Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse Special #7 (14.09.2008)

avalonpulse0.png
Niedziela, 14 września 2008 Wydanie specjalne #7

 

Z powodu problemów z funkcjonowaniem forum oraz samej strony nie mogliśmy przedstawić nowych wydań Pulsa. Dziś nadrabiamy zaległości w numerze specjalnym, opisującym komiksy z ostatnich kilku tygodni. A działo się w nich sporo, zwłaszcza na froncie Secret Invasion.

 



Amazing Spider-Man #567avalonpulsespecial0007d.jpg

Gil: Prawdę mówiąc, spodziewałem się czegoś gorszego. Rozumiem, dlaczego Piotruś postanowił wiarygodnie grać rolę Daredevila i dlaczego sprzedał Gonzalesowi bajkę, że specjalnie go wkopał. Nie rozumiem jednak, dlaczego pozwolił Kravence żyć w przekonaniu, że Vin to Spidey, żeby mogła znowu go zaatakować, kiedy przyjdzie jej na to ochota. To trochę nie po bohatersku. Wielka rewelacja, że ta nowa to kolejne z gromadki dzieci Kravena, też jakoś mnie nie wzruszyła. W sumie, otrzymaliśmy kolejną opowieść bez wyraźnego zakończenia ani specjalnego sensu. Przynajmniej rysunki przyzwoite - z wyjątkiem tego wyjątkowo idiotycznego kadru, na którym Kravenka odstawia scenę z Matrixa, jednocześnie reklamując koreański samochód. Dam 5/10, bo nie bolało.

CrissCross: E tam. Słabe było i jest nadal. Najbardziej żenująca była próba wytłumaczenia Vinowi, czemu Kraven-girl wzięła go za Spidera. Naprawdę lepszej bajki wymyślić Piotruś nie mógł? A niby taki mądry... Numer ratuje, ale tylko troszkę, końcówka. Troszkę, bo zaraz się okaże, że cała rodzina Kravinoffów go ściga. Był Kraven, jego dwaj synowie, teraz córeczka i wygląda na to, że jest jeszcze żona. Za kilka-kilkanaście numerów dostaniemy jeszcze pewnie brata, dwie siostry, rodziców dziadka, ciotkę i kuzyna syna wujka babci z trzeciego małżeństwa.

Krzycer: Hm. Tydzień temu dostaliśmy "Extra" i było nieźle - czy ktoś narzekał na brak zakończenia "Pierwszych łowów Kravenki"? Ktokolwiek? Właśnie...
Nienajlepsza historia doczekała się takiego sobie zakończenia. W całej tej przeciętności spodobał mi się tylko Pająk, który jako Daredevil wychwala pod niebiosa Pająka.
Ale po cichu liczę na jakieś spotkanie Kravenki z Alyoshą, którego lubię bardzo od przeczytania miniserii "Beyond".
Choć ostatnio zdaje się, że wariował w Punisherze...

 

Amazing Spider-Man #568

Gil: Jest jakby trochę lepiej. Przynajmniej w tym sensie, że dżołki są zabawne ("Aaw, a little M..."), a głupota nie uderza czytelnika w twarz. W innych warstwach jednak historia nie poraża. Okay, może to i dobrze, bo różnie z tymi porażeniami bywa, ale tutaj mam akurat na myśli pozytywne zaskoczenia. Eddie Brock wrócił i będzie - niespodzianka! - Anti-Venomem. Norman wrócił i robi - niespodzianka! - podejrzane interesy z kandydatem na burmistrza. A na koniec, Thunderbolts wpadają do mieszkania Petera Parkera. Niespodzianka? Lajk hel! Bo niby czemu? Jak? Małym plusem tego numeru jest zatrudnienie Piotrusia we Frontline, ale to dość oczywiste posunięcie. Dużym minusem - scena, w której T'Boltsi ćwiczą na kukłach. Tak - kukłach. W rajtuzach. No i jest Romita młodszy, czyli rysunki zdecydowanie nie w moim typie, ale dam mu spokój tym razem, bo po spotkaniu z Marcosem Martinem miałem ochotę go uściskać. Część Waida i Granova jest przyjemniejsza dla oka, ale nie zmienia to oceny. Dam 5/10.

 

Amazing Spider-Man #569

Gil: Z jednej strony jest wyraźnie lepiej, niż w większości poprzednich numerów Brendniudeja, ale z drugiej niestety pokłady niedorzeczności w całym tym przedsięwzięciu uniemożliwiają napisanie dobrego od początku do końca numeru. Już na początku Peter pokazuje, że wie o całej sprawie ze zmuszaniem wszystkich do zapomnienia o jego podwójnej tożsamości, więc albo OMD/BND powoli zaczyna się sypać (na co mam nadzieję), albo to poważne niedopatrzenie. Nie jedyne zresztą. Venom, który twierdzi, że wie wszystko o swoim byłym nosicielu, bo "był w jego głowie", jakimś cudem również nie wie, że Peter Parker to Spider-Man. Bóg Ridiculous aż wierci się na swoim niebianskim tronie. No i są jeszcze kwiatki od Romity, takie jak Songbird latająca bez skrzydeł albo zmiennokształtne nosy. No i tradycyjnie, ktoś musi wyglądać jak bokser - tym razem padło na Normana. Gdzie więc są te pozytywne strony? Trzeba przyznać, że sprawa z Anti-Venomem wyszła całkiem dobrze, pojawiło się kilka dobrych tekstów, a rodzinne spotkanie Osbornów wypadło nieźle, choć nieco schematycznie. Ciekawe tylko, kiedy to się dzieje, bo nie wiem, jak odbierać braki w składzie Thunderboltsów. Dużo mamy rzeczy w tym tygodniu, więc oceny będą cząstkowe. Dla Pająka: 5.2/10.

 

avalonpulsespecial0007o.jpgAmazing Spider-Man #570

Gil: Tendencja jakby_zwyżkowa jakby_trwa. Numer czyta się całkiem przyjemnie i to głównie zasługa konfrontacji dwóch Venomów, która ma odpowiednią formę i dynamikę. Jeśli chodzi o treść, nadal cała aranżacja wydarzeń jest trochę naiwna, ale niestety w obecnej sytuacji to nieuniknione. Ale hej - przynajmniej Spidey znowu jest zabawny. No i mamy nowe rewelacje - jeszcze nie wprost, ale czy jest ktoś, kto nie uważa, że Menace to Harry? Powiem więcej: po błyskotliwej akcji uratowania chłopca przed gruzami zaczynam podejrzewać, że Jackpot to May Parker. ;) No i jest jeszcze warstwa graficzna. Trzeba przyznać, że Romita daje radę przez dużą część numeru, ale za każdy kadr z Normanem mam ochotę go udusić. W poprzednim numerze był bokserem, a teraz dla odmiany jest chłystkiem w typie Agenta Smitha... oprócz ostatniej strony, gdzie zmienia się w... Klingona? Mimo wszystko dam 6/10 dla podkreślenia zwyżki formy.

Alain: Gdyby historie (Not So) Amazing Spider-Mana publikowane od czasów Brand New Day były drinkami, należałyby do tych dziwnych, nieco zielonkawych napojów, parujących niepokojąco, zamawianych tylko przez tych, którzy lubią igrać z niestrawnością albo tych, którym jest już zwyczajnie wszystko jedno. Historia "New Ways to Die" nie zmienia wprawdzie samej istoty drinku, ale podaje go w ładnej szklance, a na dodatek z cieszącą oko palemką. Idea powrotu Eddiego Brocka ani nie była zbyt interesująca (żałosny frajer, który dorwał się do potęgi, taki jak Mac Gargan, wydaje mi się ciekawszy), ani nie została zbyt dobrze poprowadzona (co to za ksywa "Anti-Venom", jak się pytam? Pomysły się kończą czy jak?). Jest lepiej niż wcześniej, czyli wyszliśmy z jamy "beznadziejnie" i kierujemy się w stronę lochu "do kitu". Średnie rysunki, jeden dobry dialog i Harry "Wcale nie jestem Menacem" Osborn to jednak za mało jak na taki tytuł. 3/10 i dajcie mi piwa...

Krzycer: A mi się nowa historia Slotta w Pająku podoba, że hej! Dziw, że dopiero strażnik continuity wpadł na to, by Petera zatrudnić we Front Line, ale i tak dobrze, że wreszcie do tego doszło. Osborn tytułujący się "prawem" sprawia, że w jego roli wciąż widzę Tommy Lee Jonesa, pomimo tego, że w wersji Romity nic a nic go nie przypomina. Machlojki Pana Negatywa, których rezultatem jest Anti-Venom ("Odtrutka"? "Surowica"? "Anty-jad"?) - ciekawe tylko, po co? Obyśmy dostali odpowiedź.
Zgrzytem jest Mockgoblin, a konkretnie mało subtelny sposób, w jaki ujawniono jego prawdziwe zamiary (...i tożsamość, o ile członkowie Spidey Brain-Trust nie jadą na czymś mocniejszym od kawy i postanowili nam nawrzucać loebowatych zmyłek).
Drugim zgrzytem jest JRJR - ale tylko w paru kadrach z Osbornem, bo ogólnie to - nie wierzę, że to piszę - oprawa graficzna tej historii całkiem mi się podoba.

CrissCross: Może by mi się to podobało ale... no nie wiem... ciągle ciągnie się nieprzyjemne wrażenie z OMD i BND. I tak pewnie będzie, dopóki nie zostanie sensownie (podkreślam: SENSOWNIE) wyjaśnione, jak to się stało, że u Parkera kilkanaście lat historii poszło do śmietnika i nikt poza kilkoma osobami z najbliższego otoczenia bohatera tego nie odczuły.

 

Avengers: The Initiative #16

Gil: Skrull Kill Krew powraca z hukiem, chociaż w mocno okrojonym składzie. Dobrze, że wzięli się za nich Slott z Gagem, bo przynajmniej nie hamowali się z uroczymi scenkami grillowania skrullowego truchła, a dzięki temu wątek zachował coś z psychotycznego klimatu oryginalnej miniserii. 3-D Man szybko się wczuwa i zaczynamy jazdę przez Amerykę w poszukiwaniu zieleniny w każdej grupie Inicjatywy, dzięki czemu możemy poznać nowe składy i postacie. Dobrze dzieje się też na pozostałych frontach, a na dodatek, te fragmenty pomagają ustalić chronologię wydarzeń. Zastanawiałem się, dlaczego Skrullowjacket jest w Camp Hammond, chociaż widziano go w NYC, ale później przeczytałem Mighty Avengers i doszedłem do wniosku, że może go być wielu, więc się czepiać nie będę. Caselli w dobrej formie, więc ogólnie należy się 7.5/10

Hotaru: Cieszy mnie, że Caselli wrócił. Na początku nie przepadałem za jego rysunkami, ale po pewnym czasie przywykłem do nich i teraz całkiem mi pasują, a nawet identyfikuję ten tytuł z jego kreską. Fajnie, że znów pojawia się stara gwardia rekrutów, a nie tylko te nowe miernoty - już tylko z tego powodu numer ten oceniam wyżej od poprzedniego. Nadal jednak nie jestem przekonany do tej historii i szczerze mówiąc wolałbym, żeby Inwazja ominęła ten tytuł... chociaż gdyby tak było, pewno bym zaliczył to na minus temu eventowi. Prawda jest taka, że mam jej powoli dosyć.

 

Angel Revelations #4

Gil: Finał wątku ze zboczeńcem w sutannie wyszedł dobrze, nawet bardzo. Szkoda, że pojawił się już na początku numeru, bo przejście do drugiego finału w końcówce było już naciągane. Przynajmniej Angel stanął wreszcie oko w oko z samozwańczym świętobliwym terminatorem. Chętnie zobaczę ten finał. A rysunki jakoś bardzo mi nie przeszkadzały tym razem. Ocena: 6.1/10.

