Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #51 - Mighty Avengers vol. 1: The Ultron Initiative HC

lt51.jpgMighty Avengers vol. 1: The Ultron Initiative HC 
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki:
Frank Cho
Okładka: Frank Cho
Liczba stron:
168
Cena: 19.90$
Zawiera: Mighty Avengers #1-6


Crov:
Kiedy Brian Michael Bendis przejął posadę scenarzysty serii o Avengers, wszystko malowało się we wspaniałych barwach. Zaczęło się wybuchem w postaci "Disassembled", następnie nowym składem, wśród których znalazły się takie sławy, jak Spider-Man czy Wolverine, a w końcu kolejnym rozpadem zespołu podczas Civil War. Nie można się więc dziwić, że moje podejście do informacji o nowym tytule o Avengers było pozytywne. Bendis! Cho! Ciekawy skład Avengers! Co może pójść nie tak?!

No właśnie.

Po wielkiej bijatyce superbohaterów (albo jak to określił Ares: pojedynku klepania się, bo prawdziwa wojna to była ta Trojańska) czyli Civil War, świat Marvela podzielił się na dwa "obozy" – tych, którzy się zarejestrowali i tych, którzy się nie zarejestrowali. Pierwsi pracują dla rządu i są częścią Inicjatywy 50. stanów, a drudzy... no cóż, oni kryją się, gdzie popadnie. Mighty Avengers jest częścią tego pierwszego "obozu", a właściwie najważniejszym reprezentantem tej strony. Grupa powstała niemal w biegu. Dopiero co Iron Man i Ms. Marvel wybrali członków swojego zespołu (a są to: Wonder Man, Black Widow, Sentry, Wasp oraz Ares), a już kilkanaście minut później musieli zmierzyć się z Mole Manem i Ultron (który też była kobietą!).

Wydaje się, że historia nie zapowiada żadnych głębszych przemyśleń albo ciekawego rozbudowania postaci, a jednak... A jednak to prawda. Nic z tego nie ma. Historia to sześć numerów tłuczenia się, wybuchów i prężenia muskułów (ewentualnie piersiów i pupów).

Przez pierwsze dwa odcinki dostajemy także kilka retrospekcji, ponieważ "obecnie" trwa walka z Mole Manem. Stały trik Bendisa, który rzuca nas prosto w wir akcji, a przy tym stara się przekazać treść. Zwykle, np. w Ultimate Spider-Man, wychodzi mu to bardzo dobrze, ale tutaj treść przekazana w retrospekcjach nie przyciąga tak, jak powinna. Najpierw Tony Stark i Carol Danvers wybierają drużynę na komputerze, a potem spotykają się z poszczególnymi członkami. O ile spotkanie na przykład z Aresem jest stosunkowo zabawne i ciekawe, to reszta nie potrafi jej dorównać. W spotkaniu Iron Mana i Ms. Marvel mogą zaciekawić nas jedynie wspomniani przez nowego dyrektora S.H.I.E.L.D. tajemniczy "oni". Reszty spokojnie mogłoby nie być.

Oprócz retrospekcji oczywiście mamy mnóstwo walki, która graficznie prezentuje się bardzo porządnie. W scenach walki najlepiej prezentuje się Ares, który pokazuje, że potrafi kreatywnie zabrać się za rozczłonkowanie przeciwnika. W domyśle najbardziej efektowna miała być wymiana ciosów Sentry'ego i Ultron, niestety tutaj Frank Cho (ani Bendis pisząc to) nie popisał się specjalnie. Mamy starcie tytanów, wielkie fale energii, błyski, grzmoty i tak dalej, ale brakuje temu dynamizmu i mocy znanej choćby z rysunków Davida Fincha w "New Avengers".

To komiks tworzony przez dwóch utalentowanych twórców, którzy zwyczajnie się nie postarali. Największym plusem jest zdecydowanie postać boga wojny, Aresa, który przy całym swoim nieokrzesaniu i dzikości jest postacią wielce sympatyczną i po prostu jedną z tych, które się podziwia podczas walki (piękna scena z pozbawieniem nóg jednej ze zbroi Iron Mana). Innowacyjne użycie dymków na początku wydało mi się ciekawe, ale po paru numerach okazało się być kompletnie nieprzydatne. Mamy parę zapadających w pamięć momentów i scen, ale jest ich za mało, żeby pozytywnie wpłynąć na jakość tej historii. Historii, która zawiera się w sześciu numerach, a treści ma maksymalnie na trzy.

JJS


Gamart:
Brian Michael Bendis w niezwykły sposób zrewitalizował Avengers. Od Disassembled, przez House of M, do Civil War. Właśnie przez to ostatnie wydarzenie dostaliśmy drugi tytuł z główną drużyną Avengers – Mighty Avengers. Co było swoistym powrotem do czasów West Coast Avengers, gdy dwie równorzędne drużyny koegzystowały w tym samym świecie.
Drużyna w założeniach była najważniejszym zespołem należącym do Initiative, w którym zebrani zostali najpotężniejsi bohaterowie. Skład od początku robił wrażenie. Dwóch nieśmiertelnych w osobach Aresa i Wonder Mana, potężna Ms. Marvel, prawdopodobnie najsilniejszy bohater uniwersum, czyli Sentry, szef wszystkich szefów Iron Man, a na dokładkę Black Widow i oryginalna Avenger – Wasp.

