Avalon » Publicystyka » Artykuł

Secret Invasion - Spokojnie, to tylko inwazja…

Kolejny rok się kończy i kolejny wielki event za nami. Jego echa wciąż słychać tu i ówdzie, czy to w zapowiedziach kontynuacji w postaci Dark Reign, czy to za sprawą burczących coś pod nosem o rozczarowaniu czytelników. Spróbujmy jednak zapomnieć na chwilę o niezaprzeczalnym prawie fanów do krytykowania wszystkiego bezpodstawnie i ocenić Secret Invasion obiektywnie. Nie będzie łatwo, ale spróbujmy.
Kolejny rok się kończy i kolejny wielki event za nami. Jego echa wciąż słychać tu i ówdzie, czy to w zapowiedziach kontynuacji w postaci Dark Reign, czy to za sprawą burczących coś pod nosem o rozczarowaniu czytelników. Spróbujmy jednak zapomnieć na chwilę o niezaprzeczalnym prawie fanów do krytykowania wszystkiego bezpodstawnie i ocenić Secret Invasion obiektywnie. Nie będzie łatwo, ale spróbujmy.

Faza pierwsza: Who Don't You Trust?

Dowiedzieliśmy się, że coś się święci, dokładnie w tym samym momencie, co Avengers, czyli w chwili, gdy przebita mieczem Elektra zrobiła się zielona i pomarszczona. Natychmiast posypały się niusy, rewelacje, zapowiedzi i pobożne życzenia czytelników, a Marvel byłby kiepskim wydawcą, gdyby odpowiednio ich nie podsycał. Bendis - architekt całego przedsięwzięcia - przechwalał się, od jak dawna kładł fundamenty pod tę historię i jak bardzo będzie ona rewolucyjna. Jeśli spojrzeć na takie drobiazgi, jak pojawiający się znienacka w tle Skrull w jednym z jego pierwszych numerów, albo wzmianka paranoika jeszcze w Alias, chyba rzeczywiście można mu uwierzyć. Wygląda jednak na to, że pierwotny plan znów wymknął się trochę spod kontroli i rozrósł się ponad miarę.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że infiltracja była najbardziej emocjonującą częścią całego wydarzenia. Wszyscy żyliśmy rankingami i podejrzeniami, kto ukrywa pomarszczone brody, a każde najdrobniejsze odkrycie wywoływało tylko kolejną małą burzę. Niemałą sensacją okazało się ujawnienie, że w każdej drużynie Inicjatywy jest Skrull. Właściwie każdy z Avengers został przynajmniej raz posądzony o bycie agentem obcych, a gdy okazało się, że Captain Marvel jest jednym z nich i nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, niepewność sięgnęła szczytu. To był dobry czas, bo wydarzenie zaczęło żyć, zanim w ogóle się zaczęło, a zachowanie fanów nie pozostawiało wątpliwości, że odbiór jest pozytywny. Całkiem możliwe jest jednak, że już na tym etapie został przesądzony dalszy los crossa, bo oczekiwania czytelników również zaczęły się nadmiernie rozrastać. Niby wszyscy pamiętaliśmy naukę z poprzednich wielkich eventów, ale jakoś daliśmy się zwieść obietnicom. Ja sam, mimo ostrożnego podejścia, nie mogłem oprzeć się nadziei, że jednak dostaniemy coś wyjątkowego. Podobne podejście dało się zauważyć wśród czytelników na forum i być może to ono nas zgubiło.

Faza druga: He Loves You... He Loves You Not…

I zaczęło się. Pierwszy numer został przyjęty bardzo entuzjastycznie - posypały się zachwyty i najwyższe oceny. Być może nawet na to zasłużył, bo w pierwszej odsłonie wydarzyło się wiele: ujawniono, że Pym - jeden z założycieli Avengers - został podmieniony, technologia Starka została globalnie wyłączona, Reed Richards został więźniem najeźdźców, zniszczono bazy S.H.I.E.L.D. i S.W.O.R.D., w Savage Land wylądowała grupa zagadkowych postaci, a na Times Square wysypała się inwazyjna flota. Nie da się ukryć - wrażenie było. Później posypały się tie-iny i początkowo również robiły dobre wrażenie. Hercules wyruszył na czele ziemskich bóstw, by skopać zielony zad temu, co to wszystkich kocha, Miss Marvel musiała udowodnić, że jest sobą, a przesiąknięta szpiegami Inicjatywa stała się jednym wielkim tyglem.