 

Astonishing X-Men vol. 3 #26avalonpulsespecial0007e.jpg

Hotaru: Przyznaję, że lektura Astonishing autorstwa Ellisa i Bianchi nie dostarcza mi takich dreszczy, jak za czasów Whedona i Cassadaya, ale nie jest źle. Jest nawet dobrze, rzekłbym. Przywykłem już do kreski i zaczynam dostrzegać w niej pewien artyzm - to dobrze, że Bianchi starając się oszczędzać sobie roboty nie robi tego od-tak, ale stara się, by efekt miał swoją magię. Dzięki temu tytuł zyskuje spójną oprawę. Może tylko jeden kadr wybitnie mi się nie spodobał, ale to wyjątek potwierdzający regułę. Co się tyczy fabuły, to jest w porządku - bez ochów i achów.

Ustanowienie stanowisk Storm i Cyclopsa uznałem za trochę zbyt łopatologiczne, ale poza tym mamy świetne momenty - one-linery Emmy czy Hisako naprawdę zdają egzamin. Reasumując - dobry komiks i chętnie będę czytał go dalej.

Gil: Jakoś nie mogę się przestawić z Whedona na Ellisa w tym tytule, bo zmiana klimatu jest zbyt duża, a treści wciąż jakoś zbyt mało. Owszem, dowiadujemy się, jakimi dialektami można się dogadać w Indonezji, ale nadal nie wiemy nic o nowych przeciwnikach i tajemniczych Ghost Boxes (poza tym, jak wyglądają). Cyclops i Storm wymieniają się filozofiami, Beasta nie ma wcale (mimo okładki), Logan robi to, co zwykle i tylko Emma z Hisako wnoszą cokolwiek interesującego do dialogów. Jest kilka bardzo dobrze narysowanych, a nawet imponujących scen, ale jest też kilka dziwnych.

Ogólnie, wchodzi dobrze, ale po lekturze czuć, że czegoś brakuje, więc nadal może dostać najwyżej 7/10.

CrissCross: Nie podoba mi się. Niestety. Może i byłoby to ciekawe, ale o ile w pierwszym numerze kreska mnie jeszcze nie drażniła, to tutaj jakby momentami nie pasowała do dialogów. W wielu rysunkach brakuje dynamiki. Teksty również nie są aż tak błyskotliwe, jak za dawnych dobrych czasów. Wyjątek od reguły to rozważania na temat ciężaru Wolverine'a. Mój kredyt zaufania bardzo zmalał.

Krzycer: Coś tu nie gra. Niby wszystko jest - tajemniczy antagonista, tajemnicze pudełko, kosmiczna sceneria (choć na Ziemi), fajne kwestie Emmy i Hisako... ale coś tu nie gra.
Może to, że przez pół numeru Ellis dalej wprowadza we współczesny świat mutantów, każąc Cyclopsowi urządzić długi wykład o tym, czy, jak i kiedy X-Men mogą zabijać... Szlag. A wydawało się, że ellisowe AXM to pewniak...
No nic. Może się jeszcze rozkręci.

owcaboski: Po ostatnim przegadanym numerze, dostajemy numer pełen akcji, dodatkowo okraszony świetnymi rysunkami. Seria, do której za czasów Wheadona nie byłem przekonany ze względu na ogromne opóźnienia, zaczęła mi się bardzo podobać. Takich X-Men oczekiwałem i w porównaniu do dosyć słabych ostatnio Uncanny i lepszych (choć skupionych na Xavierze) Legacy wypada świetnie. Choć do pełnego hitu jeszcze czegoś mi brakuje. Ocena: 7/10

 

Black Panther vol. 4 #40

Gil: "This is WAKANDAAAA!!!" Takiej sceny zabrakło, ale wszystko sugeruje, że powinna się znaleźć w tym numerze. Na początku T'Challa odstawia skrzyżowanie Leonidasa z Pattonem, rzucając umoralniająco-patriotyczną przemowę, po czym przeskakujemy błyskawicznie do jatki. Jason Aaron to chyba jednak lubi wesołą, acz nie zawsze sensowną rozwałkę. Bo jak wytłumaczyć obecność wielkich i strasznych Skrullów, którzy nie walczą na dystans, ale podchodzą bliżej, by zostać widowiskowo połamanymi lub stracić głowę? Poprzedni numer był jeszcze stonowany, ale tutaj jest już rzeźnia na całego. I wcale nie twierdzę, że to coś złego. A na końcu i tak się okazuje, że ostatnia nadzieja czarnych została przechytrzona przez zielonych.

Rysunki toporne, ale pasują do klimatu, a ostateczna ocena to 6.3/10.

Hotaru: Po dobrym poprzednim numerze dostajemy... coś takiego. Ponieważ nie podejrzewam Aarona o nagły kompletny zanik talentu, uważam, że zaraz okaże się, iż był to plan T'Challi od samego początku, że specjalnie zostawili kilku Zielonych całych, żeby ich teraz wykorzystać. Jeśli rzeczywiście tak będzie, to może nie będzie to fabularna tragedia, ale też przewidywalny scenariusz nie jest czymś pożądanym. Słaby drugi akt, czy następny odratuje tę historię?


Captain America vol. 5 #41

Gil: Wreszcie wątek polityczny spotkał się z wątkiem heroicznym i zdaje się, że wszystko zbiegnie się ładnie w szóstym numerze historii, coby się ładnie wpasować do trejda. Cieszy zwrócenie uwagi na zapomniany nieco wątek wewnętrznego konfliktu między Lukinem a Czerepem, a sposób jego rozwiązania jest tu najbardziej intrygującą zagadką. Dobrze rozegrano wątek zdrady Faustusa, chociaż motyw wydaje się nieco uproszczony. Opowieści, że Sharon straciła dziecko tak po prostu nie kupuję - za dużo się wokół tego kręciło i ciągle mam wrażenie, że Rogers Junior gdzieś nam przedwcześnie wyskoczy. Szkoda, że w tym wszystkim Falcon i jego sajdkik Captain Puerto Rico odgrywają raczej małą rolę. Tym razem dam nawet 7/10, bo dzieje się zdecydowanie więcej.


Captain Britain & MI:13 #4

Gil: Dobiegł końca tie-in do SI, który z czystym sumieniem mogę zaliczyć do najlepszych i to do ostatniej kropli tuszu przelanej na papier. Tradycyjnie już mamy świetnie poprowadzone postacie - i jak najbardziej, znów wyróżnię Faizę. Mamy dobre domknięcie historii i rozwiązanie problemu Skrullów na Wyspach - z wyraźnie uszczypliwym "no more Skrulls". Ale też mamy płynne przejście do kolejnych wątków zła, uwolnionego z Imaginationlandu. No i mamy dużo, naprawdę dużo genialnych momentów. Tylko Johna szkoda. Mam nadzieję, że seria nie straci teraz rozpędu, a co najważniejsze - nie zaszkodzi jej spadek liczby czytelników, nieunikniony po wyjściu z crossa. Z tego wszystkiego, to nawet 8/10 dam.

Krzycer: Najlepszy jak na razie tie-in do SI dobiegł końca. A za moją opinię niech starczy to, że marzę teraz o tym, by Cornell przejął od Claremonta również Exiles...

 

Daredevil vol. 2 #110

Gil: Kiszka, panie. Przez chwilę na początku naprawdę myślałem, że Dakota nie żyje i to było jak "Omigosh! They really did it!" Ale emocje prysły natychmiast i już nie wróciły. To z winy przydługich i przewidywalnych dialogów, niespecjalnie odkrywczych odkryć, równie przewidywalnej zmiany zdania przez Big Bena i całkowitego zawodu w finale sprawy. Ile tego było - cztery numery? I wszystko po to, żeby wyciągnąć jakąś płotkę z doków? Rozczarowujące. Tylko ze wzglądu na początek i rysunki dostanie 6.1/10.

 

Dead Of Night Featuring Devil Slayer #1
Gil: Zacznę od tego, że nie mam pojęcia, dlaczego historia trafiła pod szyld Dead of Night, bo byłem pewien, że będzie się to wiązało ze szczególną formą narracji i prowadzenia fabuły. No cóż, brak Diggera trochę rozczarował, więc trzeba chyba założyć, że DoN to ogólnie MAXowy horror. Przez większą część numeru zastanawiałem się, o co właściwie chodzi. Danny Sylva i jego powrót do Iraku dominują w fabule, a elementów diabolicznych jakoś nie widać. Odkąd padło słowo Bloodstones zacząłem je śledzić i okazało się to kluczem. Powiem Wam tyle, że zapowiada się bardzo dosłowne diabłobicie, a seria powinna znaleźć się pod szyldem War is Hell, bo również oddaje go dosłownie. Na razie dam słabe 7/10, za to, co jest i to, na co wciąż mam nadzieję.

 

Eternals vol. 4 #4
Gil: Robi się dynamiczniej, bo wstęp mamy za sobą i długie opowieści Tiamuta, znanego wcześniej tylko jako Śpiący Celestianin, nie są już konieczne. Przynajmniej do czasu, gdy znów trzeba będzie coś wyjaśnić, ale na razie gramy tym, co mamy. Makkari w końcu coś robi, a nie tylko śpi. Sersi daje upust swojej frustracji i dowiaduje się ciekawych rzeczy, przy okazji ściągając na siebie gniew Człowieka w Żelaznych Gaciach. Phastos nie wierzy w bajki o Eternalach - dajmy mu czas. Dla odmiany Druig i Legba zostają pogilgotani do nieprzytomności i choćby dla ich ostatniego dialogu warto zajrzeć do tego numeru. Rysunki nadal mi się podobają i wszystko byłoby doskonale, gdyby nie pewna plama z uszu, która zasłania mi część dwóch dymków. Cóż, zdarza się, ale na ocenę nie wpłynie i nadal będzie solidne 7/10.

Krzycer: Dużo się dzieje. Iron Man wrzucony na siłę (chyba, że to preludium do większych kłopotów Eternali ze strony S.H.I.E.L.D.), poza tym jednak numer jest git. Zwłaszcza końcówka - rozbrajająca.

 

avalonpulsespecial0007f.jpgFoolkiller: White Angels #2

Gil: Przyznam, że gdy już spodziewałem się mocnego uderzenia, wydało się jakieś mniej intensywne. Ale to tylko dlatego, że się spodziewałem. Jatka jest porządna i wysokiej klasy, a White Angels okazują się czymś więcej, niż zwykłą bandą nazistowskich wannabies. Jest przyzwoita dawka latających kończyn, chociaż czasami zadawane rany wyglądają strasznie nienaturalnie. Rysunki w ogóle są trochę nieczytelne, ale pasują, więc można to przeżyć. No i pojawił się Karzący Franek. Aż dziw, że obaj panowie nie pozabijali się na dzień dobry, ale może dzięki temu jatka zrobi się jeszcze bardziej ekscytująca.

Ocena: 7/10.

Hotaru: Nie myślałem, że kiedyś to powiem, ale jestem zawiedziony. Do tej pory Hurwitz dostarczał krwawych i brutalnych, ale zawsze inteligentnych scenariuszy. Niestety, w tym numerze się to zmieniło i gore zastąpiło logikę. Bo jak wytłumaczyć brak ogólnoświatowego oburzenia i reakcji, kiedy dziesiątki ludzi tracą życie tylko z powodu koloru swojej skóry? Jak wytłumaczyć obecność detektywów Danielsa i Everstona, którzy w pierwszej serii działali w Nowym Jorku, by teraz przenieść się do Los Angeles? Od kiedy Policja działa jak FBI? Skąd pewność Foolkillera, że pick-up ze zdjęcia nie należy do gościa, którego właśnie ubił, albo że w środku samochodu znajdzie adresy wszystkich członków gangu? No właśnie... Rysunki Azacety też zaliczają dołek. W poprzednim numerze były brudne, ale klimatyczne - tym razem są po prostu niedokładne i niespójne. Na jednej stronie Michael odrąbuje członkom gangu ręce i nogi, a na następnej są zagipsowani i żadnych członków im już nie brakuje. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i pojedynek między Foolkillerem a Punisherem dostarczy w następnym numerze satysfakcji, a nie irytacji.

