Avalon » Publicystyka » Artykuł

Secret Invasion - inwazją na portfele

Kilkanaście miesięcy budowania napięcia, następne tyle samego eventu i wreszcie możemy odetchnąć z ulgą. Czy czas Secret Invasion okazał się całkowicie stracony, czy jest jeszcze nadzieja na nie wykreślanie z życia tych wszystkich miesięcy?
Secret Invasion dobiegło końca kilka tygodni temu. Minęło już chyba dość czasu, by nie tylko podsumować sam event, ale i jego następstwa. Pierwsze tytuły wydane pod szyldem Dark Reign zostały już opublikowane, tak samo jak zapowiedzi na kolejne trzy miesiące. Pozostaje więc pytanie – czy było warto?

Trudno jest mi powiedzieć, czy nadzieje związane z Secret Invasion zostały spełnione, a to dlatego, że bardzo szybko i często się zmieniały. Jeśli chodzi o "hype" jeszcze przed startem Inwazji, to efekt końcowy zdecydowanie nie podołał oczekiwaniom. Potem, z każdym następnym numerem, moje oczekiwania były coraz mniejsze. Doprowadziło to do sytuacji, kiedy po ósmym numerze oczekiwałem już tylko jednego - że będzie ostatni i po nim skończy się ta cała szopka. Pod tym względem chyba mogę czuć się usatysfakcjonowany (chociaż nie do końca, bo teraz wszędzie epatuje Dark Reign).

Bendisowi nie można odmówić jednego - że wpadł na pomysł genialny w swej prostocie i z przeogromnym potencjałem. Idea tak zaawansowanej infiltracji, że nikt nie może już ufać swoim najbliższym, a nawet swemu odbiciu w lustrze, otwierała furtkę na naprawdę ciężki, nastawiony na psychologię bohaterów scenariusz. To właśnie uderzające w te nuty numery odebrałem najlepiej. Odnoszę jednak wrażenie, że Bendis tak zakochał się w swojej własnej koncepcji, że – koniec końców – stracił perspektywę i nie wiedział, kiedy przestać. Dokładał kolejne klocki, aż w końcu było ich tak wiele, że niemożliwe było ogarnięcie wszystkiego. A ponieważ zdecydował się chyba na regułę "wszystko albo nic", to w dwóch ostatnich numerach głównej miniserii nic już z tego nie zostało. Wszystkie intrygujące aspekty zostały potraktowane po macoszemu, żeby nie powiedzieć, olane. Zaliczam do tego cudowne działko Richardsa, zignorowanie Abigail Brand w drugiej połowie eventu, zgodną walkę ramię w ramię dobrych i złych z zielonymi (że też w ogóle nie zgrani ze sobą bohaterowie nie potykali się o siebie nawzajem), Thora, który uczynił wszystkich pozostałych absolutnie zbędnymi, czy wreszcie Normana Osborna, który z perspektywy czytelnika omijającego Thunderbolts, czyli mojej, wyskoczył jak Filip z konopii i dostał władzę nad światem tylko za to, że strzelił bezbronnej już wtedy kosmitce w łeb na ułamek sekundy przed tym, zanim dopadł ją Logan.

Co się tyczy Yu, to nigdy nie przepadałem za jego kreską. Wiem, że w moich opiniach w Pulsie często mieszałem go z błotem i na ich podstawie można odnieść wrażenie, że jest najgorszym rysownikiem wszechczasów. Otóż nie jest, znam gorszych (Romita Jr...), ale do dobrych to on też się nie zalicza. Marvel najwidoczniej potrzebował kogoś, kto się wyrobi na czas, dostarczając materiał o wystarczającej jakości. I tak się mniej więcej stało. Zwracałem uwagi na jego niedociągnięcia (brak tła, odwalanie fuszerki na drugim planie, amatorskie błędy w ujmowaniu perspektywy), bo szlag mnie trafiał, kiedy czytałem, jak Bendis wynosi jego rysunki pod niebiosa. A już w ogóle bliski byłem postanowienia, żeby omijać szerokim łukiem jakiekolwiek wypowiedzi Bendisa, kiedy przeczytałem jego komentarze do numery siódmego, kiedy stwierdził, że rysunki są genialne, ale nikt tego nie zobaczy, bo musiały zostać pokolorowane, zmniejszone i wydrukowane w komiksie. To co, nie spodziewali się tego? Yu myślał, że maluje drugą Kaplicę Sykstyńską, do której potem czytelnicy będą odbywać pielgrzymki? Leinilowi Yu daleko do Mike'a Choi, o Jimmym Cheungu czy Jae Lee nie wspominając. Wielokrotnie podczas lektury i patrzenia na kadry myślałem sobie "Cheung narysowałby to o wiele lepiej" i naprawdę wolałbym, żeby tak było, nawet kosztem opóźnień, których koniec końców nawet Yu nie uniknął. Wtedy mógłbym powiedzieć, że chociaż graficznie Inwazja dała radę.