A jednak, z następnym rzutem wrażenie zaczęło słabnąć. Tempo akcji spadło, zwłaszcza w głównej serii, a by to umożliwić, obie serie Avengers skupiły się na wydarzeniach z przeszłości i kulisach inwazji. Początkowo było to właśnie to, czego potrzebowaliśmy do zrozumienia jej mechanizmów, ale szybko okazało się, że nie wszystkie te wydarzenia są istotne dla fabuły i każdy kolejny numer był słabszy od poprzedniego. Pojawiły się miniserie z "Secret Invasion" i dwukropkiem w tytule i zgodnie z przewidywaniami nie miały wiele do zaoferowania. Jedyna z nich, która zdołała się obronić, dotyczyła Inhumans. Ta z X-Men rozbiła się o kiepską grafikę i nie pomogła dwuznaczna moralnie akcja, podobnie jak w przypadku kolejnego spotkania Young Avengers i Runaways, a dla odmiany mini z Thorem miała do zaoferowania tylko rysunki, bo fabularnie okazała się słaba. Zawiodła także Front Line udowadniając, że wcale nie musi być integralną częścią wydarzeń i cokolwiek do nich wnosić, a o tie-inie z trzeciorzędnymi postaciami z The Amazing Spider-Man w ogóle nie ma co wspominać. Honoru tie-inów spróbował bronić Peter David, konstruując małe wewnętrzne crossover między She-Hulk i X-Factor, jednak odbiór popsuła mu grafika. Lepiej sprawił się duet Abnett & Lanning, spychając Skrullów nieco w tło, a Paul Cornell pokazał zupełnie inne - magiczne - oblicze inwazji na wyspy brytyjskie. Mniej niż Captain Britain udany powrót zaliczył także Deadpool. Mniej szczęścia mieli Thunderbolts, War Machine okupujący jedną z serii Iron Mana czy Black Panther, u których coś niby się działo, ale jakoś bez wyrazu. Kiepsko wpasowali się New Warriors, a linię dna wyznaczył Punisher War Journal, który był tak samo głupi, jak brzydki. Na szczęście obyło się tym razem bez wysypu niepotrzebnych 1-shotów, a jedyny, jaki się pojawił, coś nawet miał do zaoferowania.

W samej serii Secret Invasion wiało natomiast nudą. Dwie bitwy, toczone jednocześnie w Savage Landzie i Nowym Jorku, zdawały się trwać w nieskończoność. W czasie rzeczywistym zajęły może kilka godzin, ale my musieliśmy je oglądać przez jakieś pięć miesięcy, więc nie ma co się dziwić, że z numeru na numer drażniło to coraz bardziej, a nastroje poleciały na łeb, na szyję. Od tego momentu zaczęła się ostrzejsza krytyka i trudno nie zgodzić się, że była uzasadniona, chociaż momentami przybierała dziwne formy albo stawała się zwrotem o 180 stopni od początkowej opinii. Szczerze można powiedzieć tyle, że gdyby cały event miał mniejszy rozmach i ograniczył się do głównej serii oraz przedstawiania kulis w Avengers, mogłoby się to sprawdzić, ale w tym przypadku wyszło jak strzał w stopę, bo dookoła działo się wiele, a tu wciąż to samo. W tej sytuacji przeciąganie na siłę zagadki, czy przybysze są prawdziwymi bohaterami, czy podszywaczami, stało się irytujące tym bardziej, że jedynym urozmaiceniem przez większość czasu były skrótowe nawiązanie do innych wątków lub skupianie uwagi na sprawach drugoplanowych.

Faza trzecia: Embrace What Change?

