Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #61 (13.10.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 13 października 2008 Numer: 36/2008 (61)


Po poście, który czekał fanów Marvela w poprzednim tygodniu, w tym nie zabrakło smakołyków - dostaliśmy pełen półmisek nowych i młodych serii.



Avengers/Invaders #5 avalonpulse0061c.jpg
Gil: W miarę zbliżania się do półmetku, akcja przyspiesza, ale z jakiegoś powodu nie jestem pewien, czy mam się cieszyć z tego faktu, czy zacząć się martwić. Z jednej strony, komedia omyłek, jaką były ciągłe walki bohaterów, wreszcie się skończyła, ale niestety ten drugi akt wywołuje u mnie mieszane odczucia. Strange wreszcie zaczyna rozwiązywać zagadkę i odkrywa obecność szeregowca Paula, co popycha sytuację w dobrym kierunku i pozwala mieć nadzieję na sensowne rozwiązanie, chociaż Captain Puerto Rico i Żelazny Antek ciężko pracują na paradoksy czasowe. Ale później pojawia się ten motyw z Human Torchem, który wychodzi z siebie, bo rozwałka kilku LMD kojarzy mu się z holokaustem. Niełatwo wywołać u mnie takie uczucie, ale ten akurat pomysł uważam za niesmaczny. Niby rozumiem sens takiego przedstawienia sprawy, ale jednak... pewne porównania są zwyczajnie nie na miejscu. Muszę też przyznać, że rysunki powoli zaczynają mnie męczyć i właściwie nie potrafię powiedzieć, dlaczego.
Tym razem połączone siły mścicielsko-inwazyjne wyciągnęły u mnie tylko 5/10.
Krzycer:
Czytając ten numer bawiłem się nieźle, ale szczerze mówiąc, nic mi z niego nie zostało w pamięci. Nielegalni Avengers uciekli z paroma Invaderami - tyle pamiętam. Sądzę, że fabuła jest rozciągnięta na zbyt wiele numerów, a ten był wypełniaczem.
U, pamiętam jeszcze jedno - flashback oryginalnego Torcha z 1945. Tylko czemu wyrwany z czasoprzestrzeni w '43 roku Torch ma flashback z '45?
Lokus: H
istoria jest naprawdę wciągająca i śmiało można jej już przyznać tytuł jednej z lepszych serii w tym roku. Oby tylko tempo nie siadło w kolejnych numerach. Sadowski nadal daje radę, choć wydaje się, że poprzednie numery jakoś lepiej mu wyszły. Niemniej jednak 7/10 należy się jak nic.

Dead Of Night Featuring Devil Slayer #2
Gil: No proszę, więc jednak są tu jakieś elementy oryginalnego Devil-Slayera i coś więcej niż tylko masakrowanie demonów z użyciem broni wszelkiego kalibru. Przyznam, że jest to pewnym zaskoczeniem, bo zdążyłem się już nastawić na konwencjonalne diabłobicie. Niemniej jednak, zaskoczenie jest jak najbardziej pozytywne, bo umiejętnie łączy nowego Diabłobójcę z historią starego, a w dodatku wplata w to kilka nowych elementów, że tak powiem - regionalnych. Oś fabuły wydaje się dosyć prosta i niezbyt rewelacyjna, ale w tych warunkach jest całkiem zadowalająca. Sposób prowadzenia akcji, a nawet rysunki przypominały mi bardzo ostatnią serię z udziałem Hellstorma do tego stopnia, że musiałem sprawdzić, czy nie stworzyli jej ci sami twórcy. Okazało się, że jednak nie, ale mimo wszystko możemy zaliczyć na plus pewną stałość klimatu w nurcie MAX. Konsekwentnie daję 7/10.

