Avalon » Publicystyka » Artykuł

World War Hulk - recenzje i podsumowanie

World War Hulk zakończyło się już z rok temu, więc najwyższa pora abyśmy podsumowali to wydarzenie. Zebraliśmy opinie redaktorów na temat poszczególnych tytułów wchodzących w skład tegoż crossa, a na samym dole znajdziecie dwie nieco sprzeczne ze sobą opinie o całokształcie World War Hulk.
World War Hulk - recenzje i podsumowanie

World War Hulk zakończyło się już z rok temu, więc najwyższa pora, abyśmy podsumowali to wydarzenie. Zebraliśmy opinie redaktorów na temat poszczególnych tytułów wchodzących w skład tegoż crossa, a na samym dole znajdziecie dwie nieco sprzeczne ze sobą opinie o całokształcie World War Hulk.



wwhrecenzje05.jpg

World War Hulk Prologue: World Breaker

Scenariusz: Peter David
Rysunki: Al Rio, Lee Weeks, Sean Phillips

Black Bolt: Mimo, iż w tytule widnieje słowo "prolog", nie jest to ani początek, ani zbyt ważny element całego crossu. Warte odnotowania jest tylko to, że kamienny statek z kosmitami na pokładzie nieubłaganie zbliża się do Ziemi, a Przymierze po raz kolejny deklaruje wierność przysiędze, jaką sobie złożyli na Sakaar oraz gotowość do pójścia za Hulkiem choćby i w ogień. Jest jeszcze Hiroim, który pomaga zielonemu olbrzymowi poradzić sobie z gniewem i razem z nim planuje kolejne kroki inwazji. W tym samym czasie, na Ziemi, Doc Samson, kontynuując wątki z Incredible Hulk vol. 3 #106, nieskutecznie próbuje przekonać She-Hulk, iż wystrzelenie Hulka w kosmos było słuszne.

Jeśli chodzi o rysunki, to mimo, iż są dziełem aż trzech artystów, trudno dopatrzyć się jakiś różnic między nimi. Wszyscy reprezentują mniej więcej ten sam styl i poziom, całkiem poprawny, ale nic szczególnego. A to wszystko okraszone jest dość archaicznymi, mało żywymi kolorami. Może stąd te mało przyjemne wrażenie.

Reasumując. Cały komiks to tylko pretekst, żeby przypomnieć dotychczasowe starcia Hulka z poszczególnymi członkami Illuminati. Bohaterowie nieustannie powołują się na wydarzenia z przeszłości i wypełniają one większość tego wydania specjalnego. Na szczęście jest to napisane całkiem strawnie.

Dodatkowo, wewnątrz znajduje się również krótka humorystyczna historyjka Chrisa Giarrusso, który w typowy dla siebie sposób przedstawia motywy Illuminati oraz streszcza Planet Hulk. Jest też przedruk historii "Mastermind Excello" z Amazing Fantasy vol. 2 #15, przedstawiający nam postać Amadeusa Cho i jego pierwsze spotkanie z Hulkiem.

wwhrecenzje02.jpg

World War Hulk #1-5
Scenariusz: Greg Pak
Rysunki: John Romita Jr.

Black Bolt: Ta miniseria, jak sam tytuł wskazuje, to główny trzon całego crossa. A kryjąca się wewnątrz niej historia jest dość prosta, ale i zarazem chwytliwa. Oto wściekły Hulk powraca na Ziemię, aby wymierzyć sprawiedliwość Illuminati, których obwinia za całe zło, jakie spotkało go na planecie Sakaar. Tyle tylko, że tym razem zielony olbrzym po raz pierwszy od dawna nie jest sam. Za sobą ma tysiące oddanych podwładnych, wierne Przymierze oraz ludzi, którzy nigdy w niego nie zwątpili. Warto też wspomnieć, że napompowany potwornym gniewem, jest silniejszy niż kiedykolwiek. Po krótkim, ale miażdżącym wstępie, pięknej narracji nawiązującej do Planet Hulk, która właściwie ciągnie się aż do ostatniego numeru, i dwudziestoczterogodzinnym ultimatum, w końcu rozpoczyna się prawdziwa akcja. Hulkster biega po Nowym Yorku i tłucze każdego, kto stanie mu na drodze, a wielcy uniwersum Marvela padają, jeden po drugim. Illuminati polegli, jak i cała społeczność superbohaterska. Black Boltowi dostało się jako pierwszemu, choć całkiem możliwe, że był to Skrull podszywający się pod niego, Iron Man został obdarty z godności i swej zbroi, doktor Strange omal nie zaprzedał swej duszy i skończył ze zmiażdżonymi dłońmi, a Mr. Fantastic nie mógł się nawet równać z potęgą zielonego olbrzyma. Hulk coraz bardziej zatracał się w swym gniewie, tracąc kontrolę nad całą inwazją. Aż w końcu doszło do ostatniego starcia z Sentrym. Ono również zakończyło się zwycięstwem zielonego olbrzyma, ale spowodowało, że powrócił on do formy Bannera i w końcu się uspokoił. I gdy wydawało się, że to już koniec, wtedy otrzymujemy nagły zwrot akcji. Rick Jones, największy przyjaciel Hulka, pada ciężko ranny na ziemię, Miek wyjawia, że mógł powstrzymać całą tragedię, jaka miała miejsce na Sakaar, zielony olbrzym szaleje ze wściekłości, a cała planeta drży w swych fasadach. Na szczęście Bannerowi wystarczyło sił i samokontroli, aby się powstrzymać i poddać, i po raz kolejny okazało się, że większy z niego bohater, niż potwór.
Jeśli chodzi o rysunki, to nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem Romity młodszego, ale to, co tu ujrzałem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jego kreska idealnie pasuje do WWH, jest prosta i dynamiczna, tak jak i cała historia, a do tego te liczne kadry na całą stronę. Ach, szkoda gadać, to trzeba zobaczyć.
World War Hulk to miniseria kompletna. Świetny scenariusz i jeszcze lepsze rysunki. Komiksy są wręcz przepełnione scenami, które śmiało można nazwać kultowymi i spodziewać się, że zapadną one każdemu czytelnikowi na długo w pamięci. I nie ma się tu co doszukiwać jakiś głębszych przemyśleń. To po prostu akcja, akcja i jeszcze raz akcja, która ma na celu raz na zawsze pokazać, kto jest najsilniejszy w uniwersum Marvela. Rozrywka w najlepszym wydaniu. Polecam.

