Avalon » Publicystyka » Artykuł

O Ultimate Fantastic Four Mike'a Careya

Dwadzieścia pięć numerów (plus kilka innych tu i tam) trwało panowanie Mike’a Careya nad Ultimate Fantastic Four. Będąc wielkim fanem tego, co jego poprzednicy robili w tej serii, miałem nadzieję, że wciąż będzie mi się ona podobać. Czy scenarzysta podołał moim oczekiwaniom?
UFF: InhumanUltimate Fantastic Four jest powodem, dla którego prowadzę dział o Ultimate Marvelu na Avalonie. Tak, pozostałe serie zrobiły na mnie również pozytywne wrażenie, ale ta była największym zaskoczeniem. Jakoś tak się składa, że nigdy nie byłem fanem Fantastycznej Czwórki i do tej pory nie ciągnie mnie do jej oryginalnej wersji. Parę lat temu jednak zapoznałem się z tą grupą za pośrednictwem ich nowszych wcieleń: filmu, który mimo że nie jest zbyt pozytywnie oceniany, mnie się bardzo podoba, oraz właśnie Ultimate Fantastic Four. Po znakomitych numerach Briana Michaela Bendisa, Warrena Ellisa i Marka Millara, tytuł trafił w ręce Mike’a Careya. Miałem nadzieję, że będzie potrafił udanie zastąpić swoich wielkich poprzednikom i teraz już wiem, że to mu się udało.

Zanim Carey przejął Ultimate Fantastic Four na stałe, wcześniej napisał dwie dwuczęściowe historie z Reedem, Sue, Johnnym i Benem w rolach głównych. W obu bohaterowie mieli do czynienia z nową wersją Mad Thinkera, Rhoną Burchill, a pierwszy raz spotkali się z nią w numerach 19-20 swojej serii. Początek historii był bardzo dobry: Fantastyczna Czwórka i oddział żołnierzy wrócili do Budynku Baxtera i zostali zaatakowani przez nieznanego wroga, dowiedzieli się, że naukowcy, a wśród nich doktor Storm, zostali porwani, i zostali zmuszeni do gry z tajemniczym przeciwnikiem na własnym terenie, który pomimo jego znajomości nie dawał im żadnej przewagi, ponieważ został całkowicie opanowany przez Rhonę. Po dodaniu do tego wszystkiego rysunków Jae Lee wyszedł całkiem niezły niby-horror, który trzymał w napięciu, ale tylko przez pierwszy numer. Druga połowa historii była znacznie słabsza. Co prawda, Rhona wciąż była dosyć straszna i stanowiła świetnego przeciwnika dla Reeda, ponieważ nie miała jego skrupułów i była w stanie go pokonać na jego własnym polu, a Richards sobie zdawał z tego sprawę. Końcowa konfrontacja Fantastycznej Czwórki z Burchillami jednak wydawała mi się wielkim bałaganem i rysunki Lee akurat tu się do tego po części przyczyniły. Złoczyńcy mieli okazję do rewanżu w dwóch wydaniach specjalnych z udziałem Fantastycznej Czwórki i X-Men. Stronę mutantów reprezentowali głównie Wolverine, Shadowcat i Iceman, którzy oszukani przez Rhonę sądzili, że to mieszkańcy Budynku Baxtera włamali się do ich szkoły i ukradli Cerebro. Tak jak się można spodziewać, jest typowa historia, w której dwie grupy bohaterów spotykają się i najpierw walczą w wyniku nieporozumienia, po czym dogadują się i mierzą ze wspólnym wrogiem. Carey już w poprzedniej próbie pokazał, że potrafi prowadzić Fantastyczną Czwórkę nie gorzej niż swoi poprzednicy, a i z X-Men sobie poradził, pamiętając o tym, co się wówczas działo w ich serii (zerwanie Kitty i Bobby’ego). Dialogi i postacie właśnie były najlepszymi stronami tej historii, bo z samej dosyć prostej fabuły arcydzieła zrobić się po prostu nie dało. Bohaterowie naturalnie znów zwyciężyli, ale tym razem Reed, ojciec sukcesu, dokonał tego, przechytrzając przeciwniczkę, a nie dzięki szczęściu. Spotkanie X-Men i Fantastycznej Czwórki było również pierwszą współpracą Careya i rysownika Pasquala Ferry’ego, który później zilustrował jedenaście numerów Ultimate Fantastic Four.

