Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #60 - Uncanny X-Men Omnibus vol. 1 HC

Uncanny X-Men Omnibus vol. 1 HC
Scenariusz: Chris Claremont, Len Wein
Rysunki: John Byrne, Dave Cockrum, Bob Brown, Tony Dezuniga, George Perez, Terry Austin
Okładka: Gil Kane
Liczba stron: 848
Format: Powiększony
Cena: 99.99$
Zawiera: Uncanny X-Men #94-131, Uncanny X-Men Annual #3, Giant-Size X-Men #1

X-MenOmnibusVol1.jpgnietendon: Na początku chciałbym się zwierzyć, że nie jestem na bieżąco ze światem Marvela. Szczerze mówiąc, jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak można ogarniać tyle serii jednocześnie, raz w tygodniu czytając kolejne części kilkunastu (dajmy na to) historii. Nie czytam komiksów w taki sposób. Potrzebuję mieć kompletną opowieść w ręce, zanim zacznę ją poznawać. Nie wyobrażam sobie czekania przez miesiąc na dokończenie wątków. Tak samo mam z serialami. Nie jestem w stanie już oglądać ich w telewizji. Wolę poświęcić jeden wolny weekend i wygodnie rozłożony w fotelu łyknąć od razu cały sezon. Taka forma konsumpcji odcinkowych form popkultury wydaje mi się atrakcyjniejsza i wygodniejsza. Nic nie wybija mnie wtedy z klimatu, dokładnie pamiętam wątki sprzed pięciu epizodów.

Idealnym rozwiązaniem dla fanów komiksów myślących podobnie jak ja są Omnibusy. Każdy taki opasły tom zawiera w sobie ponad dwadzieścia zeszytów danej serii. Wszystko jest oprawione w niezniszczalną okładkę i owinięte piękną obwolutą. Do tego dochodzą tony dodatków specjalnych, w stylu różnych galerii, wywiadów z twórcami, scen usuniętych. W efekcie dostajemy do ręki ponad siedmiuset stronicową cegłę, którą można zabijać ludzi. Cegłę, która zapewni nam rozrywkę na kilka długich wieczorów. W swojej kolekcji posiadam kilka Omnibusów i z pewnością nabędę kolejne, bo jest w czym wybierać. Oferta Marvela na tym polu jest na tyle bogata, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Dziś skupiamy się na Uncanny X-Men Omnibus, z numerkiem 1. Jak na razie, kontynuacja nie została jeszcze wydana. Komiksy zawarte w tomie obejmują okres mniej więcej czterech lat (1975-1979), kiedy to za sterami serii siedzieli legendarni już dziś twórcy, Chris Claremont, Dave Cockrum i John Byrne. Przyjrzyjmy się bliżej przygodom X-Men, jakie przygotowali dla nas ci autorzy.

Na dobry początek mamy Giant-Size X-Men, komiks przełomowy w uniwersum mutantów. To właśnie tu zadebiutowali Colossus, Storm, Nightcrawler i Thunderbird. Również w tutaj wraz z Bansheem, Wolverinem i Sunfirem uformowali kompletnie nowy skład grupy. Ich pierwszym zadaniem jest pomoc Cyclopsowi, w odnalezieniu zaginionych na wyspie Krakoa towarzyszy. Zabawnie z perspektywy czasu ogląda się interakcje pomiędzy bohaterami. Niektórzy z nich, jak Piotr i Ororo, od razu znajdują wspólny język. Inni (John, Shiro) sprawiają wrażenie mocno aspołecznych. Ci drudzy nie zabawią w drużynie zbyt długo... Za ten otwierający rozdział odpowiadają Len Wein i Dave Cockrum. Przywrócili oni Marvelowi mutantów i zrobili to odważnie, w mistrzowskim stylu. Jest to zdecydowanie jeden z najważniejszych komiksów w dziejach X-Men.