Deadpool vol. 3
#3

Gil: Ostatnio jakby trochę zagrypiony chodzę, więc może to bakcyl przemawia przeze mnie, ale po raz drugi muszę przyznać, że nawet mi się podobało. W tym wypadku "nawet" jest jak "prawie" i robi różnicę. Na przykład, wpatrywałem się przez ładnych kilkanaście minut w te dwie strony i nadal nie mam pojęcia, jak właściwie 'Pool pokonał tego ognisko-lodowego Skrulla. Zastanawia mnie też wyciągnięcie z kapelusza Osborna, który najwyraźniej posiadł zdolność nie tylko bi-, ale i trilokacji, bo jednocześnie jest tutaj (gdziekolwiek jest owo "tutaj"), w NYC i w Waszyngtonie. Ale nie da się zaprzeczyć, że motyw ze Skpoolami, które wymykają się spod kontroli, a potem robią "splorch" wybitnie się udał i ma smak klasycznego DPLa. Medina również daje radę, chociaż kilka scen mu wybitnie nie wyszło. Dam 6/10 i ośmielę się wyrazić nadzieję, że może ten Way nie będzie taki niedobry dla Wade'a (though it may be wishful thinking or denial).
Undercik:
Już sam Deadpool mówi "No Way". :P Moja przygoda z Way'owym Deadpoolem kończy się tak, jak tie-in SI, na tym numerze. Myślałem, że będzie lepiej, po zwyżkowej formie z 1 na 2 numer. Zawiodłem się, to najgorszy numer tie-inu. Jedyna ciekawa rzecz to Norman na końcu, ale tego raczej Way nie wymyslił.

avalonpulse0061d.jpgInvincible Iron Man #6
Gil: Kurcze! A już byłem pewien, że tym razem Tośka zabili! Damnit! Cóż, jeśli ktoś kupił cliffhanger z poprzedniego numeru, pewnie był zawiedziony, ale bardziej obyty czytelnik z pewnością spodziewał się, że pokonany blaszak był pusty. Zaskoczenia nie było też w rozwiązaniu sytuacji, bo można było się spodziewać, że jeśli przeciwnik jest bardziej zaawansowany technicznie, trzeba mu tę technologię zabrać i spuścić klasyczny łomot. To, że Antek wykorzystał EMP, by wyłączyć swoją technologię na całym świecie zaliczę raczej na minus, bo już nam SI pokazała, jak dużo problemów pojawia się, gdy Starktech nie działa. A zakładając, że jego technologia używana jest nie tylko w broni, ale też na przykład w szpitalach i samolotach, było to po prostu głupie posunięcie. I w końcu okazało się, że największym koszmarem Antosia jest konieczność stania się drugim Zikiem. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Nie rozumiem intencji autora. Jeśli znaczy to, że ma się stać egocentrycznym bucem - to już się stało. Jeśli natomiast zamierza zmienić się w technokillera - zdecydowanie nie tędy droga. Ostatni Koszmar Matta Fractiona spełnił swoje zadanie - był koszmarny, choć umiarkowanie i dlatego dostanie 4/10.
hitano:
Nieźle, nawet mogę powiedzieć, że jest dobrze. Dostajemy całkiem fajnie ukazaną konkluzję całego problemu z Zekiem, którą Fraction tak naprawdę ciągnie od The Order. Po lekturze PWJ z tamtego tygodnia i IIM z tego tygodnia w końcu upewniłem się, że Matt wciska niesamowitą ilość tekstu opisującego sytuację, a mniej dialogów, i całkiem mu to wychodzi. Niestety seria nadal odbiega od tego, co prezentowała seria Iron Man za Knaufów. Najgorsze są jednak rysunki Larrocki. Naprawdę lubię jego kreskę, ale tym razem przeszedł samego siebie. Dostajemy tak paskudne Marię Hill czy Pepper, jak nigdy wcześniej. Za to fantastycznie rysuje grupę Iron Manów czy terrorystów Zeka - ktoś chyba pogubił się w priorytetach. 6/10
Lokus: Fraction powinien się uczyć Iron Mana od Knaufów, bo jak dotąd nie udaje mu się nawet zbliżyć do ich poziomu. Dlatego tym bardziej szkoda, że to ta seria będzie niedługo jednym komiksem z solowymi przygodami Tony'ego. Larroca daje radę, choć kilka kadrów zdecydowanie poniżej jego poziomu. W sumie 6/10.

