Avalon » Publicystyka » Artykuł

Secret Invasion - Było, na szczęście minęło…

No i stało się: Ziemianie po raz kolejny okazali się silniejsi i sprytniejsi, dzięki czemu udało się odeprzeć Inwazję i przy okazji skopać kilkaset zielonych tyłków w największej i najbardziej niezwykłej bitwie ostatnich lat. Czy jednak Secret Invasion spełniła pokładane w niej nadzieje? Jak dla mnie nie bardzo.

Było, na szczęście minęło…

 

Wraz z końcówką roku 2008 doczekaliśmy się wreszcie zakończenia kolejnego wielkiego crossovera z udziałem większości liczących się postaci w uniwersum Marvela. Wszyscy chyba pamiętamy szumne zapowiedzi dotyczące rozmachu Secret Invasion i wielu licznych zaskoczeń, których doświadczymy w trakcie trwania tej historii. Czy jednak na pewno było tak, jak zapowiadano? Czy Marvel, a w szczególności jeden jego pracownik, czyli Brian Michael Bendis, zasłużyli na to, by wychwalano ich pod niebiosa? Obawiam się, że niestety nie. Inwazja miała olbrzymi potencjał i można było stworzyć znacznie ciekawszą historię. Główna mini już od trzeciego numeru zaczynała strasznie ssać, a kolejne tie-iny zawarte w New i Mighty Avengers nie wnosiły kompletnie nic. O tym jednak trochę później, gdyż w tekście tym chciałbym przeanalizować Inwazję krok po kroku. I to nie tylko jeśli chodzi o poczynania Bendisa.

 

Całe SI to około stu komiksów, które łączy tylko jedno: zielonoskórzy kosmici. Wspomnieć także trzeba o kilkunastu zeszytach prowadzących do tego crossa. Marvel już drugi raz pokazał, że niekoniecznie idzie w jakość, lecz jak najbardziej w ilość. Mogłoby się wydawać, że już przy okazji Civil War – poprzednim wielkim wydarzeniu w komiksach Marvela - nie dało to pożądanego skutku. Jeden z Avalonowych redaktorów opracował nawet listę tie-inów, które można sobie bez większego problemu darować. Niestety w dzisiejszych czasach o wszystkim decydują słupki sprzedaży, a nie poziom historii zawartej w zeszycie. A faktem jest, że niemal wszystkie historie ze znaczkiem SI na okładce sprzedawały się bardzo dobrze, nawet jeśli były to takie pomyłki jak SI: Thor czy inwazyjna historia w Punisher: War Journal. Prześledźmy więc wszystko powoli i w miarę dokładnie.

 

Przed…
Zaczęło się wszystko bardzo, śmiem powiedzieć, niewinnie. Oto w dwudziestym siódmym numerze serii New Avengers grupa herosów sprzeciwiających się Inicjatywie wyrusza na misję ratowania niejakiej Echo. Po drodze okazuje się, że we wszystko zamieszana jest organizacja Hand i stojąca na jej czele Elektra. Dochodzi wkrótce do potężnego starcia pomiędzy obiema grupami i kończy się ona w momencie śmierci Elektry, która w tymże momencie ujawnia swą prawdziwą naturę – pod kobietę podszywał się Skrull. Początkowo nie sądziłem, że oto stałem się świadkiem rozpoczęcia drogi do kolejnego wielkiego crossovera. Ot, wydawało mi się, że nastąpi teraz zwrot historii w serii New Avengers, która skupi się na tym, że grupa pomimo ogarniającej ją wzajemnej nieufności zacznie tropić kolejnych zielonych kosmitów, by zaprzepaścić ich kolejny plan podboju Ziemi. To, jak bardzo się myliłem, pokazały już następne miesiące. Zrobienie tak gigantycznej afery z jednej Elektry wydawało mi się co najmniej dziwne, aż wreszcie zakomunikowano czytelnikom, że Bendis już wszystko planował dużo wcześniej i właśnie jesteśmy świadkami drogi ku wydarzeniu, które ponownie zmieni świat na zawsze, a wynika z poprzednich crossoverów Marvela. Można było tylko zacierać ręce.