Uncanny X-Menn #94-97, to pierwsze tygodnie młodych mutantów jako X-Men. Scenariuszem zaczyna zajmować się Claremont. Najpierw współpracując z Weinem, a od #95 już samodzielnie. Od razu porządkuje i krystalizuje status grupy, odsyłając na bok Havoca, Lornę, Marvel Girl, Icemana, Angela i Sunfire'a. Pozostawia sobie do dyspozycji jedynie siódemkę, która sprawdziła się na łamach wydania specjalnego. Według mnie strzał w dziesiątkę, bo każda z tych postaci wyraźnie posiadała w sobie ogromny, niewykorzystany potencjał. Ta oto grupa młodzików zmuszona jest stawić czoła dawnemu wrogowi X-Men, hrabiemu Nefarii, oraz jego grupie Ani-Men. Oprócz nich, w kolejnych odcinkach pojawiają się inni drugoligowi złoczyńcy, jednak walki pomiędzy nimi a mutantami są dosyć naiwne i zdecydowanie to nie one są głównym atutem tych zeszytów. Choć akurat pościg Thunderbirda za samolotem przeciwnika będzie pamiętany przez czytelników długo. Głównie ze względu na śmiertelny finał dla obu mężczyzn. Strata człowieka drastycznie odbija się na psychice Cyclopsa. Chyba mniej więcej od tej pory stał się on beksą teatralnie rozpamiętującą swoje niepowodzenia... Komiksy te, to również pierwsze pojawienie się Moiry MacTaggert, która momentalnie wpada w oko Bansheemu.

Numery 98-104 rzucają młodocianych mutantów na głęboką wodę. Chociaż drużyna jeszcze się nie do końca zgrała, zmuszona jest zmierzyć się z kilkoma klasycznymi adwersarzami X-Men. Na dzień dobry zostają zaatakowani przez roboty Sentinels, działające na usługach doktora Langa. Finał tej bitwy rozegra się w kosmosie, co również jest sporym przeżyciem dla bohaterów-nowicjuszy. Zdecydowanie na pierwszy plan w tym rozdziale wysuwa się Jean Grey, która, choć nie należy do zespołu, zmuszona jest walczyć o życie w jego szeregach. Dziewczyna zalicza również pierwszą przemianę w Phoenix (choć akurat to wydarzenie zostanie później zretconowane). Pisząc sceny walk, Claremont starał się w pomysłowy sposób korzystać z mocy bohaterów. Kilka pomysłów było niezłych, jak to, żeby mutanci obdarzeni mocami magnetycznymi nauczyli się lewitować (chyba nie robili tego wcześniej). Autor zdecydowanie jednak przesadził, tworząc scenę, w której Charles Xavier, korzystając z telepatycznego ataku, niszczy Sentinela. Skoro jesteśmy przy scenarzyście, coraz wyraźniej dają się zauważyć pewne jego nawyki. Chodzi mi o to, że często korzysta on ze schematu "dobrzy X-Men vs. źli X-Men", co rusz podsyłając jakichś sobowtórów lub stawiając naprzeciw bohaterów ich przyjaciół, kontrolowanych telepatycznie przez jakiegoś łotra... Drugim doskonale znanym złoczyńcą, z którym przyjdzie się zmierzyć młodym mutantom, jest Juggernaut. Tym razem towarzyszy mu Tom Cassidy, kuzyn Bansheego. Walka pomiędzy nimi odbywa się w posiadłości, którą odziedziczył Sean. X-Men są w tej bitwie osłabieni o swojego dowódcę, który wolał zostać z ukochaną w szpitalu, niż pomóc im w walce. Ta kontrowersyjna decyzja jest nawet powodem awantury pomiędzy Cyclopsem, a profesorem. Trzecim arcyłotrem jest nikt inny, jak Magneto, który występuje tu w nietypowej dla siebie roli pionka Erica the Red. Smaczkiem, który można wyłapać w tej bitwie, jest brak wiary Scotta w swój nowy zespół. Nie daje on im jakichkolwiek szans na wygraną, stawiając ich o klasę niżej niż oryginalnych X-Men. Mistrz magnetyzmu w pewnym momencie jednak stwierdza, że to nowa formacja posiada wyższą wartość bojową. Na kartach wyżej wymienionych zeszytów poznajemy również kilka sekretów naszych bohaterów. Nightcrawler odkrywa u siebie nową moc. Dowiadujemy się jakie traumatyczne przeżycia są przyczyną klaustrofobii Storm.  Trzydzieści lat temu szokującą mogła również być nowina, że pazury Wolverine'a nie są częścią kostiumu, a wychodzą z jego dłoni.