 

Fantastic Four #559

Gil: Pamiętacie, jak to mówią o X-Factor wg Pada? "Putting the FUN in disFUNctional". O F4 wg Millara mogę powiedzieć co najwyżej: "putting the PITY in stuPIdiTY". 50% numeru to gadanie o pierdołach takich jak parkowanie, występy w TV i zła karma, drugie 50% to balansujący na linie między głupotą a skrajną naiwnością wątek wszechpotężnych nibydefendersów niewiadomo skąd. No i oczywiście perełka - Galactus w roli bateryjki. Jak widzicie, dotarliśmy do 100% i nie zostało miejsce ani na sens, ani na wyjaśnienia. Obiecują, że będą następnym razem. No cóż, zobaczymy. A tymczasem 3/10 i idę po skuteczniejszy środek przeciwbólowy.

Hotaru: Kolejny numer runu Millara i Hitcha i przede wszystkim chciałbym zauważyć, że ten drugi poczyna sobie coraz lepiej. Jego rysunki zaczęły mi się autentycznie podobać - nie ucieka on spektakularnych teł, a jego sceny akcji są zaiste epickie. W zakresie scenariusza coraz mocniej widoczne jest powiązanie z Wolverine, 1985 na razie jest w rezerwie. Historia związku Bena nie poruszyła się ani o cal naprzód, wyznania Alyssy zajeżdżają żenadą, ale Johnny... Naprawdę przejąłem się jego losami. Kiedy pędził swoim czerwonym superwozem przez miasto, i kiedy został zaatakowany, z całego serca kibicowałem mu, by zdążył do Lettermana. Spotkał mnie taki piekielny zawód, kiedy mu się nie udało... Taka szansa zmarnowana...

 

Fantastic Four: True Story #2

Gil: Jazda trwa i nadal jest przyjemna - nawet bardzo. Pora wziąć wyobraźnię we własne ręce i zacząć ją kształtować, zanim to ona weźmie naszych bohaterów i zmieni w coś… innego. Ciekawe zastosowanie zasady akcji i reakcji w surrealistycznej rzeczywistości to główny wątek tego numeru. Pojawiają się kolejne postacie literackie, które zostają umiejętnie połączone i wykorzystane. Właściwie, to wszystko wymyka się zwięzłemu opisowi, bo mamy dwadzieścia-parę stron baśniowego tripa, którego streszczenie w taki sposób byłoby zbrodnią. Czytać i już! Choćby po to, żeby na ostatniej stronie plasnąć się w czoło i krzyknąć: no przecież, to takie oczywiste! Świetna lektura, zasługująca na 8.0/10.


GeneXt #4

Gil: Pan Chris Claremont ma taki brzydki zwyczaj, że jak się czegoś czepi, to będzie nas katował tym przy każdej okazji i nie ma zmiłuj. Wiemy już, że w tej serii na siłę ciągnie motywy z Enda, więc żebyśmy poczuli się jeszcze bardziej swojsko, dorzucił też Genoshę, złych X-Men z innego wymiaru oraz zapomnianą przez wszystkich hacjendę w Valle Soleda. I to wszystko po motywach z ubikacją i tankowaniem Black Birda na samym początku, po których stwierdziłem, że bezpieczniej będzie tylko przekartkować ciąg dalszy. Szkoda, bo zaczęło się całkiem przyjemnie. Łaskawie dam 4/10.

 

Ghost Rider vol. 5 #26

Gil: Patronem tej serii pozostaje starożytny rzymski bóg nonsensu - Ridiculous. Na szczęście, tym razem jest to ten zabawny Ridiculous, a nie ten idiotyczny i w złym guście. Danny wszedł w tryb badassa i w towarzystwie Wielkiego Oka, Chłopca O Psiej Głowie, Rozkładającego Się Ninja oraz swojego starego kumpla od podżynania gardeł - Blackouta - zrobił wjazd na chatę innemu staremu kumplowi - Caretakerowi. Nie wiecie, co za jeden? Taki stary grabarz, co dużo cwaniakuje. Nie, nie Digger - ten przynajmniej na początku numeru jest żywy. No i generalnie, pamiętając o patronacie Ridiculousa, czytało się to całkiem przyjemnie. Tylko do rysunków ta seria szczęścia nie ma, bo tym razem same strzeliste postacie o długich szyjach widać. Chyba jedyną sprawiedliwą oceną będzie tutaj 5/10.

 

Ghost Rider Annual #2

Gil: Typowy Annual z historią, która właściwie nic nie wnosi, dopchany przedrukami sprzed lat. Trzeba przyznać, że motyw z Aniołem Miłosierdzia został nieźle pomyślany, ale niestety wykonany słabo w porywach do średnio, a w dodatku psuje mi odbiór powayowy niesmak. Mało czytelne rysunki też nie pomagają. A ta historia z przedruku została dodana chyba tylko po to, by pokazać, że kiedyś również drukowano idiotyzmy. Dam 4.6/10.


Guardians Of The Galaxy vol. 2 #4avalonpulsespecial0007g.jpg

Gil: Uwaga, przygotujcie się na szok: w kosmosie można spotkać Skrullów! Serio. Nawet w tak zróżnicowanym kulturowo centrum naukowym, jak Knowhere. Na czym więc polega problem? Na tym właśnie, że ci Skrullowie knują coś po kryjomu i stosują swoją starą podszywaczową strategię. To wystarczy, żeby rozpocząć festiwal podejrzeń i wzajemnych oskarżeń, połączony z pokazem wzajemnego rzucania się do gardeł. W takiej grupie jak GoG wiele nie trzeba, by wszystko się posypało, zwłaszcza gdy wychodzi na jaw, że Piotrek i Mantis wykonali kilka ruchów za kulisami. Fajnie się czyta, ale bardziej czuć tu wątki z serii niż tie-in do Inwazji, co jest właściwie plusem, bo oznacza, że autorzy nie dali się zdominować. Dam zwyczajowe 7/10 i czekam, co Drax zrobi z tą wielką giwerą.

Hotaru: Abnett i Lanning zaliczają się do grona scenarzystów, których bardzo szanuję. Od czasów Annihilation: Conquest nie czytałem niczego, co wyszłoby spod ich pióra i byłoby słabe. Tak jest i z tym numerem. Obawiałem się, że implementowanie Sekretnej Inwazji w kosmosie będzie zupełnie nie na miejscu, a oni wprowadzili ją na tyle subtelnie, że nie czuję, abym czytał kolejny nastawiony na wyssanie z mojego portfela kasy tie-in. Rysunki Pelletiera świetnie pasują do opowiadanej historii i nie mogę im niczego zarzucić. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie teraz tego tytułu z rysunkami kogoś innego. Strażnicy Galaktyki to naprawdę dobry komiks, a mając na uwadze zbliżającą się War of Kings, niedługo zatrzęsie całym marvelowym światem.


Halo: Uprising #3

Gil: Nie chciało mi się sprawdzać, ale jestem przekonany, że poprzedni numer tej serii wyszedł jeszcze w zeszłym roku. Przy takiej częstotliwości, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek jeszcze nadążał za fabułą - zakładając, że w ogóle jeszcze ktoś to czyta. Czytnąłem sobie i nie przypomniałem niczego z poprzednich części, więc jakoś trudno mi ocenić. Ale tak naprawdę, sięgnąłem po to głównie ze względu na rysunki Maleeva, które są tradycyjnie na wysokim poziomie, choć z pewnością nie najlepsze w jego karierze. Dam neutralne 5/10.

 

Immortal Iron Fist #18

Gil: Hm… Ogólnie fabuła nadal trzyma poziom, bo pomysły są niezłe. Niestety, zaczynam dostrzegać pewne niedociągnięcia w konstrukcji i to zaczyna mnie trochę niepokoić, bo podejrzewam, że świadczą o coraz większym wkładzie Swierczynskiego i nie rokują najlepiej na przyszłość. Już tradycją jest, że fabuła rozwija się dość wolno, więc poza flashbackami i jedną walką nie dostajemy wiele, ale jakiś postęp jest. Rysownik dla odmiany powinien zostać wymieniony w trybie natychmiastowym, bo anatomia mu kuleje i nie ma za grosz dynamiki, więc sceny walki wyglądają raczej pokracznie. Dostanie 5.9/10.


Immortal Iron Fist Origin Of Danny Rand

Gil: Iron Fist miał ostatnio kilka dobrych 1-shotów, ale jak wszystko, co dobre, i ta passa musiała się skończyć. Historia jest odgrzewana i chociaż od nowa napisał ją Ed Brubaker, nie wniosła raczej nic nowego. Ilustracje w wykonaniu mieszanki rysowników dawnych i współczesnych też raczej nie zachwycają, bo są bardzo w stylu przełomu wieków. Ciekawszą lekturą może być bios Iron Fista, dodany do numeru. Dam mu 5/10 z tego względu, że dla nowych czytelników może mieć większą wartość edukacyjną.

 

Incredible Hercules #120

Gil: Jakie to dobre... mmm... pycha! Nasz God Squad pokazuje tym zielonym kochasiom, czyje mityczne kung-fu jest silniejsze - to najkrótsza recenzja tego numeru. Ale nie sposób nie zachwycić się mitologią, jaką dla Skrullów stworzył Pak. Idealnie oddaje dwoistość ich natury i wywodzi się wprost z historii - jest po prostu genialna! Tylko patrzeć, jak "He loves you" wyprze "May the force be with you" z pozdrowień komiksowych geeków. A nawet jeśli nie - ja jestem zachwycony. Ale to oczywiście nie wszystko, bo jest jeszcze spora dawka radosnej rozwałki, zejścia i powroty, dramatyczne decyzje oraz całkowicie zaskakująca końcówka. Zdecydowanie najlepszy z inwazyjnych tie-inów, zasługujący w pełni na ocenę 9/10.


Invincible Iron Man #5
Gil: Zaczyna się od Blab la bla bla la bla bla la blab bla bla… W tłumaczeniu: "Tony Stark jest zajebisty jak Michał Wiśniewski". Potem mamy >TADA!< "To ja, Zik!" i następuje kling, crash, bang, boop, zap, clash, ping, ziuum…. W tłumaczeniu: "Zik jest bardziej zajebisty, bo jest jak cały zespół Feel". A na końcu tragedia, bo Człowiek z Żelaza traci głowę. Innymi słowy: pierwszej połowy nawet nie ma co czytać, bo słów dużo, a treści niczego. Na drugą wcale nie trzeba patrzeć, tylko przekartkować do ostatniej strony i dla zasady powiedzieć "ojej, co teraz będzie?" Dziękujemy za "Pięć Koszmarów", panie Fraction - rozumiem, że przyzwoitego pierwszego numeru mam nie liczyć i ostatni z nich dostaniemy za miesiąc? Ocena: 4/10 i to też zawyżona ze względu na koszulkę Zika.

 

Iron Man Director Of S.H.I.E.L.D. #32

Gil: Jakoś mi nie dawał spokoju ten lekki spadek jakości w ostatniej historii i w końcu odkryłem, dlaczego. Zabawne, ale dopiero teraz się zorientowałem, że nie napisali jej Knaufowie. No cóż... Motyw z Megamózgiem został rozwiązany trochę dziwnie - kilkoma ciosami żelazną rękawicą w twarz. Co innego motyw ze starym kumplem Antosia - ten został rozwiązany w przerażająco dziwny sposób, graniczący z głupotą. Raz, że koleś rozmontował obronę Iron Mana, co się ostatnio zdarza nagminnie, więc musi być dziecinnie łatwe. Dwa, że usiadł na atomówie, a Tosiek wykorzystał Megamózg, żeby ją zdetonować. Czyżby fakt, że to wszystko zdarzyło się tuż przed tie-inem do SI miał jakieś znaczenie? Bo jeśli nie zostało to napisane po to, by rzucić na niego cień podejrzenia, to innego sensu nie widzę. Ocenię na 6/10, bo się pośmiałem przynajmniej.

