Avalon » Publicystyka » Artykuł

O Ultimate X-Men Roberta Kirkmana

Robert Kirkman przez dwa lata napisał Ultimate X-Men #66-93 oraz drugi Annual tej serii. W ciągu tego czasu stał się jednym z największych wrogów fanów mutantów Marvela, a ci, którzy nie potrafili się mimo swojej wielkiej antypatii rozstać z tytułem, często zamiast wypowiadać się o kolejnych numerach serii (no bo ile razy można pisać to samo?) koncentrowali się na osobie samego scenarzysty. I jeżeli ktoś szuka więcej tego typu rzeczy, to niech zajrzy do avalonowego Pulse’a bądź na pierwsze lepsze forum komiksowe, ponieważ w tym tekście tego nie znajdzie. Ja pozwolę sobie skoncentrować się na samym komiksie, o którym mam bardziej pozytywne zdanie niż tak zwany ogół.
uxmv14.jpgRobert Kirkman przez dwa lata napisał Ultimate X-Men #66-93 oraz drugi Annual tej serii. W ciągu tego czasu stał się jednym z największych wrogów fanów mutantów Marvela, a ci, którzy nie potrafili się mimo swojej wielkiej antypatii rozstać z tytułem, często zamiast wypowiadać się o kolejnych numerach serii (no bo ile razy można pisać to samo?) koncentrowali się na osobie samego scenarzysty. I jeżeli ktoś szuka więcej tego typu rzeczy, to niech zajrzy do avalonowego Pulse’a bądź na pierwsze lepsze forum komiksowe, ponieważ w tym tekście tego nie znajdzie. Ja pozwolę sobie skoncentrować się na samym komiksie, o którym mam bardziej pozytywne zdanie niż tak zwany ogół.

Kirkman rozpoczął od trzech trzy-numerowych historii, w których kontynuował to, co pozostawił mu Brian K. Vaughan, i jednocześnie zaczął wprowadzać swoje wątki i postacie. Z wywiadów ze scenarzystą można wywnioskować, że początkowo miał tylko napisać te właśnie dziewięć numerów (mówiło się wtedy o przejęciu Ultimate X-Men na rok przez Vaughana i reżysera pierwszych dwóch kinowych filmów o mutantach, Bryana Singera) i rzeczywiście, stanowią one praktycznie coś odrębnego od reszty historii Kirkmana. Głównym wątkiem jest pojawienie się w szkole profesora Xaviera i podejrzanie szybkie przyłączenie się do X-Men Elliota Boggsa, używającego pseudonimu Magician. Jest to jedna z nielicznych nowych postaci, która w momencie pojawienia się w Ultimate Marvelu nie miała odpowiednika w oryginalnym uniwersum. Żadna z nich (może poza Kongiem z Ultimate Spider-Mana) nie zdobyła uznania czytelników i po zakończeniu swojej pierwszej historii już się nie pojawiła, i podobnie było z Magicianem. Jego wątek nie jest interesujący, poza drobnym zaskoczeniem, jakim była skala wpływu Elliota na wydarzenia: o ile od początku widać, że w jego przyłączeniu się do X-Men było coś nie tak, to oszukanie wszystkich mutantów, którzy widzieli jak "Nick Fury" sprowadza Boggsa do szkoły, było małą niespodzianką. Magician ostatecznie odszedł w nieznane i brak jego powrotu jest niewielką stratą, ale na szczęście inne wątki potrafiły to wynagrodzić. Na czele jest oczywiście ten z Phoenix, który Kirkman rozpoczął od przedstawienia nowej wersji Shi’ar. Na początku Ultimate Marvela starano się odchodzić od kosmicznych i magicznych genezy większości bohaterów. Mimo że później było różnie, w ten właśnie sposób poradzono sobie z Shi’ar, którzy zamiast rasą obcych władającą wielkim imperium są sektą czczącą prastare bóstwo zwane Phoenix. Ich historia została zgrabnie powiązana z Klubem Hellfire, którzy jako pierwsi w Ultimate X-Men wykazywali zainteresowanie Jean Grey i tym, co jest, lub nie, w niej ukryte. Właśnie Kirkman zdecydował się odpowiedzieć twierdząco na pytanie, czy Phoenix jest prawdziwa. W ten sposób uciął te spekulacje i postawił kolejną zagadkę (którą on lub jego następca miał rozwikłać): czy Marvel Girl ulegnie ognistemu ptakowi. Dobrym posunięciem było pozostawienie samej zainteresowanej w niewiedzy dzięki machinacjom Geralda Lavine’a, w rzeczywistości pracującego dla Klubu Hellfire. Poza tymi dwoma najistotniejszymi wątkami, Kirkman kontynuował inne, które pozostawił mu jego poprzednik. W miarę dobrze radził sobie w powrotem Rogue, pozbawioną swojego przekleństwa i władającą mocami Gambita. Przedstawił również dalszy ciąg knowań doktora Corneliusa, który tym razem do pomocy zatrudnił sobie Sabretootha. Scenarzysta postanowił pobawić się sugestią, że Wolverine jest ojcem tego złoczyńcy, co wyjaśniałoby podobieństwo ich mocy i nie byłoby nawet pozbawione sensu, jeżeli okazałoby się to prawdą, chociaż akurat w tym przypadku nie dostaliśmy konkretnej odpowiedzi. Poza tymi wszystkimi wydarzeniami, trochę jakby w tle, Kirkman umieścił Nightcrawlera i zachodzące w nim zmiany. Historia, której kulminacja miała miejsce w drugim Ultimate X-Men Annualu, pokazała coraz bardziej wyobcowanego Kurta, od którego kolejno (przynajmniej według niego) odwracali się jego przyjaciele, aż wreszcie pozostała mu jedynie jego "wielka miłość", Dazzler. Upadek Nightcrawlera uważam za najlepszą rzecz z pierwszego etapu Ultimate X-Men Kirkmana, chociaż i tu nie wszystko wyszło tak, jak powinno: o ile homofobia Kurta nie jest niczym nowym, a wywołana przez nią nienawiść do Colosussa i sytuacja Wagnera ma sens, to próba zrobienia z niego morderczego psychopaty była lekką przesadą, pomimo jego przeżyć podczas niewoli w Weapon X. Na szczęście, Kirkman szybko odszedł od tego kierunku i skierował Nightcrawlera na ścieżkę ku odkupieniu.