wwhrecenzje11.jpg

Incredible Hulk vol. 3 #106-111
Scenariusz: Greg Pak, Jeff Parker
Rysunki: Gary Frank, Leonard Kirk, Carlo Pagulayan

Black Bolt: Jeśli miałbym polecić jakąś inną część składową World War Hulk poza główną miniserią, to z pewnością byłoby to te kilka numerów Incredible Hulka. Tytułowa postać zalicza tu wyłącznie występy gościnne albo nie ma jej wcale, a mimo tego wciąż jest to świetny komiks o Hulku. I to właśnie tutaj poznajemy dokładniej Amadeusa Cho, który przebojem wdarł się do gamma-uniwersum i jest tam teraz jednym z ważniejszych graczy.
Otóż Amadeus Cho, chłopiec geniusz, siódma najmądrzejsza osoba na świecie, zebrał drużynę bohaterów, którzy rozumieją zielonego olbrzyma i chcą mu pomóc. W teamie, który zyskał miano Renegatów, znaleźli się, oprócz samego Cho, również Angel, Hercules oraz Namora. Nowopowołana drużyna od razu ma ręce pełne roboty. Ratują cywili, pomagają w porządkach w Nowym Yorku, a to spotkają Hulka, innym razem Przymierze, lub trafią wprost na Zoma. A do tego wszystkiego, S.H.I.E.L.D. na nich krzywo spogląda i najchętniej by ich wszystkich aresztowało. Jest też jeden numer poświęcony konfrontacji Ricka Jonesa z Miekiem, która wypada całkiem zgrabnie, jeśli słabo zna się obie postacie.
Dodatkowo, rysownicy trafili się tutaj znakomici. Wszyscy trzej prezentują wysoki poziom i zapewniają przyjemne doznania estetyczne. Normalnie nie ma się do czego przyczepić.
Jednym zdaniem: Jest to całkiem dobre uzupełnienie oraz dodatek do głównej miniserii WWH, który powoli przygotowuje nas na całkowite przejęcie tytułu Incredible przez Cho i Herculesa.

wwhrecenzje04.jpg

World War Hulk: Gamma Corps #1-4
Scenariusz: Frank Tieri
Rysunki: Carlos Ferreira

Lex:
Nie da się ukryć, że ta miniseria z założenia miała charakter poboczny. Przed jej przeczytaniem cynicy zakwalifikują ją do grupy tworzonych na siłę tie-inów, które pojawiają się przy każdym wielkim crossoverze. Fani Franka Tieriego będą przeciwnego zdania i z radością przyjmą fakt, że ich ulubieniec wreszcie dostał jakiś interesujący przydział. A jak wyszło w rzeczywistości? Jednym słowem: słabo. W WWH: GC znalazło się kilka ciekawych postaci i wydarzeń, ale nie maskują one dziur w fabule i niekonsekwencji scenarzysty.
Pomysł na fabułę był prosty: dawny wróg Hulka, generał John Ryker, zbiera grupę nadludzi, która ma zmierzyć się z Zielonym. No i mierzą się. Wiadomo, z jakim wynikiem. Koniec. Paradoksalnie, fragment walki, który miał być kulminacyjnym momentem tej miniserii, zdecydowanie zawodzi. W chwili, gdy Hulk w innych miniseriach masakruje cały świat Marvela, to starcie z piątką trzeciorzędnych postaci nie budzi żadnych emocji, bo nikt nie daje im szans na triumf. Na dodatek samo starcie jest przedstawione w nieprzekonujący sposób, a cudowne uzdrowienie Hulka nie zostaje wyjaśnione.
Jedynym plusem fabuły są flashbacki, w których Tieri przedstawia losy przeciwników Hulka. Wszyscy zostali skrzywdzeni przez zielonego olbrzyma i mają osobiste powody do zemsty. To ciekawy manewr fabularny, który zwraca uwagę czytelnika na zniszczenia i krzywdy, które spowodował Bruce Banner. Szkoda tylko, że na koniec Tieri "odkręca" te oskarżenia stawiane Hulkowi i prezentuje inna wersję wydarzeń z przeszłości. To właśnie zakończenie opowieści, w którym zachodzi dziwna metamorfoza w postępowaniu części bohaterów, zawodzi najbardziej.
Rysunki Carlosa Ferreiry nie stanowią ani wielkiej wady, ani zalety. Podejrzewam, że dla niewielu czytelników jest to rozpoznawalne nazwisko, więc jego udział w projekcie nie zachęca do zakupu tej miniserii.
WWH: GC polecam tylko maniakom Hulka i Franka Tieriego. Lektura tej miniserii nie jest potrzebna do orientacji w wydarzeniach całego crossa, a fabuła zdecydowanie zawodzi. Szkoda czasu i pieniędzy.