Dark Tower: Treachery #2
Hotaru: Pierwsza miniseria spod znaku Mrocznej Wieży, The Gunslinger Born, opowiadała wydarzenia znane czytelnikom powieści "Czarnoksiężnik i kryształ". Jednak już The Long Road Home i teraz Treachery to białe plamy, które Stephen King w swoim cyklu upstrzył nielicznymi odniesieniami. Dlatego też ciężar opowieści spoczywa w znakomitej większości na barkach Robin Furth i Patera Davida. A oni nie tylko unieśli go bez widocznego wysiłku, lecz na dodatek pozostało w nich jeszcze tyle krzepy, by tym ciężarem żonglować. Nie pozostało mi nic innego, jak z rozdziawioną paszczą wpatrywać się oczarowany w ten spektakl życząc sobie, by trwał jak najdłużej.


Marvel Zombies 3 #1
Gil: Gdy już myślałem, że z pomysłu marvelowych zombiaków nic więcej wycisnąć się nie da, przyszedł van Lente i dokonał niemożliwego. Trzecia odsłona bardzo różni się od dwóch poprzednich i to właśnie świeżość jest jej największym atutem. Zaraz obok humoru. Jeśli w jednym komiksie występują Wade Wilson i Aaron Stack, inaczej być przecież nie może. Zazombiony Deadpool jest nawet zabawniejszy od tego, którego serwuje nam Way, a scena, w której it hits the fan mnie powaliła. Aaron dla odmiany jest po prostu sobą - zuchwały i zdystansowany, a jednak daje się złapać na lśniący, zaokrąglony metal, który bynajmniej haczykiem nie jest. Dodatkowe plusy to kolejna drużyna Inicjatywy do kolekcji, jeszcze jedna organizacja o skrócie z arsenału rycerskiego (swoją drogą, co dalej po ARMOR, SHIELD i SWORD? HELMET? BOOTS?) i niespodzianka w postaci Morbiusa, który jest teraz… czym? Żywym wampirem zombie? Zompirem? No cóż, lektura przyjemna i oryginalna, rysunki dobre, więc chyba należy mu się na zachętę 8/10.
Krzycer:
Aaron! Dla Aarona warto. Poza tym dostajemy tu jedynego strawnego w tym tygodniu Deadpoola. I wcale ciekawe mięso armatnie, czyli Inicjatywę z Florydy.
Lokus:
Zombie w świecie 616, nareszcie!!! Jednak czytając ten numer nie mogłem pozbyć się myśli, że Kirkman zrobiłby to lepiej. Duży plus dla Aarona, który powinien dostać własną serię (moim skromnym zdaniem). 7/10 na dobry początek.

Secret Invasion: Inhumans #3 avalonpulse0061e.jpg
Gil: Skrullów jakby mniej i tempo akcji spadło, ale za to poszła ona w zupełnie niespodziewanym kierunku i to jest plusem. Nie spodziewałem się wejścia na scenę Kree, chociaż ich obecność powinna być oczywistością, kiedy Skrullowie zuchwale sobie poczynają. Ten sojusz nie tylko może przyczynić się do rozwiązania problemu Skrullów, ale też popycha Inhumans w kierunku zapowiadanej War Of Kings i to również dobry znak. Wprawdzie wysłanie rodziny królewskiej z questem w kilka dziwnych miejsc wydaje się zabiegiem obliczonym na rozciągnięcie akcji, ale w tej sytuacji nie drażni, bo zostało mało czasu i nie może być rozciągane w nieskończoność. Ciekawe dla odmiany jest podejście, jakie zastosował doktor Skrullgele, by wreszcie uruchomić Black Bolta. Wciąż zagadką pozostaje rola Ahury i Maximusa, więc z pewnością coś jeszcze się wydarzy.
Nadal jest dobrze, więc nadal będzie mocne 7/10.
CrissCross: Mniej mi się podobało niż poprzednie części. Szczególnie motyw z podziałem grupy i bardzo szybkim ich wpadnięciu w mniej lub bardziej zrozumiałe kłopoty. Jedyne, co mnie teraz tak naprawdę interesuje, to los Crystal.
Hotaru: Podobało mi się. Doszedłem do wniosku, że jednym z warunków koniecznych do spełnienia, abym tie-in Sekretnej Inwazji odebrał pozytywnie, jest jak najmniejszy związek z samym eventem. Trochę to brutalne, ale prawidłowość pozostaje prawidłowością. O wiele bardziej intryguje mnie wyprawa Inhumans po swojego króla, niż pranie facjat zmiennokształtnym zielonym. Kosmiczna część świata Marvela prezentuje się coraz lepiej i z coraz większym dreszczykiem oczekuję War of Kings.
Lokus: Na początek muszę przyznać, że Inwazja z miesiąca na miesiąc coraz bardziej mnie nudzi. Czytam, bo na pewno zakończy się dość niespodziewanie i "zmieni na zawsze świat Marvela". Niemniej jednak SI: Inhumans to jak dla mnie jedyny tie-in, który naprawdę jest ciekawy (choć przy takiej konkurencji nie jest to aż tak trudne). Pokaski i zwłaszcza Raney stworzyli ciekawą historię i czekam już na kolejny numer, by dowiedzieć się, co z Crystal i jak ta historia wpłynie na zbliżające się War of Kings. 7/10

