Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #69 (08.12.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 8 grudnia 2008 Numer: 44/2008 (69)


W zeszłym tygodniu polscy fani komiksów Marvela żyli jednym wydarzeniem: obroną pracy magisterskiej viqa. Poza tym, ukazał się ostatni numer Secret Invasion.



Cable vol. 2 #9 avalonpulse0069d.jpg
Gil: Nieee… Ja wysiadam! Lubię sobie czasami obejrzeć science-fiction klasy D, ale pod warunkiem, że jest to czarno-biały film z lat '50-'60. Dlatego nie zamierzam dłużej czytać wspomaganego grafiką komputerową komiksu, w którym nie dzieje się nic poza masakrą człekokształtnych karaluchów, z których jeden podaje się za prezydenta USA. Skrajnie głupia opowiastka jednorękiego bandyty, który sam zniszczył świat i nawet się przy tym nie spocił, też nie skłoni mnie do zmiany zdania. Żegnam się z serią, rzucając na pożegnanie 2/10.
Lokus:
Jakoś tak jest z tą historią, że Swierczynski o wiele lepiej radzi sobie z wydarzeniami z teraźniejszości. Jednoręki Bishop pokazuje, że jednak aż tak głupi nie jest i specjalnie dał się złapać X-Force, a teraz wprowadza w życie swój plan. Co prawda nie przeczuwam jakichś głębszych reperkusji dla X-Men niż tylko ucieczka Lucasa, ale przynajmniej Duane pokazał to jakoś w miarę ciekawie. Co do przyszłości, to jeśli autor chce nam powiedzieć, że Cable zakochał się w Hope, to kiepsko mu to wychodzi. Rysunki Olivettiego już chyba każdy zna i ma o nich swoje zdanie, więc nie będę się nad tym rozpisywał, ale brak mi w tym numerze narysowanej przez niego Emmy :P W każdym razie za ten numer daję 6/10
MikeyLou: Ucieka nam w parę(naście) numerów powoli 16 lat z życia Cable'a, co skłania mnie do myślenia, że za długo z tą postacią w Marvelu już nie będziemy mieli do czynienia. Może z nadaniem imienia dziewczynce czekają, aż Cable, ostatkiem sił nazwie ją w niezwykle wzruszającej/zaskakującej/przerażającej scenie? I może tam też będą uzbrojone po zęby karaluchy reprezentujące rząd USA! W teraźniejszości za to coś w końcu się ruszyło i dostaliśmy niezłą scenę z Bishopem, który porobił Cyclopsa i resztę. Czekam tylko na informację co to za 'siódma broń'. Legacy Virus?

Ender's Shadow: Battle School #1
Hotaru: Gdybym miał oceniać ten komiks po pierwszej stronicy, krytyka byłaby miażdżąca. Na pierwszy rzut oka widać, że Fiumara się nie postarał. Na szczęście zaraz potem zakasał rękawy i wziął się do roboty. Dzięki niemu "Cień Endera" - tak estetycznie różny od interpretacji "Gry Endera" Pasquala Ferry'ego - nie musi się czuć jak ubogi kuzyn. A ubóstwa w tym komiksie mnóstwo - ulice Rotterdamu i same zamieszkujące je dzieci to obraz nędzy i rozpaczy, a rysownik idealnie wczuł się w ten klimat nie tylko projektami postaci i scenerii, ale też umiejętnie stosowanymi rastrami i teksturami, które nadają całości odpowiedni brudny klimat. Brawo! I chociaż Sebastian Fiumara się spisał, to i tak nic w porównaniu do tego, czego udało się dokonać Careyowi. Zastanawiałem się, dlaczego dali tej miniserii podtytuł "Battle School", kiedy w powieści Groszek pierwszą 1/3 spędza w Rotterdamie. Scenarzyście udało się upchnąć to w jednym numerze i to w taki sposób, że nie obudził się we mnie protest w związku z wycięciem pewnych wątków. A zwykle jestem pod tym względem bardzo marudny. Chylę czoła! I chcę jeszcze!
Misiael: P
isząc o pierwszym zeszycie tej serii bardzo trudno powstrzymać się od porównań jej z równoległą miniserią Ender's Game. Historia wychowanego na slumsach Groszka tworzy ciekawy kontrast z historią Endera - Andrew Wiggin wychował się w kochającej rodzinie, w lśniącym czystością domu w Greensboro, Julian Delphiki zaś w brudnym, ciasnym Rotterdamie, gdzie każdy dzień był walką o życie, a widmo głodu i skatowania przez starszych włóczęgów stale krążyło nad głową. Mike Carey w perfekcyjny sposób przeniósł tę opowieść z kart powieści na komiksowe strony, choć zmiany w stosunku do materiału wyjściowego, jakie poczynił, są o wiele większe niż te, na które zdecydował się Yost w Ender's Game (który po prostu przeklejał [i odpowiednio przyciął] dialogi z książki do komiksu). Wyszło mu to jednak tak pięknie, że nie sposób narzekać. Podejrzewam, że osoby nie znające książkowego pierwowzoru będą bardzo zaskoczone dalszym rozwojem wypadków w tej miniserii.
Także warstwa graficzna "Cienia Endera" diametralnie różni się od paralelnej serii. U Ferry'ego (i D'Armaty) wszystko błyszczy się i skrzy, kreska jest gładka i czysta, by nie rzec - wymuskana. Fiurama zaś wykreował świat diametralnie inny - brudny, ciasny, duszny i zatęchły. Plansze rysowane są w sposób wręcz "ordynarny", z rysunków tchnie poczucie osaczenia i beznadziei, tak pięknie komponujące się z fabułą. Swoje robi też raster, stosowany z wyczuciem nadaje komiksowi niepowtarzalnego klimatu.
Pierwszy zeszyt oceniam na 5/5 - stoi on na równi z
Ender's Game - i nie mogę doczekać się kolejnego numeru.
Początkowo (przy lekturze
Ender's Game) trochę mnie irytowało, że adaptacja mojej ulubionej książki nie ma tak monumentalnej oprawy graficznej, jak Dark Tower. Potem jednak naszła mnie refleksja, że przecież sagi o Enderze i Groszku nie ma co porównywać z Mroczną Wieżą - jest ona bardziej kameralna, miast na wielkich wydarzeniach skupia się bardziej na ludziach i ich przeżyciach, nabierających czasem wręcz teatralnej intensywności. Dlatego też przestałem sarkać na mniej epicką oprawę - ta tutaj świetnie oddaje charakter opowieści (mówię zarówno o pracy Ferry'ego przy "Grze", jak i Fiuramy przy "Cieniu").