Co w takim wypadku dostaliśmy tym razem od Bendisa? Historia otwarta jest z hukiem, przez pojawienie się jednego z największych przeciwników Avengers w historii – zabójczego robota Ultrona. Całość jest przedstawiona w sposób typowy dla Bendisa. Dostajemy zespół walczący z Mole Manem i Ultronem, co jest przerywane flashbackami, w których dowiadujemy się po kolei, jak rekrutowani byli poszczególni bohaterowie. Cały proces odwiedzania kolejnych osób jest przeprowadzony sprawnie i, jak w przypadku Aresa, zabawnie. Spotkania są przeplatane pokazaniem bohatera walczącego ze stworami Mole Mana, co daje całkiem przyjemny efekt. Po przedstawieniu składu i walce z władcą podziemi dostajemy w końcu główne danie, które będzie osią napędową całej historii. Pojawia się Ultron, a dokładniej Ultronica, bo robot Pyma w swojej najnowszej wersji postanowił mieć piersi i aparycję Wasp, a na dokładkę przejął zrobotyzowane ciało Iron Mana.

Wszystko wydaje się bardzo interesujące, nie? Niestety, coś nie zatrybiło w całej historii i ma parę denerwujących cech. Po pierwsze, jest sztucznie rozciągnięta na te sześć numerów, aby starczyło na wydanie zbiorcze i równie dobrze mogła się zmieścić w czterech [tak jak to zrobił Kurt Busiek w swoim "Ultron Unlimited" z Avengers v3 #19-22, gdzie dużo bardziej skomplikowaną fabularnie historię o Ultronie bez problemu zmieścił w mniejszej liczbie numerów], dlatego połowa historii to panele przedstawiające walkę zespołu. Po drugie widać, że Frank Cho nie pasuje do rysowania miesięcznika. Pierwsze numery były naprawdę fajnie narysowane, ale w pewnym momencie było widać, że opóźnienia dają mu się we znaki i po prostu nie chce mu się dalej wysilać, całość robi się coraz bardziej nieskładna, chociaż nadal trzyma przyzwoity poziom, bo Cho to jednak Cho i jego kobiety z wielkimi biustami i pupami mogą się podobać. Muszę jednak przyznać, że takie wrażenia z odbioru całości mogą się brać również z tego, że Bendis po prostu za wysoko postawił sobie poprzeczkę z originem zespołu podczas "New Avengers: Breakout" i mieliśmy dużo większe wymagania. Dla przeciętnego czytelnika, który nie jest wielkim fanem Avengers, ale lubi, gdy pokazane jest dużo akcji, jest to całkiem przyjemne czytadło. Ci, którzy nie są wielkimi fanami Avengers i lubią solidną fabułę, powinni się trzy razy zastanowić, zanim sięgną po ten komiks. Jednak są jeszcze tacy, którzy są fanami Avengers i orientują się w ich historii, dla nich muszę przeznaczyć dodatkowy akapit i w końcu przedstawić, dlaczego album w sumie broni się całkiem dobrze, jeśli chodzi o jakość.

Każdy, kto zna historię Avengers, zauważy po raz kolejny, że Brian Michael Bendis oddaje tym albumem i rozwiązaniami fabularnymi hołd historyczny. Samo spotkanie z Ultronem to swoiste nawiązanie do startu miesięcznika "West Coast Avengers" w 1984 roku, gdy założony niedawno zespół od razu musiał stawić czoła tak wielkiemu zagrożeniu. Cieszy również dynamika w relacjach i to, że w czasie walk da się zauważyć potęgę, jaką dysponuje zespół. Całość przygotowana jest w iście filmowy sposób i korzysta dosyć mocno z dorobku kina katastroficznego. Mamy przecież nagły atak na miasto potworów, pojawienie się niezniszczalnego przeciwnika, bezsilność bohaterów i w końcu zwrócenie się po pomoc do osiągnięć naukowych. Bardzo fajnym pomysłem jest po raz kolejny wprowadzenie wątku Ultron-Pym i ich niekończącej się walki. Każdy, kto śledzi ich historię, powinien się dobrze bawić podczas czytania, bo wprowadza kolejne ciekawe informacje. Dla fana Avengers całość jest solidnym czytadłem, gdzie możemy zobaczyć swoich ulubionych bohaterów w klasycznej walce ze złem. Dobrze, że Bendis po raz kolejny pokazuje, że historia Mścicieli nie jest mu obca.

Najważniejszym jednak atutem przemawiającym za kupnem tego wydania jest niesamowity debiut Aresa jako członka Avengers. Olimpijczyk jest po prostu niesamowity i wprowadza dużo świeżości do świata superbohaterów. Kradnie najlepsze teksty w numerach, ma całkowicie szalone i nieprzewidywalne pomysły. Wszystko, co robi, wzbudza w czytelniku pozytywne emocje i w sumie to właśnie oczekiwanie na to, co zrobi ta postać, było najważniejszą rzeczą jaka sprawiała, że co miesiąc z oczekiwaniem wypatrywałem kolejnego numeru. Ciężko opowiedzieć o poziomie tej fajności i po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy. Wspomnę tylko, ze widok Aresa lecącego na zbroi Iron Mana czy niszczącego wrogów nogami urwanymi ze zbroi jest po prostu niezapomniany.

Podsumowując, możesz zobaczyć całość, ale nie spodziewaj się niczego specjalnego, bo to po prostu klasyczne starcie z przeciwnikiem, gdzie walka zajmuje pierwsze miejsce, a fabuła czeka z boku. Jeśli natomiast lubisz Avengers, to warto przeczytać, bo to zawsze Bendis, fajne dialogi i Ares.

LTneutral.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.