Po zostaniu regularnym scenarzystą serii, pierwszym numerem Mike’a Careya był Ultimate Fantastic Four Annual #2. Opowiadał on o członkach programu Think Tank, którzy po powstaniu Fantastycznej Czwórki i zmienieniu Budynku Baxtera w ich dom zostali przeniesieni do placówki w Oregonie. W tym komiksie powraca również Arthur Molekevic (tu dziwnie nazywany przez samego siebie Erwinem), były nauczyciel i pierwszy przeciwnik Reeda i jego przyjaciół, który porywa swoich dawnych studentów i próbuje przekonać ich, aby razem z nim stali się założycielami nowej cywilizacji. Sama fabuła nie jest niczym wielkim, ale nie to w tym komiksie najbardziej zwraca uwagę. Carey pierwszy raz na łamach Ultimate Fantastic Four zademonstrował swoją umiejętność nadawania osobowości nowym grupom postaci, zapoznając czytelnika z czwórką młodych geniuszy z Think Tanku, którzy na ten numer przejmują pierwszy plan od głównych bohaterów serii. Wcześniej kilkakrotnie mówiło się o Dziwnej Josie i Phineasie Masonie, ale dopiero tu można było UXM/FFich pierwszy raz zobaczyć. Grupa stanowi interesujący zbiór i uważam, że z powodzeniem mogliby pojawić się we własnej mini-serii pisanej przed odpowiednią osobę, na przykład właśnie Mike’a Careya, zwłaszcza biorąc pod uwagę zakończenie historii i nową sytuację, w jakiej znaleźli się Josie i jej przyjaciele. Za stratę stron nie uważam również przedstawienia życiorysu Molekevica, który został przedstawiony z odpowiednią dawką humoru. Do tych sekwencji pasowały też groteskowe rysunki Frazera Irvinga, którego na szczęście w większości pozostałej części numeru wyręczył Stuart Immonen.

Dwa tygodnie po Annualu na łamach miesięcznika Ultimate Fantastic Four rozpoczęła się historia "God War". Na początku miałem obawy, czy Careyowi rzeczywiście uda się zastąpić swoich poprzedników i utrzymać poziom jednej z moich ulubionych serii. Teraz, za każdym razem, kiedy czytam jego pierwszą dłuższą historię z tego tytułu, coraz bardziej mi się podoba. Trzeba jednak przyznać, że podejść do niej trzeba przynajmniej dwukrotnie, ponieważ przy pierwszej próbie, zwłaszcza na początku "God War", czytelnikowi towarzyszy uczucie z cyklu "co tu się dzieje?". Carey szybko przedstawia nowe postacie i koncepty, jak Seed 19, Halcyon i Acheron. Kosmiczni wojownicy, podobnie jak młodzi geniusze z Think Tank, dostają odpowiednią ilość czasu panelowego, aby czytelnik mógł ich dostatecznie dobrze poznać. No, może nie wszyscy z nich, ale większość. Najwięcej mamy do czynienia z Dreamcatcher, która świetnie się sprawdza jako towarzyszka przygód Fantastycznej Czwórki, denerwując ich swoim odmiennych podejściem do wojny, w którą ludzie zostali przypadkowo wplątani. Młodzi bohaterowie wcześniej niejedno już przeżyli, ale jeszcze nie mieli do czynienia z konfliktem na skalę galaktyczną. Carey świetnie przedstawia ich reakcję na otaczające ich śmierć i nieszczęście, którego są świadkami po rozbiciu się na planecie podległej acherońskiemu imperium. Pokazuje również, jak każde z nich przekonuje się, że nie może zostawić sytuacji taką, jaka jest, i chociaż chce wrócić do domu, czuje się w obowiązku najpierw w jakiś sposób pomóc zniewolonym istotom. To prowadzi do kolejnych (bo kilka było już wcześniej) efektownych walk z oddziałami Acheronu. Jeżeli już jestem przy złym imperium, to nowe wersje starych postaci są zrobione całkiem poprawnie, a najlepszy jest cesarz, Thanos, który w "God War" nie pojawia się na długo, ale to wystarczy, żeby pokazać, jak przerażający jest ten złoczyńca, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę jego zdolność opanowywania i zużywania ciał innych istot. Tak jak w przypadku oryginalnego Thanosa, ta jego wersja również ma wyjątkową relację ze Śmiercią. Wydaje mi się, że gdzieś czytałem, że Carey w inspiracji przy tworzeniu nowych postaci, naturalnie poza bohaterami Marvela, sięgał również po mieszkańców New Genesis i Apokolis, których Jack Kirby stworzył w latach siedemdziesiątych dla Detective Comics, i jeżeli tak rzeczywiście było, to członkowie Seed 19 wzorowani są na Forever People. "God War", chociaż zakończona zwycięstwem Fantastycznej Czwórki nad Ronanem podczas sądu nad Ziemią, wcale nie zakończyła zagrożenia ze strony Thanosa, którego wątek przewijał się tle przez kolejne numery, kiedy Reed starał się stworzyć Kosmiczny Sześcian, wierząc, że ta broń powstrzyma ewentualny atak imperatora, co z kolei stawało się czasami źródłem kolejnych problemów i przygód bohaterów.

