Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #53 - Thor by J. Michael Straczynski vol. 1 HC

thor.jpgThor by J. Michael Straczynski vol. 1 HC

Scenariusz:
J. Michael Straczynski
Rysunki: Olivier Coipel
Okładka: Olivier Coipel
Liczba stron: 160
Cena: 19.99$
Zawiera: Thor vol. 3 #1-6, okładki numerów, szkice postaci

Gamart: Disassembled Bendisa namieszało w świecie Avengers, a jedną z pochodnych wydarzenia była historia "Ragnarok" w Thor vol. 2 #80-85, w której bóstwo piorunów napatoczyło się na Zmierzch Bogów nordyckich i... zniknęło z egzystencji, najprościej mówiąc. Seria się skończyła i przyszło nam czekać trzy lata na nowy tytuł o Thorze i jego powrót. Każdy wiedział, że ten moment nastąpi i w końcu, po niby-powrocie w osobie Clora z Civil War, pojawił się ten prawdziwy Odinson w nowej serii pisanej przez Joe Michaela Straczynskiego.

Przyznam szczerze, że do komiksów Straczynskiego często podchodzę z rezerwą. Uwielbiam jego Supreme Power, ale z drugiej strony mamy takiego Spider-Mana, który mimo kilku naprawdę wybitnych numerów ma okropne podstawy fabularne z całą sprawą mocy totemowych, niepotrzebne "Sins Past", "The Other" czy "One More Day". Więc bałem się o to nowe spojrzenie na Thora, bo mogło się okazać, że będzie miał moce pochodzące od węgorza elektrycznego. Na szczęście tytuł zaczął pisać ten lepszy Straczynski.

Jaki więc był pomysł na przywrócenie Odinsona i sprawienie, że tytuł jest tak niesamowity? Prosty. Pierwszy numer jest rozwinięciem pisanej przez Straczynskiego historii "Hammer Falls" [Fantastic Four #536-537]. Już po przejrzeniu pierwszych stron wszyscy znający choć trochę historię Thora ucieszą się, widząc powracającego Donalda Blake'a. Doktor jest całkiem logicznym sposobem na przywrócenie do życia bóstwa piorunów i wracamy tym sposobem do podstaw postaci i sytuacji połączenia Thora z człowiekiem, co, muszę przyznać, zawsze było jak dla mnie najlepszym rozwiązaniem w tym komiksie. Już na samym początku widzimy ogromne zmiany w życiu bohaterów, a to tylko początek wspaniałej historii.

Najpierw dostajemy nowy Asgard, unoszący się nad terenami Oklahomy. Dzięki przeniesieniu akcji w miejsce bliższe światu ludzkiemu, dostajemy najlepszy według mnie motyw nowej serii, czyli interakcje bogów z ludźmi. Kontakty te są przesycone dobrym humorem i zaskakują. Ciężko zapomnieć takie sceny, jak Thor płacący w dosyć zaskakujący sposób za ziemię, na której stoi Asgard, montowanie przy nim skrzynki pocztowej, polowanie na dziki w Teksasie czy informacje o tym, jak Asgardczycy radzą sobie z brudami. Wszystko to jest spontaniczne, pozwala spojrzeć na bóstwa nordyckie z całkiem nowej strony i zżyć się z nimi, identyfikować tak, jak wcześniej się nie dało, ponieważ zawsze byli odległymi istotami żyjącymi na końcu tęczowego mostu, a teraz są z nami i można ich zaprosić na herbatę. Czy nawet romansować, taki wątek też zostaje poruszony.

Osią napędową całości jest jednak wybudzanie przez Thora swoich towarzyszy z Asgardu, którzy od czasu Ragnarok żyją w połączeniu z ludźmi, nie pamiętając, kim byli. Straczynski w bardzo ciekawy sposób wybierał postacie, z jakimi połączone są znane nam bóstwa. Heimdall jak zawsze opiekujący się towarzyszami, Warriors Three jako… Warriors Three? Loki z piersiami?! Tak, Straczynski wie, jak zainteresować i sprawić, że z niecierpliwością czekamy na pojawianie się kolejnych postaci i to, jaką rolę spełniają w historii.