uxmv14.jpgPo tych pierwszych numerach scenarzyście powierzono Ultimate X-Men na dłużej, więc Kirkman rozpoczął większą sagę. Zaczęła się ona od przybycia z przyszłości pewnego człowieka zwanego Cablem, którego misją było zabicie profesora Xaviera. Jego tożsamość została wyjawiona na końcu jego debiutowego numeru i od razu wywołała różne reakcje, ponieważ Ultimate Cable okazał się być starszym o trzydzieści lat, pozbawionym czynnika gojącego (i jednej z rąk) Wolverinem. W czasach, kiedy modniej jest być anty-fanem Logana i jego wszechobecności niż jego wielbicielem, to był dosyć ryzykowny zabieg, ale moim zdaniem to nie był głupi pomysł. Walczący z Cablem Wolverine jako jedyny dowiedział się z kim ma do czynienia i podobało mi się to, że w swoim wcieleniu z przyszłości widział siebie z przeszłości (należy pamiętać, że Logan dołączył do X-Men, próbując zabić Xaviera). W historii zatytułowanej po prostu "Cable" Kirkman przedstawił również innych przybyszów z przyszłości. Starego Logana wspomagali jego partnerzy z Six Pack, w niemal identycznym składzie jak to było w oryginalnej wersji. Oni sami w sobie nie byli bardzo interesujący (w przeciwieństwie do ich dialogów odsłaniających w części tajemnice przyszłości, choć były to bardziej ciekawostki niż wiedza niezbędna przy czytaniu kolejnych numerów), ale pojawił się jeszcze szósty członek zespołu, który dla odmiany stanął po stronie X-Men, czyli Bishop. On również jako jedyny pozostał w teraźniejszości, a później założył własną drużynę i wykorzystując znajomość przeszłości starał ją zmienić. Ta postać nie była jakimś nadzwyczajnym pomysłem, ale ten posiadający niejedną tajemnicę starzec był bardziej interesujący niż jego pierwowzór przez ostatnie dziesięć lat (aż do "Messiah Complex", ewentualnie poza District X, którego nie czytałem). Pojedynek X-Men z Six Pack zakończył się "śmiercią" Xaviera, a następnie byliśmy świadkami pogrzebu profesora, rozpadu zebranego przez niego zespołu i decyzji Cyclopsa o otwarciu szkoły dla większej ilości mutantów. Tego wcześniej w Ultimate X-Men jeszcze nie było, więc Kirkman mógł badać nowe tereny (w tym uniwersum przynajmniej) i zbudować nowych X-Men wokół kogoś innego niż Xavier. Co do samego profesora, to szybkie ujawnienie, że nie zginął, lecz został porwany, było trafną decyzją, ponieważ zamiast jego niby-niespodziewanego powrotu kilkanaście numerów później dostaliśmy zagadkę na temat tego, co tak naprawdę planuje Cable, a jednocześnie można było wykorzystać możliwości, jakie dawało to, że X-Men uważali swojego mentora za zmarłego.