UFF: God WarHistoria "Devils", które zajęła kolejne trzy numery, niestety nie utrzymała poziomu swojej poprzedniczki. Nie znaczy to, że była zła. Fabuła zmuszająca Fantastyczną Czwórkę do podróży w czasie i ratowania swoich bliskich była znośna. Nie wiem, jaki jest Diablo w swojej oryginalnej wersji, ponieważ nigdy nie czytałem nic z jego udziałem, ale ten tutaj to całkiem udany złoczyńca , który wie, czego chce, i potrafi obmyślić dobry plan, aby zrealizować swoje pragnienia. Do tego dochodzi debiut Rachel Grimm, matki Bena, a jej sceny z synem, którego spotyka pierwszy raz od jego przemiany, są najlepsze w całej historii. Podobał mi się również powrót Enid Richards, młodszej siostry Reeda, a zwłaszcza obdarowanie jej mocą, chociaż w kolejnych numerach ten wątek nie był dalej kontynuowany. Te poszczególne składniki jednak nie sprawiły, że cała historia wybija się ponad przeciętność, ponieważ po pierwszej obiecującej części kolejne dwie wypadają słabiej, a bieganina po piętnastowiecznym Mediolanie nie daje wiele wartościowego czytelnikowi. Spodobało mi się natomiast zakończenie historii, a konkretnie sposób, w jaki bohaterowie powrócili do swoich czasów. Może to tylko ja, ale prosty pomysł z przeniesieniem się o godzinę w przeszłość, aby skorzystać z wrót czasu, które wtedy jeszcze działały, jest genialny w swojej prostocie i nie wydaje mi się, żebym wcześniej coś takiego widział. Co do rysunków, naprawdę nie lubię prac Scotta Kolinsa, ale z kolei uwielbiam Marka Brooksa i żałuję, że nie mógł on narysować całości tak, jak to miał oryginalnie zrobić.

