Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #56 - Terror, Inc. TPB

Terror, Inc. TPB

Data wydania: czerwiec 2008
Scenariusz: David Lapham
Rysunki: Patrick Zircher
Okładka: Jelena Kevic-Djurdjevic

Liczba stron: 120

Cena okładkowa: $16.99

Zawiera: Terror, Inc. #1-5


lt56.jpgHotaru: Lubię niespodzianki. Jak na zarozumiałego dwudziestokilkulatka przystało, pozjadałem wszystkie rozumy, wiem wszystko najlepiej i nikt mi kitu wciskać nie będzie. Moje budzące zrozumiały respekt życiowe doświadczenie często pozwala mi rzucać osądy na prawo i lewo, często bez zapoznania się z tematem, którego osąd dotyczy. Właśnie z tego powodu zdecydowałem się ocenić Terror, Inc. Pomyślałem, że skoro drugim recenzentem jest Gil, który streszczał to mini na Avalonie i który kilka razy subtelnie dał znać, że mu się podobało, dobrze wyjdzie, kiedy druga osoba będzie miała opinię przeciwną, tak, aby Czytelnik mógł poznać dwie strony recenzowanego wydawnictwa. "Gil będzie się ślinił, a ja zaraz potem celnie zmiażdżę tę pożałowania godną miniserię" - pomyślałem. I wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie jeden fakt: przeczytałem Terror, Inc. I spodobało mi się.

Nie jestem z tego dumny, ale czasami rzeczywiście zdarza mi się wyrobić sobie na jakiś temat opinię, nie zagłębiając się w detale. Zdarza się, że w bezkresnych obszarach mojej mózgoczaszki odkładają się przeczytane w necie różne opinie i chcąc, nie chcąc, kształtują też i mój osąd. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego z miejsca skreśliłem Terror, Inc. - przed lekturą nic o tym wydawnictwie nie wiedziałem. Przypomniała mi się sytuacja z "Casino Royale", ostatnim filmem o przygodach Agenta Jej Królewskiej Mości, kiedy poszedłem do kina pełen słusznego gniewu, że zastąpili Brosnana jakimś tam blondynem (wiem, skandal!), a wyszedłem piejąc z zachwytu nad tym, że właśnie tak powinno się robić dobre kino sensacyjne. To takie niespodzianki mi się podobają. I taką niespodziankę sprawił mi Terror, Inc.

A pierwsze stronice niemal utwierdziły mnie w mojej nieomylności. Dostajemy retrospekcję z zamierzchłych czasów i pomyślałem sobie, że to tylko kolejna, pusta miniseria, dla której scenariusz jest tylko pretekstem do pokazania ton flaków (bynajmniej nie wieprzowych, z majerankiem) i bezsensownych ciemnych mocy, których motywacja jest tak niewiarygodna, jak to tylko możliwe. Ironiczny uśmieszek zniknął z mojej twarzy w momencie, kiedy akcja skoczyła do teraźniejszości. Wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie.

Wcześniej nie bez powodu wspomniałem o "Casino Royale". Terror, Inc. przeczytałem jednym tchem, od deski do deski, siedząc jak na szpilkach i myśląc od czasu do czasu, że z tego byłby zarąbisty film sensacyjny. Nieczęsto zdarza mi się tak sądzić. Scenariusz Davida Lephama charakteryzują szybkie zwroty akcji (co z tego, że czasami przewidywalne), dziesiątki strzelanin, wybuchy, piękne kobiety, seksualne napięcie i charyzmatyczny główny bohater - czego chcieć więcej? Może Terror nie jest tak przystojny, jak Matt Damon odtwarzający Bourne'a, czy Daniel Craig w roli Jamesa Bonda, ale od czasów Deadgirl nie spotkałem fajniejszych zwłok.

Nie zrozumcie mnie jednak źle - chociaż Terror, Inc. jest równie dobry, jak "Ultimatum Bourne'a", nie jest adresowany do tej samej publiki. Ze względu na specyfikę klątwy ciążącej nad głównym bohaterem, trup ściele się tu gęsto, a wszelkie dekapitacje i ogólny brak poszanowania świętości ciała ludzkiego jest przedstawiony bardzo obrazowo, czasami z precyzją podręcznika do anatomii. Czytelnik powinien być na to przygotowany, bo co wrażliwsze duszyczki mogą nie zdzierżyć takiego ataku na ich zmysły.

I tym sposobem przejdę do rysunków, które są po prostu świetne. Patrick Zircher odwalił kawał genialnej roboty i jego pracom nie można niczego zarzucić. Artysta równie dobrze czuje się w obrazowaniu targających bohaterami uczuć, co i w pełnych dynamizmu scenach akcji. Jego wybuchy wyglądają, jakby zaraz miały rozerwać stronicę i strawić cały komiks wraz z palcami czytelnika. Niemała też w tym zasługa kolorów June Chung, idealnie współgrających zarówno z fabułą, jak i z kreską.