Kolejnym świetnym pomysłem scenarzysty jest poruszanie tematów współczesnych, o których niestety najczęściej mało wiemy lub zapominamy i połączenie ich ze światem całkowicie magicznym. Chociaż może ujmę to inaczej. Pokazuje nam te tematy, a świat magiczny wydawać się może dodatkiem. Straczynski na przykład przedstawia nam Nowy Orlean zniszczony przez huragan Katrina i dzięki pomocy Coipela, o którym jeszcze wspomnę, pokazuje, że tam nadal są ludzie, którzy nie potrafią opuścić swojego zniszczonego miasta. Wtedy też przyglądamy się konfrontacji słownej Heimdalla [który jest emocjonalnie związany ze zniszczonym miastem] z Thorem, jednak podświadomie cały czas myślimy o zniszczonym mieście i pewnie niejedna osoba po przeczytaniu numeru zaczyna szukać informacji o całej tragedii.

Tak samo jest z następnym numerem, w którym udajemy się do Afryki razem z Donaldem Blake, który dołącza do organizacji Lekarzy Bez Granic. Tutaj też poszukiwanie towarzyszy Odinsona jest tylko pretekstem do zwrócenia uwagi na istnienie organizacji i przedstawienie wojen plemiennych w Afryce. Widzimy ludzi, którzy chcąc pomagać z własnej woli i narażają się na utratę życia. Bardzo nietypowy zabieg w komiksie superbohaterskim ze strony Straczynskiego, który, co ciekawe, naprawdę się sprawdził. Historie są mocne i choć czasami mogą wydawać się dosyć "łopatologiczne" czy naiwne, mają siłę przebicia i potrafią zainteresować.

Jak widzicie, bardzo podoba mi się sposób, w jaki Straczynski pisze Thora. Mamy idealne połączenie humoru, który najbardziej widoczny jest w spotkaniach świata bóstw z małomiasteczkową ludnością Oklahomy, z tematami poważniejszymi, tajemnicami [czy Loki sam sobie zrobił piersi? I co knuje?!] i długimi, świetnie skonstruowanymi scenami akcji, z tą najważniejszą na czele, czyli pojedynkiem Iron Mana z Thorem, gdzie "wyjaśniają" sobie całą sprawę z Aktem Rejestracyjnym i klonowaniem tego drugiego. Osobiście jest to dla mnie chyba najlepszy pojedynek między tą dwójką w historii i najlepsza scena akcji w zeszłym roku. Walka z Destroyerem jednak nie ustępuje jej wiele. Zresztą musicie przekonać się sami.

Jeżeli chodzi o warstwę graficzną, to od pierwszych zapowiedzi byłem spokojny o tę cześć. Oliviera Coipela uwielbiam od czasu, gdy rysował Legion of Super-Heroes w DC. Potem przyszedł czas Avengers, a apogeum mojego uwielbienia dla jego osoby przypada właśnie na Thora. Stworzył nowy projekt kostiumu, który pasuje do obecnych czasów. Właśnie u niego Thor wygląda naprawdę potężnie i mimo, że na początku uważałem, że wygląda jak niemiecka atletka, to obecnie nie wyobrażam sobie innego wyglądu tej postaci. Coipel jest niezwykle szczegółowy i robi świetne tła. Każda postać jest narysowana perfekcyjnie i znani nam od dawna bohaterowie nabierają nowego kolorytu. Sceny akcji są niezwykle widowiskowe i szczegółowe. Ciężko mi opisywać tego rysownika, ponieważ jestem nim całkowicie heteroseksualnie zauroczony i nie mogę powiedzieć o nim nic negatywnego. W tym aspekcie liczę na resztę recenzujących. Może im uda się dokonać niemożliwego. Strona graficzna to majstersztyk i nawet, jeżeli scenariusz byłby kiepski, to i tak bym polecił ze względów estetycznych.