Następne trzy numery były w zasadzie wstępem do kulminacyjnych historii Kirkmana w Ultimate X-Men i pokazywały m.in. Bishopa zbierającego swój zespół oraz Cyclopsa i Marvel Girl starających się prowadzić szkołę. W tym okresie Kirkman wprowadził przede wszystkim dwa istotne elementy. Po pierwsze, przedstawił w Ultimate Marvelu Morlocków. Tak jak w oryginalnej wersji, byli to mutanci o nietypowym wyglądzie mieszkający w kanałach pod Nowym Jorkiem. Niestety, niewiele więcej można o nich powiedzieć, ponieważ ani jako grupa, ani indywidualnie nie otrzymali interesującej charakterystyki. Ich obecność w komiksie była elementem w historii Nightcrawlera, który wśród Morlocków znalazł sobie właściwe miejsce po opuszczeniu X-Men, ale oni sami, jak i dwu-numerowa historia, w której zadebiutowali, byli zdecydowanie jednymi ze słabszych fragmentów Ultimate X-Men Kirkmana. Scenarzysta numer wcześniej zrobił inną zaskakującą rzecz, jaką było przywrócenie do życia Beasta (a właściwie, co jest znacznie częstsze w komiksach, pokazał, że on wcale nie umarł). Kiedy widziałem pierwszy raz okładkę zapowiedzi tego komiksu, sądziłem, że Hank pojawi się w jakiejś retrospekcji, zwłaszcza, że był w swojej ludzkiej, nie futrzastej postaci. Tak się jednak nie stało, ale muszę przyznać, że realizacja tego pomysłu nie była zła (pomijając oczywiście to, że każde "zmartwychwstanie" w komiksach niesie pewien niesmak). W późniejszych numerach Beast może nie odegrał bardzo dużej roli, ale na pewno większą niż chociażby Morlockowie, a podobnie jak jego śmierć, jego powrót wpłynął na postać Storm. Poza tym, wydaje mi się, że lepiej jest mieć McCoya do dyspozycji niż nie i liczyć na to, że w przyszłości zostanie on dobrze wykorzystany.

uxmv14.jpg"Sentinels" to najlepsza historia Roberta Kirkmana, która znalazła się wśród napisanych przez niego dwudziestu paru numerów Ultimate X-Men. W pewnym sensie dlatego, że więcej w niej było odpowiedzi i rozwiązań niż pytań i zalążków nowych wątków. Właśnie tu zadebiutował nowy zespół X-Men zebrany przez Bishopa. Poza mutantami, którzy należeli do poprzedniej wersji drużyny, pojawiły się w niej dwie nowe postacie: Pyro i Psylocke. Jak sam tytuł historii wskazuje, koncentruje się ona na walce nowych X-Men z nowymi Sentinelami, tym razem kierowanymi przez von Struckerów. Do tego wszystkiego mamy ucieczkę Beasta z Triskelionu oraz Stryfe’a (znacznie lepsza wersja niż oryginał, który bez Cable’a jest niewiele warty) i jego Front Wyzwolenia Mutantów. Im bliżej końca historii, tym wątki zbliżają się do siebie i tworzą satysfakcjonującą całość. Nawet takie sceny, które pozornie mają po prostu zaszokować czytelnika i dać "fajną" ostatnią stronę numeru (ujawnienie, że w przyszłości Psylocke zostaje żoną Bishopa) są podstawą do czegoś dobrego (bardzo podobała mi się rozmowa Betsy i Bishopa po powrocie do kwatery X-Men). Trochę zabawne jest to, że bohaterowie wygrywają z przeciwnikami już w przedostatniej części historii, a kolejny numer głównie traktuje o czymś innym. Oprócz tego, że dowiadujemy się w końcu, że Cable i Bishop współpracują (jest to coś, czego można się było spodziewać, ale nie było tak do końca oczywiste), aby nie dopuścić do zapanowania nad światem przez Apocalypse’a, popchnięty do przodu zostaje wątek Phoenix: Jean Grey dowiaduje się, że Gerald Lavine pracuje dla Klubu Hellfire i domyśla się, że jednak jest stopniowo opanowywana przez ognistego ptaka. Jednocześnie czuje się zbliżający się zapowiadany wielki konflikt, w którym również i Phoenix może odegrać swoją rolę. Należy jeszcze zwrócić uwagę na dziwny epilog dotyczący Emmy Frost, która okazuje się należeć do Klubu Hellfire, co jest bardzo sprzeczne z jej dotychczasową charakteryzacją jako pacyfistki. Być może Emma realizowała jakiś większy plan, ale ponieważ Kirkman nie zdążył rozwinąć tego wątku, a wątpliwe jest również, że zrobią to jego następcy, ta scena po prostu nie pasuje.