Później było już tylko ciekawiej. Atmosfera dwóch głównych tytułów o Avengers gęstniała od podejrzeń i wzajemnych oskarżeń, a w innych seriach również dostawaliśmy pewne wskazówki dotyczące przyszłości. Dowiadywaliśmy się o kolejnych podstawionych bohaterach. I to nie byle jakich: Skrullami okazali się Black Bolt – przywódca Inhumans - oraz zmartwychwstały Captain Marvel. Niestety ten, z którego odejściem jeszcze się nie pogodziliśmy, czyli Captain America, nie był zastąpiony przez kosmitę, więc powrót Steve'a Rogersa (jeszcze) nie był możliwy. W każdym razie po odkryciu tożsamości wspomnianej dwójki chyba wszyscy byliśmy jeszcze bardziej ciekawi przyszłości. Rozgorzała dyskusja, kto jeszcze okaże się Skrullem. Niemal wszyscy zgodnie obstawiali Spider-Woman, ale i całe multum innych postaci. Jak się później okazało, strzały te okazywały się całkiem celne. Jednym z najważniejszych pytań było jednak, czy nowy rozgrywający światem 616, czyli Iron Man, okaże się zdrajcą, czy jedynym ratunkiem ludzkości…

 

Może nie powinienem uprzedzać dalszej części tego tekstu, ale jak dla mnie najlepszą i najciekawszą częścią samej Inwazji była właśnie droga ku niej. Być może dlatego, że atmosfera powszechnej nieufności i podejrzeń przypominała mi nieco jeden z głównych motywów mojego ulubionego obecnie serialu "Battlestar Galactica". Jeśli ktoś oglądał, to wie o co mi chodzi. W każdym razie z wielkim optymizmem czekałem na pierwszy numer komiksu Secret Invasion, licząc że Bendis zrobi coś co najmniej na miarę świetnego Civil War, lecz być może z dużo lepszym zakończeniem.

 

W trakcie…

Inwazja rozpoczęła się. Już w pierwszych numerach okazuje się, że kolejnymi podmienionymi byli Hank Pym, Dum Dum Dugan, Invisible Woman, Jarvis i wreszcie Spider-Woman. Ta ostatnia dodatkowo okazała się być Veranke – królową rasy Skrullów. Na samym niemal początku dwie grupy Mścicieli zbierają się w Savage Landzie i rozpoczyna się wielka konfrontacja z kosmitami. Tu też rozpoczynają się pierwsze zgrzyty. Po pierwsze sama akcja w krainie Ka-Zara trwała w nieskończoność (aż do piątego numeru), a wielki plan Briana Bendisa okazał się zastąpieniem kilku raptem drugoplanowych postaci, wyłączeniem S.H.I.E.L.D., szybką eliminacją Iron Mana i Sentry'ego, a następnie hurra i jedziemy. Mniej więcej już od połowy tej miniserii wiedziałem, że nie ma ona prawa skończyć się w jakikolwiek inny sposób, jak przegonieniem kosmitów. Pytanie tylko, w jaki sposób i jakim kosztem to się odbędzie. To również z każdym kolejnym numerem traciło ze swej tajemniczości. To, że Tarcza zostanie rozwalona w pył, było dość oczywiste już w połowie historii, a kolejny upadek Iron Mana – mniej więcej w momencie pojawienia się Thora i nowego Captaina America.

 

Jednak nie mogę napisać, by wszystko było tak oczywiste – było kilka motywów, które zaskoczyły, niestety niekoniecznie na plus. Zaskoczeniem dla mnie było pojawienie się Nicka Fury'ego i jego nowego komanda, z którego zupełnie nic nie wynikło oprócz jednej z nowych serii post-inwazyjnych. Każdy, kto czytał Secret Invasion, chyba przyzna mi rację, że gdyby Fury się w niej nie pojawił, to chyba nie odczulibyśmy żadnej wielkiej różnicy. Drugi przykład to całkowite pominięcie największej Marvelowej ciamajdy XXI wieku, czyli Sentry'ego. Skrullowie wystrzelili go w kosmos, Void znów zaczął się odzywać w umyśle Boba i… nic. Tyle go było widać. Jeśli Sentry przy każdej możliwej okazji będzie służył tylko jako straszak, którego eliminuje się w pierwszej kolejności, to redaktorzy Marvela powinni się głęboko zastanowić nad dalszym sensem istnienia tej postaci. Kolejne zaskoczenie? Proszę bardzo: sprowadzenie całej miniserii do jednej wielkiej rozwałki maksymalnej dostępnej liczby superbohaterów i superzłoczyńców (ramię w ramię!!) z kosmitami. Czy naprawdę w te osiem numerów nie dało się wcisnąć zupełnie nic, co pozwoliłoby nie kończyć danego komiksu czasie krótszym niż dziesięć minut? Myślę, że na pewno tak.