Na szczęście tak nie jest i mamy świeży scenariusz Straczynskiego, który wypełniony jest zaskoczeniami, tajemnicami i humorem. Scenarzysta szanuje historie postaci, dodając jak najwięcej od siebie. Czyta się to jak dobry film przygodowy i w tym wypadku jest lepsze niż najnowsze przygody Indiany Jonesa. W połączeniu z rysunkami dostajemy wspaniały efekt końcowy, który jest przepełniony magią tak, jak świat Thora. Polecam, nie możecie się zawieść.

Crov: Bóg piorunów i błyskawic powraca. Następna część Mortal Kombat? Nie, to mityczny Thor, dzierżąc ciężkiego Mjolnira, powraca i zabiera się za poszukiwanie przyjaciół! Czy to wystarczy, żeby Potężny Thor zatrzymał Ciekawskich Czytelników przy stronnicach opowieści o swych Ekscytujących Przygodach?! Sami zobaczcie... co ja o tym sądzę! Excelsior, true believers!

Szczerze muszę przyznać, że jedyny kontakt, jaki miałem z Thorem, to jego alternatywna, bardzo interesująca, inkarnacja ze świata Ultimate. Nie jestem fanem mieszania prawdziwej mitologii ze światem superbohaterskim, więc mocno opierałem się przed sięgnięciem po tę historię. Nie mogę też powiedzieć, że nazwisko scenarzysty sprawiło, iż nabrałem chęci. O Joe Michaelu Straczynskim mógłbym powiedzieć wiele rzeczy, ale na pewno nie to, że jest scenarzystą, którego lubię. Ma na swoim koncie jedno kapitalne dzieło w postaci Supreme Power (znane też jako: "Marvel pokazuje DC, jak powinno wyglądać Justice League"), a reszta to w większości straszne przeciętniaki, miejscami stające się gniotami. Jak inaczej nazwać maczanie palców w takim szambie spider-manowych historii, jak "Sins Past", "The Other" czy "One More Day"? Nie, ten Thor był dla mnie skazany na ławkę rezerwowych.

Dopóki nie zobaczyłem rysownika.

Przecież to Oliver Coipel! Ten sam facet, dzięki któremu tak bardzo nie żałuję pieniędzy wydanych na House of M! Ten sam, który sprawił, że scenariusz Chucka Austena nie zdołał popsuć mi końcówki trzeciej serii Avengers!

O tym, co Coipel wyrabia w tym tytule, zdążę jeszcze powiedzieć, ale warto wrócić do Straczynskiego. Nie wiem, czy mamy tutaj do czynienia z syndromem "Coipel-sprawia-że-nawet-komiks-Austena-czyta-się-dobrze", czy może Straczynski uporał się z człowiekiem podszywającym się za niego w ostatnich latach.

Pomysłowe umieszczenie Asgardu w Oklahomie oraz stosunkowo zabawnie napisane relacje bogów z małomiasteczkową ludnością są największym plusem tej historii. JMS wychodzi tutaj coś, na czym poległ choćby w The Amazing Spider-Man czy – w założeniu – znacznie bardziej komediowej opowieści o Spider-Hamie. Scenariusz oprócz weselszych chwil przewiduje także te przepełnione powagą i dramatyzmem, choć podejrzewam, że raczej patetyczny monolog Thora pod koniec albumu, w którym bóg mówi o swej możliwej śmierci poruszy mało kogo. Na pewno na "kciuk w gorę" zasługuje moment w Afryce, w którym przypomina nam się o tym, co się wyprawia na Czarnym Lądzie, jednak z drugiej strony zbyt lekkie i proste podejście do problemu może kogoś zirytować. Przy okazji dowiadujemy się, że Loki też był kobietą! Swoją drogą – czy operacja zmiany płci stała się jakoś wyjątkowo modna wśród super-złoczyńców w Marvelu? Najpierw Ultron, teraz Loki.