Gdy seria minęła półmetek, zaczęło się powoli coś dziać. Agentka Brand i Richards, z drobną pomocą Skrull-Vella, zdołali zrobić zadymę na orbicie i wrócić na Ziemię, by raz na zawsze rozwiązać wątek podszywaczy i wyciągnąć zasiedziałych bohaterów z Savage Landu. Na scenę powrócili najwięksi, z hukiem gromu i błyskiem tarczy. Coś znów zaczęło się szykować, a wraz z inwazją reklamówek przedstawiających żyjących wspólnie zielonych i różowych ludków ożyły nadzieje, że być może będzie jednak jakaś rewolucja. Tutaj trzeba wydawnictwo pochwalić, bo przeprowadzili szeroko zakrojoną kampanię, która z pewnością zwróciła uwagę na wydarzenie. Warto wspomnieć reklamówkę w przerwie finału SuperBowl i występ Quesady u Colberta, w którym zareklamował crossa - znamiona, że komiks nieśmiało zaczyna podnosić głowę ze swojej niszy. Sam uwierzyłem w możliwość zmiany i próbowałem rozszyfrować możliwy scenariusz i tak szczerze, trudno mi powiedzieć, czy bardziej byłem zaskoczony, czy rozczarowany kiedy okazało się, że zmiana nie nadeszła w takim kształcie, jak się spodziewałem.

Zanim jednak do tego doszło, byliśmy świadkami największej bitwy, jaką widział świat... a jeśli nie świat, to przynajmniej Central Park. Po jednej stronie barykady zebrali się wielbiciele kochającego wszystkich, po drugiej za bogiem, który ma młotek, stanęli zjednoczeni obrońcy Ziemi. Nie da się zaprzeczyć, że znów wywołało to wrażenie, zbliżone nawet do stanu nerdgasmu.

Zgromadzenie w jednym miejscu tylu postaci - nie tylko bohaterów, ale i złoczyńców - po tej samej stronie musiało podziałać na czytelnika choćby z definicji, a i w praktyce wypadło dobrze. Potem rzucili się do walki, a my czekaliśmy na jej wynik. Może nie z wypiekami na twarzy, jak można by sądzić po początkowym entuzjazmie, ale z ciekawością co najmniej. I jak już wszyscy wiemy, nie skończyło się tak, jak mogliśmy przewidywać. Nie było remisu, który mógłby zmienić obliczę Ziemi - najeźdźcy przegrali. Ale za to z drugiego szeregu wyłonił się niespodziewany bohater całego wydarzenia, którego chyba nikt się nie spodziewał. Nie obyło się też bez znaczącego zgonu i zagadkowego powrotu. Z tym, że zgon ten okazał się znaczący jedynie teoretycznie, bo w praktyce droga nieboszczka Wasp od dłuższego czasu (na oko jakieś pięć lat) pojawiała się jedynie w tle i to zwykle jako konsultantka bohaterskiej mody. Prawda, była w pierwszym składzie Avengers, miała swoje momenty, ale teraz po prostu kręciła się gdzieś tam, robiąc coś tam i z tego właśnie powodu jej zejście - nawet nieszczególnie bohaterskie - nie zrobiło większego wrażenia. Więcej kontrowersji wywołał powrót trzecioligowej postaci z dawnych lat, która w powszechnym mniemaniu była martwa jak dodo i równie zapomniana. Pozostaje mieć nadzieję, że Mockingbird została przywrócona, bo jest za tym jakiś pomysł, a nie tylko dla samego przywrócenia. Wygląda też na to, że na Ziemi pozostały różne skrullowe niedobitki, które mogą się jeszcze wyłonić gdzieś niespodziewanie, ale ważniejsze są konsekwencje i zmiany na szczytach władzy, jakie wywołała ta skromna, mała inwazja.

Faza czwarta: Embrace Norman.