W obliczu zbliżającej się premiery drugiej części fabularnego filmu o przygodach Fantastycznej Czwórki, w którym dużą rolę miał odegrać Silver Surfer, postanowiono, że jego wcielenie pojawi się również w Ultimate Marvelu. Co prawda, bohaterowie tego uniwersum mieli już wcześniej do czynienia z Gah Lak Tusem i jego heroldami, przypominającymi Norrina Radda, ale przedstawienie "właściwego" Surfera nie było wielkim problemem (Reed Richards nawet w pewnym momencie mówi, że Gah Lak Tus musiał natknąć się na niego i na jego podobieństwo stworzyć swoje oddziały). Co więcej, Carey pokazał, że Ultimate Silver Surfer (a w zasadzie Searcher) niekoniecznie musi być posłańcem pożeracza światów, aby zachować pewne cechy swojej oryginalnej wersji. W zasadzie, jeżeli się nad tym zastanowić, to ta postać spełnia bardzo podobne zadanie – też musi znaleźć odpowiedni świat, tyle że nie po to, aby jego pan, którym w tej rzeczywistości jest Ultimate Psycho-Man, go pożarł, ale aby wykorzystał jego mieszkańców i przywrócił do życia swoją planetę, Zenn-La. Z kolei wyraźny kontrast Silver Surfera i Searchera stanowi to, że ten pierwszy przyjął rolę herolda, aby ratować swój świat, natomiast drugi został do niej zmuszony po tym, jak go zniszczył. Cała historia zaczyna się bardzo dobrze: kiedy pozostali odpoczywają po poprzedniej przygodzie, a porwani przez Diablo krewni bohaterów są przetrzymywani w Budynku Baxtera na obserwacji, Reed kontynuuje pracę nad Kosmicznym Sześcianem. Enid Richards i Rachel Grimm okazują się być wartościowymi uzupełnieniami drugoplanowej obsady serii (chociaż ta druga po tym numerze praktycznie się już nie pojawia, a szkoda), a Reed znów musi stawić czoła swojemu ojcu, który nigdy go nie rozumiał i nie akceptował. Potem młody Richards sprowadza na głowę bohaterów problem w postaci wielkiego srebrnego człowieka. Fantastyczna Czwórka i oddział S.H.I.E.L.D. próbują go powstrzymać, przez co dochodzi do efektownej walki z kosmitą. Innymi mocnymi punktami jest początek konfliktu między Reedem a Sue oraz obecność Carol Danvers, która kilka razy werbalnie nokautuje Richardsa. Potem Silver Searcher sprowadza na Ziemię Psycho-Mana, który porywa jej mieszkańców… i dalej jest strasznie nudno. Podobnie jak w przypadku "Devils", "Silver Surfer" rozczarowuje w swojej drugiej połowie, zwłaszcza że rozpoczęcie było jeszcze lepsze. W ostatnich numerach niewiele jest dobrych momentów poza opowieścią o przeszłości Searchera i może momentem, w którym Fantastyczna Czwórka pomogła udźwignąć Reedowi ciężar władania Zenn-La, którym obarczył go Psycho-Man.