Terror, Inc. to świetna propozycja dla fanów mocnych wrażeń. Jeśli czytelnikowi nie przeszkadzają galony płynów ustrojowych zanieczyszczających różne powierzchnie, a za to lubuje się w świetnie poprowadzonej akcji ze szczyptą romansu, przyprawionej okultystycznym sosem - nie musi dłużej szukać. Wątpliwe, żeby znalazł coś lepszego.

Gil: Czytanie komiksów ma swoje dobre i złe strony. Czasami trzeba się użerać z partaczami, którzy zamieniają twoje ulubione postacie w papkę, ale zdarzają się też takie chwile, kiedy coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się oczywistą klapą, okazuje się absolutną rewelacją i dla takich chwil warto być molem komiksowym.

Widziałem pierwszą serię przygód Terrora i nie mogę określić jej inaczej, niż jako marginalną. Mieściła się gdzieś za solówkami rezerwowych członków Avengers i różnych sajdkików, a szczytem jej marginalności był crossover z zapomnianą przez czas serią Silver Sable. Przy takim traktowaniu, biedny Terror nie mógł liczyć na wiele i jeśli w ogóle ktoś o nim pamiętał, to traktował go jak śmiesznego, gnijącego cudaka. A potem przyszedł rok 2007 i przyniósł ze sobą Davida Laphama, Patricka Zirchera oraz ni mniej, ni więcej, tylko autentyczny cud. Terror, chociaż martwy, odżył.

Nie będę ukrywał, że sięgnąłem po pierwszy numer głównie ze względu na rysownika, którego dynamicznie rozwijający się styl przyciągał mnie od czasów serii Cable & Deadpool. Do fabuły podchodziłem jak pies do jeża, mając co najwyżej nadzieję, że okaże się zabawna. I owszem, okazała się zabawna, ale nie tylko. Nasz główny bohater został odświeżony pod każdym względem i zyskał coś, czego zawsze mu brakowało - solidne podstawy. Lapham zbudował historię Terrora od początku, zakorzeniając ją w głębokim średniowieczu i zamykając w okowach magii. Pomysł jest dość prosty, ale znakomicie dopasowany do postaci i jak się z czasem okazuje, niezwykle istotny dla całej historii. Ta zaś jest bardzo współczesna. I nie mam tu na myśli jedynie epoki, ale również podejście do tematu. Jest to bowiem opowieść dojrzała, jak sugeruje znaczek imprintu MAX - przeznaczona dla czytelnika dorosłego. Jasne, ktoś może powiedzieć, że to ze względu na latające flaki i ścielące się gęsto truchło, ale to przecież można znaleźć w horrorach klasy D, przeznaczonych dla nastolatków. Moim zdaniem, dorosłość tej serii tkwi w sposobie prowadzenia postaci. Terror nie jest już zielonym cudakiem, ale postacią z silną osobowością i temperamentem. Jeśli zestawić go z towarzyszącą mu panią Primo - uosobieniem chłodnego sex appealu - otrzymujemy skomplikowaną relację, pełną napięć i pociągów, która przebija się przez będącą na pierwszym planie rozwałkę i okazuje się kluczem do rozwiązania. Podobnie można też określić relację z Talitą, która jest w pewnym sensie motorem akcji i przeciwwagą dla tego, co jest zdrowe w przydługim żywocie naszego zgniłka. Ale hej - jeśli ktoś nie lubi zagłębiać się w relacje, zawsze może cieszyć się krwawymi jatkami, hektolitrami krwi i niebotycznym bodycountem oraz oryginalnym dowcipem pana Terrora.

Już o tym napomknąłem, ale muszę rozwinąć myśl: absolutnym atutem miniserii są rysunki Patricka Zirchera. Tutaj przeskakuje wszystko, czego wcześniej dokonał, wspinając się na wyżyny realizmu i klimatu. W zadziwiający sposób łączy ze sobą szorstkość horroru w stylu gore z elementami subtelnymi i pięknymi. Po jednej stronie mamy Terrora, który nigdy nie wyglądał bardziej zgnile w ten rewelacyjny sposób, a po przeciwnej chłodne piękno pani Primo i brutalną urodę Tality. Balans jest wprost idealny. No i potrafi też rozbawić, tworząc na przykład groteskowego żabo-koto-człeka.

Z całą pewnością nie poleciłbym lektury młodym czytelnikom - umówmy się, że tym, którzy nie ukończyli 15. roku życia. Dla nich będzie to tylko krwawa jatka, którą może się zachwycą, może przyśni się w nocy, ale nic z tego nie wyczytają. Komiks naprawdę zasługuje na szyld MAXa i wydobywa z niego to, co najlepsze, więc powinien trafić do rąk czytelnika, który to doceni. Takie przynajmniej jest moje zdanie - jeśli ktoś zobaczy w tym tylko krwawe czytadło, to już jego sprawa. Zaletą wydania albumowego jest z pewnością dostęp do całej historii na raz - wciąga mocno, więc to duży plus. Dodatków wiele nie ma, bo tylko jedna strona ze szkicami, ale przecież nie kupuje się trejdów dla dodatków, prawda? Kupujcie więc, bo warto!


LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.