Jak napisałem, "Sentinels" jest według mnie najlepszą częścią Ultimate X-Men Kirkmana. Niestety, kulminacja jego runu, czyli "Apocalypse", z kolei jest bodajże największym zawodem. Nie jest najsłabszą z napisanych przez Kirkmana historii, ale ponieważ to do niej wszystko zmierzało, powinna być lepsza niż była w rzeczywistości. Jednak zanim nadszedł Apocalypse, Kirkman zakończył inny wątek, który przewijał się od dawna (jeżeli dobrze pamiętam, to jeszcze od czasów poprzedniego scenarzysty) w tle, czyli ten związany z Shadow Kingiem. Nie była to jakaś nadzwyczajna historia, ale dla mnie wystarczyła jako rozwiązanie tej sprawy. Shadow King w Ultimate Marvelu nie okazał się wielkim złoczyńcą próbującym przejąć władzę nad światem, ale też poprzednie nawiązania do tej postaci tego wcale nie sugerowały, więc nie widzę powodu, dla którego nie mógł się okazać byłym chłopakiem Storm pragnącym (niesłusznej) zemsty. Ponieważ do tej pory to właśnie Ororo była prześladowana przez Shadow Kinga, więc to ma sens, że okazał się on postacią z właśnie jej przeszłości i ostateczna rozgrywka miała miejsce tylko między nimi. W tym samym numerze Bishop poprowadził X-Men do walki z Corneliusem i jego Weapon X. Poza kolejnymi sugestiami na temat pokrewieństwa z Wolverinem ze strony Sabretootha, okazało się, że naukowiec stworzył sobie stadko małych Loganów. Kiedy potem Wolverine dziękuje Bishopowi za to, że ostrzegł go przed Corneliusem czyhającym w ukryciu, który potem mógł go w każdej chwili zaatakować, wydawało się mi, że to miało znaczyć, że to właśnie w ten sposób Logan został Cablem. Potem okazało się jednak, że to Apocalypse odebrał mu zdolności i wyrwał ramię, ale być może chodziło o to, że tego nie dało się uniknąć? To pewnie pozostanie zagadką. A skoro jestem już przy Apocalypsie... Początek historii był obiecujący, kiedy okazało się, że służący mistrzowi ewolucji Sinister został w niego przemieniony, a sam główny złoczyńca dostał kilka niezłych tekstów dobitnie wyjaśniając swoim przeciwnikom, że nie mają z nim szans. Przejęcie kontroli nad mutantami przez Apocalypse’a i użycie ich przeciw innym bohaterom też jeszcze było dobre, ale od połowy historia zaczęła obniżać loty. Najpierw czytelnik miał się emocjonować zakończeniem drugiej części, kiedy na polu walki pojawiły się dwie zamaskowane postacie, ale nie było to możliwe biorąc pod uwagę, jak bardzo oczywista była ich tożsamość. Potem był kolejny numer, który w połowie składał się z dwustronicowych rozkładówek przedstawiających głównie Apocalypse’a w pełni jego potęgi. Trzeba przyznać, że wynikiem tego nie była drastycznie mniejsza ilość dymków, więc sam komiks nie polegał jedynie na przejrzeniu ilustracji, ale trzeba pamiętać, że Salvador Larroca to nie jest Bryan Hitch, na którego pracach można zawiesić oko na dłuższą chwilę. No i wspomniane występy gościnne, jak obecność Fantastycznej Czwórki, nie wniosły praktycznie niczego do historii. Zakończenie również pozostawiało wiele do życzenia. O ile pokonanie Apocalypse’a przez Phoenix i jej zalecenie, aby Xavier rozpoczął swoje dzieło od nowa, to był dobry pomysł (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to był ostatni numer Kirkmana), to jednak wzięcie tego dosłownie i wymazanie całej bitwy z rzeczywistości było zupełnie niepotrzebne. Czy naprawdę konieczne było też przywracanie do życia Angela, który był interesujący bodajże tylko w swoim pierwszym numerze? Nie sądzę.