Kolejne zeszyty wysyłają naszych bohaterów daleko poza układ słoneczny. Poznają oni imperialną straż Shi'Ar i dostają okazję, aby powalczyć z nimi u boku Starjammers. To chyba jak dotąd najważniejsza bitwa w dziejach X-Men, ponieważ stawką w niej jest przetrwanie wszechświata. Dają się zauważyć kolejne kroki scenarzysty, w celu rozwinięcia możliwości mutantów. Przykładowo - Nightcrawler wykonuje swoją pierwszą w życiu teleportację z pasażerem, a Phoenix naprawia popsuty kryształ M'Kraan. Moce Jean ewoluują z numeru na numer i można uśmiechnąć się, przypominając sobie jej walkę z Firelordem sprzed kilkudziesięciu stron, w której dziewczyna z euforią zauważa, że potrafi latać. Lewitacja jest bowiem niczym w porównaniu z tym, co dla panny Grey przygotował Claremont. Zeszyt 107 jest ostatnim narysowanym przez Dave'a Cockruma. W następnej części jego zaczarowany ołówek przejmuje inny człowiek-legenda, John Byrne. To jemu przypada w udziale dokończenie kosmicznej sagi, zamykającej wiele wątków.

W #117 poznajemy złoczyńcę, który poważnie namiesza w życiach mutantów - Shadow Kinga. W tej retrospektywnej opowieści, przedstawionej z punktu widzenia Charlesa Xaviera, występuje również młodziutka Ororo zarabiająca na ulicach Kairu jako kieszonkowiec. Fakt ten rzuca nowe światło na spotkanie dziewczyny z profesorem w "Giant-Size X-Men", bowiem okazuje się, że nie było ono ich pierwszym spotkaniem. Gdy założyciel grupy oddaje się wspomnieniom, jego podopieczni zaliczają kolejny maraton starć z super-złoczyńcami. Zaczynają od Mesmero, któremu udaje się ich zniewolić i uwięzić w swoim dziwacznym cyrku jako główne atrakcje (ech, lata siedemdziesiąte:). X-Men wydostają się dzięki pomocy Beasta, ktory zalicza w historii występ gościnny. Udowadnia, że X-Manem zostaje się na całe życie. Z drugiej jednak strony to samo o sobie mówią Avengers, czy nawet Titans. Zaraz potem mutanci wpadają w zasadzkę żądnego zemsty Magneto, działającego już na własny rachunek. Jest to kolejne nieco naiwne starcie (vide - robot niania pilnujący uwięzionych bohaterów), jego finał napędza jednak wydarzenia najbliższych numerów. X-Men zostają oddzieleni od Phoenix i Beasta, po czym uznani za zmarłych trafiają do Savage Land, a potem do Japonii. Oczywiste są więc kolejne gościnne występy kolejno Ka-Zara i Sunfire'a. W Kraju Kwitnącej Wiśni ponadto Wolverine poznaje Mariko, swoją przyszłą żonę. Znajomość ta bardzo pozytywnie odbija się na zachowaniu Rosomaka. Chwilowo przestaje być narwanym psychopatą i chętnie spędza z dziewczyną wolne chwile w ogrodzie. Dzięki Mosesowi Magnum, momentów tych nie ma jednak zbyt wiele. Widać, że Claremont subtelnie skupia się na postaci Logana, próbując rozwinąć jakoś tę pozornie płytką postać. Uda mu się to dopiero w miniserii "Wolverine", jednak pierwsze próby miały miejsce tutaj. Są to pozornie nieistotne sceny typu: Logan czyta japońską gazetę. Czemu nie powiedział wcześniej, że zna ten język? Nikt go o to nie pytał. Wniosek - Kanadyjczyk może mieć jeszcze więcej takich talentów. Inna scena - Rosomak udaje się do lasu na polowanie. Gdy oburzona Storm głośno krytykuje zabijanie zwierząt dla sportu, Wolvie informuje ją, że nie ma zamiaru nikogo zabijać. Chodzi mu jedynie o zakradnięcie się do zwierzęcia i dotknięcie go. Kolejna cecha, dzięki której łatwiej będzie czytelnikowi polubić Logana. Do tego dochodzą jeszcze spotkania Weapon X z drużyną, do której należał przed przystąpieniem do X-Men, Alpha Flight. Mimo dwu prób nie udaje się kanadyjskim bohaterom nakłonić byłego kolegi do powrotu. O wiele gorzej według mnie wypada wątek rozstrzelonej po wszechświecie rodziny Summersów. Gdy Phoenix dowiaduje się, że Corsair jest ojcem Cyclopsa, Starjammer wymusza na dziewczynie utrzymanie tej wiedzy w sekrecie przed Scottem. Jean zgadza się dochować tej absurdalnej tajemnicy. Kilkadziesiąt stron dalej, lider X-Men, goląc się nad jeziorem w Savage Land, postanawia sprawdzić, jak wyglądałby z wąsami. Ku jego zdziwieniu, w odbiciu widzi twarz podobną do facjaty Gwiezdnego Pirata. Dziwny moment na zapuszczanie zarostu, zważywszy, że ukochana Cyke'a zginęła kilka dni temu (a przynajmniej on tak uważa). Widać są różne metody na radzenie sobie z żałobą. Nie wiem, czy skuteczniejsze jest hodowanie wąsów, czy seks z Emmą Frost (pamiętna scena z "Astonishing X-Men" Whedona). Obstawiam, że to drugie. Anyway... perypetie rodziny Summersów interesowały mnie, kiedy miałem dziesięć/piętnaście lat. Wydaje mi się, że uproszczenia i celowe tworzenie sobie problemów przez bohaterów będą śmieszyć starszego czytelnika. Tym bardziej, gdy za kilka lat dojdą do tego jeszcze podróże w czasie.