wwhrecenzje08.jpg

Ghost Rider vol. 5 #12-13
Scenariusz: Daniel Way
Rysunki: Javier Saltares

Gamart: Jak podczas każdego wielkiego crossoveru, tak i czasie World War Hulk, serie niszowe musiały być na siłę pod niego podczepione. Tak stało się właśnie z tymi dwoma numerami Ghost Ridera. Tie-in pojawia się w środku większej historii z Johnnym i już wtedy widać ogrom naciągnięć i zgrzytów związanych z połączeniem tego z główną serią. Jak to się stało, że nagle Hulk ściera się sam na sam z Ghost Riderem w wyludnionym mieście? W żaden sposób nie można tego sensownie wpasować do ciągu historii i bez problemu można sobie te numery odpuścić. Jest tylko jedno "ale". Daniel Way może i jest okropnym scenarzystą. Może pisał całkowicie bezsensowne historie w Wolverine: Origins i Ghost Riderze, ale trzeba mu przyznać, że gdy w tym tie-inie postanowił zrezygnować z fabuły na rzecz akcji, to całość jest całkiem przyswajalna. Ciekawe sceny akcji, parę niezłych tekstów i dosyć dobre zakończenie związane z Illuminati sprawiają, że można sięgnąć po te numery. Do tego dochodzą całkiem poprawne rysunki Salterasa, które nie są niczym szczególnie dobrym, ale pozwalają bezboleśnie przebrnąć przez całość. Plusem są również świetne okładki. Można więc zobaczyć starcie Hulka z Ghost Riderem, jeśli śledzimy całość walki Hulka z ziemskimi bohaterami, ale widać, że jest całkiem niepotrzebny tie-in. Jednak, o ironio, są to najlepsze numery serii pisanej przez Waya.

wwhrecenzje06.jpg

World War Hulk: X-Men #1-3
Scenariusz: Christos Gage
Rysunki: Andrea Di Vito

Ozz: Po schwytaniu Black Bolta i w oczekiwaniu na decyzję pozosałych Illuminati, którzy zgodzili się wysłać go w kosmos (co miało miejsce w pierwszej połowie World War Hulk #1), Hulk wpada z wizytą do Salem Center, aby dowiedzieć się, jakie zdanie w tej sprawie miał członek tajnego stowarzyszenia, którego zabrakło podczas głosowania, czyli Charles Xavier. Ponieważ profesor stwierdza, że jego zdaniem wygnanie Hulka to był dobry pomysł, zaczyna się walka zielonego giganta z mutantami. Na początku Hulk bije się z New X-Men i Beastem, ale wkrótce do swoich przyjaciół dołączają drużyny występujące w Astonishing X-Men, Uncanny X-Men i X-Factor oraz Juggernaut (bo jak mówi Nightcrawler w bodajże mojej ulubionej scenie mini-serii, X-Men to duża rodzina). Przez trzy numery mutanci próbują powstrzymać napastnika i, co tu ukrywać, nie idzie im to najlepiej. Jeżeli ktoś chciał zobaczyć, jak z Hulkiem poradziliby sobie Wolverine, Colossus, czy Juggernaut, to właśnie tu ma ku temu okazję. Christos Gage całkiem ładnie to wszystko napisał, Andrea Di Vito jeszcze ładniej narysował, a na dodatek mini-seria bierze pod uwagę to, co dzieje się właśnie w X-tytułach, m.in. pokazuje, że Cyclops i Xavier wciąż są w konflikcie (spowodowanym wydarzeniami z X-Men: Deadly Genesis) i współpraca nie przychodzi im łatwo. Jeżeli ktoś chce przeczytać tylko jedną historię z WWH, to niech daruje sobie główną mini-serię i zabierze się właśnie za tą z X-Men, zwłaszcza jeżeli jest fanem mutantów.

wwhrecenzje01.jpg

Irredeemable Ant-Man #10
Scenariusz: Robert Kirkman
Rysunki: Phil Hester

Ozz: To jeden z tych tie-inów, które nie są wymagane, aby przeczytać całego cross-overa (choć w przypadku World War Hulk bodajże żaden nie jest potrzebny). Nawet nie polecałbym czytania tego komiksu komuś, kto wcześniej nie miał do czynienia z trzecim Ant-Manem i nie czytał jego przygód od początku. Jest to po prostu kolejny numer tej serii (równie dobry jak poprzednie zresztą), w którym istotne jest to, co dzieje się z jej bohaterami, natomiast najazd Hulka i jego kumpli (a konkretnie walka zielonego olbrzyma z Iron Manem, która miała miejsce w World War Hulk #1) stanowi tylko tło, które zresztą Robert Kirkman, wiedząc, że zostały mu jeszcze dwa numery, wykorzystał do przesunięcia akcji swojej serii do punktu kulminacyjnego. Jeżeli ktoś chce przeczytać WWH, to ten numer może sobie darować, a jeżeli ktoś chce poznać nowego Ant-Mana, niech zacznie od Irredeemable Ant-Mana #1.