avalonpulse0069e.jpgEternals vol. 4 #6
Gil: Tuż przed finałem historia dochodzi do punktu kulminacyjnego, w którym dzieją się takie rzeczy, jakich tylko po tym komiksie można by się spodziewać. Gra toczy się praktycznie na wszystkich poziomach jednocześnie, zmieniając swoje oblicze i zaskakując co kilka stron. Okazuje się, że Makkari jest naprawdę koniecznie potrzebny, a interwencja Watchera nie pozostawia złudzeń, że dzieją się tu ważne rzeczy. Czekam więc na koniec pieśni i śpiewające 7/10 wystawiam.
Lokus: Naprawdę świetna końcówka świetnej historii. To jest chyba to, do czego przyzwyczaili nas Knauffowie. Bezsprzecznie to jest numer tygodnia, przy którym finał SI może się schować. Thena i Sersi to bohaterki konkluzji tej opowieści. Dodatkowo całość bardzo ładnie narysował Acuna. "Przedwieczni" - jak to ładnie nazwał ich nasz rodzimy Egmont - mogą już śmiało konkurować z historią Gaimana, choć jeszcze niedawno bym nawet o tym nie pomyślał. Długiego życia życzę tej serii, no i oczywiście wystawiam 10/10
hitano: Bardzo dobra konkluzja pierwszego arcu Knauffów o odrodzonych "Nieśmiertelnych" ;P Fajną rolę zalicza Dreaming Celestial. Jednak najważniejsza w tym wszystkim jest Sersi i jej poświęcenie sprawie jest odczuwalne. Potem Ikaris normalnie znudzony pokojowym sposobem informowania uśpionych braci o tym, że należą do Eternals. No i Thena rozwalająca Gilgamesha. Powrót Joey'a miły. I tak numer dostaje zasłużenie miano numeru tego tygodnia. Acuna nie zmienia stylu, który akurat mi nie przeszkadza, jednak czekam na kolejną historię, którą rysować będzie Eric Nguyen. 10/10

Amazing Spider-Man #579
Gil: Wygląda na to, że poprzedni kiepski numer był rodzajem gambitu, aby ten prezentował się znacznie lepiej. Bo tak jest. Ostatnio rysunki były do kitu, a jakakolwiek treść pojawiła się dopiero na ostatniej stronie. Tym razem sytuacja jest już ustalona, wiadomo co robić, więc robimy. I trzeba przyznać, że w niezłym stylu, bo Waid zdołał uchwycić trochę tego klaustrofobicznego klimatu, który odbija się na zachowaniu postaci, a na dodatek rozmowy Pajęczaka z JJJ seniorem są świetne same w sobie. Staruszek okazuje się ciekawą postacią, nad którą wisi ogromny znak zapytania. Czy jest tym, za kogo się podaje? Czy on w ogóle tam był? Trzeba też przyznać, że sceneria i duża ilość czerni służy rysunkom Martina, które wydają się ciut lepsze. I tak wyszło z tego mocne 6/10.
Lokus:
Naprawdę niezły numer. Spider, Shocker, Jameson Senior i jeszcze kilkoro ludzi uwięzieni w tunelach metra walczą o przetrwanie. Choć w numerze nie ma praktycznie ani jednej sceny walki, to jednak niewiele było nudy. Waid bardzo fajnie wprowadził nową postać do serii i mam nadzieję na jej szybki powrót. Fajnie wymyślona akcja z podnośnikiem i szczurami, dodatkowo nieźle narysowana, jak i cały numer zresztą. Marcos Martin zdobył u mnie plusa. Całość nie jest jakaś niesamowita, ale po prostu niezła i w sumie dostanie 6/10