Ender's Game Battle School #1
Gil: Nie czytałem wcześniej nic z enderowego świata, a popisy Carda w Ultimate Iron Manie jakoś mnie nie urzekły, więc sięgnąłem po to na zasadzie ciekawostki. Nie powiem, żeby mnie powaliło albo zachwyciło, ale zainteresować zdołało na tyle, by czytać dalej. Nie wiem, czy jest to adaptacja, czy coś zupełnie nowego, ani jak się ma do oryginału, ale jest napisane fajnie (to jedyne właściwe określenie) i daje przyjemność świeżemu czytelnikowi. Sam pomysł jakbym już gdzieś widział, chociaż może ugryziony z innej strony i zakwalifikowałbym go do grupy prostych, acz skutecznych. Postać Endera jest przedstawiona świeżo, więc nie czuje się, że mamy do czynienia z jakąś postacią, którą powinniśmy znać, ale gdyby nie objaśnienia Hotaru, kilku rzeczy bym się nie domyślił. Rysunki uważam za odpowiednie, chociaż mogły by być ciut bardziej realistyczne. Ogółem dam 7/10 i zobaczę, jak się to rozwinie.
Hotaru: Komiks tygodnia, a może miesiąca. Pisząc to chcę, żeby dobrze mnie zrozumiano. Jestem fanem świata Endera. Mam obie sagi, każdą z książek przeczytałem co najmniej po 4 razy, po naszemu i w oryginale. Wspominam o tym nie po to, by się chwalić, ale aby jasne było, jakim geekiem jestem. Dodam teraz, że mam wybujałą wyobraźnię, którą zaprzęgam do ciężkiej roboty podczas lektury książek. I niezmiernie rzadko zdarza się, aby adaptacja literatury dorównywała moim wyobrażeniom. To nie dywagacje, chcę tylko, by było jasne, z jaką powagą traktuję fakt, że Ender's Game: Battle School to adaptacja, która nie tylko dorównała mojej wyobraźni, ale i ją przerosła. A nie zapowiadało się na to. Dopiero teraz, po lekturze, jestem w stanie docenić ogrom pracy, jaką Pasqual Ferry włożył w projektowanie świata. Dopiero teraz mogę powiedzieć, że we spółce z Frankiem D'Armatą stworzyli wizję lepszą, bardziej spójną i przemyślaną od mojej własnej. Chylę czoła przed ich geniuszem. Mogę też podziękować Chrisowi Yostowi, że nie tylko podszedł do materiału źródłowego z całkowitym zrozumieniem, ale i zaufał czytelnikom i współpracownikom na tyle, by pozwolić, aby obrazy Ferry'ego i intelekt odbiorców budowały fabułę w równym stopniu, co dialogi. W wywiadach mówił, że było trudno - ale trud się opłacił. Duch książki został wierne oddany. Nawet nie potrafię powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że komiksowa wersja jednej z moich ulubionych powieści jest równie dobra, co oryginał. Jestem pod wrażeniem.
hitano:
Nie czytałem zbyt wielu pozycji Orsona Carda, o ile kiedykolwiek coś przeczytałem. Sięgnąłem więc po tę pozycję z kredytem zaufania po innych komiksach Marvela adaptowanych na podstawie książek i nie zawiodłem się. Nawet wiecej - po lekturze byłem oniemiały i teraz na pewno przeczytam oryginał. Sama fabuła jest bardzo zgrabnie prowadzona. Dostajemy sporo fajnych rzeczy (szczególnie akcja z katowaniem głównego złośliwca). Ukazane stosunki między Enderem a jego siostrą też niezłe. Dobrze też radzi sobie Ferry, którego polubiłem po UFF, a kolor od D'Armaty jeszcze lepiej wpływa na całokształt pracy Pasquala. 10/10

