... pojawiło się ich trochę, a wyróżnić można trzy, które tak naprawdę nie do końca są nowe. Penance z pewnością jest jednym z ciekawszych efektów Civil War, a jego historia aż przyprawia o dreszczyk, jednak mimo wszystko to wciąż tylko Speedball po przejściach i będzie to za nim krążyło, cokolwiek by nie zrobił. Drugą nową postacią jest Clor, czyli klonowany Thor - niezbyt udany twór tria Richards, Pym & Stark. Miał okazję zabłysnąć - dosłownie - ale też równie szybo stracił głowę, więc nie ma o czym mówić. Numer trzy to Mar-Vell, który powrócił i... no i nic. Nikt nawet nie westchnął na jego widok, za to okazało się, że jest naczelnikiem kompleksu 42. Nie wiem jak Wy, ale ja w tym sensu żadnego nie widzę. Pozostałe nowe postacie stanowią na razie bezimienną, kolorową masę pod wspólnym szyldem The Initiative. Kto wie, może coś z nich będzie ciekawego, a może posłużą za mięso armatnie w jakiejś kolejnej wojnie.

No i na koniec, nowe grupy. Powstało ich w sumie 53 - pięćdziesiąt w ramach Inicjatywy, a do tego New New Avengers i Omega Flight oraz zapowiadani nowi New Warriors. Trudno na razie wypowiadać się na temat Inicjatywy, bo więcej wiemy tylko o Mighty Avengers i Thunderbolts, ale to, co możemy zobaczyć w przygodach tej drugiej grupy pozwala sądzić, że dużą rolę będzie tu odgrywać kreacja medialna i manipulacja. Nowa wersja New Avengers to dla odmiany jedyna oficjalna grupa buntowników, której najprawdopodobniej przyjdzie walczyć z dobrym i złymi chłopcami na zmianę - nie zazdroszczę. Plotka głosi, że po tej samej stronie mają też stanąć New Warriors, ale na razie to wszystko, co o nich wiemy. Natomiast jeśli chodzi o Omega Flight, to wciąż wiemy tylko tyle, że znajdą się w niej ci bohaterowie, którym nie podoba się nowy ład i woleli wynieść się do Kanady. Aha, byłbym zapomniał o zastępczej wersji Fantastic Four, która przetrwa najwyżej kilka miesięcy, a potem wszystko wróci do normy.

Oscar i malina

Jeśli miałbym wskazać jeden epizod w całej Civil War, który podobał mi się najbardziej i autentycznie mnie wzruszył, bez wahania wskazałbym na przewijający się w tie-inie z Ms. Marvel wątek Julii Carpenter i jej córki, Rachel. Niby to wątek poboczny, ale właśnie on najlepiej pokazuje, dlaczego wojna śmierdzi - bo rozkazy, prawa i ideały przesłaniają ludzkie uczucia i to, co naprawdę jest ważne. Tak wyraźnie i dosadnie nie pokazały tego ani rozterki Parkera, ani małżeńskie problemy Richardsów, ani żadne wyniosłe przemowy przywódców. Chylę czoła.

Wskazanie jednego ewidentnego buga w systemie jest natomiast niemożliwe, z tego względu, że cały event roi się od mniejszych pluskwiaków, które denerwują podczas czytania, ale zaraz potem zapominamy o nich. Mogę natomiast powiedzieć, co uważam za krok zupełnie niepotrzebny, bo takie są dwa: Pierwszy to stworzenie Clora, obliczone zdecydowanie na efekt niż sens, domyślam się, że miało przyciągnąć fanów Thora, którzy spodziewali się rychłego powrotu swojego ulubieńca, a tymczasem dostali taki zonk. Drugi ruch jest tego samego kalibru, a chodzi o powrót Mar-Vella. Niby logicznie wyjaśniony, ale nie robi najmniejszego wrażenia i nie ma sensu innego niż dążenie do wykorzystania postaci, o której dużo się mówi. No cóż, pierwszy już został zamieciony pod dywan, a z drugim spotkamy się jeszcze w miniserii z jego udziałem. Można też dyskutować nad sensem istnienia tie-inów takich jak CW: X-Men i CW: Young Avengers & Runaways. Pierwszy rzeczywiście nie wnosi nic, a przy tym nudzi straszliwie, ale już drugi okazał się całkiem fajny i zgrabnie napisany, więc można powiedzieć, ze bilans wychodzi na zero.