wwhrecenzje09.jpg

Iron Man vol. 4 #19-20
Scenariusz: Christos Gage
Rysunki: Butch Guice

Snak3: Najważniejsza kwestia. World War Hulk nie przypadło mi do gustu, wcale. Wielki, zły olbrzym po raz kolejny chce zrobić innym herosom "hulk smash" wedle zasady "jak Kalemu ukraść krowa to źle, jak Kali ukraść krowa to dobrze". Nuda. Co w takim razie może pokazać historia będąca tie-inem? Okazuje się, że całkiem sporo, ale po kolei. Historia rozpoczyna się w momencie, kiedy statek Hulka nie znajduje się jeszcze nad N.Y. i na jego spotkanie zostaje wysłany specjalny oddział, będący pod komendą naszego żelaźniaka. Chłopcy zostają pokonani i do akcji wkracza sam Iron Man. Jak zapewne większość czytelników wie, Stark ponosi porażkę i staje się więźniem wielkiego zielonego. On sam przeprowadza atak na hellicariera udowadniając, że nie uda się go pokonać zwykłymi metodami. Do akcji wkracza Dugan, Lindsay i nieobecny na miejscu Stark, który pokazuje, że nie zostaje się milionerem z byle powodu. Ma plan...
Fabuła "daje radę". Co jeszcze? Do tej pory pamiętam znakomite dialogi, które znalazły się na kartkach tych dwóch komiksów. Jest śmiesznie, momentami patos leje się litrami, a i zwolennicy ciętych ripost znajdą coś dla siebie. Uwagę zwracają też świetne rysunki i kolory. Są dość mroczne i ciemne, ale powiedzmy sobie szczerze - w takiej historii nie wyobrażam sobie niczego innego. Dobitnie pokazują ciężar sytuacji, w jakiej znalazło się całe S.H.I.E.L.D.. Wielki ciężar.
Stark jest dokładnie taki, jakim chciałbym go widzieć. Naukowiec postawiony przed konsekwencjami własnych czynów, prawdziwy mózg i w końcu wielki bohater. To on nim jest, a nie kawałek żelaza, i to widać.
Jak ma się historia do głównego wątku WWH? Na pewno nie jest częścią crossa, od przeczytania której zależy zrozumienie tego, jak to Hulk przegrał, co było oczywiste [moje indywidualne streszczenie zakończenia - Snak3]. Powiem więcej. Żałuję, że historia z Iron Man nie miała większego wpływu na całego crossa... i moim skromnym zdaniem, trzyma w nim najwyższy poziom.
Podsumowując, kawał dobrego komiksu, który przyjemnie zahacza o próbę pokazania psychiki ludzi, postawionych przed trudnym wyborem. Nie tylko dla fanów stalowego.

wwhrecenzje07.jpg

Avengers: The Initiative #4-5
Scenariusz: Dan Slott
Rysunki: Stefano Caselli

Gil Galad: Kiedy Hulk i jego mała armia zajmują Manhattan, młodociani rekruci Inicjatywy otrzymują polecenie ochrony cywilów i wyraźny zakaz zbliżania się do strefy wojny. Oczywiście, muszą się popisywać i podjudzeni przez Rage'a ruszają spróbować swoich sił z Warbound, ale również oczywiście dostają baty i zostają pojmani. W tej sytuacji, Gyrich wydaje rozkaz, by uruchomić tajną komórkę o kryptonimie Shadow Initiative i wysłać ją, by odbiła krewkich młodzików.
W tych dwóch numerach WWH jest tylko pretekstem do przeprowadzenia akcji, a jej główne wątki pozostają głęboko w tle. Sam Hulk pojawia się ledwie na kilku panelach, a reszta historii należy do rekrutów. Dzięki temu dostajemy tie-in, który ma większe znaczenie dla samego tytułu, a prawie żadne dla crossa i to właściwie jest jego największym plusem.

wwhrecenzje10.jpg

The Punisher: War Journal vol. 2 #12
Scenariusz: Matt Fraction
Rysunki: Ariel Olivetti

redevil: Dwunasta część drugiego woluminu "Dziennika Wojennego" to idealny przykład tie-inu zrobionego na siłę. Jakiś redaktor postanowił zwiększyć sprzedaż serii, podłączając ją do crossovera, a scenarzysta wysmażył historię, która, mówiąc wprost, nie trzyma się kupy. Oto bowiem jeden z robali przybyłych z Hulkiem na Ziemię poluje na ludzi, którzy nie uciekli z Manhattanu. Frank go zabija. Nikt niewinny nie ginie. Koniec historii.
O poziomie tego zeszytu niech zaświadczy imię robala - Mung the Inconceivable, a także to, iż Frank w walce z najeźdźcami po raz pierwszy i zarazem ostatni używa syntetycznego stroju Venoma.
A jak to się ma do reszty crossa? W skrócie - nijak. Ot, jakiś robal zginął.
Czy warto kupić? Odradzam z całą stanowczością.

wwhrecenzje12.jpg

Heroes For Hire vol. 2 #11-15
Scenariusz: Zeb Wells, Fred van Lente
Rysunki: Clay Mann, Jon Bosco, Alvin Lee