UFF: Devils Jak poprzednio, po kosmicznej historii przyszła pora na bardziej przyziemną. "Ghosts" zaczyna się w momencie, w którym reszta Fantastycznej Czwórki ma dosyć tego, że Reed poświęca cały swój czas i energię na pracę nad Kosmicznym Sześcianem i zaczyna sprawiać wrażenie szaleńca. Nie chce słuchać nawet Sue, która ostatecznie postanawia polecieć na sympozjum naukowe do Rosji, zwłaszcza kiedy jej chłopak stwierdza, że w ten sposób przynajmniej się od niej uwolni na jakiś czas. W końcu okazuje się, że konferencja jest pułapką zastawioną przez Ivana Kragoffa i reszta zespołu musi uwolnić przyjaciółkę. Kolejna historia, kolejny świetny początek, ale tym razem reszta opowieści nie zawodzi. Może to dlatego, że główną bohaterką jest ulubiona przeze mnie Sue Storm, ale w tych trzech numerach jest o wiele więcej mocnych punktów. Chociażby Ivan Kragoff, złoczyńca wzbudzający sympatię, który próbuje przywrócić do życia swoją tragicznie zmarłą żonę, z którą razem pracował nad leczeniem ciężkich chorób i teraz nie potrafi tego bez niej kontynuować. Świetnie to podsumowuje jedna z wypowiedzi Ivana: "Chcę pomóc ludziom, ale tylko wtedy, jeżeli wśród nich jest Julia." Jedyny problem, jaki mam z tą postacią, to pierwsza scena historii, w której Kragoff przeprowadza brutalne testy na niedźwiedziu, która nie do końca pasuje do jego dalszej charakterystyki. W regularnym świecie Marvela Ivan Kragoff jest znany jako Red Ghost i można było się spodziewać, że i tu się nim stanie (zwłaszcza biorąc pod uwagę tytuł historii), ale tak się nie dzieje i tym złoczyńcą zostaje Sorba Rutskaya, asystentka naukowca. Ultimate Red Ghost straszy swoim wyglądem i muszę przyznać, że został świetnie zrealizowany, ponieważ ta nowa wersja zawiera nawiązania do tej oryginalnej, zwłaszcza to, że i tu małpy stają się "nieodłącznym" elementem tego złoczyńcy. Podczas gdy Sue zmaga się z parą naukowców, jej przyjaciele spotykają trzeciego już w Ultimate Marvelu Crimson Dynamo. W odróżnieniu od wcześniejszych, Valentin Shatalov staje po stronie światła, a przy tym jest bardzo zabawną postacią. Zwłaszcza jego tekst o instrukcji obsługi w pod koniec historii rozśmiesza mnie za każdym razem. Nie można zapomnieć o zakończeniu, w którym Sue, mimo przeprosin i tłumaczeń ze strony Reeda, postanawia zakończyć ich długi związek, co daje interesujące możliwości w kolejnych numerach. Do tego dochodzi fakt, że Mark Brooks tym razem zilustrował całą opowieść i rezultatem jest jedna z moich ulubionych historii Ultimate Fantastic Four.

"Ghosts" płynnie przechodzi w "Four Cubed", które jest kulminacją wątków rozpoczętych w "God War". Prawdopodobnie miało być też ostatnią historią Mike’a Careya w Ultimate Fantastic Four, ale z powodu przesunięcia Ultimatum zdążył napisać jeszcze jedną, ale o niej później. Po przygodach na Syberii bohaterowie wracają do Nowego Jorku i zastają część miasta zamknięte w sześciennej barierze. Jak słusznie przypuszczają, okazuje się to być sprawka potężnej broni, nad którą pracował Reed. Potem pojawiają się Seed 19, kolejni Halcyoni, aż wreszcie Fantastyczna Czwórka trafia na Acheron, gdzie mierzy się z armią imperium i jego władcą, Thanosem. Jak się okazuje (no, może nie okazuje, bo to było dosyć oczywiste od jakiegoś czasu), stary i doświadczony władca wykorzystał młodego Richardsa do odzyskania jego broni, a co ten z nią potrafi zrobić, widzimy dosyć szybko. Również jego córka, Atrea, pokazuje dawne rękodzieła Thanosa, a konkretnie planetę z zamrożoną atmosferą. To wszystko jest konsekwentne z wizerunkiem tego złoczyńcy, jaki został nakreślony w "God War", a jego fiksację na punkcie odebrania całemu wszechświatowi woli i całkowitemu podporządkowaniu go sobie najlepiej obrazuje fakt, że Thanos postanawia zmienić ziemskie oceany w ciało stałe, ponieważ woda jako ciecz jest zbyt nieprzewidywalna. Wspomniałem Atreę, która jest trzecim dzieckiem imperatora (i która według Careya jest wzorowana na jakiejś postaci ze starych numerów Fantastic Four autorstwa Stana Lee i Jacka Kirby’ego, ale niestety nie mam pojęcia, o kogo chodzi), ale w przeciwieństwie do swoich braci, niespecjalnie dzieli zainteresowania swojego ojca. Poza tym, że jest osobą o wielkiej mocy, której chętnie używa do zaspokajania swoich potrzeb, nie zawsze mając na uwadze dobro innych (chociaż daje się ponieść bohaterstwu Reeda i Bena, by ostatecznie stanąć razem z nimi przeciw Thanosowi), Carey wkłada w jej usta najlepsze dialogi, przez co jej obecność jest wielkim plusem w tej historii. Na koniec bohaterowie naturalnie oczywiście wygrywają i chociaż może irytować to, że Richards znów to zrobił, to nie można scenarzyście odmówić pomysłowości w tym, jaki zabił Thanosa.UFF: Silver Surfer Jedną ze słabych stron jest bardzo mała rola, jaką odegrali członkowie Seed 19 w tych numerach, a szkoda, bo myślę, że można było dla nich znaleźć miejsce, chociażby kosztem występu Ultimates i innych kontrolowanych przez Thanosa bohaterów (jednym z których była przebywająca w śpiączce po wydarzeniach w Ultimate Spider-Manie Elektra, która pojawia się w pierwszej scenie z pozostałymi, ale potem już nie ma jej podczas ataku na Halcyon). Brawa również za samą końcówkę z pozbyciem się Kosmicznego Sześcianu. Kto by się tego spodziewał?

