Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #62 - Ultimate Fantastic Four vol. 2: Doom TP

Ultimate Fantastic Four vol. 2: Doom TP

Scenariusz: Warren Ellis
Rysunki: Stuart Immonen
Okładka: Stuart Immonen
Liczba Stron: 142
Cena: 12.99$
Zawiera: Ultimate Fantastic Four #7-12, okładki numerów

lt62.jpgLex: Nie ukrywam, że Warren Ellis to mój ulubiony scenarzysta, a świat Ultimate również darzę zdecydowanie pozytywnym uczuciem. Po takim wstępie można oczekiwać, że moja opinia na temat drugiego tomiku Ultimate Fantastic Four będzie entuzjastyczna, ale z kilku powodów taka nie jest.

Fabuła "Dooma" rozgrywa się niedługo po tym, jak członkowie Fantastic Four zyskali swoje nadludzkie moce. Ciągle jeszcze testują swoje limity, próbują zrozumieć, co się wydarzyło, i zastanawiają się, czy możliwe jest odwrócenie transformacji. Żeby jednak nie było zbyt nudno, to na siedzibę naszych bohaterów przeprowadzony zostaje atak. Okazuje się, że stoi za nim Victor van Damme (ultimate'owy Doktor Doom), czyli człowiek odpowiedzialny za przemianę, którą przeżyli członkowie F4. Zapewne nikogo nie zdziwi, że w dalszej części opowieści dochodzi do otwartej konfrontacji pomiędzy Doomem i Fantastyczną Czwórką.

Mój podstawowy zarzut wobec tego komiksu jest natury fundamentalnej. Czytając Ult. F4 nie czuję, że mam do czynienia ze światem Ultimate. Ta historia równie dobrze mogłaby się rozgrywać w głównym świecie Marvela. Owszem, bohaterowie są młodsi niż ich pierwowzory, ale co z tego, skoro charaktery mają niemalże identyczne? Co za różnica, czy Doom urzęduje w Latverii, czy w Danii (zwłaszcza dla Amerykanina)? Naprawdę, niewiele jest różnic względem świata 616: fantasti-car jest ciekawiej zaprojektowany; a Reed może manipulować własnym okiem i rozciągając jego elementy, tworzyć swojego rodzaju lunetę. I tylko te dwie ciekawostki sprawiają, że na chwilę przypominamy sobie o słowie "ultimate" na okładce. Tak jak wspomniałem, pod względem charakterologicznym mamy to samo, co w świecie #616: Reed jest przeważnie pogrążony w problemach naukowych, Susan znosi jego dziwactwa z wyrozumieniem i matkuje innym członkom grupy, Johnny jest narwany i nieodpowiedzialny, Ben dowcipny, a Victor zaślepiony nienawiścią i zazdrością względem Reeda. Brzmi znajomo? Nie rozumiem, dlaczego tak się stało, skoro inne grupy w wersji Ultimate przeszły szereg zmian i zyskały swój własny, oryginalny styl. Ultimate X-Men i Ultimates nie zachowały nawet składów, które miały ich pierwowzory, a w przypadku Fantastic Four Marvel zachował się bardzo konserwatywnie (czyżby chodziło o zgodność z ekranizacjami?).

Poza brakiem klimatu "ultimate", mam kilka innych zastrzeżeń. Przyznaję, że zaczynają mnie irytować naukowe wstawki, które w swoich komiksach umieszcza Ellis. Wiem, że jest wielkim pasjonatem nowych technologii, ale mam wrażenie, że od jakiegoś czasu zbyt często umieszcza naukowe dygresje w komiksach. Czasem wychodzi to dosyć naturalnie (np. w niedawnym Aetheric Mechanics), ale w komiksie o superbohaterach chyba trochę razi, nawet w ustach naukowca.

Niespecjalnie podobał mi się również portret Dooma. Nieliczne retrospekcje, które pokazują sceny z jego dzieciństwa, nie są specjalnie oryginalne. Społeczność, którą zbudował w Danii budzi, raczej politowanie niż respekt.

Ilustracje stworzył Stuart Immonen i chociaż nie jestem jego wielkim fanem, to w tym przypadku nie mam większych zastrzeżeń. Miał spore pole do popisu, bo stosunkowo często zdarzają się strony pozbawione dymków, gdzie mógł w pełni zaprezentować swoje umiejętności.