Hulk Family: Green Genes

Gil: Z czterech (nie licząc przedruku) historii wciśniętych w to wydawnictwo zainteresowała mnie tylko pierwsza. Po pierwsze dlatego, że wystąpiła w niej Shulkie, a po drugie dlatego, że została naprawdę świetnie wykonana. Dwie kolejne historyjki można śmiało określić jako bezpotrzebną i bezsensowną. Skaar zupełnie mnie nie interesuje, a ta druga zielona nawet imienia nie ma, więc o czym tu rozmawiać? Ostatnia opowiastka, ze Scorpion, jest jakby lepsza, ale okazuje się, że tak naprawdę jest o niczym. Takie przypomnienie, że była kiedyś taka postać. Wypadkowa będzie gdzieś na poziomie 4/10, z zaznaczeniem, że to pozycja dla zagorzałych wielbicieli rodziny Sałaty.

Immortal Iron Fist
#20
avalonpulse0069f.jpg
Gil: W kolejnym numerze Immortalne Łepony zejdą do piekła. Mam jednak wrażenie, że seria już tam jest, a jej obecni twórcy też ciężko pracują na własny kocioł. Tendencja spodkowa była widoczna od dłuższego czasu, ale w tym numerze usłyszałem huk obwieszczający jej upadek na dno. Przeczytałem i miałem dokładnie takie samo wrażenie, jak po lekturze Cable'a (z pominięciem karaluchów) - to jest o niczym. A nawet jeśli o czymś jest, to to coś zupełnie nie chwyta. I w dodatku wyzbyłem się wątpliwości, kto dostanie w tym roku nominację w kategorii najgorszy rysownik.
Następny numer rozstrzygnie, czy będę czytał dalej, czy się pożegnamy, a na razie 4/10.
hitano:
A jednak Danny will be alive for some time more. Cóż, na pewno konkluzja potwierdza, że wybór Swierczynskego na miejsce duetu Bru/Fraction był ze strony Marvela dobrą decyzją. Duane się sprawdza. Samo rozwiązanie jest bardzo fajne, bo jednak uznałbym, że Marvel zaczął szastać śmiercią bohaterów na prawo i lewo, gdyby Danny zginął. Za to motyw z obezwładnieniem ręki już był w sam raz. No i Rand w końcu poszedł na całość. Cieszy mnie dobre wykorzystanie innych Nieśmiertelnych Broni, wypada to bardzo fajnie. Brawo też za decyzję, aby przyśpieszyć fabułę o te kilka miesięcy. No i Travis świetnie rysuje zarośniętego Danny'ego ;] 9/10
Lokus: Cała ta historia trochę mi przypominała walki Spider-Mana z Morlunem, tylko że walka Danny'ego była ciekawsza. Niech ten numer wraz z kilkoma poprzednimi utrze nosa tym, którzy twierdzili, że po odejściu Brubakera tę serię czeka upadek. Co prawda nie wiem, jak IIF stoi w rankingu sprzedaży, ale poziom historii jest tu naprawdę dość wysoki. Gdyby jeszcze Swierczynski przelał też trochę więcej talentu na swoją drugą serię, byłbym zadowolony. Za rozpierduchę, którą zafundował nam Danny z Ch'i-Linem, należy się mocne 8/10

Iron Man Hulk Fury One Shot

Gil: Okay, szczerze - nie wiem, co przeczytałem. Nie wiem, z którego to jest uniwersum, ani dlaczego wygląda tak, a nie inaczej. Nic mi tu nie pasuje do niczego komiksowego, więc zgaduję tylko, że to jakiś zwrot w stronę filmowego świata, a skoro tak, to wolałbym go na ekranie, a nie na papierze. Albo nie, bo właściwie nic ciekawego tu nie znalazłem. Nawet oceny nie będzie.

Marvel Zombies 3
#3

Gil: Omigosh! Ja chcę, żeby Van Lente pisał solową serię Aarona! Natychmiast! W tym numerze każdy tekst wychodzący z jego modułu głosowego był po prostu idealnie trafiony. Zupełnie jakby Nextwave nigdy się nie skończyła. Jest też wątek edukacyjny, który mówi, że jeśli szarżujesz na płonącym motorze ducha zemsty zombie, to nie tylko się rozbijesz, ale stopi ci się nos (i nie tylko). A wracając do tematu zombiech, to na Ziemi zaczyna się robić ciekawie. I w związku z tym, aczkolwiek nie tylko, dostanie 7/10.