uxmv14.jpgWśród scenariuszy Kirkmana w Ultimate X-Men trudno jest doszukać się czegoś naprawdę wybitnego, bo nawet jego najlepsze historie takie po prostu nie są. Podobnie jest z rysunkami, które obrazowały jego pomysły. Co prawda wśród ich autorów są tacy, których można zaliczyć do tych bardziej znanych i lepszych artystów, ale to wciąż nie jest ścisła czołówka, a poza tym widziałem już ich prace, które bardziej mi się podobały. Chociażby Salvador Larroca, którego rysunki najbardziej lubiłem, kiedy rysował X-Men Petera Milligana, zanim zmienił swój styl na ten, który obecnie prezentuje. Pomimo tego, Larroca wciąż był jednym z lepszych artystów, który współpracował z Kirkmanem przy Ultimate X-Men. Również rysunki Toma Raneya były w porządku, chociaż wiem, że i on potrafi lepiej niż to pokazał podczas pierwszych numerów Kirkmana. Potem mieliśmy Bena Olivera, którego styl mi odpowiada, ale nie jestem pewny, czy pasuje do tego tytułu. Pojedyncze numery narysowali przeciętny, ale solidny Harvey Tolibao, który w podejrzanych okolicznościach zastąpił w ostatnim numerze Larrocę, oraz Pascal Alixe, o którego rysunkach niewiele mogę dobrego powiedzieć. Po kilku stronach niezgrabnie rysowane przez niego postacie, a zwłaszcza ich twarze, zaczęły mi psuć odbiór dwóch numerów, które współtworzył. Na koniec pozostał ten, który zilustrował najwięcej numerów Kirkmana, czyli Yanick Paquette. Ciężko mi go jednoznacznie ocenić, ponieważ był w stanie rysować bardzo dobrze, jak i zupełnie źle. Znakomicie wychodziły mu twarze kobiet, ale większość mężczyzn spod jego ołówka wygląda wręcz paskudnie. Również terminy nie wpływały dobrze na końcowe efekty pracy Paquette’a (co też widać obecnie w Young X-Men), bo chociaż początek "Sentinels" jest w jego wykonaniu niezły, to ostatni numer, spóźniony o dwa tygodnie i częściowo narysowany przez Larrocę, jest najgorszy ze wszystkich.