 

Ale żeby nie było – jest również jedna rzecz, która sprawiła, że czas spędzony przy głównej miniserii nie uważam wyłącznie za stracony. Jest to oczywiście wykreowanie Normana Osborna na nowego superbohatera, który własnoręcznie pozbył się Veranke. Szef Thunderbolts jest tak naprawdę jedynym wygranym Inwazji, ale wrócę jeszcze do tego nieco później.

 

Wedle zapowiedzi scenarzysty SI jego dwa tytuły z Avengers miały być najważniejszymi tie-inami do tego crossovera. Tymczasem okazało się, że historie w nich zawarte polegają albo na upartym wciskaniu Skrullów tam, gdzie niby już były, ale o tym nie wiedzieliśmy (tu swoje zasługi ma głównie New Avengers) jak np. w świat House of M czy moment powstania nowej wersji Mścicieli na wyspie Rykera, lub też na przedstawianiu losów postaci dla Inwazji i tak drugoplanowych, jak Hank Pym, Sentry czy Nick Fury sprzed samego crossa (i tu prym wiedzie Mighty Avengers). Pomijając już fakt, że większość tych komiksów była zwyczajnie słaba, to nadmienić trzeba, że zwłaszcza te z NA można było sobie spokojnie darować. A skoro już zacząłem o tie-inach, to…

 

Wokół…

Wrzucanie kilku, jeśli nie kilkunastu poszczególnych serii do kolejnego crossovera jest rzeczą zupełnie naturalną. Nieco dziwi fakt, iż postanowiono ograniczyć to do niezbędnego minimum w konkurencyjnym Final Crisis z DC. Niemniej jednak skupmy się na Marvelu, który nauczony słupkami sprzedaży z czasów CW ponownie postanowił wydać około setkę komiksów z logiem Inwazji na okładce. Możemy podzielić je na dwa rodzaje: miniserie i tie-iny w kolejnych numerach serii regularnej.

 

W tych pierwszych pojawiają się postaci nie mające własnych serii (YA, Inhumans, Front Line) lub te, którym dano mini najwyraźniej po to, by nie obniżać poziomu serii regularnej (FF, Spider-Man, Thor, X-Men). Spośród nich tylko dwa naprawdę dały radę nie zanudzić czytelnika i są to Inwazyjne historie młodych Mścicieli oraz Nieludzi. Niestety wszystkie te tytuły łączyła dbałość, by w żaden większy sposób z nich coś nie wynikało. Praktycznie każda z nich ograniczyła się do schematu: przybyli Skrullowie -> dostali łomot -> nie ma Skrullów. Drobnym wyjątkiem jest tu Front Line, który opowiada o przejściach cywili podczas ataku kosmitów z punktu widzenia Bena Uricha – dziennikarza. Ogromna bura jednak należy się panu Reedowi, który nie poszedł śladem swojego poprzednika, czyli Paula Jenkinsa, i głównym bohaterem swojej opowieści nie uczynił niesamowitej Sally Floyd.