Zakończenie historii z Thanosem nie było ostatnim aktem Mike’a Careya w Ultimate Fantastic Four. Jak wcześniej wspomniałem, według pierwszych zapowiedzi już wtedy miało się rozpocząć Ultimatum, ale zostało ono przesunięte o kilka miesięcy. Jest więc możliwość, że tylko dlatego powstała historia, w której Fantastyczna Czwórka spotkała się z Siódemką z Salem. Tym razem nowi bohaterowie nie mieli możliwości dać się poznać czytelnikom, ale myślę, że to żadna strata, biorąc pod uwagę, kim byli naprawdę. Zresztą, w tych czterech numerach były inne atrakcje, na które było warto poświęcić czas panelowy. Po pierwsze, ponownie pojawili się członkowie Think Tank, którzy po ucieczce od S.H.I.E.L.D. zamieszkali w podziemnej krainie zwanej Lemurią i teraz poprosili o pomoc Sue Storm (ku osobistej uciesze Josie Hart) w badaniach nad pewnym jajem, z którego wykluło się coś dużego. Nie był to jedyny powrót, ponieważ ktoś inny również wyczuł problemy w związku najfajniejszej blondynki w Ultimate Marvelu i też postanowił spróbować sił w konkurowaniu o jej względy. Namor, bo o nim mowa, okazał się zaskakująco sympatyczną postacią pod kontrolą Careya, jednocześnie nie przestając być dumnym Atlantydą. Pozostaje mieć nadzieję, że Jeph Loeb będzie miał pomysł na tą postać podczas Ultimatum, w którym Namor ma się pojawić. No i zostaje jeszcze Agatha Harkness, której nowa wersja, a konkretnie jej wygląd zewnętrzny, stał się z pewnością popularny wśród niektórych fanów. Przynajmniej do czasu, kiedy okazała się być jednocześnie Siódemką z Salem oraz prastarym gadem. To może było małe rozczarowanie, bo profesor Harkness nieźle zamieszała w Budynku Baxtera i gdyby okazała się rzeczywiście być obserwatorką przysłaną przez S.H.I.E.L.D., mogłaby się okazać ciekawą bohaterką drugoplanową. Z drugiej strony, skoro Ultimate Fantastic Four ma zostać zakończone/przerwane na czas nieokreślony, to i tak nie byłoby z tego pożytku, a w ten sposób okazało się, jak Mike Carey sprawnie przygotował intrygę. Wszystkie wydarzenia miały sens: no bo dlaczego Harkness miałaby się interesować Johnnym Stormem (pomijając to, że z małolata niezłe ciacho jest) niż po to, aby pomóc się jej rozmnożyć (nie, nie w ten sposób, chodzi tu o jego moc wytwarzania potężnej ilości energii, której potrzebują Hydry podczas powielania się)? Bardzo podobało mi się, że wszystkie wątki z początku historii okazały się być ze sobą powiązane i nawet obecność w centrum wydarzeń Namora związana była z pradawnymi pasożytami. Carey zaserwował bardzo dobrą opowieść na sam koniec, w której znalazłem dwa zgrzyty, z czego jeden nawet nie jest jego winą. Sue zdecydowała jednak dać na sobie na jakiś czas spokój z Reedem i może i dobrze, ponieważ nawet krótka odmiana mogłaby się przydać serii (tzn. jeżeli zapomnieć na moment, że zaraz się ona kończy). Tyle, że ta przerwa trwała ledwie dwa numery, podczas których panna Storm nie traciła czasu, bo zdążyła się znaleźć w ramionach Namora. Co prawda bardzo podobają mi się ostatnie strony, na których Sue ratuje Reeda i oboje pogrążeni są w pocałunku, podczas gdy wokół nich płoną jaja Hydry, ale tak krótkie ich rozstanie trochę zawodzi. Druga kwestia, która dotyczy też "Four Cubed", to rysunki Tylera Kirkhama. Czasami mówi się o nim "taki gorszy Marc Silvestri" i trochę w tym prawdy. Dla mnie ten rysownik jest bardzo nierówny. Mężczyźni na ogół mu nie wychodzą, z kobietami jest różnie (świetna Harkness, niezbyt dobra Sue). Na jeden numer zastąpił go Eric Basaldua, który sprawił się trochę lepiej, ale to wciąż nie było to. W idealnym świecie historię z Thanosem narysowałby Pasqual Ferry, a tą z Siódemką z Salem Mark Brooks, ale niestety tak się nie stało.