Oprócz tego, jak wypadają poszczególne historie, należy spojrzeć też na erę Kirkmana jako całość. Podobało mi się to, że scenarzysta tworzył kontynuację tego, co było do tej pory, a nie tylko robił swoje, nie zważając na to, co się działo z postaciami wcześniej. Aron Coleite, który obecnie pisze Ultimate X-Men, nie wydaje się tym przejmować, kiedy np. pokazuje retrospekcje, z których wynika, że Jean Grey jest pierwszą studentką Charlesa Xaviera, a Scott Summers drugim, lub scenę śmierci ojca Marvel Girl, która miała się dziać przed jej przyłączeniem się do X-Men, chociaż przecież poznaliśmy profesora Greya w Ultimate War #2. Kiedy Kirkman zasugerował w jednym z numerów, że Jean została oddana przez rodziców do zakładu psychiatrycznego po ujawnieniu się jej mocy, przez co ich znienawidziła, nie było to otwartym zaprzeczeniem poprzednich wydarzeń: wcześniej Marvel Girl nie mówiła wiele o swoich rodzicach, a oni sami nie pojawili się na ponownym otwarciu szkoły Xaviera, więc można było wysnuć wnioski, że relacje między nimi nie do końca są w porządku. Wspomniałem też na początku tekstu o tym, jak Kirkman kontynuował to, co zostawił mu Vaughan. Scenarzysta nie zapomniał o Angelu, Dazzler, Corneliusie, Syndicacie, Mystique udającej Magneto w celi w Triskelionie, zajął się nowymi zdolnościami Rogue czy sytuacją między Nightcrawlerem i Colossusem lub Storm i Wolverinem, a nawet brał pod uwagę takie szczegóły jak przyjaźń Cyclopsa i Toadem, co zaowocowało zaproszeniem tego drugiego do szkoły Xaviera. W ten sposób numery Kirkmana czytało się rzeczywiście jak kontynuację serii, a nie coś odrębnego. O nowych wątkach wprowadzonych przez scenarzystę dokładniej napisałem w powyższych akapitach, a tu tylko dodam, że długoterminowe planowanie i trzymanie poszczególnych intryg na dalszym planie przez długi czas, aby się nimi w odpowiednim momencie zająć, to coś, co bardzo podoba mi się w Invincible i w podobny sposób prowadzona była fabuła w Ultimate X-Men.

Naturalnie, nie wszystko zostało przez Kirkmana zrobione tak, jak powinno. Największy zarzut to oczywiście ten, że na samym końcu sprawił, że historia kończąca jego sagę została wymazana z rzeczywistości. Idea na nowy początek dla X-Men była oczywiście świetna, ale bez przesady. Innym problemem jest sprawa z Shadowcat. Nie mam na myśli jej odejścia, bo Kitty znacznie lepiej pasuje do Ultimate Spider-Mana niż Ultimate X-Men, ale to, w jaki sposób się odbyło, a mianowicie, że Kirkman i Brian Michael Bendis w swoich seriach przedstawili różne powody "transferu" Shadowcat do Midtown High. Nie wiem, czyja to wina, że się nie dogadali, ale niedobrze się stało. A i sama wersja według Ultimate X-Men budzi pewne zastrzeżenia, ponieważ w jednym numerze Kitty tryska entuzjazmem, a w następnym chce wracać do normalnego życia. Jeżeli to ostateczna konfrontacja z Magicianem tak wpłynęła na nią, to nie zostało to dobrze pokazane. Jeszcze trzeba wspomnieć o tym, że styl Kirkmana trochę się "zemścił" na nim samym na końcu jego przygody z Ultimate X-Men, ponieważ w wyniku jego odejścia od tytułu (które mogło być zaplanowane lub przedwczesne; to tylko moje przypuszczenia, do których nie warto przywiązywać większej uwagi, ale ogłoszenie ouxmv14.jpg odejściu Kirkmana poprzedzały entuzjastyczne wypowiedzi o pracy przy tytule, a ostatni numer był narysowany przez Tolibao chociaż Larroca jest rysownikiem wyrabiającym się z terminami – czyżby trzeba było zmienić zakończenie, a pierwszy rysownik nie mógł tego zrobić, bo był już zajęty Invincible Iron Manem?) część wątków pozostało bez zakończenia. Już pisałem wcześniej o dziwnej rewelacji związanej z Emmą Frost, a do tego dochodzi jeszcze sprawa z Morlockami, którzy mówili coś o wojnie z ludźmi, a ostatecznie nie dostali wiele czasu panelowego po ich debiutanckiej historii. Jako ostatni z poważnych minusów trzeba jeszcze wspomnieć Magiciana, którego historia niepotrzebnie zajęła tyle numerów.

Nie da się ukryć, że Ultimate X-Men Kirkmana nie było najlepszym z okresów tego komiksu. Ja będę chętnie wracał do historii takich, jak "Cable", czy "Sentinels", ale do pozostałych już niekoniecznie. Jednocześnie nie jestem jednym z tych, którzy odejście scenarzysty traktują jako jego najlepszy pomysł, na jaki wpadł, zwłaszcza, że jego następca wcale nie wyprowadził serii na z powrotem na poziom dorównujący temu z jej pierwszych sześćdziesięciu kilku numerów. Podsumowując najkrócej jak się da, Ultimate X-Men Roberta Kirkmana to solidny, choć przeciętny komiks, bez wielu wzlotów, ale też bez bardzo wyraźnych upadków.

Ozz
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.