X-Men: Manifest Destiny #2 avalonpulse0061g.jpg
Gil: I znów trzy historyjki. Tym razem - co bardzo mnie zaskoczyło - ich poziom jest bardziej wyrównany i całkiem dobry. Ciąg dalszy przygód Icemana i Mystique nie przynosi wiele nowego poza tym, że Raven wyraźnie chce zrobić coś, żeby apgrejdować jego zdolności. Niby fajnie, ale który to już raz? Iceman był już prawie wszechpotężny w swojej dziedzinie, więc po co było to ruszać, żeby teraz powtarzać? Druga historia to prawdziwa perełka, która sprawia, że chcę, aby Skottie Young dostał jakiś tytuł nie jako rysownik, ale scenarzysta. Rozterki Juggernauta i pomoc mimowolnych towarzyszy wypadają naprawdę świetnie, a gdyby jeszcze rysunki były trochę lepsze, mielibyśmy rewelację. Ostatnia opowiastka, z Emmą w roli głównej, porusza temat, na który jakimś cudem nie było miejsca w żadnej z regularnych serii - jej obecność w grupie i relacje z pozostałymi członkami. Z tego punktu widzenia wypada całkiem dobrze, tylko końcówka jest jakby na siłę uproszczona. Jeśli tak dalej pójdzie, może ta miniseria będzie czegoś warta, ale obawiam się, że jednak okaże się sinusoidą. Tymczasem, wypadkową oceną trzech historyjek będzie 7/10.
Hotaru: Następca lepszy od numeru pierwszego, ale odnotujmy też, że o to nie było trudno. Z lektury każdej z historyjek miałem trochę frajdy. Relacje Mystique i Icemana są w dalszym ciągu intrygujące i chciałbym mieć pewność, że za chaotycznymi działaniami Raven stoi jakiś logiczny motyw, a nie jej psychiczne rozwianie. Fabuła o Juggym jest może łatwa do przewidzenia, ale czyta się szybko jak comic strip. Skottie Young nabiera pewności siebie w roli scenarzysty. Ostatnia opowieść też jest fajna. Oczywiście, jest to łopatoligiczne ukazanie wnętrza Emmy, za grosz subtelności, którą wykazywał Whedon, ale dobrze się to łyka. Końcówka tak melodramatyczna, że aż śmieszna, ale dzięki temu skończyłem lekturę z uśmiechem. Reasumując, na razie niczego to nie wnosi. Ale przeczytać można, by zapomnieć dnia następnego.
CrissCross: Czytadełko całkiem w miarę, choć bez polotu. Jak na razie przewiduję, że Iceman dostanie kolejny upgrade mocy, który po jakimś czasie zostanie zapomniany. Historyjka Juggernauta całkiem sympatyczna. Frost natomiast potwierdza, że jest częścią "X-rodziny", choć się z nimi nie potrafi bawić. Ale taka czarna owieczka też jest potrzebna.