 

Kick-Ass #4

Gil: Jeśli kiedykolwiek żałowałem, że przeczytałem jakikolwiek komiks, to właśnie teraz. Lektura kolejnego numeru tej serii sprawiła, że mam ochotę na partyjkę pokera z Hudlinem, Wayem, Loebem i Guggenheimem, zakończoną grupowym uściskiem. To jest po prostu tak skrajnie idiotycznie, że prędzej przeczytam program wyborczy LPRu, niż kolejny numer. Jeśli kiedyś radziłem spalenie numerów Ghost Ridera, to z tym zupełnie nie wiem, co zrobić. Podcieranie się kolejnymi stronnicami byłoby zbytkiem szacunku. Absolutne zero, a nawet punkty ujemne.


avalonpulsespecial0007h.jpgMarvel 1985 #4

Gil: Wciąż nic. Jaszczurka na dachu, która na zbliżeniu wygląda jak purchawka, albo sucha bułka, nie pomogła. Roztapiający się jak wosk żołnierz wręcz przeciwnie. Wraz z Bullseyem, wbijającym pałkę w głowę policjanta przez hełm pomógł mi bowiem zorientować się, że jesteśmy w królestwie złego bliżniaka boga Ridiculousa. A na końcu, dzielny chłopaczyna przeniósł się do komiksowego wymiaru, ukrytego w piwnicy. Really, Mark Millar?

Tym razem 3/10.

Hotaru: Mamy za sobą kolejny numer, a ja ponownie nie mogę z czystym sumieniem pochwalić niczego poza rysunkami Edwardsa.

Może i mamy tu kolejną odsłonę pajęczej nici wiążącej ten komiks z Wolverine i Fantastic Four, ale co z tego? Mam wrażenie, że scenarzysta nie wykorzystał potencjału nie tylko historii, ale i nawet liczby stron. Fabuła jest rozwlekła i mało emocjonująca i to nie dziwi, kiedy praktycznie tylko jeden z bohaterów pokazuje emocje, a jest to jeszcze niedojrzały chłopiec, więc trochę trudno się z nim identyfikować.

Przeczytam do końca, trochę z przyzwyczajenia, trochę dla rysunków, ale wątpliwe, by Millar wyprowadził jeszcze ten tytuł na prostą.


Marvel Apes #1
Gil: Jestem bardzo zaskoczony, bo okazało się to naprawdę zabawne - przynajmniej przez większą część numeru o poszerzonej objętości. Cieszy fakt, że fabuła jest całkiem solidna, a nie wyciągnięta z kapelusza. Użycie Gibbona i jego rozterek jako motoru fabuły to świetny pomysł, a w dodatku dobrze wykonany. Doktor Fiona również jest bombowa ze swoją naturą magnesu kłopotów i destrukcji. A gdy w końcu trafiamy do Małpel Universe, wszystko wydaje się takie idealne - z punktu widzenia Gibbona, znaczy się. Nawet do Ape-vengers chcą go przyjąć! I tu się kończy sielanka, a zaczyna szara rzeczywistość, bo świat małpi jest jednak nieludzki. Naprawdę dobry zwrot akcji. Okazuje się, że seria może być czymś więcej, niż serią gagów - może być serią gagów z refleksją. A na dodatek dostajemy jeszcze wgląd w historię tego uniwersum, z której dowiadujemy się, że Uatu i Galactus to też małpy, ale Celestianie już chyba nie. Czytało się całkiem przyjemnie, ale więcej jak 7/10 nie dam, bo... Planeta Małp zawsze mnie drażniła.

Krzycer: Zaskakujące. Dostajemy cały numer komedyjki i mało oryginalnych małpich wersji bohaterów Marvela, ale końcówka z małpim wymiarem sprawiedliwości wykręca całość o 180 stopni i sprawia, że sięgnę po następny numer - a po pierwszych dwudziestu paru stronach byłem pewien, że do tego nie dojdzie.

 

Marvel Comic Presents #12
Gil: Numer wielu finałów. Pierwszy z nich to spodziewane rozczarowanie i historia właściwie bez konsekwencji. Drugi jest zabawny, bo Aaron nie tylko jest sobą, ale też jest Pięćdziesiątym Pierwszym Stanem. I gościnny występ Wolverine'a jest. Krótka historyjka z Man-Thingiem okazuje się nawet zabawna. Natomiast trzeci z finałów jest tak szybki, że właściwie niezauważalny, a wszystko prowadzi do oświadczenia, że Guardian woli Alaskę od Kanady. Ogólnie, to będzie jakieś 5.2/10.

 

Mighty Avengers #17

Gil: No i proszę… jednak kolejny numer z udziałem Hanka Skrulla. I to nie jednego. Okazuje się, że połączenie osobowości może mieć zgubny wpływ na naszych drogich najeźdźców i właśnie zostało to udowodnione ponad wszelką wątpliwość. Widzimy też, że armada nie liczy się ze stratami i chce za wszelką cenę utrzymać zdobyte pozycje, choć drogo ich to kosztuje. Ich największa przewaga może się więc okazać ich największą słabością. W ten sposób, kolejny numer Kulisów Inwazji okazał się ciekawszy od samej Inwazji i coś mi mówi, że na pewnym etapie takie było założenie. Wygląda też nieźle, nie licząc zbyt kwadratowego Dugana. Ocena: 7.3/10.

Hotaru: Zmarnowanie całego numeru, by pokazać, że Skrullowie nie są jednomyślni. Na dodatek zilustrowane nierównymi rysunkami Phama. To nie jest Mighty Avengers - to Secret Invasion 5 i 1/3. Nuda.

Moon Knight vol. 5 #21

Gil: Thunderbolts na okładce, a w środku... Dużo gadania, trochę rozwałki i Norman Osborn, który ma nam to wszystko wynagrodzić występem na ostatniej stronie. Z tego wszystkiego ciekawy jest tylko pomysł uderzenia Antosia po dupie Aktem Rejestracyjnym. Rysunki miejscami całkiem dobre, ale też czasami niezbyt dobre. Takie typowe 5/10.

 

Ms Marvel vol. 2 Annual #1 avalonpulsespecial0007p.jpg
Gil: Zaczyna się jak mały koszmarek, ale po zakończeniu bardzo, ale to bardzo bym chciał, żeby Reed pisał Spider-Mana. Tego prawdziwego, a nie "Przygody Nikomu Nieznanych Postaci Drugoplanowych" zwane tie-inem do SI. No bo tak... Nie da się ukryć, że fabuła jest zahaczona dość naiwnie - ot, Karolka wyskakuje zza krzaka, żeby aresztować Pajęczaka. Ale gdy zaczynają się sprzeczać, ja zaczynam się tarzać po ziemi ze śmiechu (tak my, starzy ludzie, nazywamy ROTFL). Gdy pojawiają się roboty i nasze bohaterstwo zawiera niełatwy sojusz, robi się ciekawiej, a fabuła się zagęszcza do punktu, w którym trafiamy do siedziby Stuartów. Jakkolwiek Stuart Cavenger to dość kretyńskie nazwisko, postacią jest dość ciekawą - a raczej postaciami. Wszystko staje się zakręcone do granic absurdu i to tego zabawnego, a nie żałosnego. Finał dużo dobry, ale epilog już znowu naiwny. Widać, że po prostu był pomysł na historyjkę, tylko trzeba było ją jakoś wymusić i dlatego przymknę oko na wstęp i epilog, a za resztę wystawię solidne 7/10.

redevil: Niesamowite! Ktoś inny niż JMS potrafi napisać dobrą, bardzo, bardzo zabawną historię o Spider-Manie. Tysiąckroć lepsze niż wszystkie OMD i BND razem wzięte, no i te rysunki coś jak skrzyżowanie McFarlane'a i Bachalo. Zeszyt wskakuje do mojego top 5 za ten rok. Serio.

Krzycer: Zabawne. Co prawda Reed chyba odbija sobie tym annualem to, że nie zaproszono go do zespołu tworzącego AMS, bo Pająka jest tu dwukrotnie więcej niż Ms. Marvel - ale za to jest to szalenie zabawny Pająk i zaczynam żałować, że Reeda nie zaproszono do zespołu tworzącego ASM.
Podobała mi się również kreska - coś jakby rysujący proporcjonalnie (i ogólnie fajniej niż ma w zwyczaju) Ramos... Choć parę póz, które przybiera Karolka, jest dziwnych.
W każdym razie w annualu po macoszemu potraktowano tylko... tytułową bohaterkę.


New Avengers #44

Gil: Kolejne spojrzenie za kulisy i również ciekawe, bo odpowiada na pytanie, w jaki sposób przyszli najeźdźcy użyli mózgu Reeda Richardsa na swoją korzyść. Normalnie, włosy stają mi dęba, gdy widzę słowo "klon", ale tym razem ma to sens i zostało wykonane z właściwym podejściem. Stworzyć, użyć, zlikwidować. Bez zagłębiania się w moralność. A na cierpiącego i katowanego Richardsa zawsze miło popatrzeć. Jedyny problem polega na tym, że choć cały numer jest retrospekcją, Illuminati wyglądają współcześnie. Ja wiem, że to miało zmylić czytelnika, ale jak już wszystko wychodzi na jaw, to trochę głupio wygląda. Mimo wszystko, dobrze jest i 7.4/10 dostanie.

Hotaru: Niedorzeczność z Secret Invasion #5 jest tutaj równie niedorzecznie łatana. Że niby posiadając czyjeś DNA można sobie wyhodować identyczną kopię, wraz ze wspomnieniami, wiedzą i uczuciami. To tak nie działa, panie Bendis. Tan za to jest w lepszej formie, chociaż jego charakterystyczna kreska ze wszelkimi jej niedoskonałościami jest rozpoznawalna.

 

New Warriors vol. 4 #15

Gil: Wielki pojedynek między starymi, a nowymi New Warriors trwa… cztery strony. Później, ku całkowitemu zaskoczeniu czytelnika okazuje się, że nowy Thrasher to brat starego Thrashera. Że co? Było już? Aha, to sorry… No, więc już się nie biją, ale za to razem ruszają na Hellicarrier S.H.I.E.L.D. - tak, ten sam, który w innych seriach spadł do oceanu, a później wybuchł. Tutaj jest w pełni sprawny i lata sobie, chociaż technologia Starka padła. Czyżby? Więc dlaczego kombinezony Scarlet Spiders nadal działają? Ojejka. Absolutnym zaskoczeniem jest to, że New Warriors wpadają na Skrulla z mocami… New Warriors. Ale na szczęście nie ma tego złego i można powyciągać trupy kolegów ze słoików, żeby je pochować, na co agenci S.H.I.E.L.D. oczywiście pozwolą w ramach wdzięczności, wcale nie będąc w 90% Skrullami. Panie Grevioux, czy pan czyta to, co inni piszą? Ocena: 4.3/10.


newuniversal: conqueror

Gil: Po czym poznać dobry pomysł? A, na przykład po tym, że można go zaadaptować do przeróżnych sytuacji. Ot, choćby przenieść z roku 2006 do 2689 p.n.e., nie tracąc nic z jego wyjątkowości. Bez wątpienia newuniversal dobrym pomysłem jest, bo zabieg udał się w każdym calu. Nie tylko dostaliśmy galerię nowych świetnych postaci w stylistyce fantasy, ale też na miejsce wpadło kilka kolejnych kawałków większej układanki. To w połączeniu z dobrymi rysunkami, trzymającymi klimat, daje nam kolejne 8.0/10 dla pomysłu Ellisa w wykonaniu Spurriera.