Marvels: Eye Of Camera
#1

Gil: Próba reanimacji tematu, który zdobył niegdyś wiele laurów i do którego wydawnictwo wraca z uporem godnym lepszej sprawy. Powiem szczerze, że oryginał mnie nie ruszył i podobały mi się tam wyłącznie rysunki. Tak się składa, że moim skromnym zdaniem Kurt Busiek jest drugim po Claremoncie mistrzem zanudzającej narracji i przesadnie rozwlekłych dialogów. Owszem, rysunki nadal stoją na wysokim poziomie - może nawet wyższym, niż w oryginale - ale historia interesuje mnie tak samo jak wtedy, czyli wcale. Uważam, że reanimacja Marvels to nic więcej, jak Marvels Zombie i tylko za rysunki dam 5/10.
Lokus:
Wreszcie ukazała się kontynuacja legendarnej miniserii, która jakoś uparcie nie umie wydać się w naszym małym kraju. Myślę, że większość z nas zna oryginalną historię Marvels i moim zdaniem niestety Oko Kamery może dopaść przekleństwo sequeli. Wiem, że to dopiero pierwszy numer, ale jakoś nie porwało mnie to jak początek pierwszej historii Busieka. Mam nadzieję, że z każdym kolejnym numerem będę zmieniać zdanie. Rysunki Anacleto dobre, ale jednak nie aż tak, jak kiedyś Rossa. Jak na razie dobre to, ale nie świetne.
Jeszcze nie (mam nadzieję). 7/10

Undercik: Wypadło nijako w porównaniu do pierwowzoru. Może się rozwinie w następnym numerze, ale ten numer nie pokazuje, żeby udało się stworzyć coś na poziomie Marvels.

avalonpulse0069g.jpgNew Avengers #47
Hotaru: Marudziłbym teraz niemiłosiernie, gdyby nie Michael Gaydos. Dzięki jego rysunkom dość przyjemnie przebrnąłem przez historię związku Jessicki i Luke'a. Nie czytałem Alias, więc nie mam wrażenia odgrzewanych kotletów. Niestety, rysunki Tana tak mnie drażniły, że nie potrafiłem czerpać żadnej przyjemności ze stronic, które zilustrował. Nie lubię jego charakterystycznej kreski i toleruję go tylko wtedy, kiedy się tej maniery pozbywa. Na szczęście Inwazja na finiszu, niedługo wrócą normalnie New, a nie tylko dodatek do SI.
Lokus: Podobnie jak poprzednie numery zarówno New, jak i Mighty, ten tie-in zupełnie nic nie wnosi do samej Inwazji. Mamy tu z zasadzie pokazane tylko relacje panujące pomiędzy Cagem, a Jessicą zarówno sprzed, jak i z samej Inwazji. Poczytać można, ale nie trzeba. Poczekam już lepiej na następny numer. 5/10
Gil: Pierwszy z inwazyjnych epilogów przywołuje wątek porwania przez zielonych dziecka Luke'a i Jess. Właściwie zdarzenie to jest pretekstem dla retrospekcji, która sprawia, że na chwilę wraca prawdziwy, klasyczny Alias, ze wszystkim co było w nim najlepsze. Co prawda bluzgi są wizualnie wypipane, a Jessica nie kopci jak komin, ale to wciąż ten stary dobry klimat. A po powrocie do rzeczywistości widzimy coś niesamowitego: Cage - najtwardszy mofo w dzielnicy albo i całej galaktyce - płacze. Aż się, kurczę, sam wzruszyłem, bo jak coś takiego spada na postacie, z którymi od dawna sympatyzuję, trudno czegoś nie poczuć. Ten wątek na pewno będę śledził uważnie, a dzisiaj - za mocne uderzenie - 8/10.
MikeyLou: Niezły ten numer "The Pulse"! Trochę Gaydosa, trochę pokazania Luke'a z perspektywy 'twardy z wierzchu, miękki w środku'... Czekaj, czekaj... Że niby to jest Tie-in do SI i jeszcze do tego numer New Avengers? Z Hawkeyem na okładce? Nieee... Naiwnie wierzyłam, że przy okazji końca Inwazji odczepią się w końcu od masowych retrospekcji. Z całego numeru, nie dowiedzieliśmy się nic nowego, bo skończył się dokładnie w tym samym momencie co wątek w SI #8. O, pardon, różnica taka, że tu się kończy pięknym ujęciem załzawionego Cage'a. Więc dlaczego ten numer w ogóle powstał? Sama fabuła jest niezła, nawet gdyby wyrzucić Gaydosa, przed którym padam na kolana regularnie, dziękując mu za serię Alias. Problem w tym, że z Inwazją to nie ma nic wspólnego, a zapychanie kolejnych komiksów byle czym, żeby przeczekać aż będą mogli walnąć z grubej rury nowym składem i Dark Reignową nawalanką raczej męczy niż bawi.

Moon Knight Silent Knight #1
Gil: Ho! Ho! Ho! Pierwszy w tym roku świąteczny specjal przedstawia dysfunkcyjne i patologiczne oblicze świąt w ujęciu Petera Milligana. Rzadko się zdarza, żeby 1-shot był lepszy od regularnej serii, ale tym razem tak jest. Może dlatego, że wiadomo, o co chodzi? Nieważne… W każdym razie jest tu sporo fajnych patologicznych elementów, które każdego świątecznego konserwatystę przyprawiłyby o wylew. Moim ulubionym elementem jest radosny elf Khonshu i jego błyskotliwe uwagi na temat wyjątkowości tego czasu w roku. Słodkie, doprawdy. W połączeniu z rysunkami, które pogłębiają klimat opowieści, wychodzi z tego całkiem przyzwoite 7/10.
Lokus:
Świąteczny one-shot, w którym zobaczymy święta w wykonaniu Moon Knighta i jego kochanki Marlene. Moim zdaniem, choć nie jest to jakaś perła, to jest to jedna z lepszych historii o tej postaci ostatnimi czasy. Plus dla widma Khonshu, które wreszcie nie irytuje tak jak zwykle, a momentami nawet wygląda zabawnie. Podsumowując, jest to zwykłe świąteczne czytadełko, średnio napisane i średnio narysowane. Jeśli ktoś lubi Spectora, może bez większego bólu poczytać. 6/10