The Stand: Captain Trips #2
Gil: Nie zdążyłem ocenić pierwszej części, więc teraz odbiję sobie za dwie. The Stand zawsze był moim ulubionym dziełem Kinga i może dlatego miałem pewne opory przed sięgnięciem po jego adaptację. Okazało się, że niepotrzebnie. Komiksowa wersja ma w sobie coś z oryginału i jednocześnie różni się od niego w pozytywny sposób. Podoba mi się narracja w książkowym stylu i grafika przywodząca na myśl klasyczny film z epidemią w roli głównej z lat siedemdziesiątych, którego tytuł złośliwie umyka mi w tej chwili (ale dzięki niech będą Wikipedii - chodzi o The Andromeda Strain). Samą fabułę trudno komentować, bo jest już klasyką, więc powiem, że jest poprowadzona świetnie i w tym numerze zaczyna dotykać elementów horroru.
W kategorii adaptacji, komiks dostanie zasłużone 8/10.
Hotaru: Genialne Dark Tower: The Gunslinger Born skłonił mnie do sięgnięcie po powieść Kinga, i ponieważ to lektura powieści naznaczona była znajomością komiksu, trudno mi oceniać The Gunslinger Born jako adaptację, ale jako komiks miniseria wymiatała. Inaczej ma się sytuacja z Ender's Game: Battle School, którą z czystym sumieniem obwołałem równą oryginałowi, który poznałem wcześniej. "Bastion" też przeczytałem przed komiksowym odpowiednikiem, więc mogę to powiedzieć: The Stand: Captain Trips jest po prostu kiepski. Wspomniałem już przy okazji pierwszego numeru, że odniosłem wrażenie fragmentaryczności. Teraz mogę to stwierdzić z całą pewnością - Aguirre-Sacasa nie sprawdził się. W adaptacji nie chodzi o to, żeby nachalnie przepisywać całe zdania z powieści. Scenarzysta powinien wziąć przykład z Yosta, bo teraz czytam The Stand jak nieudolne streszczenie. Wprawdzie Mike Perkins podnosi ocenę całości, ale i jego rysunki nie zasługują na określenie "najlepszych w jego karierze", czego sam artysta by sobie życzył. Niektóre panele są imponujące i klimatyczne, ale inne z sukcesem ten klimat burzą. Ze współpracy Kinga z Marvelem zapamiętam serie o Mrocznej Wieży. Jeśli Bastion się nie poprawi, to będę wolał o tej wpadce zapomnieć.

avalonpulse0061h.jpgX-Men: Original Sin #1
Gil: To dziwne, ale również ten pomysł zaczyna mi się podobać. Wydarzenia z Wolverine: Origins nabierają więcej sensu, jeśli zestawi się je z innymi wydarzeniami, a towarzystwo wątków z X-Men Legacy zdecydowanie wychodzi im na zdrowie. Początek jest jeszcze słabowity, ale kiedy na scenę wkraczają Charlie i Sinisterka, zaczyna robić się interesująco. Jeśli już ten cały Daken musi istnieć, mam wrażenie, że nowy Hellfire Club będzie dla niego najodpowiedniejszym miejscem. Dla odmiany to, co Charlie kiedyś tam zrobił Loganowi, interesuje mnie zdecydowanie mniej. Powiem więcej: przewiduję, że to właśnie on okaże się odpowiedzialny za utratę pamięci Wolviego, czego dokonał, by stłumić jego mordercze skłonności, albo inne bla bla bla. Jeśli o warstwę graficzną chodzi, Deodato chyba się trochę spieszył (niemniej interpretacja sceny pierwszego zebrania all-new, all-different X-Men wyszła mu świetnie), za to Eaton zachował swój zwyczajowy poziom.
Na zachętę dam 7/10.

Lokus: Nie lubię takiej taktyki edytorskiej, gdy zmusza się do czytania serii, którą już dawno się zapomniało, by zachować ciągłość w tej czytanej regularnie. O ile wcześniejszy mini cross She-Hulk z X-Factor nie sprawił mi tych problemów akurat, to jednak nie tylko zostałem jakby przymuszony do tego komiksu, jak i zbliżającego się kolejnego numeru W:O (o którym ponad rok temu już zapomniałem). No i co my tutaj mamy? Połączenie sił Way'a i Carey'a wypada całkiem ciekawie, ale idę o zakład, że Danielek napisał jakieś 20% tej historii albo brał u Carey'a jakieś korepetycje :D . Wreszcie jakiś fajny pomysł na Dakena i coraz ciekawsza Claudine. Jak dla mnie komiks tygodnia. Za pierwszą część 8/10 i ciekaw jestem kolejnych części, choć przymuszony powrót do W:O nadal mnie nie bawi...
Undercik: Way o dziwo dał radę, a Carey tradycyjnie dobrze. Nawet fajnie się czytało. Jak zobaczyłem po przeczytaniu, że Way napisał część tego, to się zdziwiłem. W porównaniu z wyczynami w Deadpoolu jest o niebo lepiej. Ale coś to jakieś nierealne, że Way coś dobrze napisał.