Demogorgon: Wracając do New Yorku z Savage Land, Heroes for Hire wpadają wprost w środek World War Hulk. Humbug namawia drużynę, aby zlikwidowali zagrożenie, które przybyło wraz z zielonym - Brood. Niestety, kończy się to dla grupy całym pasmem katastrof - uwięzienie, zdrada i śmierć jednego z członków grupy, oto co, mieęzy innymi, ma nam ten komiks do zaoferowania. Wells dał czadu i napisał bardzo logiczny i jednocześnie zakręcony scenariusz, pełen zwrotów akcji i ciekawych wydarzeń. Rysunki są poprawne - Clay Mann starał się jak mógł, ale zaliczył kilka wpadek. Dodatkowo mamy tu jeszcze historię o tajnej misji Scorpion autorstwa Freda Van Lente i Jona Bosco, równie dobrą fabularnie, ale o wiele lepszą graficznie. Komiks ten mogę z czystym sercem polecić każdemu, kto lubi dobrą akcję. Nie jest może niezbędny przy czytaniu World War Hulk, ale lektura nie będzie stratą czasu.

wwhrecenzje14.jpg

World War Hulk: Front Line #1-6
Scenariusz: Paul Jenkins
Rysunki: Ramon Bachs, Shawn Martinbrough, Chris Moreno

Bosnas: Sally Floyd wraca i to wraca jak zwykle, lekko chwiejąc się na nogach z powodu nadmiernych ilości wypitego alkoholu, a pretekstem ku temu była zadyma, jaką sprowokowali ziemscy superbohaterowie wysyłając wielkiego, zielonego, nie całkiem poczytalnego naukowca daleko w kosmos. Teraz Hulk is back i sztab redakcyjny Front Line'a ma z tej okazji ręce pełne roboty.
WWH Front Line to jeden z wielu tie-inów, jaki powstał przy okazji World War Hulk. To, co jednak różni go od pozostałych serii okołohulkowowarowych to perspektywa, z jakiej oglądamy zmagania ziemskich bohaterów w walce z kosmitami. Mianowicie całą sytuację obserwujemy nieco z boku, oczami pary głównych bohaterów, redaktorów Front Line'a, ale też zwykłych mieszkańców Nowego Jorku, którzy niejako wbrew sobie zostali wplątani w toczącą się wojnę. Seria ta to powrót Paula Jenkinsa do formuły, która dosyć dobrze sprawdziła się podczas poprzedniego wielkiego eventu Marvela, a mianowicie Civil War. Wtedy seria liczyła sobie aż jedenaście numerów. Tu mamy co prawda tylko sześć, ale powrót Sałaty nie wymagał chyba aż tak dogłębnego męczenia materiału, jak zmagania superbohaterów w wojnie domowej.
Co do samej historii, to przedstawia się ona następująco. Ben Urich i Sally Floyd prowadzą własny tytuł, czyli wspomniany już Front Line. Wydawnictwo pracuje trapione coraz to nowymi trudnościami, wszystko jednak zdaje się zmierzać w dobrą stronę, gdy pojawia się tajemniczy sponsor i rozwiązuje finansowe problemy dziennikarzy. W końcu pojawia się też duży temat, który daje redakcji szansę na wybicie się na rynku, czyli powrót Hulka właśnie. Jako, że Sally Floyd i Ben Urich to specjaliści w swoim fachu, intuicyjnie wręcz pojawiają się w najbardziej zapalnych miejscach, gdzie najwięcej się dzieje. Tym samym grają na nosie najpotężniejszemu wydawcy w mieście: J. J. Jamesonowi. Z ich perspektywy oglądamy zatem zmagania ziemskich bohaterów z najeźdźcami z kosmosu. Poznajemy też zwykłych mieszkańców miasta i ich poglądy na całą sprawę. Oczywiście Frontline to nie tylko przygody pary dziennikarzy. Podobnie jak to było w przypadku CW Front Line, tak i tutaj na każdy zeszyt składa się kilka odrębnych, całkowicie niezależnych od siebie historii, których wspólnym mianownikiem jest powrót Sałaty.