 

Nova vol. 4 #16

Gil: Po pierwsze i najważniejsze - należy przeczytać ten numer przed She-Hulk #32. Ja zrobiłem odwrotnie i trochę sobie popsułem odbiór, ale nie zmienia to faktu, że wejście Ryśka i Kl'Rta do Inwazji wypada znakomicie. Super-Skrull zdominował numer, zaskakując na każdym kroku i przechodząc błyskawiczną ewolucję od ronina, przez pariasa, do Judasza. Ale czy na pewno? Bo ja mam wrażenie, że rozgrywa tu własną strategię i wszystko, co robi, jest jej częścią. Rychu dla odmiany… jest sobą. I to również dobra wiadomość, bo oznacza, że wplątanie w crossa niewiele zmieniło. Wszystkie jego reakcje i zachowania są naturalne oraz właściwe dla sytuacji. Czyta się świetnie i polecam, a na zachętę wystawiam 7.6/10.

 

Runaways 3 #1

Gil: Trzecia odsłona Runawaysów różni się od wcześniejszych widocznym spuszczeniem z tonu. Pierwszy numer nowej serii, który z założenia ma chwycić nowego czytelnika, jest w znacznej części poświęcony wchodzeniu do domu, a następnie wizycie w centrum handlowym. Tak, wiem, że to tytuł dla nastolatków, ale nie przeszkodziło to Vaughanowi i Whedonowi w ustawieniu poprzeczki wysoko - być może trochę za wysoko dla Moore'a. Oczywiście są też inne wątki, ale zaczynają się dość nieśmiało od knujących zemstę kosmitów i spadającego menagera. Brakuje sprytnego humoru, bo chociaż motyw z Kevinem Smithem jest zabawny, nie ma tego czegoś. Właściwie, tylko Molly zachowuje się jak dawniej, bo reszta wydaje się trochę ospała. No i pozostaje pytanie, kiedy to się dzieje? Jeśli po Secret Invasion, to śmiem zauważyć, że… there is no change to embrace. Miłym zaskoczeniem są rysunki Ramosa, które pasują i wydają się jakby lepsze niż dotąd. Całości dam na razie 6.0/10.

Hotaru: Nadszedł wielki restart Uciekinierów! Po tym, co z tytułem zrobił Whedon, mogło być tylko lepiej... prawda? Nie jestem pewien. Niby dialogi są w porządku, ale nużą. Niby wiedziałem, czego się spodziewać po Ramosie, ale jego kadrowanie czyni niektóre sceny totalnie nieczytelnymi, a niektóre twarze są odrażające (Karolina...). Jak na start, nie wróży to najlepiej, ale wolę w tym momencie myśleć, że to średni początek stałej tendencji wzrostowej.

 

avalonpulsespecial0007i.jpgSecret Invasion #5

Hotaru: A teraz opowiem Wam bajeczkę... tak jak twórcy tego całego eventu opowiadali czytelnikom bajeczki na miesiące przed jej wystartowaniem i w jej trakcie. Pierwszą z nich, że nie trzeba czytać niczego poza główną miniserią, aby się cieszyć komiksem. Jak się cieszyć sytuacją, w której Captain Marvel atakuje Thunderboltsów, a Norman od razu wie, kim jest i po co tu jest? Zapewne zostało to wyjaśnione w tie-inie (nie wiem, bo nie czytam), ale w mini pozostaje to niedorzeczne - jeśli myśleli, że odpuszczając ten wątek na jeden numer wszyscy zapomną i nie dostrzegą błędu, to się mylili. Kolejna bajeczka, to ta o statku Skrullów lądującym w Savage Land. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale wyszło to, co wiedzieliśmy od początku - byli tam sami Zieloni. Bendis osiągnął mistrzostwo w teasowaniu czegoś, czego w ogóle nie ma. A cała sytuacja z Mocking Skrull i Hawkeyem... nie czytywałem Avengersów, więc nie jestem pewny, ale czy zidiocenie należy do cech charakteru Bartona? On naprawdę myślał, że dostał oryginalny produkt? Ile on ma IQ? Jego reakcja na coś, co czytelnik wiedział od samego początku, wypada pastiszowo - i to raczej w stylu Scary Movie 5, niż Hot Shotsów. I wreszcie podwalina całego Secret Invasion, fakt, że nie można rozpoznać podszywaczy - za pomocą żadnego znanego ziemskiej nauce testu, mutancich zdolności, czy magii. Bendis postanawia pozbyć się tego motywu, który chyba jako jedyny trzymał ten tytuł w pionie. I jak to robi! Richards wynajduje i wykonuje test DNA (którego nie zna ziemska nauka) na Brand w czasie pomiędzy wyssaniem setek Skrullów przez dekompresję, a zaczęciem ostrzeliwania statku przez pozostałe z armady. A potem jeszcze wynajduje super giwerę, i też zajmuje mu to momenty pomiędzy wejściem w atmosferę, a doleceniem do Savage Land. Aż szkoda słów - tym motywem Bandis zarzyna jedyne intrygujące pozostałości, np. takie, czy Stark rzeczywiście jest Skrullem. Poziomowi scenariusza dorównują szkaradne rysunki - wyślijcie Yu na korki z perspektywy i anatomii. Wątpię, czy po takim kaszaniastym numerze ta seria zdoła okazać się chociażby dobrą.

Gil: Współczujący Norman? Błyskawicznie naprawiony Vision? LMD z niewyparzoną gębą? Coś tu jest jakby nie tak. I jeszcze ten biedny Clint, który dał się tak totalnie zrobić w ciula, a teraz jest rządny krwi. No cóż, jakkolwiek wygląda to straszliwie naiwnie, przynajmniej coś się wreszcie ruszyło. Skończy nas katować bieganiem po dżungli i monologami na Helicarrierze, co samo w sobie jest ogromnym plusem, ale jednak mogło być rozegrane na sto lepszych sposobów. W dodatku bez uderzania w desperacki ton. Pocieszmy się, że ten numer wyznacza koniec drugiego etapu inwazji, czyli ogólnej młócki, więc jest cień szansy na zmianę na lepsze. Tym razem tylko 6/10, bo nie mógłbym dać więcej z czystym sumieniem.

Volf: Najpierw ogólnie o całości: Gdyby tak jak pierwotnie planowano, Inwazja dotyczyła tylko Mighty i New, byłaby to naprawdę dobra i ciekawa historia. Ale jako crossover sprawdza się już dużo słabiej - po największym komiksowym wydarzeniu roku oczekuje się jednak czegoś więcej, niż "na początku bohaterowie obrywają na każdym froncie, ale potem się jednoczą i wspólnymi siłami pokonują wroga". No nic, pozostaje mieć nadzieję, że na zakończenie Bendis przygotuje jednak coś zaskakującego. Oby, bo jak nie, to narzekania będą głośniejsze niż po CW
Teraz o samym numerze - jeśli odejmie się cały crossoverowy nakręt, to dostajemy przyjemny numer. Brand to "Real one man Army", jakby to Solidny Snejk powiedział, niestraszne jej jacyś tam Skrullowie. Świetna zagrywka z Mockingbird, szczególnie że wyglądało na to, że sama do końca nie zdawała sobie sprawy ze swojej skrullowatości. Dalej - "pistolet" Reeda to najbardziej tani sposób na odkrycie tożsamości Skrullów, naprawdę nie dało się wymyślić czegoś lepszego?

Bertoluccio: Nim przejdę do oceny numeru, muszę to powiedzieć - Bendis na prawdę uwielbia znęcać się nad Bartonem. Zabił go, wskrzesił, znowu zabił (chodzi mi o House of M), znowu wskrzesił, teraz na dokładkę najpierw "wskrzesił" mu żonę, a potem ujawnił, że to jednak Skrull. Co dalej?
Sam numer mi się podobał. Widać, że Skrullowie nieźle zaszli za skórę superbohaterom, jeżeli nawet normalnie bardzo opanowany Reed grozi, że zabije wszystkich zielonych. Ciekawy również był monolog Osborna do Skrull-Marvela oraz przekaz telewizyjny, gdzie najeźdzcy pokazali, że mogą być każdym od gwiazd show biznesu do światowych przywódców. Nie należy też zapominać od Agentce Brand, która razem z Marią Hill pokazały, że S.H.I.E.L.D./S.W.O.R.D. to nie tylko twardzi faceci z opaską na oku lub melonikiem na głowie. To wszystko na plus.
Teraz minusy, które już zostały przez innych wypisane. Pistolet Reeda, na demaskowanie Skrullów oznacza koniec nieufności, czyli najciekawszego motywu w tym crossoverze. Oczywiście można było się spodziewać, że Mr Fantastic coś na to wykombinuje, zwłaszcza, gdy w pierwszym numerze odkrył w sekret niewykrywalności Skrullów, jednak uważam, że mogłaby to być metoda bardziej wymagająca niż naciśnięcie guzika, choćby np. badanie krwi. Dodałoby to elementu niepewności w oczekiwaniu na wyniki, no i oczywiście w spodziewanej końcowej bitwie do końca nie byłoby wiadomo, czy ktoś się nie okaże Skrullem. A tak jeden strzał i już wiemy, komu dokopać. Prócz tego rzuca się w oczy przedział czasowy. Skrullowie planowali inwazję przez lata, a ludzie w ogóle nie przygotowani odeprą ją w 24 godziny? Może to najwyższa pora na podbój innych światów, skoro tak łatwo sobie radzimy z najeźdzcami z kosmosu, którzy, jak sami mówią, są dużo lepiej od nas rozwinięci technologicznie? Mimo wszystko daję Bendisowi kredyt zaufania do ostatniego numeru, bo tak naprawdę nie odsłonił jeszcze wszystkich kart i może nas zaskoczyć choćby ujawnieniem, kim jest tajemniczy "He loves you". Ogólnie ocena numeru 8/10.

owcaboski: Zaczęło się od wielkiego bum, S.W.O.R.D. i S.H.I.E.L.D. w rozsypce, Baxter Building w Negative Zone, bohaterzy w Savage Landzie. Zapowiadało się cudownie, ale były to miłe złego początki - zbyt wiele wątków rozwałkowanych na zbyt małe numery doprowadziły do tego, że główna seria strasznie się ślimaczyła, bo numer połykało się w 10 minut, a wątki prawie stały w miejscu. Teraz widocznie to wszystko ma się ku końcowi, gdyż sytuacja się zazębiła i w następnym numerze wszystkie wątki chyba się powiążą. Zobaczymy, jak to będzie. Brakowało mi w tym numerze jednak nawiązania do clifhangera z zeszłego zeszytu. Rysunki, no co tu dużo powiedzieć, lepiej niż numer temu, ale to wciąż kiepski, jeśli nie średni Yu. Secret Invasion z pewnością będzie dobrym materiałem na HC lub TPB, ale czytać to numer po numerze to istna udręka.
Ocena: 6/10

 

Secret Invasion: Amazing Spider-Man #1

Gil: Brand New Day spotyka Secret Invasion. To tak trochę, jakby pies Frankensteina spotkał Draculę. Oba wydarzenia zbierają nienajlepsze recenzje, chociaż generalnie SI jest stawiana znacznie wyżej, jednak tym razem to BND jest górą i ściąga ją do swojego poziomu. To znaczy, nisko. Widać, że ministeria jest robiona na siłę. Nie mogąc użyć Spider-Mana, wcisnęli Jackpot, która jest - powiedzmy sobie szczerze - nikim i nie daje rady pociągnąć fabuły. Zwłaszcza jeśli do towarzystwa dostaje grupę mało znanych lub w ogóle marginalnych postaci. Nie ma najmniejszego zaskoczenia, bo jej głównym przeciwnikiem jest Skrull z mocami wrogów Spider-Mana, który szuka go w budynku Bugle, chociaż powinien doskonale wiedzieć, że znajduje się w Savage Land (no, chyba, że mają kiepskiego dowódcę, który nie zna planów inwazji). Widać, że Brian Reed próbuje coś z tego wydusić, ale też mam wrażenie, że odpuszcza, bo wie, że nie ma środków. Nie można tego ocenić pozytywnie, więc dam co najwyżej 4.5/10.

 

Secret Invasion: Front Line #3
Hotaru: Strasznie nudny ten Front Line i teraz już mogę powiedzieć, że po następny nie sięgnę. Wahałem się już przed przeczytaniem tego, ale przekonała mnie fazowa okładka. Teraz, kiedy już wiem, że okładki w tej mini są najlepsze, będę się ograniczał tylko do nich.