Z ręką w nocniku?

Civil War zapowiadana była jako wydarzenie, które zmieni oblicze Uniwersum Marvela i tak bez wątpienia się stało. Ale w zapowiedziach podkreślano także, że przedstawione tu wydarzenia będą odniesieniem do naszej rzeczywistości i poruszą kwestię swobód obywatelskich, a na tej płaszczyźnie sprawy nie wyglądają już tak dobrze. Miało być obiektywnie i przeglądowo, ale tak naprawdę pod względem społeczno-politycznym cała historia wypadła płasko. Owszem, na początku poruszono kwestię ochrony prywatności bohaterów i prawa do swobodnego działania, ale szybko obiektywna dyskusja zmieniła się w popadanie ze skrajności w skrajność. W drugiej fazie eventu wyraźnie można zauważyć tendencję do demonizowania strony prorządowej przez ujawnianie kolejnych tajnych planów i manipulacji. Przez jakiś czas, Iron Man kreowany jest na samolubnego drania, Richards na pracoholika bez własnego zdania, a Pym na paranoika większego niż jest w rzeczywistości. Eksponowany jest fakt, że rząd zamierza wykorzystać przestępców do schwytania buntowników, a przykład Spider-Mana pokazuje jak bezwzględnie działa system. Potem nagle przeskakujemy do fazy trzeciej, w której spojrzenie zmienia się o 180 stopni. Teraz to buntownicy knują przeciwko prawowitej władzy, narażają niewinnych obywateli, a tak w ogóle to nie wiedzą, czego chcą i gubią się w swoich działaniach. Boją, która zaznaczyła ten punkt zwrotny jest Punisher - zupełnie jakby jego przyjęcie w szeregi buntowników miało podważyć całą ich ideologię. Efekt końcowy już znamy: Captain America przyznaje się do błędu i przeprasza swoją ukochaną Amerykę za swoją chwilową ślepotę.

Moim zdaniem, całość można podsumować dwoma słowami: poprawność polityczna. Przestałem się łudzić, że sytuacja zostanie rozwiązana w inny sposób, kiedy przypomniałem sobie, że Marvel wydaje specjalne darmówki dla dzielnych amerykańskich chłopców w Iraku i w kilku innych przypadkach oficjalnie demonstrował swoje poparcie dla działań obecnych władz. Dlatego nie zdziwiłem się specjalnie, kiedy ciężar historii zaczął się przemieszczać i mogłem tylko westchnąć, kiedy poznałem jej zakończenie. Stanowisko wobec ograniczania swobód obywatelskich przy zasłanianiu się wymogami bezpieczeństwa, jakie zaprezentowała Civil War jest klarowne: Nie ważne, jacy dranie stoją u władzy i do czego się posuną - jeśli mówią, że robią coś dla waszego bezpieczeństwa, musicie im na to pozwolić. Koniec i kropka. Stąd wziął się nagły przełom i łzy u Steve'a. Stąd wzięły się peany na cześć Starka wychodzące z ust Miriam Sharp. I wreszcie, stąd bierze się uzasadnienie dla zwycięstwa strony prorządowej oraz ogromna radość społeczeństwa, jaką ten fakt wzbudził. Już po fakcie, Ben Urich i Sally Floyd wrzucili mały kamyczek do ogródka Starka, obiecując jednocześnie, że nikt się o tym nie dowie - to również brzmi dziwnie znajomo. Upraszczając jeszcze bardziej wymowę całości, można przedstawić to tak: Ci którzy chcą dobra Amerykanów walczą z tymi, którzy nie chcą dobra Amerykanów, dopóki tamci nie zrozumieją, że robią źle i się nie ukorzą. Czy teraz wyraźniej widzicie przenośnię? No, ale cóż począć? Nie ma sensu się oburzać, bo to w końcu amerykański komiks, a wszyscy wiemy, jak oni lubią patriotyczny patos. Lepiej przymknąć na to oko i spróbować dobrze się bawić przy czytaniu.