Mimo mojej krytyki, nie twierdzę, że "Doom" jest złą historią. To dość przyzwoita opowieść, a moje rozczarowanie wynika z faktu, że od komiksów Warrena Ellisa wymagam więcej niż przeciętnego poziomu. Jeśli oczekiwaliście zupełnie odmienionej Fantastic Four, to też będziecie zawiedzeni. Sytuację ratują trochę humor i dobre rysunki, ale "Doom" z pewnością nie zapada w pamięć tak mocno, jak Nextwave autorstwa tego samego duetu twórców.

ultdoom.jpgOzz: Po pierwszych sześciu numerach Ultimate Fantastic Four napisanych wspólnie przez Marka Millara i Briana Michaela Bendisa żaden z nich nie miał możliwości kontynuować serii z powodu nadmiaru innych projektów. Wtedy Warren Ellis został poproszony o stworzenie scenariuszy do dwunastu kolejnych numerów, a pierwsza połowa z nich opowiadała o pierwszym konflikcie nowopowstałej Fantastycznej Czwórki z Doctorem Doomem.

Ellis jest jednym z moich ulubionych pisarzy, od kiedy wróciłem do czytania komiksów jakieś kilka lat temu. Nie wszystko spod jego pióra mi jednak odpowiada, zawsze wolałem te jego lżejsze dzieła, zawierające więcej jego specyficznego poczucia humoru niż chociażby Transmetropolitan. Ultimate Fantastic Four: Doom wpisuje się raczej w tą pierwszą grupę. Dowcip w tym tomie sypie się głównie ze kamiennych ust Bena, który próbuje sobie radzić z nową sytuacją za pomocą sarkazmu i wisielczego humoru. Jeżeli chodzi o pozostałych głównych bohaterów, to Johnny jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać, a ponieważ to mamy do czynienia z początkiem serii, to jeszcze nie irytuje fakt, że czterdzieści numerów później wciąż jest taki sam. Reed stara się być aktywnym przywódcą grupy chociaż ma początkowo wrażenie, że jest mało przydatny w walce, kiedy trójka jego przyjaciół jest o wiele bardziej skuteczna w bitwie ze śmiercionośnymi mechanicznymi owadami, które nasłał na nich Doom. Stara się więc wykorzystać swój umysł, ale na końcu udowadnia, że i jego zdolności mogą być przydatne do kopania tyłków, o czym boleśnie przekonuje się sam Victor. I wreszcie Sue, która w pierwszym tomie Ultimate Fantastic Four była przesłonięta przez pozostałych, tu w końcu zaczyna być postacią, która stała się moją ulubioną w całym Ultimate Marvelu: pewną siebie młodą kobietą, istotną częścią drużyny i kimś, kto w razie potrzeby potrafi przejąć inicjatywę i doprowadzić pozostałych do porządku, używając pola siłowego tu i tam. Doctor Doom natomiast nie jest w żaden sposób nowatorski: po prostu odwieczny wróg Richardsa, który za wszelką cenę stara się udowodnić, że jest od niego mądrzejszy, sprytniejszy i po prostu lepszy.

Komiksy Ellisa są często pełne różnego żargonu naukowego, zarówno rzeczywistego, jak i zupełnie fantastycznego. Jak widać z powyższego tekstu, niektórym to przeszkadza, mnie natomiast – niekoniecznie. Przyznam, że po prostu nie przywiązuję do tego uwagi, ale w tym przypadku podobało mi się wyjaśnienie i zgłębienie zmian, które nastąpiły u członków (nie wszystkich, Johnny został zostawiony na następne numery) Fantastycznej Czwórki, oraz to, na czym dokładnie polegają ich zdolności (łącznie z kwestią tego, jak Sue jest w stanie widzieć, kiedy staje się niewidzialna). Być może wcześniej podobna udana próba pojawiła się w oryginalnej serii, nie czytałem – nie wiem, ale tu dla mnie jest to zdecydowany plus.

Jeżeli chodzi o warstwę rysunkową, to zdaję sobie, że Immonen ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Mnie zawsze się podobał, a rysunki w tym tomie należą do jednych z moich ulubionych autorstwa tego artysty. Ellis dał Immonenowi trochę pola do popisu, a jego design Dooma bardzo mi się podoba.

Drugi tom Ultimate Fantastic Four to nie jest komiks bez wad. Lex wymienił trochę wyżej, a trzeba też zaznaczyć, że ellisowska dekompresja jest tu bardzo widoczna, przez co komiks czyta się szybko i może nie każdy chce wydać 13$ na kilkudziesięcio-minutową rozrywkę. Ja jednak chętnie wracam do tej historii, ponieważ to w jej trakcie Ultimate Fantastic Four stała się jedną z moich ulubionych ówcześnie wydawanych serii.

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.