Uncanny X-Men #122-124, to gierki Arcade'a, który więzi mutantów w Murderworldzie. X-Men zmuszeni są stawić czoła nie tylko śmiertelnie niebezpiecznym robotom, ale również poddanemu praniu mózgu Colossusowi, znanemu teraz jako Proletarian. Jego kostium złożony z czerwonych ogrodniczek z sierpem i młotem otaz beretu na stałe zapisuje się w pamięci czytelnika. Jak zwykle, bardziej niż same walki, zainteresował mnie drugi plan. Warto na pewno wspomnieć, że Wolverine zalicza kolejne spotkanie z Mariko. Phoenix zaś przypadkowo wpada na Jasona Wyngarde'a, który za jakiś czas uczyni z niej Black Queen w klubie Hellfire. W rolach epizodycznych mamy Spider-Mana, Power Mana i Misty Knight, byłą współlokatorkę Jean.

Numery 125-131 przynoszą dwie klasyczne opowieści, które z pewnością można zaliczyć do mocniejszych momentów omawianego Omnibusa. Pierwsza z nich to "Proteus Saga", historia szalonego syna Moiry, który posiada moc przejmowania ciał innych ludzi. Walka z nim należy chyba do większych wyzwań, z jakimi musieli zmierzyć się nowi X-Men. Jest to również bardzo ważny moment w życiu MacTaggert. Gdy sytuacja się uspokaja, Sean postanawia odejść z grupy, aby zostać z nią na wyspie Muir. Z innych ważnych wydarzeń, w #126 postać Wolverine'a zostaje lekko przedefiniowana i okazuje się, iż metal znajduje się nie tylko w jego pazurach, ale w całym ciele. Finał księgi, to pierwsza konfrontacja X-Men z Hellfire Clubem dowodzonym przez Sebastiana Shawa i Emmę Frost. To właśnie tutaj wyżej wymienieni złoczyńcy pojawili się po raz pierwszy. Debiutują również dwie dziewczyny z jasnej strony mocy, Kitty Pryde i Dazzler. Opowieść ta, choć nie jest zła, jest tylko wstępem do wydarzeń z kolejnych zeszytów, których niestety nie znajdziemy w recenzowanym tomie.