Gil: Nadal nie jest to Front Line z czasów CW, ani nawet WWH, ale robi się jakby_lepiej. Atmosfera i fabuła się zagęszczają. Tam Skrull kogoś zje, tutaj pobije, albo postraszy, ale za to ludzcy bohaterowie - a może raczej bohaterscy ludzie, dla odróżnienia od tych w rajtuzach - robią się ciekawsi. Wątki zmierzają w nieco innych kierunkach, niż z początku się spodziewałem, ale za to nadal dobrze splatają się z wydarzeniami w serii i tie-inach. No i końcówka przynosi pierwszą refleksję - żaden Skrull nie zrobi ci tego, co inny człowiek. Jest lepiej, nawet bez jakby, oceną jednak nadal pozostanie 6/10.
CrissCross: Jakieś takie chaotyczne. Po poprzednim numerze miałem nadzieję, że będzie coś fajnego, ale tutaj tak naprawdę nie wiem, o co chodzi. Raz jesteśmy tu, raz gdzie indziej, a kreska nie pozwala czasem odróżnić od siebie postaci.


Secret Invasion: X-Men #1avalonpulsespecial0007m.jpg

Hotaru: Jeśli przymkniemy oko na niedorzeczność, która stanowi kamień węgielny tego tytułu, to czyta się całkiem dobrze. O jaką niedorzeczność mi chodzi? Czy naprawdę mamy uwierzyć, że Skrullowie, którzy poznali najbardziej intymne sekrety superbohaterów i którzy zinfiltrowali ich tak głęboko, jak to tylko możliwe, nie wiedzieli o tym, co X-Men wraz z burmistrz San Francisco ogłosili wszem i wobec tradycyjnymi i telepatycznymi środkami przekazu? Najciemniej pod latarnią, tak? Ale jak już wspomniałem, czyta się szybko i bez większych zgrzytów. Rysunki też porządne, chociaż saturacja kolorów mogłaby być trochę większa. Węszę podobny motyw, jak z x-tie-inem do World War Hulk - nic z tego nie wyniknie, ani dla Inwazji, ani dla x-ludzi.

Gil: Pozytywne zaskoczenie. Po wciśnięciu mutantów na siłę w Civil War spodziewałem się najgorszego, ale jednak Carey wybrnął z sytuacji po mistrzowsku. Skupiając się na religijnym aspekcie Inwazji nie tylko przedstawił ją w nieco innym świetle, ale także jako pierwszy pokazał, że Skrullowie naprawdę mają coś do zaoferowania Ziemianom. Jest to wprawdzie dobre słowo w środku wojny religijnej, ale zawsze to jakieś inne spojrzenie. Dobrze pokazane są też siły inwazyjne, a zwłaszcza ich dowódca. Natomiast X-Men schodzą trochę na plan dalszy, występując w roli przeszkadzających i tylko Nighcrawler się wybija. Rysunki też nienajgorsze, ale nie da się nie zauważyć, że wszyscy się garbią. Ogólnie, kolejne mocne 7/10.

CrissCross: D.N.O. Przynajmniej jak na razie. Mamy tu niby Dust i Mercury i Prodigy'ego i jeszcze Canonballa na dokładkę, ale to się chyba nie toczy przed MC, więc skąd oni tutaj? Najgorsze to są jednak rysunki. Postaci wyglądają jak uciekinierzy z bajek dla 5-latków.

Krzycer: Kolejny niepotrzebny tie-in. X-Men przespali Civil War (o CW: X-Men najlepiej zapomnieć), mogliby przespać i SI. Ale. Ale w odróżnieniu od SI: Thora pierwszy numer prezentuje się wcale nieźle. Armia X-Men - bo to jest regularna armia - daje czadu, Cyclops obnosi się z jajami, a w tle Nightcrawler zagląda w skrullowy palantir, z czego niewątpliwie coś wyniknie i póki co wojna w San Francisco mi się podoba.
Mam tylko nadzieję, że dzieje się to jakoś po Manifest Destiny i obecność (byłych) New X-Men i "Bractwa" nie jest tylko błędem edytorskim albo splunięciem w twarz Guggenheima i ci mutanci będą się regularnie pojawiać w x-tytułach.
I słowo o rysunkach: podoba mi się styl Norda - ale twarze powinno mu się zabronić rysować, bo co chwila X-Men wyglądają, jakby byli skrullowymi podszywaczami wychodzącymi ze swoich ról...

 

Secret Invasion: Inhumans #1

Hotaru: Średnio to wyszło - najlepsza z tego całego numeru jest okładka. Kiedy dowiedziałem się, że ilustrować będzie Raney, pomyślałem sobie, że niech to będzie taki Raney, jakiego znamy z Annihilation: Conquest, a nie z Ultimate X-Men. Niestety, powracają koślawe, pozbawione perspektywy rysunki. Szkoda - przecież już wiemy, że umie lepiej. Co się tyczy fabuły, to o ile nie odnajduję w niej sprzeczności, to czegoś mi brakuje - jakby była zawieszona w próżni, albo jakby za słowami nie stała substancja. Trudno mi to określić, odczuwam jednak zawód. Może Pokaski jeszcze się rozkręci... ale to się zobaczy w następnym numerze.

Gil: Po tym tie-inie spodziewałem się chyba najwięcej i jak na razie nie zawiodłem się. Pokaski nie zgubił po drodze żadnych wątków z najnowszej historii Inhumans, dobrze powiązał je z realiami Inwazji i udało mu się właściwie przedstawić wewnętrzne relacje w rodzinie królewskiej. Przy okazji w całkiem logiczny sposób zachował przy życiu Black Bolta i uczynił z niego aktywny element fabuły, co łatwo było by zepsuć. Naprawdę dużo tu Skrullów, więc może być ciekawie. Na rysunki też nie będę narzekał, chociaż wolałbym kogoś innego. Mocne 7/10 się należy.

CrissCross: Na razie dostaliśmy wstęp. Lont został zapalony, zobaczymy, jaki będzie wybuch w następnych numerach. Maximusowi może być nie na rękę uwolnienie BB, więc zobaczymy może kolejną rozgrywkę o tron.


Secret Invasion: Runaways & Young Avengers #2

Hotaru: Podoba mi się! Pomijając nierówne i czasami brzydkie rysunki, jest to naprawdę porządny i wciągający tie-in. Dobrą historię towarzyszącą można rozpoznać o tym, że wykorzystuje event do opowiedzenia ciekawej historii o jej bohaterach, a nie odwrotnie - i Yost właśnie tego dokonał. Secret Invasion jest dla niego jedynie pretekstem, by pociągnąć dalej wątki z Young Avengers Heinberga i Young Avengers & Runaways Wellsa. Czyta się świetnie i podczas lektury mamy odczucie, że dzieje się coś ważnego dla bohaterów, a nie że jest to zapchaj-dziura mająca tylko napędzić Marvelowi kasy. Brawo!

Gil: Nadal dobrze jest. Jak na historię wciśniętą w trzy numery, rozwija się odpowiednio dynamicznie, a główny wątek prowadzony jest nienagannie. Na razie jeszcze nie do końca jasne jest znaczenie Hulklinga, ale wyjaśnienie jest chyba pewne. Mamy też całkiem ciekawy zestaw Skrullów, który przybył po Runaways, więc zapowiada się niezła bitka. Do kompletu kilka dobrych tekstów i scenek. Niestety, rysunki nadal mnie drażnią i to głównie dlatego, że widziałem dużo lepsze prace Miyazawy. Również dostanie 7/10.

CrissCross: Całkiem niezłe. Może sama historia nie jest bardzo odkrywcza, a rysunki do rewelacyjnych nie należą, to jednak daje się to przeczytać. Inna sprawa, że jakoś obie grupy nie bardzo mnie interesują.

Krzycer: Oto mamy przykład wcale potrzebnego tie-inu. Bo skoro na Ziemi jest dziedzic skrullowego tronu, to trzeba przedstawić, co się z nim dzieje w czasie skrullowej inwazji.
Do tego dostajemy klasyczny konflikt mistrz-były uczeń. Przy okazji nikt nie zapomniał o tym, że obie grupy już się znają i nie ma klasycznych team-upowych problemów, które w tej sytuacji byłyby wyjątkowo idiotyczne.
Ogólnie jest dobrze - tyle tylko, że to się ciągle dopiero rozkręca, a chyba został już tylko jeden numer.


avalonpulsespecial0007n.jpgSecret Invasion: Thor #1

Gil: Tak, jak się spodziewałem, Fraction wyciągnął własnego Thora i umieścił go w Asgardzie Straczynskiego. Szczęśliwie, zastąpił go Beta Ray Bill, który z nieba nam spadł, po to chyba tylko, żeby Don Blake mógł odbierać porody w piwnicach. Dość dziwna jest też rola Lokinki, która niby w naturalny sobie sposób wykorzystuje sytuację, ale jednak robi to jakoś obok charakteru. No i właściwie, nie ma tu ani jednego Skrulla. Dodatkowo wkurza mnie narracja, która sprawia wrażenie, że autor uważa czytelnika za idiotę, któremu trzeba wyjaśnić, co jest na obrazku. Ale przynajmniej te obrazki przyzwoite w porywach do bardzo dobrych i tylko dlatego dam 6/10.

CrissCross: Właściwie sytuacja bardzo podobna do tej z Inhumans. Pomysł jak na razie ten sam. Zobaczymy, czy dalszy ciąg również będzie podobny. Być może z racji zadań Blake'a jako lekarza dostaniemy tu trochę więcej spojrzenia z punktu widzenia zwykłych ludzi.

Krzycer: Oto mamy przykład wcale niepotrzebnego tie-inu. To znaczy - jasne, Asgard jest ważnym celem i w ogóle, ale i tak wiemy już, że Thor pojawi się za moment w New Yorku, więc wystarczyłby mi jeden numer naparzaniny z zielonymi zamiast trzech. Naparzaniny, która nawet się jeszcze nie zaczęła w tym numerze...

 

She-Hulk 2 #32

Gil: Zakończył się mini-cross z X-Factor, ale nie oznacza to, że zakończyły się kłopoty zielonej z zielonymi. Jakby mało było rozterek, co zrobić z Talismanem, pojawiają się cywile potrzebujący pomocy, a w końcu też Super-Skrull, który przybywa wprost z 16. numeru Novy. Sprawy szybko zmieniają obrót, więc nie brakuje dynamiki, a dobrze dopasowane rysunki pomagają. Jest też oczywiście miejsce na odrobinę dobrego humoru, mimo toczącej się dookoła wojny. Może udział w Inwazji nie jest najlepszym, co się Shulkie przytrafiło, ale też zły nie jest i śmiało mogę mu dać 7.0/10.

 

Skaar: Son Of Hulk #3

Gil: Tak jak się spodziewałem, zielony walczy z czerwoną, zielony dogaduje się z czerwoną i coś zaczyna iskrzyć. A w tle bijatyki i trup ściele się gęsto. Fajnych smoków nie było, więc nawet nie ma na czym oka zawiesić. Aż trudno uwierzyć, że autor tak dobrego Herculesa pisze coś tak… nijakiego. Chyba mam dość i rozstanę się z synkiem Hulka. Ocena: 4.0/10.


Squadron Supreme vol. 3 #2

Gil: Dalszy ciąg ubogich ripów z własnego uniwersum. Przypomina próbę wyciskania soku z kanarka - i widok, i efekt są niesmaczne. Supremeverse umarło i zaczyna się rozkładać. Ocena 2/10.