Koniec inwazji wyznaczył jednocześnie początek nowego światowego ładu, który określono jako Dark Reign. Skompromitowani przywódcy bohaterów i organizacji, które właśnie przed czymś takim miały chronić, dostali klapsa, a teraz ta sama ręka głaszcze po główce Normana Osborna. Początkowo nic nie zapowiadało takiego stanu rzeczy - tie-in z Thunderbolts był średniej jakości i niewiele dawał wskazówek poza nagłym wzrostem parcia na szkło u ich przywódcy. W finale Secret Invasion było to już bardziej widoczne, a i kilka innych serii zaczęło wspominać o Normanie w zagadkowym wtedy kontekście. Okazało się ostatecznie, że, jak sam to ładnie określił: otrzymał klucze do królestwa, a co ważniejsze - ma plan. Mieliśmy już okazję zapoznać się z tym planem i rzeczywiście można tu mówić o małej rewolucji, która ma duży potencjał. Rządy tych złych przypominają na pierwszy rzut oka wizję z jakiegoś elseworlda, w którym wszystko poszło nie tak, ale też dobór postaci sprawia, że nie czuć tutaj schematyczności. Gdyby byli sami źli, nie wróżyłbym tu nic dobrego, ale z Emmą i Namorem w składzie, odpowiednio poprowadzone historie mogą być naprawdę interesujące. Powinniśmy jednak wyciągnąć naukę z poprzednich doświadczeń i tym razem podejść do tego ostrożniej. Inicjatywa pokazała już, że w nieodpowiednich rękach każdy pomysł może być koszmarem, a w dobrych nawet kiepski może wypalić. Życzmy więc sobie, aby nieodpowiednie ręce trzymały się z daleka. Do tego życzyłbym jeszcze Bendisowi, żeby nikt nie ingerował w jego pomysł, bo znowu wyjdzie rozwodniony i mdły.

Faza piąta: Remanent.

Na koniec powiedzmy słów kilka o stronie technicznej przedsięwzięcia i zmykamy do podsumowania. Warto pochwalić strategiczne podejście do eventu, dzięki któremu nie było tak tragicznych opóźnień, jak przy Civil War i dopiero w końcówce zawiodła trochę synchronizacja. Widocznie Marvel potrafi się uczyć na własnych błędach. Do pozytywów zaliczę też krótkie podsumowanie w wydaniu Spotlight oraz wcześniejsze informacje o ilości trejdów, które pozwala coś sobie zaplanować.

Jeśli chodzi o rysunki w całym crossie, bywało z nimi różne. W głównej serii Leinil Yu starał się rysować bardziej przystępnie, ale było to różnie odbierane - ja na przykład wolałbym bardziej mroczny i brudny styl, znany z New Avengers. Większość tie-inów dostała rysowników z łapanki, ale niektórym wyszło to na dobre. W SI: Thor na przykład rysunki były lepsze od treści, w Black Panther okazały się niezwykle klimatyczne, a w kilku numerach New i Mighty Avengers pomogły nadać odpowiedni klimat retrospekcjom. Oczywiście zdarzały się też sytuacje wręcz odwrotne, jak w wywołanych już do tablicy X-Factor, SI: X-Men czy Punisherze. Generalnie trudno mówić o jakiejkolwiek stylistycznej spójności eventu, na przykład w porównaniu z Civil War, gdzie poziom grafiki był bardziej wyrównany. I jak to przy crossach bywa, nie zabrakło także kolekcji okładek ze wspólnym motywem przewodnim, z których wyszła interesująca galeria zielonych wariacji na temat klasyki.

No dobra, to jak w końcu ocenimy to wszystko? Bez popadania w skrajności wypadałoby powiedzieć, że jest przyzwoicie. Oczekiwaliśmy czegoś innego, więc na to, co dostaliśmy, patrzymy naturalnie przez pryzmat oczekiwań, a to może nam nieco zepsuć odbiór. Jeśli jednak spojrzymy wstecz, na eventy z lat poprzednich, da się zauważyć mniej więcej stały poziom. Od lat wielkie wydarzenia nie są tworzone dla samych wielkich wydarzeń, ale jako motory do zmiany status quo i oblicza świata. Po House of M mieliśmy Decimation, po Civil War - Inicjatywę, a teraz po Secret Invasion przyjdzie Dark Reign. Czas pokazał, że jest w tym jakiś stały trend, a efekty kolejnych zmian utrzymują się i zostają zaakceptowane, więc tak naprawdę Marvel nie ma powodów, by zmieniać swoją politykę. Może się to podobać lub nie, ale powiedzmy sobie szczerze - nie ma co przeżywać, załamywać ręce i biadolić. W najgorszym razie przyjdą słabe historie, a wtedy czytelnicy i ich portfele odwrócą się od wydawnictwa i zmiany zostaną odmienione. W najlepszym razie, wszystko pójdzie rewelacyjnie, a zachęcony wydawca zapragnie dalszych rewolucyjnych zmian. Tak czy inaczej, zmiana jest nieunikniona, więc… embrace change.

Gil
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.