Czytania jest jednak co niemiara. Gorąco polecam zapoznanie się z pierwszymi przygodami młodych mutantów, którzy dziś są już niemal klasycznymi modelami superbohaterów i mogą pełnić role mentorów dla młodszych kolegów. Długaśny run Claremonta wypchany jest wręcz świetnymi pomysłami i niesamowitymi przygodami. Pisząc ten tekst, przeczytałem większość z tych komiksów jeszcze raz i zapewne za kilka lat znów z sentymentu po nie sięgnę. Jedyną wadą wydania, jaka przychodzi mi do głowy, jest dosyć wysoka cena, która może odstraszyć przeciętnego polskiego czytelnika. Warto jednak zainwestować. Ewentualnie zaopatrzyć się w ubogi substytut, jakim będą dwa pierwsze tomy "Essential Uncanny X-Men". Materiał w nich zawarty, w większości pokrywa się z tym z Omnibusa. Jesteśmy jednak pozbawieni zremasterowanych kolorów i dodatków, o których więcej napisze kolega redevil.

redevil: Nie przesadzę, jeśli powiem, że omawiany dziś komiks jest jednym z najcenniejszych i najlepszych w mojej kolekcji. Uncanny X-Men Omnibus nie dość, że kosztuje prawie 100 dolarów, to wyglądem i wagą przypomina bardziej broń obronną niż komiks. Jednocześnie to wspaniały bilet do szczenięcych wspomnień, kiedy to kupowało się produkcje z logiem TM-Semic. Od pierwszej strony wita nas znana, z dodatkowych historii w polskim X-Men, historia tworzenia drużyny. Ostatni numer Omnibusa to pierwszy numer z jakim się zetknąłem - czyli drugi polskiej serii. Komiks jest więc idealny dla kogoś, kto wychował się i zapałał miłością do X-Men osiemnaście lat temu. Dzięki ośmiuset stronom można w sposób szybki i w miarę bezbolesny (brak kolorków drukowanych metodą sitodruku i żółtych stron) uzupełnić wiedzę o historii X-Men.

Tom pełen jest świetnych dodatków - dwóch tekstów scenarzysty Chrisa Claremonta i dwóch Stana Lee. Nie zabrakło też projektów postaci, z których dowiadujemy się między innymi, że Nightcrawler miał być postacią z DC Universe, a także szkiców i okładek. I tu uwaga: do tomu dołączono, również w pomniejszonej wersji, zremasterowane kolorystycznie, okładki z Classic X-Men. Najlepszą jednak rzeczą, o jaką postarali się edytorzy, było zachowanie stron z listami z oryginalnych zeszytów. Uwierzcie, że ich lektura jest nie mniej fascynująca, niż czytanie samych komiksów. Można prześledzić, jak czytelnicy negatywnie reagowali na postać Wolverine'a, a po kilku numerach stał się on ulubionym X-Manem. Dowiemy się także, jaką burzę w mediach wywołał numer, w którym umieszczono kanadyjskiego ministra. A przede wszystkim możemy pobawić się, czytając, jak redaktorzy i twórcy bronili się, gdy czytelnicy oskarżali ich o pomyłkę - czasem poświęcano temu całe miejsce na listy. Naprawdę! Jedynym minusem jest brak odwagi edytorów, aby pozwolić nie tylko na zremasterowanie kolorów, ale o ich ponowne nałożenie. Oczami wyobraźni widzę jak rysunki Johna Byrne'a koloruje Richard Isanove.

Co do samych historii to po prostu stary, dobry Claremont. Znane z późniejszych numerów motywy, tu prezentowane po raz pierwszy - walka z Alpha Flight, wizyta w Savage Land, walka z Magneto, asteroida M, dłużące wewnętrzne wynurzenia głównych bohaterów, sztywne dialogi... no nie jest tak źle, jeśli weźmie się poprawkę na czas jaki upłynął. Historie jednak czyta się dość płynnie, tylko czasem zgrzytając zębami, gdy pojawiają się annuale, czy jedno numerowe wypełniacze. Dużym plusem jest, iż możemy spokojnie obserwować, jak Claremont pełny swobody edytorskiej planuje wątki i ciągnie je przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt numerów - choćby motyw, którego punkt kulminacyjny rozegrał się podczas Dark Phoenix Saga. Szkoda, że dziś autorzy nie mają tyle swobody w głównonurtowym komiksie.

Jeśli więc nie macie planów na zimowe wieczory, to polecam wysupłanie 300 złotych i zapraszam do lektury. Make Mine Marvel!

Te wspomnienia... Arku Wróblewski, wróć!

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.