Tym razem mamy trzy historie. Pierwsza to sztandarowo wspomniane już zmagania Sally Floyd i Bena Uricha, druga to przygody poznanego przy okazji poprzedniej edycji Front Line'a detektywa Danny'ego Granville'a, trzecia zaś to humorystyczna opowiastka o wyczynach niejakiego Captain Rectitude. I żeby być całkiem szczerym, to właśnie te dwie dodatkowe historie sprawiają, że warto zainteresować się WWH Front Linem. Sama historia z Benem i Sally nie jest może taka najgorsza, z drugiej strony jednak nie jest też zbyt odkrywcza. No, może poza wyjaśnieniem osoby tajemniczego sponsora gazety, którym okazuje się być największy konkurent i przeciwnik Front Line'a w jednej osobie, czyli sam naczelny Bugle'a. Natomiast przygody detektywa Granville'a dają czytelnikowi możliwość spróbowania czegoś innego i ugryzienia tematu z nieco innej strony. Cała historia opowiedziana może nieco w konwencji kina noir jest tajemnicza i niepokojąca. Oto bowiem nasz detektyw dostaje zadanie współpracy z ambasadorem kosmicznej rasy imieniem Korg.
Danny nie wydaje się być tym zachwycony, jednak z czasem pomiędzy dwoma przedstawicielami walczących przecież przeciwko sobie gatunków nawiązuje się nić swego rodzaju sympatii. A cała sprawa rozchodzi się o niejakiego Arch-Ego. Obcego, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Zadanie detektywa to oczywiście znaleźć zabójcę, który jak się okazuje, przez cały czas stał tuż obok Granville'a. Motyw śmierci, jak i jego przyczyny, trąci nieco absurdem, co tylko przydaje całej opowieści osobliwego uroku. Oto bowiem Arch-E zginął, chcąc pozostać posłusznym otrzymanym wcześniej rozkazom. Podczas przemierzania miasta nieświadomie wystraszył grupę złodziei, którzy zamierzali zamordować bezdomną. A ponieważ przed misją miał nakazane przez Korga pod żadnym pozorem nie angażować się w ziemskie sprawy, jedyne sensowne rozwiązanie znalazł w popełnieniu samobójstwa, co też uczynił. I w końcu ostatnia z trzech historyjek to przeważnie dwustronne opowiastki o przygodach Captain Rectitude, ale nie tylko. Jest to komiks satyryczny, który o dziwo jest całkiem zabawny. Rectitude bowiem to koleś, którego z nieznanych przyczyn wciąż prześladuje pech, przez co jego superbohaterskość co rusz wystawiana jest na ciężką próbę. Mamy też inne kwiatki, spośród których nie do przebicia jest ten zatytułowany: "Dziesięć powodów, dla których każdy z Was powinien znienawidzić Sally Floyd", gdzie dziewczyna lży na prawo i lewo wszystkich świętych uniwersum Marvela. Nie dla fanatycznych wielbicieli ikon amerykańskiego komiksu.
Przy okazji tej recenzji nie sposób nie wspomnieć o oprawie wizualnej miniserii. Podobnie jak w przypadku scenariusza, trudno tu o jakąś jedną, spójną ocenę. W tym jednym komiksie mamy bowiem do czynienia aż z trzema artystami, a są to: Ramon Bachs, Shawn Martinbrough i Chris Moreno. Rysunki Bachsa to jak dla mnie taki komiksowy standard, nic, co specjalnie przykuwa oko, ale też nie odrzuca od czytanej historii. Styl Martinbrougha to już zupełnie co innego. Prezentuje on charakterystyczną kreskę, która w połączeniu ze stonowaną kolorystyką doskonale pasuje do opisywanej, nieco tajemniczej opowieści. Taki trochę mignolowaty jest ten styl. Natomiast kreskówkowy, karykaturalny sposób rysowania Moreno świetnie oddaje klimat żartobliwych opowiastek i serwowanego nam tu pastiszu. Do tego dobrze dobrane, żywe kolory idealnie podkreślają satyryczny wydźwięk historii utrzymanej w stylistyce wyczynów animków, czy braci Warner.
Podsumowując WWH Front Line trzeba uczciwie powiedzieć, że wiele wspólnego z główną linią wydarzeń eventu to to nie ma, więc czytanie tej miniserii nie jest niezbędne do zrozumienie samej rozwałki z Hulkiem w roli głównej. Zakładając, że znajduje się tam cokolwiek wartego zrozumienia. Niemniej jednak można przeczytać właśnie dla dodatkowych historyjek, no i dla samego Rectitude'a, który jest klasą samą w sobie.