UFF: GhostsPrzyglądając się temu, jak Mike Carey prowadził poszczególnych tytułowych bohaterów, wychodzi na to, że nie odstawał na tym polu od swoich poprzedników. W Ultimate Fantastic Four prawie zawsze Reed i Sue są tymi "najgłówniejszymi", a pozostała dwójka, zwłaszcza Johnny, znajduje się w ich cieniu. Richards w numerach Careya wciąż jest tym, który zdaje się przewodzić grupie i jest autorem rozwiązań problemów (a czasami również ich przyczyną). Stara się być jak najlepszym bohaterem i kiedy widzi, że inne istoty potrzebują pomocy, tak jak na przykład ci zniewoleni przez Thanosa, chce coś z tym zrobić. Jako naukowiec wciąż potrafi zatracić się w swojej pracy i przestać zwracać uwagę na Sue, o czym ona przypomina mu w razie potrzeby. Dziewczyna stanowi świetne uzupełnienie Reeda i zawsze podobało mi się to, że w Ultimate Marvelu, podobnie jak jej chłopak, jest geniuszem w pewnych dziedzinach nauki, przez co i ona ma możliwość użycia swojej wiedzy do pokonania przeciwnika, jak to było w przypadku Hydry. Wprowadzając problemy w związku Reeda i Sue, Carey jeszcze bardziej niż jego poprzednicy pokazał, że panna Storm nie jest po prostu dziewczyną Richardsa, ale świetną samodzielną postacią, która okazjonalnie jest zdolna do przejęcia dowództwa nad Fantastyczną Czwórką.

Ben Grimm zawsze był tym, który rozdawał na lewo i prawo mocne ciosy oraz uszczypliwe komentarze podsumowujące sytuację, i to się nie zmieniło. Podobnie jak do tej pory, była to jego metoda na radzenie sobie z sytuacją, w jakiej się znalazł po przemianie. Carey konsekwentnie charakteryzował Bena w ten sposób, ale nie zdołał zrobić wiele więcej. Udało mu się doprowadzić do spotkania Grimma ze swoją matką, przy której mógł być szczery i w odpowiedzi na pytanie, czy jest szczęśliwy, przyznał, że wcześniej uważał się za kogoś, kto może zdziałać wiele silą fizyczną, ale po spotkaniu kilku przeciwników dorównujących mu mocą, a nawet przewyższających go, zrozumiał, że nie jest wyjątkowy. Ben jednak nie dał się złamać i wciąż był tym samym bohaterem, który niesie pomoc potrzebującym, nie zważając na konsekwencje, na przykład stawiając czoło oddziałom Thanosa i przerywając egzekucję ludności cywilnej okupowanej przez nich planety, jednocześnie mając nadzieję, że Reedowi w końcu uda się go przywrócić do dawnej postaci.