Sub-Mariner Depths #1
Gil: Peter Milligan zniknął gdzieś po swoim niezbyt udanym runie w X-Men, ale teraz wiemy już, że przebywał w głębinach, gdzie najwyraźniej odnalazł swój talent. Historię (będzie) można postawić na półce obok Silver Surfer: Requiem nie tylko ze względu na rysunki Ribica, ale też na jej charakter. Jest oderwana od wszystkiego i skupiona na sobie. Powiedziałbym, że skupia się na Namorze, ale to jeszcze nie jest prawdą, bo póki co pojawia się on tylko jako niewyraźny cień. Rządzi za to butny doktor Stein, którego nie sposób nie lubić mimo opryskliwości i arogancji. Chociaż… nie - tak naprawdę rządzi tytułowa głębia, która wdziera się w umysły podwodnych marynarzy i tworzy wyraźną atmosferę niepewności, a może i lęku. Rysunki, a raczej malowidła Ribica mógłbym tylko wychwalać - od żółtych sterowców począwszy, na mrocznej głębi skończywszy - ale powiem tylko: zobaczcie sami. W ten sposób wychwaliłem chyba w końcu jakiś numer wystarczająco, by został komiksem tygodnia i dostał 8/10.

 

The Last Defenders #6

Gil: Spojrzałem, bo to finał. I na wstępie odrzucił mnie widok całkowicie idiotycznego redesignu Hellstorma (nominacja w kategorii kretyńskich hełmów) i Nighthawka (nominacja do loży Jasona Voorheesa). Jak jeszcze na pierwszej stronie zobaczyłem paru zielonych lózerów ze Squadron Sinister, wiedziałem już, że czytać tego nie chcę. Przekartkowałem więc do ostatniej strony i spostrzegłem tam coś przerażającego. Napis: "a new beginning". Mam nadzieję, że to kiepski żart. Nie powinienem może oceniać czegoś, czego nie przeczytałem do końca, ale za to, co ruszyłem, mogę dać 3/10.


Thunderbolts #123

Gil: Na początek, powtórka wzruszającej scenki z ostatniego numeru SI, później trochę teorii i bijatyka. Właściwie, cała siła tego numeru skupia się w końcówce, kiedy wydarzenia kumulują się i naprawdę zaczyna się dziać coś ciekawego, a Boltsi wpadają jak owca w wentylator. W międzyczasie, akcja jest trochę naciągana i przewidywalna. Kosmicznym zbiegiem okoliczności, muszą walczyć ze Skrullem, który posiada zdolności Thunderbolts. Ten schemat robi się boleśnie nudny. Właściwie wszystko wydaje się trochę przytłumione z początku, ale im bliżej końca, tym lepiej i to właściwie dlatego, że wszystko zaczyna się psuć, a to naturalna sytuacja dla naszych antybohaterów. Wymieniłbym tylko rysownika, bo ten nie daje sobie rady i psuje kilka scen złym przedstawieniem postaci. Ten numer również może dostać 7.0/10.

 

True Believers #2

Gil: Trochę się zawiodłem, że ten cały pijany Reed to tylko podpucha była. Chociaż z drugiej strony, i tak nie chciało się wierzyć, że Marvel zapijaczyłby jednego ze swoich największych bohaterów. Dostaliśmy za to kolejną, siódmą już chyba, postać o pseudonimie Surge. Czyżby wyczerpały się zasoby nieopatentowanych ksywek? Dla odmiany historia Payback stała się jakby ciekawsza i chętnie zobaczę, jak to z nią naprawdę jest. Na okrasę trochę dyskusji o wolności mediów i ogólnie wyszło całkiem dobrze. Tylko rysunki średnie. I tym oto sposobem, numer dostaje ocenę 6/10.

 

Uncanny X-Men #501avalonpulsespecial0007k.jpg

Gil: Coraz bardziej UXM zaczyna przypominać F4 w tym sensie, że trwa tylko dzięki minionej sławie, a nie ma już nic ciekawego do pokazania. Jak tak patrzę, to okazuje się, że poza nielicznymi wyjątkami, nic ciekawego nie wydarzyło się tu od jakiś sześciu lat. Po prostu ciągnie się, a kolejne historie są coraz bardziej udziwnione, z nadzieją, że a nuż chwyci i ktoś się zainteresuje. A ludzie czytają, bo się przyzwyczaili i już nawet nie mówią, że kiepsko, bo też się przyzwyczaili. Tylko jak coś się wydarzy od czasu do czasu, słychać krzyk zachwytu, że "a jednak żyje!" Kolejna próba reanimacji UXM padła. Powolna zamiana tytułu w kryminał z elementami fantastycznymi mnie nie bierze, bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić, jakim cudem ci sami bohaterowie, którzy rozwalali pożeraczy planet, teraz dają się pobić bejzbolem, a chociaż mają w garażu kosmiczną technologię, rozpływają się nad zajebistą bryką w kolorze cytrynowym. I jeszcze te seansy BDSM w piwnicy - przerażające! W ten sposób Uncanny dołącza do grupy tytułów z oceną 5/10, czyli równie atrakcyjnych jak zimny, surowy śledź.

Hotaru: Aż mnie szlag trafia, kiedy o tym myślę i żeby nie psuć sobie dnia, będę się streszczał. Rysunki to crap, scenariusz to crap, Brubaker do domu itp. itd. Podejrzewam, że on niszczy ten tytuł specjalnie, i zastanawiam się, jaką ma motywację.

 

Ultimate Iron Man 2 #5
Hotaru: Aj, porobiło się nam. Ostatni numer wyszedł tak dawno, że musiałem ostro wysilić szare komórki, by przypomnieć sobie, o co w tym wszystkim biegało. Wysiłek niewspółmierny do nagrody, bo zakończenie historii jest po prostu kiepskie. Co gorsza, Ferry przeszedł do rysowania Ender's Game, a jego zastępca Leonardo Manco albo odwalił fuszerkę, albo nie ma talentu - nie wiem, bo nie kojarzę jego pozostałych wybryków. Oby Gra Endera była tego warta.

Lex: Mnie również się nie podobało i to nie tylko dlatego, że musiałem streścić ten numer. Poprzednie odcinki były zaskakujące, a tu niespodzianek brak (może poza śmiercią pozytywnej postaci). Blado wypada Tony, który w tym numerze praktycznie nie opuszcza pancerza i nie pokazuje emocji. Rolę głównego bohatera przejął Obadiah i zastanawiam się, czy to nie on był najciekawszą postacią tej miniserii.

 

Utimate Spider-Man #125
Hotaru: Drugiego bliźniaka Bendis, tego, który nie popadł w megalomanię i nadal potrafi pisać dobre scenariusze, można zobaczyć już tylko na łamach Ultimate Spider-Mana. Tytuł - jak zwykle - jest świetny, zarówno w warstwie fabularnej, jak i graficznej, dzięki talentowi Stuarta Immonena. Czyta się jednym tchem, by po lekturze zacząć jeszcze raz i tym razem docenić świetne kadry artysty. Więcej takich komiksów.


Utimate X-Men #97

Hotaru: Obawiam się, że Coleite zaczął iść w ślady człowieka, który napędził mu tę fuchę - Jepha Loeba. Mając w pamięci dokonania tego drugiego przy Ultimates 3, nie wróży to niczego dobrego. Historia zaczynała się tak dobrze, ale w tym numerze zaliczyła serię potknięć, zakończonych glebą. Szkoda. Chociaż rysunki Brooksa nie rozczarowują. Dochodzę do wniosku, że zamknięcie tego tytułu po Ultimatum nie zmusi mnie nawet do wzruszenia ramion.

 

Venom: Dark Origin #2
Gil: Właściwie nie powinienem o tym pisać, bo nie ma o czym. Zawiodłem się całkowicie, bo seria jest zupełnie niepotrzebna i po pierwszym numerze, który jeszcze coś wnosił, teraz odkurza tylko stare wątki. Gdyby jeszcze zrobili to w jednym numerze, nie miałbym nic przeciwko, ale tak - szkoda czasu. Ocena: 4/10.

 

Wolverine vol. 3 #68

Gil: W tym numerze, wielka akcja odbijania córeczki Hawkeye'a, która okazuje się nie być aniołkiem. I to wszystko, nie licząc faceta na kościelnej wieży i Logana, który jak zaczarowany powtarza, że nigdy nie użyje szponów… aż do ostatniego numeru tej historii, o czym wszyscy doskonale wiemy. Jedyną ciekawostką jest pożarcie przyszłościowego Daredevila i Punishera przez dinozaury, bo jak głosi S_O, dinozaury są übercool.

Poza tym, kilka dobrych rysunków (McNiven zdecydowanie lepiej wypada z tym inkerem niż z innymi), które zawyżają ocenę i w ostateczności mamy 5.8/10.

Hotaru: Podobnie jak Ultimate Spider-Man dla Bendisa, tak Wolverine dla Millara jest chyba jedynym aktualnie wydawanym tytułem, który jest coś wart w warstwie fabularnej. Ten numer wymiata. Steve McNiven daje z siebie wszystko, a całość ma genialny post-apokaliptyczny feel.

 

avalonpulsespecial0007l.jpgX-Factor Special Layla Miller

Gil: Layla nie zawodzi! Ani przez chwilę i mimo raczej średnich rysunków. Początek jest bombowy, a im bardziej się zagłębiamy w fabułę, tym więcej znajdujemy punktów wspólnych z dystopijnymi klasykami jak 1984, czy V for Vendetta. Layla robi to, co potrafi najlepiej, czyli rzuca kamykami, a te powodują lawiny. W końcu popycha też Ruby, wywołując rebelię. Swoją drogą, Ruby jest świetnie skonstruowaną postacią, łączącą cechy Scotta i Emmy - chętnie zobaczę ją jeszcze kiedyś. No i jest wreszcie zapowiedź powrotu naszego zbłąkanego motylka do swojego czasu. Chętnie poczytałbym ten jej pamiętnik.

Nie dostanie tytułu numeru tygodnia tylko dlatego, że Herc zdystansował wszystkich, ale może dostać bardzo mocne 8/10.

Hotaru: To przykład tytułu, w którym nikt nie stanął na drodze scenariuszowi Petera Davida. I jak to wyszło? Genialnie! Layla Miller to naprawdę intrygująca postać i nawet cieszy mnie, że nie jest intensywnie eksploatowana, bo inaczej szybko by się wypaliła. A tak mamy ją w minimalnych dawkach, ale zawsze jej występ jest więcej, niż udany. Scenariusz jest świetny, dialogi - jak to zwykle jest, kiedy stroną w konwersacji jest Layla - skrzą się srebrem. De Landro generalnie daje radę uchwycić niesamowity klimat opowieści i tylko kilka panelów budzi mieszane uczucia. Świetny komiks, naładowany treścią, nie tak jak Quick and the Dead. Czapki z głów.

 

X-Factor vol. 3 #34

Gil: Komiks, w którym zieloni biją zielonych, a biali i różowi się przyglądają. Prawdę mówiąc, średnio to wyszło i jakoś pospiesznie. Głównymi bohaterami są Jazinda i Darwin oraz pan Talizman, który dostaje baty. Reszta jakoś w tle i nie wychyla się specjalnie, poza momentami, gdy Madrox funduje Shulkie psychoanalizę w promocji. Nie da się nie zauważyć, że motyw z zamianą wiary w moc, jaki PAD zastosował w odniesieniu do Talismana, pojawia się ostatnio dość często, ale został dobrze wykorzystany. Czyta się przyjemnie, ale jakby czegoś brakowało. Za to wizualnie jest mocno nie teges. Kiedy minął sentymentalny powiew z lat '90, rysunki Larry'ego Stromana znów zaczęły wyglądać kanciasto i mało atrakcyjnie (żeby nie powiedzieć wprost - brzydko). Dam 7/10, ale bardziej z sympatii, niż za rzeczywiste wrażenia.

Hotaru: Wiem, że Peter David jest świetnym scenarzystą, ale to do jasnej cholery nie znaczy, że można balansować jego komiksy, dając tak tragicznego rysownika (określenie trochę na wyrost), jak Stroman. Przecież już nawet ja lepiej rysuję! Te koszmarne bohomazy odebrały mi wszelką frajdę z lektury. Naprawdę, nie podoba mi się ani jeden kadr, ani jedna linia - warstwa graficzna to zgroza. Z tego też powodu nie będę pisał o fabule - po prostu i tak nikt na nią nie zwróci uwagi, kiedy jest zatopiona w tym morzu brzydoty.