Podsumowanie podsumowania

Tym razem kończę już naprawdę, bo tekst mi się rozrósł niemiłosiernie. Czy jest na co narzekać w odniesieniu do Civil War? To już zależy, co się komu podoba. Ogólnie oceniam całe wydarzenie pozytywnie, chociażby dlatego, że pozwoliło uporządkować trochę narastający od lat chaos i dało mi sporo całkiem dobrych komiksów. Nie psuje mi odbioru polityczny wydźwięk historii, bo chociaż stoję w opozycji do niego, jednocześnie nie traktuję komiksu jako medium publicystycznego, ale jako rozrywkę, a tej nie lubię sobie psuć bzdurami. Są momenty lepsze lub gorsze pod względem fabularnym i stylistycznym, ale jak na tak duże wydarzenie jest ich stosunkowo mało, dlatego w kategorii crossoverów mogę ocenić Civil War wysoko. W skali od 1 do 10, będzie to w tej chwili mocna ósemka, ale prawdziwym wyznacznikiem jej wartości będzie to, ile czasu utrzyma się wprowadzony właśnie status quo.

Nie ma natomiast wątpliwości, że pod względem marketingowym Civil War była strzałem w dziesiątkę. Pierwsze miejsca na listach sprzedaży mówią same za siebie, a do tego duża liczba tie-inów podniosła notowania niektórych słabszych serii. Nie ma więc co się dziwić, zawrotnej liczbie spin-offów, która zdaje się ciągle rosnąć - próba podtrzymania koniunktury jest oczywistym posunięciem. Ponadto, obecny stan rzeczy daje możliwość pisania o tym, o czym fani dyskutują najwięcej, czyli o pojedynkach między bohaterami i to bez konieczności wymyślania kruczków fabularnych, które mogłyby je sprowokować. Pod tym kątem chyba wszystko zostało dokładnie przemyślane i skalkulowane, ale i tu nie ma co się dziwić, bo bez tych umiejętności, Marvel nie byłby wiodącą firmą na rynku.

Epilog (czyli: Bang! You're dead!)

Najważniejsze wydarzenie związane z Civil War miało miejsce już po jej zakończeniu. Kiedy wiele osób (w tym niżej podpisany) zaczęło marudzić, że właściwie nic się nie stało, w 25. numerze serii Captain America padł strzał - być może najważniejszy w całej historii świata #616. Steve Rogers oficjalnie nie żyje. Fakt ten wywołał taką sensację, że aż Panoramie się udzieliło, więc musi być znaczący. Jak bardzo? Trudno na razie przewidzieć, jakie będą konsekwencje w świecie Marvela, bo można spodziewać się wszystkiego, ale możemy spróbować odczytać wymowę tego wydarzenia.

Captain America zawsze wydawał mi się trochę oderwany od rzeczywistości i dlatego specjalnie go nie lubiłem. Dopiero w ostatnich latach stał się trochę bardziej ludzki, a mniej symboliczny, a rola dobrego wujka dla innych bohaterów, w jakiej go obsadzono sprawiła, że wydawał się sympatyczny. Niemniej, wciąż był oderwany od rzeczywistości, ze swoimi przemowami, ideałami i pozami. I co się okazało? Ku mojemu zdziwieniu, podobnie postrzegano go w samym Marvelu, a Paul Jenkins włożył bardzo podobną opinię w usta Sally Floyd. Niestety, z jednej skrajności przeskoczyliśmy do innej. W tej samej wypowiedzi, oskarżono Rogersa, że nic nie wie o współczesnej Ameryce i dlatego nie może jej właściwie reprezentować. No cóż, jeśli w dzisiejszych czasach amerykańskość definiuje się przez YouTube, Nascar i realisty-shows to już ich problem, ale jeśli za brak utożsamiania się z tymi "wartościami" groziłaby śmierć, to trzeba by wybić 60% społeczeństwa. Dopiero w tym momencie naprawdę uwidocznił się kontrast, który przewijał się w tle od początku CW. Dwie flagowe postacie to Tony Stark - futurysta i Steve Rogers, który może nie jest stricte konserwatystą, ale reprezentuje stary porządek świata. Wyraźne staje się przesłanie, że ten stary porządek już się nie sprawdza. Czyżby śmierć Kapitana i przejęcie sterów przez samozwańczych wizjonerów-futurystów miało być także zwiastunem jakiejś nowej fali w komiksach Marvela? Jeśli tak, to zaczynam się jej obawiać, bo te wczesne symptomy nie zwiastują nic dobrego.

Gil

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.