Secret Invasion: Front Line #5
Gil: Ktoś postanowił zagrać na przyzwyczajeniu czytelników do faktu, że jak jest event, to jest tez Front Line. Nie wypaliło. Cała ta historia z cywilami biegającymi po NYC jak myszy po labiryncie, okazała się przesadnie rozciągniętą przygrywką do ostatniego numeru, w którym Ben Urich znów stanął oko w oko z Normanem Osbornem, tylko po to, by tamten splunął mu w twarz. A gdyby zamiast pięciu numerów był jeden, mogłoby to wyglądać całkiem inaczej i nawet mieć jakiś efekt. Tak, niestety, pozostaje dać 4/10.
Lokus:
Słabo, słabo, i jeszcze raz słabo. W pojedynku panów Sheldona i Uricha w tym tygodniu o wiele lepiej wypada ten pierwszy. Niegdyś komiksy z podtytułem Front Line były o wiele lepsze. Za sprawą Paula Jenkinsa i przede wszystkim Sally Floyd - czyli największej nieobecnej tego tytułu. Brian Reed niestety nie popisał się i jeśli przy następnym wielkim crossie on również będzie pisać Front Line, to ja serdecznie podziękuję i odmówię. Za ten numer, jak i za całość 3/10

Secret Invasion
#8
avalonpulse0069h.jpg
Hotaru: I oto mamy ostatni numer tego eventu. Czytałem opinie w sieci i aż chce mi się śmiać, bo ja - który w większości marudziłem na temat Inwazji od pierwszego numeru - mam lepsze zdanie na temat jego zakończenia, niż większość. I nie chodzi nawet o rysunki czy rozwiązania fabularne. Fakt, że jest to ostatni numer, wprawił mnie w tak dobry nastrój, że aż mam ochotę gwizdać sobie pod nosem. Koniec Inwazji - nareszcie!
Gil: Napiszę krótko, bo na elaboraty przyjdzie jeszcze czas. Skończyło się. Na początku spodziewałem się właśnie czegoś w tym stylu, bo doświadczenie nauczyło mnie, że crossy przestały być wydarzeniami samymi w sobie i stały się furtkami dla bardziej złożonych planów. Później coś mnie podkusiło i zacząłem spodziewać się nie wiadomo czego, a gdy nie przychodziło, zbierało mi się na narzekania. Przeklęta propaganda! :P Tak czy inaczej, fajerwerków nie było. Wielka, nerdgastyczna bitwa skończyła się śmiercią mało ważnej obecnie postaci, ale w zamian kilka innych się odnalazło. Norman dopiął swego i dostał klucze do całego kraju, którymi teraz będzie się bawił z kolegami. I jakkolwiek wielką naiwnością może się to okazać z mojej strony, skłonny jestem po raz kolejny udzielić Bendisowi kredytu zaufania i zobaczyć, co tam zaplanował. Ale za ten numer i za cały event wystawić można co najwyżej ocenę 6/10.
_____:
Może nie jest to ocena ostatniego numeru, co całej serii. a ta nie była niby źle napisana czy głupia. Po prostu spodziewałem się czegoś innego, nie podoba mi się, że sprowadziło się to do rozwałki. Skrullowie niby tyle planowali, zinfiltrowali całą planetę, która praktycznie była już ich i zamiast tego się trzymać, zgodzili się na rozwiązanie wszystkiego w walce, zwykłej fizycznej bójce. Lipa! I o ile pamiętam, nowi Super-Skrullowie mieli być superpotężni. W końcu Illuminati mieli wielkie problemy z iloma? Trzema? A tutaj w ogóle nie było tego widać. Pada jeden za drugim, a z obrońców Ziemi ginie tylko Wasp? Nie przekonuje mnie to. Po Sekretnej Inwazji spodziewałem się jakiejś intrygi, podziemnego działania garstki bohaterów pod dowództwem Fury'ego, który będzie miał jakiś plan. Dostałem znowu crossa w zasadzie polegającego na tym, że_się_biją i wszystko zamyka się w ciągu kilku godzin. Obawiam się, że po World War Hulk i Civil War (tam chociaż pojawiały się dylematy Kto Ma Rację) właśnie tak będą teraz wyglądały marvelowe eventy. Tyle w nich dobrego, że rzeczywiście przynoszą one zazwyczaj całkiem duże zmiany w uniwersum.