The Twelve #8
Gil: Wreszcie Dwunastka powraca i wreszcie popycha akcję poważnie do przodu. Poznajemy originy Black Widow i Blue Blade'a, odkrywamy coś na temat Electro i dostajemy kilka dalszych wskazówek co do naszych zagadek. W tej chwili zaczynam podejrzewać, że to jednak Dynamic Man jest mordercą, świadomie lub nieświadomie manipulując Electro. W końcu oryginalnie DM był androidem, a tutaj nic na ten temat jeszcze nie powiedziano, zaś fakt ten rozwiązałby zagadkę, jak mógłby sterować Electro. Ale to wciąż tylko jeden z możliwych scenariuszy, bo możliwości nadal jest wiele. Na osłodę po długiej nieobecności dostajemy kilka ujęć sexy back Claire, a zachętą do czytania dalej jest kilka ruchów Master Minda w końcówce. Zbliżamy się do najważniejszego momentu i wciąż robi się lepiej, więc nadal wystawiam zasłużone 8/10, a numer stawiam wyżej od debiutu nowych Zombiaków.

X-Men: Magneto Testament #2

Gil: Robi się trochę lepiej, bo przynajmniej kilka historycznych faktów znalazło się na miejscu, ale wciąż nie mogę powiedzieć, że mi się podoba to, co czytam. I nie twierdzę tak tylko dlatego, że Pak zabrał nam Magsa i zrobił z niego Niemca. Z Kopernikiem się nie udało, więc i Madzia nie damy, ale naprawdę nie o to teraz chodzi. Historia jest dosyć płytka, mimo wydarzeń w tle. Mags i jego rodzina miotają się tu i ówdzie, kierowani skrajną wręcz naiwnością, za dużo jest zbiegów okoliczności, a za mało logiki w wydarzeniach. Tutejszy Mags, a właściwie Max, traktowany jest jak współczesny nastolatek, żeby był łatwiejszy w odbiorze, ale jednocześnie sprawia to, że jest zupełnie niewiarygodny. No i są jeszcze te rysunki, które w porywach można nazwać przyzwoitymi. Nie może być więcej niż 6/10.
Krzycer:
Dzielni synowie Polski! Na koniach! Wyjeżdżający naprzeciw czołgom! Pak dostaje kolejny minus!



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0061a.jpgInvincible Iron Man #6 Aja variant

Autor:
David Aja

Lex:
Nie jestem wielkim fanem komiksów ilustrowanych przez Davida Aję, ale często wyjątkiem są tworzone przez niego okładki, które moim zdaniem są znacznie ciekawsze od stron z wewnątrz numeru. Może to kwestia poświęcenia większej ilości czasu ze strony artysty (podobno nienajlepiej u niego z wyrabianiem się w terminach), a może po prostu ma ciekawe pomysły na grafikę promującą komiks. Tym razem dostaliśmy naprawdę oryginalne połączenie: mamy nową wersję pancerza Iron Mana, ale wszystkie pozostałe elementy okładki są wzorowane na archaicznych, czy też jak kto woli, "old-schoolowych", metodach tworzenia okładki. Na dodatek przyjemnie kojarzy mi się z okładką Iron Mana vol. 4 #13, którą chwaliliśmy w naszym okładkowym podsumowaniu Civil War.


avalonpulse0061b.jpgX-Men: Magneto Testament #2

Autorzy:
Marko Djurjevic i David Aja

Hotaru: Mało brakowało, a z rozpędu wytypowałbym kolejną okładkę do Dark Tower, która też jest niczego sobie, lecz ten cover przemówił do mnie głośniej. Kompozycja jest bardzo wymowna, z chłopcem chwytającym drutu kolczastego w obozie koncentracyjnym. Ponadto, również wykonanie stoi na najwyższym poziomie i tylko podkreśla świetny pomysł. Chyba nikt nie jest w stanie zaprzeczyć, że ta okładka ma coś do powiedzenia.






Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.10.08


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.