Nie czytałem wszystkich tie-inów, ale to chyba nic dziwnego, bo było ich od groma. Może byłby inaczej, gdyby główna seria była na tyle dobra, by zachęcać do lektury numerów towarzyszących... Zresztą, Bendis, Quesada i Brevoort zgodnie kłamali, że nie trzeba czytać tie-inów, aby czerpać przyjemność z lektury głównej miniserii. A ja ten crap łyknąłem bez popitki, by teraz cierpieć na zgagę. (I nie twierdzę, że dzięki tie-inom Secret Invasion nie jest kiepskie, mówię tylko, że nie aż tak słabe.)

Żaden z tie-inów, z którymi miałem okazję obcować, nie wyróżnił się jakoś szczególnie na plus. Pozytywnie odebrałem Secret Invasion: Runaways/Young Avengers oraz Secret Invasion: Inhumans. Ten pierwszy z powodu historii Teddy'ego Altmana i Xavina, która była jak szyta na miarę pod fabułę Bendisa. A która potem została totalnie zignorowana, przez co straciła na sile. Inhumans spodobali mi się raczej pomimo związków z Inwazją, a dzięki budowaniu w kierunku War of Kings. Miniseria Captain Marvel Briana Reeda, wydana przed samą Inwazją, nie była tie-inem sensu stricto, ale okazała się świetną lekturą, pod każdym względem przewyższając to, co po niej nastąpiło, w tym Front Line tego samego scenarzysty.

Jak to zwykle przy takich eventach bywa, mnóstwo było też historii zupełnie niepotrzebnych. Totalnym marnotrastwem papieru jest dla mnie Secret Invasion: X-Men, który nie wniósł niczego, ani na stół Inwazji, ani mutantów. Edytorial Marvela postanowił po prostu zbić trochę kasy na fanach mutantów. Przykładem na kolejny komiks wydany tylko i wyłącznie w celu zbicia mamony na nakręconych czytelnikach był Secret Invasion: Who Do You Trust?, gdzie scenarzyści wspięli się na wyżyny sztuki pisania o niczym. Tak bezcelowych fabuł nie czytałem chyba nigdy. Nawet gdy kiepskie historie do czegoś dążą – są kiepskie, bo robią to nieudolnie. Tu jedynym celem było zapełnienie kilku stronic w taki sposób, by Bendis nie musiał potem niczym się martwić. Mission Accomplished.

Pisząc o tie-inach wypada jeszcze wspomnieć o obu tytułach Mścicieli: New i Mighty Avengers. Często prezentowane w nich historie były lepsze od tej z głównej miniserii. Często też nie wnosiły niczego nowego. Co mnie drażniło, to że z powodu Inwazji oba tytuły zatraciły tożsamość i stały się Secret Invasion Tie-In vol. 1 i Secret Invasion Tie-In vol. 2 – wraz ze startem Inwazji New i Mighty zniknęły z komiksowych stronic. Teraz, patrząc na zapowiedzi Dark Reign (swoją drogą, słowo "mroczny" jest już najbardziej wyświechtanym z Marvelu, a będzie go jeszcze więcej, sądząc po zajawkach Messiah War), odnoszę wrażenie, że Dom Pomysłów chce uczynić z Mścicieli drugich X-Men. Nie podoba mi się to, bo nie uważam, żeby mieli do opowiedzenia wystarczająco dużo dobrych historii, żeby tak się rozmieniać na drobne. Większość x-tytułów też jest nic nie warta, a teraz tym samym tropem wysłano Avengers.

I tym sposobem docieramy do spuścizny Secret Invasion. Nie tylko podczas finałowej walki nikt ważny nie umarł, to jeszcze przywrócono wszystkich, pod których Skrullowie się podszyli. Jest to totalne tchórzostwo ze strony Bendisa, redaktorów i całego Marvela. I nie kupuję tłumaczenia, że trzymano ich żywych jako kartę przetargową albo w celu świeżego wzorca do podmian. Bo co mogliby ugrać takimi kartami i pod kogo chcieli się podszywać, kiedy i tak ich fortel z podmiankami wyszedł na jaw i nikt nikomu nie ufał? Osborna posadzono na tronie chyba tylko po to, by Bendis mógł sobie pisać o Dark Avengers, a Hickman o Secret Warriors. Emmę Frost dodano do Illuminaughty tylko dlatego, że wymyślenie dobrego kłamstwa na temat sensowności obecności tam Logana byłoby nawet ponad siły Bendisa (a Marvel nie ma dość jaj, by powiedzieć "dla kasy"). A Lokinkę dodano tylko po to, żeby jeszcze bardziej zamieszać w tym ratatuju.

Podsumowując, epicka opowieść Marvela roku 2008 w moich oczach zaliczyła epicką glebę. W ustach pozostał mi niesmak i brak jakiejkolwiek chęci, aby sięgnąć po tytuły z Dark Reign na okładce. Szkoda, że sprzedaż Marvelowi epicko nie spadnie, bo tylko wtedy wydawca odebrałby naukę, że lepiej pozytywnie zaskakiwać świetnymi historiami, niż reklamować i wynosić pod niebiosa bubla. Tylko dzięki Dark Tower i serii z Enderem wierzę, że w Domu Pomysłów pracują jeszcze ludzie, którym zależy na wydawaniu dobrych komiksów, a nie tylko na kasie.

Hotaru
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.