Undercik: Nareszcie koniec, ciągnęło się, a ciągnęło. Co do numeru, zakończenie bitwy już na początku, potem już tylko dobijanie Skrullów i reperkusje. W wielkiej bitwie ginie(?) tylko Wasp, coś mało jak na tak wielką inwazję. Tyle Super-Skrullów, z którymi wcześniej bohaterowie mieli sporo problemów, a padają jak muchy. Powrót wszystkich podmienionych? Może to i dobrze, może i źle, czas pokaże. Norman dostaje masę władzy. Można było się tego spodziewać, patrząc na inne serie i poprzednie numery SI, więc wielkiego zaskoczenia nie miałem. Ostatnia strona? Gdyby nie zapowiedź evil illuminaty, byłaby sporym szokiem, ale nie jest. Pogrążający się Tony, to wyszło i to bardzo, jak już wspomniano, tylko dać mu szklankę Whisky do ręki. Reperkusje całej inwazji mogą być ciekawe i to jest jedyną zaletą crossa.
Krzycer: Rozczarowanie. Bendis po raz nie wiadomo który sięga po swój ulubiony chwyt - retrospekcję, której towarzyszy mający miejsce w teraźniejszości dialog niewidocznych osób. Bendis robił to już bardzo wiele razy, czasami mu wychodziło, czasami nie. Tu mu nie wyszło, tym bardziej, że za szybko dowiadujemy się o niektórych wydarzeniach (np. dostajemy informację, że Janet zginęła na stronę-dwie, zanim w końcu do tego doszło), co nie służy dobrze dramatyzmowi.
Bertoluccio: To już jest koniec, nie ma już nic... No, może jednak nie do końca, bo jednego temu crossoverowi nie można odmówić - dużych reperkusji. Czytając ostatni numer Thunderbolts miałem wątpliwości, czy nowy kierunek kariery Normana znajdzie odbicie w szerszym Uniwersum Marvela, więc ten numer mile mnie zaskoczył. Końcowa scena nie była za to żadnym, ale to żadnym zaskoczeniem i to od ponad miesiąca albo dwóch (od czasu pojawienia się ilustracji z Dark Illuminati). Jedyne, czego byłem ciekaw, to jak do tego spotkania doszło, ale nie ujawniono tego w tym numerze. Szkoda. Co do innych aspektów: "Śmierć" Wasp? Bendis mógłby chociaż poudawać, że umarła, a nie prawdopodobnie ją teleportować Thorem. Z innych umarli-przeżyli: Veranke nie żyje, ale nie, jednak żyje (tu się akurat ucieszyłem, bo fajna z niej postać jako fanatyczna przywódczyni, byłaby za ciekawym więźniem wojennym), a nie, jednak nie żyje (w sumie dobrze, że to Osborn ją wykończył, bo znając Wolverine'a, to by przeżyła). Mockingbird nie żyje, żyje, nie żyje, żyje... Panie Bandis, niech się pan w końcu zdecyduje. Poza tym czekałem na scenę, gdzie Clint zamiast pocałować od razu ją zabije, żeby przekonać się, że tym razem była prawdziwa (jak torturować postać, to torturować). Mimo to dziwne, że jej tak szybko zaufał. Tony znowu na dnie. Żal mi go. Nie ukrywam, że to ostatnio jedna z moich ulubionych postaci. Człowiek, który robi to, co należy i wie, że świat nie jest tylko czarny i biały. No, ale im wyżej się wzniesiesz, z tym większym hukiem spadasz (a Tony ostatnio był bardzo wysoko). Ciekawie będzie się oglądać jego powrót na szczyt. Może minie się w połowie drogi z Normanem, który też prędzej czy póżniej pójdzie na dno, ale z zainteresowaniem będę obserwował jego poczynania u sterów przez pewien czas. Jednej rzeczy której nie rozumiem - S.H.I.E.L.D. w 616 to organizacja międzynarodowa, więc co tu ma do gadania prezydent USA?
Ocena numeru 7/10.

Lokus: Nareszcie koniec tego, co miało być wielkim wydarzeniem wynikającym z całej bendisowej pracy nad Avengers. Faktem jest, że ostatni numer był chyba nawet najlepszym z całej historii, ale nie dlatego, że był jakiś wybitny. Po prostu cała Inwazja była dla mnie osobiście jednym wielkim niewypałem. Śmierć Janet? I tak pewnie wkrótce wróci. Upadek Starka? Był do przewidzenia. Osborn bierze wszystko? Z całym szacunkiem, panie Bendis - wątek będzie ciekawy, ale jest to dla mnie dość grubo szyte. Odniosę się jeszcze do kilku spraw. Captaina i Thora wrzucono moim zdaniem do całej historii jakby na siłę, natomiast wątek naszego "ulubieńca", czyli Sentry'ego, który się urwał, trochę dziwi. Dziwi nie z tego powodu, że jak zwykle przeciwnik rozłożył go jako pierwszego i to bez większych problemów, ale dlatego, że Bendis o nim zapomniał. Za ten numer 7/10