Mimo to, niech nikomu się nie wydaje, że od strony scenariuszowej ten komiks jest perfekcyjny. Niektóre żarty zwyczajnie padają gębą na ziemię i kwiczą, próbując mnie rozbawić (tak jak ten o wystrzeliwaniu odchodów z Asgardu), a postać samego Thora jest mało interesująca. Możliwe, że to wina BARDZO wolnego rozwoju akcji. Niestety, w ciągu tych sześciu numerów nie dzieje się wiele, a Straczynskiemu wyraźnie zależy na tym, aby ukazać nam niezwykle istotny dla fabuły obraz małego miasteczka na odludziu. Tak, zgadza się – jestem sarkastyczny, ty uważny czytelniku, ty!

Dla mnie najboleśniejszym (a dla mojego terapeuty najbardziej dochodowym) przeżyciem było starcie Thora i Iron Mana. Joe po prostu nie potrafi pisać Iron Mana. W The Amazing Spider-Man zrobił z niego dupka i sprawił, że czytelnicy zaczęli widzieć w nim faszystę. Podobnie tutaj, spotkanie z Tonym Starkiem jest zwyczajnie słabo napisane, choć sam milioner nie zachowuje się aż tak dziwnie, jak w większości przypadków u Straczynskiego. Zresztą bóg piorunów w tym wypadku nie wypada lepiej – z mentalnością godną blokowego dresiarza zamiast porozmawiać, wyciąga młot i postanawia obić nim swojego starego przyjaciela. Nic dziwnego, że zrobili sobie klona Thora, przecież ten to zwykły buc.

Czas przejść do najlepszej części tego albumu – części graficznej. Tak jak już wspominałem, to właśnie Oliver Coipel przekonał mnie, żebym zajrzał do tej historii. Udowadnia tu, że jest idealnym rysownikiem do komiksu rozrywkowego – wspaniałe, dynamiczne kadry, na których nie ma chaotycznego przepychu, prezentują się wyśmienicie. Postacie nie odbiegają znacznie od "heroicznych" standardów ustanowionych przez lata w superbohaterskim komiksie – bogowie są przystojni i dobrze zbudowani (z jednym wyjątkiem), ale w przypadku ludzi widzimy już całą gamę najróżniejszych typów – grubych, chudych, ładnych, brzydkich, czyli jak w życiu. Warto zauważyć, że Coipel radzi sobie dobrze z tym, co szwankowało choćby u Davida Fincha, mianowicie z mimiką. Czasem może nawet trochę przesadza, popadając lekko w kreskówkową karykaturalność, ale nie zdarza się to na tyle często i na tyle wyraźnie, żeby historia wyglądała z ich powodu niedorzecznie. Najpoważniejszą rzeczą, jaką mogę mu zarzucić jest to, że jego Thor wygląda jak jaskiniowiec, który biegnąc nie zdążył zahamować przed ścianą. Ma wielki, płaski nos i kwadratową głowę z małymi oczkami, co przy reszcie bohaterów, wyglądających bardziej realistycznie, wypada dziwnie. Nie można też zaprzeczyć, że Oliver ma tendencję do rysowania przesadnie kanciastych głów u mocarnie zbudowanych postaci.

Gdyby za napisanie tej opowieści wziął się Neil Gaiman, który był jednym z poważnych kandydatów do tego, mogłoby wyjść coś genialnego, jednak napisanie tego powierzono J. Michaelowi Straczynskiemu. Nie był to karygodny błąd i kompletna porażka, wręcz przeciwnie – mimo ułomności jego tekstu wyszło porządnie. Wyszło coś, obok czego można by przejść i nie zwrócić uwagi, gdyby nie rysunki Olivera Coipela. Dzięki oprawie graficznej moja ocena rośnie i mówię wam: "sprawdźcie", ale jeżeli na dźwięk słowa "Thor", "superbohaterowie-bogowie", czy "Oklahoma" wzdrygacie się to myślę, że nie ma sensu wydawać pieniędzy. A ja jeszcze raz to sobie przejrzę...

JJS

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.