wwhrecenzje13.jpg

World War Hulk: Aftersmash
Scenariusz: Greg Pak
Rysunki: Rafa Sandoval

Demogorgon: World War Hulk dobiegło końca i czas rozliczyć się ze Smashowania. Tutaj poznajemy, jaki wpływ miał ten cross na Herculesa, Warbound, Misty Knight i Toma Fostera, których losy splotą się w obliczu chaosu po klęsce Worldbreakera i wstrząsach wtórnych, wywołanych jego ostatnią furią. Komiks ten nie jest zły, ale widać aż za bardzo, jaką ma rolę - to tak naprawdę nic innego, jak reklamówka tytułów, które dostały znaczek "Aftersmash" - Warbound, Damage Control i Incredible Herc. Można przeczytać, bo nie jest to złe, a rysunki Sandovala są całkiem znośne, ale szczerze mówiąc, to kiepski epilog.

wwhrecenzje03.jpg

Podsumowanie całego World War Hulk

Gil Galad: WWH zapowiadana była jako wydarzenie o mniejszej skali, niż niedawna Civil War, a mimo to okazała się całkiem rozbudowanym crossem ze stosunkowo dużą liczbą tie-inów. Zapowiadana była także jako moment przełomowy, po którym wiele rzeczy się zmieni, a tak naprawdę zmieniło się bardzo niewiele i to raczej nie na lepsze. Przepowiadano sporo emocji i epickich pojedynków, no i rzeczywiście trochę tych walk było, ale żeby tak zaraz mówić o epickości?
Te trzy zdania wystarczą, by nakreślić mój stosunek do wydarzenia na zimno, bo po upływie prawie roku od jego zakończenia. Czy znów padliśmy ofiarą przereklamowanego oszustwa, czy może zwyczajnie Marvel nie dał rady zrealizować swoich zamierzeń? Co poszło nie tak? Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie…
Zaczęło się od hulkowej epopei Grega Paka, w której wysłał on Zielonego w kosmos rękami Illuminati, zbudował mu całkiem nowe i przyzwoite życie od podstaw, a później błyskawicznie je rozwalił. Hulk się wkurzył i trudno mu się dziwić. Zabrał więc ekipę nowych kumpli i z nimi ruszył na Ziemię w celu dokonania zemsty. Do tego momentu wszystko ma sens, ale właśnie zaczyna zjeżdżać po równi.
Wściekły Hulk przypuszcza inwazję na Nowy Jork i zajmuje Manhattan. Spuszcza łomot Black Boltowi (który, jak się później okazało, nawet nie był prawdziwy) i ogłasza całej ludzkości, że tamci są źli, bo go wystrzelili w kosmos. To ja się pytam: co mu chodziło po głowie? Postawcie się w sytuacji przeciętnego nowojorczyka: Wpada taki wielki, zielony i wściekły z armią kosmitów, grozi, że rozwali mi miasto i jeszcze oczekuje, że będziemy mu współczuć, bo kilku facetów w rajtuzach chciało się go pozbyć z Ziemi. Ja na miejscu przeciętnego cywila byłbym jak najbardziej za tym, żeby wystrzelili go raz jeszcze i to w czarną dziurę. W ten oto sposób podstawowe założenie eventu pada, bo nawet wiedząc, jak on tam cierpiał (zresztą, co to za cierpienie? Loganowi zabijają każdą kobietę, której dotknie), trudno stanąć po stronie Hulka i przyznać mu rację. To trochę tak, jakby popierać amerykańską inwazję w Iraku, bo jakiś analfabeta nie odróżnia stodoły od silosu atomowego. Wypowiadanie wojen z powodu osobistych urazów jest zwyczajnie złe i trudno zbudować na tym historię wielowymiarową, choćby nie wiem, jak się starać.
No, ale dobra - co robią w takim wypadku bohaterowie, podzieleni przecież niedawnym konfliktem i ścigający się nawzajem? Otóż, odrzucają oni w kąt swoje prawa i zbierają się, by wspólnie bić pianę nad tym, kto tu ma rację. "Jak mogliście go wystrzelić?" - pytają jedni. "Dlaczego dopiero teraz?" - zastanawiają się inni. "To jeden z nas" - słychać z prawej, podczas gdy z lewej krzyczą: "To potwór jest!" A jednak wszyscy zgodnie idą tłuc się z Zielonym, bo takie jest zbójeckie - znaczy się - bohaterskie prawo. Żeby było ciekawiej, ten daje im czas na przygotowanie, a sam skacze tu i ówdzie, zaczepiając tych rozsądniejszych, którzy wolą trzymać się z boku i opędzając się od natrętów, którzy nie mają dość rozumu, by trzymać się z daleka. Potem okazuje się, że ten czas na przygotowania i tak nic nikomu nie dał, bo zjednoczeni bohaterowie i tak dostają łupnia, a Hulk próbuje zmusić ich do odegrania inscenizacji "Spartakusa" w Madison Square Garden. Dramatyzm sytuacji sięga zenitu, aż tu nagle pojawia się Sentry, który chce się pobawić w boga i razem rozwalają to, co jeszcze zostało z Manhattanu. A na końcu i tak okazuje się, że to jednak nasi chłopcy pomylili stodołę z silosem i cała ta wojna nie miała sensu. To znaczy, okazuje się, że nie brzydcy Illuminati wysadzili Hulkowi konkubinę, ale jego kumpel-robak. Ach, cóż za dramat…! Ale wtedy okazuje się także, że do pokonania tego samego Hulka, który własnoręcznie rozłożył cały bohaterski świat, wystarcza jakaś czerwona latarka na orbicie. Kryzys zażegnany, wszyscy wesoło i zgodnie rozchodzą się do domów, a czytelnik orientuje się, że jego portfel odchudził się o jakieś 200$.
No i co? Są powody do niezadowolenia? A to jeszcze nic, bo nie wspomniałem nawet o tie-inach i rysunkach. Tych pierwszych było zdecydowanie za dużo, co nie znaczy, że nie znalazły się takie, które podniosły wartość całego wydarzenia o kilka punktów procentowych. Mi na przykład najbardziej podobał się ten z udziałem X-Men, a niezłe były również z Iron Manem i Initiative, a także Front Line. Dla odmiany, zupełną porażką były te z udziałem Ghost Ridera i Punishera. Reszta to różne obszary strefy średniej.
Na koniec zostawiłem sobie rysunki z głównej miniserii. Trzeba być naprawdę ślepo zakochanym w dziełach Romity młodszego, żeby uznać jego prace tutaj za dobre. Nie będę po raz setny wyliczał litanii na temat, co mi się nie podoba w jego rysunkach, powiem tylko tyle: im dalej, tym gorzej. W finałowym pojedynku z Sentrym Romita osiąga szczyt nieczytelności rysunków, bo plątanina kresek, która miała być postaciami, całkowicie miesza się z plątaniną kresek, która miała być tłem, a efekty kolorystyczne jeszcze potęgują ten efekt. Nawet niektórzy fani Romity stwierdzili, że tutaj nie dał rady, więc kimże ja jestem, by temu zaprzeczać? Pozwolę sobie jednak dodać na marginesie, że obsadzenie tak kontrowersyjnego rysownika w serii, która miała być wydarzeniem roku, było w wykonaniu Marvela strzałem w stopę. Moim skromnym zdaniem, powinni w seriach obliczonych na duże zyski obsadzać jak najbardziej mainstreamowych rysowników, żeby ich prace cieszyły oko najbardziej przeciętnego czytelnika.
Podsumowując uważam, że WWH jako event okazała się największym niewypałem ostatnich lat. Historia okazała się słaba, a jej konsekwencje opłakane zwłaszcza dla postaci Hulka. Jedynym pozytywnym efektem wciąż jest przejęcie tytułu Incredible przez Herculesa - o reszcie nie ma nawet co mówić. Zwłaszcza jeśli chodzi o kilka miniserii pod szyldem Aftersmash, które miały być konsekwencjami wydarzenia. Wciąż pozostaje kilka rzeczy niewyjaśnionych, jak choćby: skąd i po co u diabła wzięły się te roboty Death's Head, które wszędzie się kręciły? Wszystko to zebrane do kupy jest powodem, dlaczego trejdy związane z WWH są na mojej liście zakupów konsekwentnie spychane niżej przez inne tytuły. Jeśli miałbym komuś polecić ten cross, to tylko zagorzałym fanom Hulka, Romity i bezsensownych bijatyk.