She-Hulk Cosmic Collision
Hotaru: Trafiłem na ten numer zupełnym przypadkiem, ale skoro napisał go Peter David, to postanowiłem przeczytać. I chociaż komiks nie okazał się wystarczająco dobry, bym po lekturze pogratulował sobie dobrego nosa, to nie był też na tyle zły, bym żałował straconego czasu. Odbiór był taki, a nie inny, bo chociaż nie lubię nadmiernego moralizowania (a cały ten komiks to jedna wielka powiastka moralizatorska), to Peter David jest na tyle dobrym scenarzystą, że udało mu się jeszcze wcisnąć do skryptu trochę przednich dowcipów. Mogło być lepiej, mogło być gorzej.
Gil: Zdecydowałem się dać temu łanszotowi tytuł numeru tygodnia. Niespodzianka, co? Powodów jest kilka i wcale nie oznacza to liczby żeńskich postaci pomnożonej przez dwa. Weźmy na przykład ponowne spotkanie dobrze radzącej sobie w regularnej serii grupy postaci. Dorzućmy potężnych wrogów na skalę kosmiczną, czyli w temacie, który ostatnio mocno ożył na forum. Na dokładkę weźmy też gościny występ żeńskiej części Guardians Of The Galaxy i nie zapomnijmy, że właśnie tutaj Peter David po raz pierwszy użył stworzonej przez siebie Phyli jako Quasar. A najlepiej będzie chyba powiedzieć, że czyta się naprawdę świetnie i wygląda całkiem dobrze. Należy się 8/10.

avalonpulse0069i.jpgX-Infernus #1
Hotaru: Trochę obawiałem się, że ta miniseria zepsuje to, co Kyle'owi i Yostowi udało się osiągnąć swoją historią w New X-Men (niech spoczywa w pokoju). Cebulskiemu nie udało się może osiągnąć równie wielkiego poziomu mojego zaangażowania, ale podczas lektury nie odniosłem wrażenia szargania świętości (a to przecież komiks o mocach piekielnych). Rysownik też się sprawdził, a co lepsze, wydaje mi się, że nie osiągnął jeszcze szczytu swoich możliwości i kolejne numery będą jeszcze lepsze graficznie. Czy mam rację - okaże się niedługo. Intrygujący cliff-hanger zachęca do czekania.
MikeyLou: Początek zapowiada się nieźle. Co prawda przez pół numeru zachwycałam się głównie niezwykłą umiejętnością Illyany do utrzymywania równowagi stojąc na dwóch parach kolan, ale to nie znaczy, że historia nużyła. Czekam na następne numery, bo ciekawi mnie reakcja Colossusa na to, co wyrosło z jego niewinnej Śnieżynki. Plus, to jeden z niewielu powrotów w Marvelu, który składa się na razie zaskakująco sensownie.
Gil: Początek najnowszego X-eventu, który zdążyłem już określić jako "chwila prawdy Cebulskiego". I przyznaję, że przeszedł próbę. Numer ma więcej treści i klimatu, niż choćby UXM, więc przebił flagowy X-tytuł. Warstwa graficzna mogłaby być lepsza, ale nie można też powiedzieć, by była zła. Zaś sama historia… Cóż, zaczyna się jakby trochę nagle, ale pamiętajmy, że wprowadzeń już kilka do niej było. Wszystko wydaje się być na miejscu i pasować do continuity. Pixie znowu jest fajna, za co bardzo dziękuję. No i mamy ciekawe zgromadzenie władców piekieł, które może przynieść jeszcze wiele niespodzianek. Ogólnie, dam 7/10 i tylko wzorem Katona starszego burknę na końcu dla zasady, że Illyana nie powinna zostać wskrzeszona.
Lokus:
Mamy tu jakby bezpośrednią kontynuację z niestety zamkniętej już serii New X-Men. Magik chce odzyskać swoją duszę, którą aktualnie posiada Pixie, i po generalnej naradzie ze swoimi kolegami-demonami postanawia zaatakować Instytut Xaviera. Ponadto Colossus się buntuje, a Nightcrawler dowiaduje się, że oszukiwanie nie popłaca. Tak w skrócie można opisać pierwszy numer tej historii, która moim zdaniem może się okazać kolejnym niepotrzebnym w ogóle x-wydarzeniem. Co prawda pan Cebulski dotychczas plamy w Marvelu nie zrobił, to jednak uważam, iż ta historia niewiele wniesie do świata 616. Cieszy za to fakt, iż prawdopodobnie dużą rolę odegrają tu młodzi mutanci i to nie pisani przez Guggiego.
W każdym razie za pierwszy numer 6/10 i zobaczymy, jak to się potoczy dalej.


X-Men: Manifest Destiny #4
Hotaru: Historia Icemana i Mystique, dla której w ogóle czytam to wydawnictwo, ciągnie się zdecydowanie zbyt długo i cały czas uderza w te same tony. "Kocha go - nie kocha, chce go zabić - chce go uratować, jest szalona - wie, co robi"... zaczęło mnie to nużyć. Dajcie mi zobaczyć, jak to się wreszcie skończy, żebym mógł raz na zawsze zamknąć ten rozdział.
hitano:
No i znowu ta mini-seria powinna zostać nagrodzona numerem tygodnia, a nie zostanie przez to, co wyprawia się w drugiej historii. Zacznijmy od tego, że w końcu wychodzą na jaw motywy Mystique i jak dla mnie są fajne, lecz fajniejsze są jej sposoby, aby zrobić to, co sobie założyła. Za to Drake szaleje, chłopak pokonał limity i daje czadu. Kolejna historia, jak wszystkie, które miały numer 2, wypada o wiele słabiej niż reszta i to obniża poziom całego numeru. Natomiast ostatnia historia jest najfajniejsza. Tym razem dostajemy obraz, jak z śmiercią Kitty radzi sobie Kurt i pojawiają się dla mnie interesujące sprawy. Czyżby Kurt czuł coś więcej do Pryde? Jeśli tak, to ciekawe, że umiał starać się pomóc też Piotrkowi, gdy sam czuł wielką stratę. No i bardzo fajne rysunki, szczególnie w pierwszej i ostatniej historii. 8/10