Pozostaje Johnny Storm, który również prowadzony był przez Careya podobnie jak przez poprzedników, czyli praktycznie wcale. Wcześniej, nawet podczas czterech historii Marka Millara i Grega Landa, z których każda zdawała się koncentrować na jednym z Czwórki bardziej niż na pozostałych, w przypadku Johnny’ego okazało się, że i spojrzenie śmierci w oczy go nie zmieniło. W historiach Mike’a Careya młody Storm też nie zostaje bardziej rozwinięty, bo za progres postaci nie można uznać kilka kłótni z Reedem, które pokazują różnice w podejściu do działania grupy. Nawet związek Johnny’ego z Donną Lynch nie służy praktycznie niczemu, oprócz przekazania o chłopaku tego, co już wiemy. Paradoksalnie, najlepsze momenty Storm zawsze miał nie w Ultimate Fantastic Four, a na łamach Ultimate Spider-Mana Briana Michaela Bendisa. Tam również będzie się pojawiał podczas Ultimatum i jeżeli przeżyje tą historię, to być może w tej właśnie serii powinien pozostać, zwłaszcza że scenarzysta zapowiedział, że Spider-Man będzie miał stałą paczkę przyjaciół, w której jak do tej pory Johnny zawsze najlepiej funkcjonował.

Jeszcze dwie uwagi do Ultimate Fantastic Four Careya jako całości. Zawsze uważałem za minus to, że scenarzysta nie potrafił zatrzymać w serii postaci drugoplanowych, które umiejętnie wprowadził w poprzedniej historii. Mam tu głównie na myśli członków rodzin głównych bohaterów, jak matkę Bena, czy siostrę Reeda. Obie zostały pokazane z dobrej strony i stanowiłyby cenny dodatek do obsady. Zdaję sobie sprawę, że nie mogłyby być wieczne trzymane na obserwacji po przygodzie w piętnastowiecznym Mediolanie, ale może można było znaleźć jakiś sposób, aby nie zniknęły bez śladu i nie pozostawiły bez odpowiedzi pytań takich UFF: Salem's Sevenjak: Czy Enid wciąż ma nadludzkie zdolności? Jak wyglądałoby spotkanie Rachel Grimm z Alicią Masters? Co w ogóle dzieje się z Alicią Masters, która po prostu przestała się pojawiać w serii po "God War"? Ultimate Fantastic Four ma również inny problem, na który ktoś mi kiedyś zwrócił uwagę: po każdej historii wszystko zdaje się wracać do punktu wyjściowego. Rzeczywiście coś z tym jest, bo nawet kiedy Ben zmienił kolor na niebieski po konfrontacji z Diablo, w kolejnym numerze wyglądał już normalnie, a cała sytuacja została wytłumaczona tym, że "mu przeszło". Za czasów panowania Careya jedynie zerwanie Reeda i Sue trwało trochę dłużej niż jedną historię, ale i to stosunkowo szybko odwrócono, chociaż jak widać było w ostatnich annualach, nie wszystko między parą jest jeszcze w porządku.

Te kilka zgrzytów nie zmienia jednak mojego ogólnego odczucia, że Ultimate Fantastic Four Mike’a Careya to jeden z moich ulubionych komiksów ostatnich lat. Nie ustępuje poprzednim numerom, a to oznacza, że jest to jedna z tych serii, które w różnych rękach zachowują swój wysoki poziom i bardzo mi się podobają, a to nie zdarza się często. Nawet jeżeli Joe Pokaski zupełnie położy ostatnie trzy numery, nie obniży to mojego uwielbienia całości Ultimate Fantastic Four, w czym Mike Carey ma swój udział.

Ozz
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.