Black Bolt: Niszczenie i walenie, zgniatanie i łamanie. Nie wiem jak inni, ale ja od razu nastawiałem się na kilkumiesięczny festiwal miażdżenia i dokładnie to dostałem. A nauczony doświadczeniami nabytymi po Civil War, już nie wierzyłem Marvelowi w żadne zapowiedzi o epokowym wydarzeniu, jakichś długofalowych konsekwencjach, czy internecie pękającym na pół. Ot, miała być lekka, wakacyjna rozrywka i była. Hulkster biegał jak szalony po Nowym Yorku i tłukł po kolei każdego napotkanego superbohatera. Aż sam się sobie dziwiłem, ile radości sprawiało mi oglądanie tych wszystkich pojedynków. Na szczęście pośród tego całego młócenia, dało się znaleźć coś jeszcze. Jest tam Miek, który poświęcił miliony istnień tylko po to, żeby zachować przyjaciela przy sobie i wciąż móc z nim walczyć ramię w ramię. A gdy robakopodobny towarzysz Hulka wyjawia swoje rewelacje na końcu wojny, wychodzi na to, że wszystko, co do tej pory zrobił zielony olbrzym, było niesłuszne i niesprawiedliwe. Jest Przymierze, które ma swoje wątpliwości, ale mimo tego pozostaje wierne przysiędze i swojemu królowi. Jest też i sam Hulk, który poprzez swoje działania udowadnia jedynie tyle, że Illuminati mieli rację, wystrzeliwując go w kosmos. Tak jak się obawiano, okazało się, że nic nie jest w stanie powstrzymać wściekłego, zielonego olbrzyma i gdy tylko Banner straci kiedyś kontrolę nad swoim alter ego, zagrożona zniszczeniem będzie cała Ziemia. W sferach domysłów pozostawiono jeszcze walkę Hulka z Black Boltem, której nie pokazano, a daje ona sporo możliwości, zważywszy na trwającą obecnie Secret Invasion i skrullowatość władcy Inhumans.
Niewątpliwie największym atutem całego World War Hulk jest miniseria o tym samym tytule. I nie mówię tu tylko o fantastycznych, charakterystycznych i dynamicznych rysunkach utalentowanego ponad miarę Johna Romity Jr. ;) Tutaj się dzieje wszystko, co ważne i prawdę mówiąc, cała reszta jest niemalże zbędna. Tie-iny, jak to zwykle bywa przy takich okazjach, pozostawiają wiele do życzenia, a niektóre są wręcz zrobione na siłę, co wyraźnie czuć. World War Hulk mogłoby się składać spokojnie z 20 zamiast 39 komiksów i na niczym by nie straciło, a wręcz przeciwnie, mogłoby jeszcze zyskać.
Oprócz głównej miniserii, z czystym sumieniem mogę polecić jedynie te kilka numerów Incredible Hulka vol. 3, które stanowią nowy początek dla tego tytułu. No i może jeszcze fanom mutantów World War Hulk: X-Men, gdzie można zobaczyć, jak nasi ulubieni X-Men zbierają bęcki. Ant-Man, Heroes For Hire oraz Initiative przechodzą bokiem, Frontline ponownie jest trochę przydługie, Prologue i Aftersmash to tylko zapchajdziury między jednym wydarzeniem a drugim, a dla reszty szkoda słów.
Mimo tego, nawet mi się podobało. Może dlatego, że byłem świeżo po Planet Hulk i ogólny zamysł historii mnie chwycił, a może dlatego, że nie spodziewałem się jakiegoś epokowego przełomu. Fakt faktem, że niektóre sceny zapamiętam jeszcze na długo i z przyjemnością będę do nich powracał, a gamma-uniwersum zostało niemal zresetowane i to idealny moment, aby wskoczyć w życiorys Hulka i pozostałej związanej z nim ferajny. Nie przypominam sobie również żadnych opóźnień, ani też wpadek ze spoilerowaniem, a to tylko dodatkowy plus.
Już dawno nie było tak dobrze w zielonym odłamie Marvela.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.