Wolverine Manifest Destiny #2
MikeyLou: 'Azjatyckich' przygód Rosomaka część 1001.! Jest jeden, dokładnie JEDEN powód, dla którego warto było przeczytać ten numer. "Did this guy just punch me... in the SOUL?" wywołało u mnie atak niekontrolowanego śmiechu. No dobra, dwa powody: Wolvie dostaje bęcki stulecia. Należy mu się, za stos durnowatych one-shotów.

X-Men: Noir #1
avalonpulse0069j.jpg
Hotaru: Nie wiedziałem, czego się po tym komiksie spodziewać. Dla mnie nie ma "noir" bez charakterystycznej muzyki podkreślającej klimat, dlatego podszedłem do tego numeru z rezerwą. Przeczytałem całość i chociaż nie wyzbyłem się obaw, to całość okazała się na tyle dobra, że rozważam przeczytanie kolejnego numeru.

Gil: Jeszcze jedna alternatywna rzeczywistość, owszem, jak najbardziej. Ale żeby zaraz noir? Powiedzmy sobie szczerze: umieszczenie historii przed wojną i dodanie wątków policyjno-detektywistycznych nie czyni noira. Gdyby komiks był czarno-biały i miał dodaną pozytywkę, z której sączyłby się leniwy jazz, można by mówić o zbliżonym klimacie, ale tak, to tylko kolejny elseworld. Jest kilka dobrych pomysłów i wykonanie jest przyzwoite, ale skok na gatunek okazał się za niski i poprzeczka została co najwyżej zahaczona od dołu. Mimo wszystko dam te 7/10, na zachętę i za wykonanie.

Lokus: Klimat znany jako Noir jest mi bardzo dobrze znany i uwielbiam go. Dlatego tym bardziej ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się o starcie Marvelowskich tytułów z Noir w nazwie. Na pierwszy ogień poszedł o to komiks opowiadający o X-Men i... nie zawiodłem się. Przeniesienie mutantów w pierwszą połowę XX wieku wyszło naprawdę fajnie. Co prawda to dopiero pierwszy numer, ale uważam, że następne będą równie dobre. Van Lente zaskoczył mnie kilkoma momentami i mam nadzieję, że to dopiero początek. Rysunki również niezłe i za całość na dobry początek dam 7/10 i już nie mogę się doczekać kolejnych numerów.
MikeyLou: Oj podoba się. Oj bardzo. Nie dość, że pomysł pierwsza klasa, nie dość, że dobrze napisany to jeszcze rysunki są zachwycające. Klimat Noir pasuje doskonale, aż się zdziwiłam jak to się wszystko ładnie składa. X-Meni Noir przenoszą swój status odrzutków na kolejny poziom, Xavier i Magneto wymyśleni fantastycznie i jeszcze do tego Jean Grey ginie jeszcze przed pierwszą stroną komiksu! Czegóż chcieć więcej? Monologów wewnętrznych! Noir to nie noir bez porządnej narracji prowadzonej przez zmęczonego życiem faceta z petem w ustach i cynicznym spojrzeniem.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hit tygodnia:


avalonpulse0069a.jpgMoon Knight Silent Knight #1

Autor:
Clayton Crain

Lex: Ho! Ho! Ho!
Sprytnie zaprojektowana okładka, na której zamiast Świętego Mikołaja widzimy Moon Knighta, a rolę reniferów przejęli złoczyńcy.






avalonpulse0069c.jpgX-Infernus #1

Autor: David Finch

Gamart: Magik is so hot! Nawet te racice nie psują szczególnie jej urody. Całość to jak zawsze niezwykle szczegółowy rysunek Fincha. Zresztą wybrałem tę okładkę, bo to jak na razie najlepiej przedstawiona postać kobieca chyba w tym roku. Chociaż Magik chyba nigdy nie była tak... "dorosła" ;)




avalonpulse0069b.jpgX-Men: Noir #1

Autor: Dennis Callero

Hotaru: Już kiedyś piałem z zachwytu nad podobną okładką Davida Aja do Daredevila. Ten ascetyzm środków naprawdę do mnie przemawia, dzięki niemu przekaz od razu bije po oczach, nie jest zakamuflowany setkami detali. I chociaż przewaga bieli w kompozycji wydaje się przeczyć idei "noir", to tak się nie stało. Jak na razie, okładka jest najsilniejszą stroną tego komiksu.







Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.12.04


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.