 

Druga z wymienionych kategorii na szczęście starała się jakoś pokazać z dobrej strony. Co prawda są i tu koszmarki, ale ogólne wrażenie jest dużo lepsze niż z tych wymienionych wyżej. Wspomniane przeze mnie koszmarki to dwa tytuły, od których polecam trzymać się jak najdalej. Jeden to New Warriors, w którym nowy Night Thrasher zastanawia się, czy jego zmarły brat nie był podmieniony i wyrusza to sprawdzić (pomysł idiotyczny, a ja ponadto nie przypominam sobie żadnych zielonych zwłok podczas CW), natomiast drugi to Punisher: War Journal, gdzie Frank Castle i Stuart Clarke próbują nawzajem się wykończyć, a zieloni im kibicują, przy okazji próbując ich obu wyeliminować (na szczęście obaj okazali się kuloodporni). Większość z pozostałych tie-inów pokazała, że można było z Inwazji co nieco wyciągnąć dobrego, a Jason Aaron udowodnił nawet, że możemy jeszcze doczekać się ciekawej historii z Black Pantherem. Jeśli mam z czystym sumieniem coś polecić, to będą to tie-iny z Avengers: the Initiative, Incredible Hercules, dwóch tytułów z kosmicznej części Marvela i Captain Britain and MI:13, gdzie pokazany jest atak Skrullów na Wielką Brytanię i bohaterską obronę wyspy przez pracujących tam Polaków… tfu, znaczy się tamtejszych herosów. Tylko dla tych tytułów naprawdę warto śledzić większą część Inwazji niż tylko część Bendisową.

 

Jeśli już wspomniałem o Wielkiej Brytanii, to mam takie małe przemyślenie. Podczas SI Skrullowie zaatakowały chyba wszystko, co możliwe, w tym Rosję, Chiny, Asgard, księżycową siedzibę Inhumans czy Wakandę, ale słowa tu nie mamy o najeździe na Latverię. Czyżby Dr Doom miał na tyle szczęścia, a może miał jakiś układ z zielonymi? Ciekawe, czy czegoś się o tym dowiemy.

 

No i po…

Krajobraz po Inwazji jest dość ciekawy i ma przede wszystkim jednego zwycięzcę: Normana Osborna. Choć jest to sytuacja stwarzająca naprawdę wiele ciekawych możliwości na przyszłość, to jednak zastanówmy się nad tym, co Bendis nam sugeruje: amerykańskie społeczeństwo kreuje na swojego nowego bohatera człowieka, który ma na sumieniu wiele ofiar i najrozmaitszych innych przestępstw. Czy jednak można być aż tak głupim? Na szczęście tylko w komiksach. W każdym razie przed nami Dark Reign i po raz kolejny wiążę z tym wiele nadziei. Nowy status quo niemal każdej grupy herosów to już norma po większości crossów, ale jeszcze ani razu nie mieliśmy do czynienia z tak ciekawym projektem, jak Dark Avengers. Wielki sukces Ellisowych Thunderbolts pokazał, że z grupy złoczyńców można stworzyć naprawdę dobry materiał na komiks. A że pomysł chwycił, świadczy także post kryzysowy projekt wydawnictwa DC.

 

Choć SI rozwiązało wiele pytań, jednak pozostawiło również dużą ich liczbę. Jaki będzie dalszy los dziecka pary Cage/Jones i czy jest ono również kosmitą? Jeśli tak, to jak to się stało? Co stanie się teraz z Iron Manem? Dlaczego wyłączono z historii Hulka jeśli wiemy, że pojawi się teraz w Mighty Avengers? Po jaką cholerę przywrócono do życia Mockingbird?!? I chyba najważniejsze: czy Osborn wykorzysta swoją nową władzę do dobrych, czy złych celów? Osobiście stawiam na to drugie, gdyż dzięki temu mamy już gotowy materiał na kolejny wielki crossover, swoiste Civil War 2.

 

Podsumowując Inwazję jako całość muszę niestety napisać, że jest to historia mocno średnia z kilkoma tylko dobrymi momentami. Można by powiedzieć, że miało być wspaniale, a wyszło jak Polakom ostatnie Mistrzostwa Europy. Jak już wcześniej stwierdziłem, jak dla mnie najlepszą częścią całego SI były przygotowania do niej. A szkoda, bo pana Bendisa stawiałem naprawdę bardzo wysoko z moim rankingu scenarzystów, zwłaszcza za świetne House of M i New Avengers. Teraz będzie on musiał bardzo się starać, by nadrobić swoje straty. Ale wierzę, że mu się to uda, czego sobie i wam życzę. Tymczasem o inwazji zapomnieć czas najwyższy.

 

Lokus

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.