 

X-Force vol. 3 #6

Gil: No tak, niby jest fajnie, bo i klimat jest i rysunki świetne… Dlaczego zatem czuję się rozczarowany? Aha, już wiem. Dlatego, że zamiast porządnie zakończyć historię, autorzy wybrali najprostsze wyjście, czyli manewr "źli goście uciekają". Można było się tego spodziewać, kiedy pojawił się nowy gracz na scenie, ale liczyłem na choćby odrobinę wyjaśnienia, o co komu chodzi. Tak samo, jak liczyłem na wyjaśnienie sprawy Archangela, podczas gdy ten po prostu wyrżnął wszystkich i zmienił się z powrotem. Jedyne satysfakcjonujące rozwiązanie to sprawa wielebnego Craiga, który dostał to, na co zasłużył w bardzo piękny i ironiczny sposób. Mimo wszystko, dam wysoką ocenę, bo chociaż finał rozczarowuje, cała historia dała nam solidną porcję wrażeń. Ta ocena to 7.4/10.

Hotaru: Wielbiłem Kyle'a i Yosta na łamach New X-Men, tutaj jednak żywię do nich chłodny dystans. Ostatecznie nie zaciekawiła mnie zaproponowana przez nich historia, która więcej miała shock-value, niż value w ogóle. Z tej przydługiej historii dobrze wspominam tylko poprowadzenie Rahne i próbę, nie do końca udaną, odkopania Angela, który od dłuższego czasu jest tak interesujący, jak lektura książki telefonicznej po mandaryńsku. Po sam tytuł sięgnąłem też po części dla rysunków Claytona Craina, ale w tym numerze się nie popisał - większość paneli jest nieczytelnych i niechlujnych. Jeszcze nie wiem, czy sięgnę po kolejny numer tego tytułu... na dzień dzisiejszy, raczej się na to nie zanosi.

 

X-Men: Manifest Destiny #1 avalonpulsespecial0007q.jpg
Hotaru: Sięgając po ten tytuł myślałem, że skupi się wyłącznie na postaci Icemana. Szkoda, że tak nie jest. Historia Bobby'ego została przedstawiona nieźle, jego związek z Mystique jest niesamowicie elektryzujący i chciałoby się jeszcze. Ale zamiast więcej Icemana i Raven dostajemy szkaradnie narysowane Boom-Boom i Karmę. Serio, ktoś za nimi tęsknił? Ktoś chce o nich czytać? Czy może Marvel postanowił przypomnieć o ich istnieniu, bo zamierza je wykończyć przy okazji kolejnego większego eventu? Taka strata papieru...

Gil: Tiaaa... Dokładnie tego się spodziewałem. Jakby mało było x-menowej kiszki pod hasłem Divided we stand, teraz ten sam produkt dostał nową etykietkę. Historia z Icemanem jest najlepsza z trójki, co wcale nie znaczy, że jest dobra. Wiedziałem, że Mystique podszywa się pod Opal, gdy tylko padło jej imię, bo miało to zwyczajnie więcej sensu, niż powrót Tanaki. Czego chce od Drake'a? Mam pewne podejrzenia i widzę, że wszyscy mamy podobne, więc nawet nie ma o czym mówić. Historia z Tabby to klęska na całej linii - zwłaszcza graficznej. Niby pasuje do kierunku, w jakim pchnął ją Ellis, ale wykonanie jest kiepskie i nieśmieszne. No i jest jeszcze opowiastka z Karmą, która obchodzi mnie tyle, co karma dla ptaków i powinna pozostać w niebycie, w jaki wsiąkła gdzieś po drodze. Dużo wspominków i wałkowany na okrągło temat rodzeństwa zwyczajnie męczą, a rozterki nad kontrolą jeszcze to pogłębiają. Powiem Wam tak: cieszę się, że rozszerzyliśmy tematykę Avalonu, bo gdybyśmy pozostali tylko przy X-Men, nie byłoby o czym pisać. Ocena wypadkowa: 4/10.

Alain: Na przykładzie tego komiksu można wykazać różnice pomiędzy DC a Marvelem. Podczas gdy pierwsze z wydawnictw ma ostatnio zwyczaj wydawać jako dodatek do swoich crossoverów nie zawsze dobre, cotygodniowe serie, Marvel po raz drugi od Divided We Stand serwuje nam kilka niepowiązanych ze sobą historii w jednym komiksie. Wprawdzie ta o Icemanie (najlepsza... co nie znaczy że szczególnie dobra) jest podzielona na odcinki, ale dwie pozostałe już nie. Obie zresztą równie dobrze mogły się znaleźć we wspomnianych Divided We Stand, ale mniejsza o to. Historia o Tabithcie "Meltdown/Boom Boom" jest średnia. Sprawia wrażenie napisanej, bo wypada przypomnieć tę postać fanom. I ma koszmarne rysunki. Ta o Karmie jest nieco lepsza, zarówno w warstwie fabularnej, jak i graficznej. O żadnej nie można powiedzieć więcej niż tyle, że są. I że da się je przeczytać. 6/10 i liczę, że następne historie będą ciekawsze.

Krzycer: Fajne! Napaliłem się na całość, bo chcę się przekonać, co też Carey znowu kombinuje z Icemanem i Mystique. Cieszy mnie powrót tej drugiej (długo na afgańskim pustkowiu nie zagrzała... Logan powinien dostać bęcki za naiwność :)) a co do pierwszego, to Carey chyba znowu szykuje mu upgrade.
Oby tylko wyjaśniła się mot
ywacja Raven. Póki co obstawiam, że naprawdę coś czuje do Drake'a i poprzez przymusowy trening i ww upgrade chce mu wynagrodzić zdradę...

Druga historyjka - śmieszna!
Trzecia historyjka - ? Może za mało znam Karmę (czyt. prawie w ogóle), żeby docenić (czyt. zrozumieć) tę opowiastkę...

 

X-Men Origins: Beast
Gil: Kolejna powtórka z rozrywki, ale tę przeczytałem z przyjemnością, bo oryginalna historia z Conquistadorem gdzieś mi umknęła w tle i znałem ją tylko z drugiej ręki. Chyba w ten sposób doceniłem sens wydawania originów, ale nie zmienia to mojej opinii na temat formy ich wydawania. Tutaj jest ona wzorcowa - jeden numer, zwięzła opowieść i na dokładkę świetne rysunki. Dlatego dostanie ocenę 7/10.
Alain:
Idea wszelkich originów jest stricte zarobkowa i nic tego nie zmieni. Ot, trzeba opowiedzieć tę samą historię z kilkoma nowymi partiami dialogu, jakąś małą zmianą w stosunku do pierwszej wersji i bardziej współczesną warstwą graficzną. I, naturalnie, zarobić na tym. X-Men Origins: Beast nie odbiega zbytnio od tego schematu. Opowieść już skądś znana - nieco podobny do małpy, wybitnie inteligentny uczeń liceum, który do tego odnosi spore sukcesy w sporcie (w tej roli ulubieniec tłumów Hank "Beast" McCoy), zostaje zmuszony przez psychopatę w dziwnych ciuszkach (w tej roli niejaki Conquistador) do czynów powszechnie uznanych za nielegalne. Nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że wszystko kończy się szczęśliwie, X-Men zyskują nowego członka, a łysol na wózku inwalidzkim bawi się myślami postronnych. Mike Carey nie wysilił się zbytnio, ale odwalił kawał dobrej, rzemieślniczej roboty, a odpowiedzialny za szatę graficzną J. K. Woodward może spokojnie kandydować do nagrody "Pierwszy Artysta, Którego Zatrudnisz, Jeśli Adi Granov Nie Będzie Dostępny". Przyjemne czytadło, któremu jako fan Hanka McCoya daję 7/10.

CrissCross: Takie sobie czytadełko. Zdecydowanie bardziej podobał mi się Origin Jean Grey. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem niebieskiego pluszaka.

 

X-Men Origins: Jean Grey

Gil: Historia właściwie doskonale znana i niebardzo zmieniona, ale za to podana w nowej, bardzo atrakcyjnej wizualnie formie. Warto było popatrzeć na wyczyny Mike'a Mayhewa, chociaż mam podejrzenia co do czystości gatunkowej jego techniki, bo rysunki prezentują się aż za dobrze. Sposób przedstawiania odczuć Jean całkiem nieźle pomyślany, podobnie jak zmuszenie ją do stawienia czoła powtórce sytuacji z Annie. Zaskakująco dobre jak na odgrzewańca. Zasługuje na mocne 7/10.

Hotaru: Sięgnąłem po ten numer ze względu na rysunki i się nie zawiodłem - są przepiękne. Tak mógłby tworzyć Land... gdy miał talent. Często foterealistyczne rysunki są tylko tym - zdjęciami, nie potrafiącymi opowiedzieć historii (patrz - Greg Land), ale tutaj na szczęście to zjawisko nie występuje. Fabularnie żadnych niespodzianek, ale znana wszystkim historia została opowiedziana rzetelnie. Numer zaliczam na plus.

CrissCross: Fajna kreska. Historia, którą już mniej więcej znaliśmy. Jedna tylko mała wpadka. Podczas pierwszej walki z Magneto Jean nie poszła na wagary, tylko również była na polu bitwy. No chyba, że to był inny pojedynek.

 

avalonpulsespecial0007j.jpgX-Men: Legacy #215

Gil: Potwierdza się moja opinia, że w tej chwili jest to jeden z dwóch najlepszych X-tytułów. Konfrontacja Charlesa ze Scottem stoi na wysokim poziomie i porusza odpowiednie wątki, a przy tym dochodzi do bardzo przyjemnego i potrzebnego zwrotu. Wątek Rogue rusza naprzód i staje się interesujący, a plany Shawa pokazują nam nieco odświeżony Hellfire Club, który wyraźnie ma coś do zaoferowania. Zdecydowanie czekam na ciąg dalszy i mam nadzieję, że sceny z Rogue nadal będzie rysował Checchetto, bo jakoś wybitnie mi podeszła jego kreska przy pierwszym kontakcie. Nie ma się nad czym rozwodzić - po prostu jest dobrze i zasługuje na 7.7/10.

Hotaru: Zaczyna mnie denerwować, że scenarzyści czasami zachowują się jak bezmyślne owce. W Civil War Tony Stark zostaje przedstawiony przez Millara jako potencjalny gnojek i nagle wszyscy pisarze Marvela robią z niego dyżurnego ciołka, głównego antagonistę, któremu ich bohaterowie muszą rzucić w gębę ważkie oskarżenia nie do obalenia i skopać żelazny tyłek. Wystarczy, że Whedon w Astonishing pokazuje Cyclopsa, który - dla odmiany - ma jaja, a nagle w innych tytułach rzeczone jaja puchną do rozmiarów arbuzów i Cyclops staje się naczelnym generałem, walczącym o przyszłość rodzaju wszelkimi dostępnymi środkami (patrz np. założenie X-Force). No i wystarczy, że w Deadly Genesis Brubaker rzucił na arenę, że Xavier nie jest taki nieskazitelny, jak mogło się wydawać i rzesza x-skrybów rzuciła się po ten ochłap, czyniąc z Czarusia kalekę bez moralnego kręgosłupa i Wielkiego Manipulatora, który nie maczał palców tylko w plamach na Słońcu. Panowie, opanujcie się! Wprawdzie Carey jest dobry w te klocki i czyni ten motyw zdatnym do przełknięcia, ale nadal czuję na języku stęchliznę.

 

X-Men: Return Of Magik
Gil: Oj... kiepski żart. Człowiek się spodziewa normalnego 1-shota, choćby nawet miał być kiepski, a w zamian dostaje kilka przedruków. Może człowiek powinien czytać zapowiedzi? Nieważne. Ważne, że jeśli czytaliście A Quest For Magic w New X-Men, możecie sobie to spokojnie darować. Nawet nie będę oceniał - przedruki i tyle.

 

Young X-Men #5

Gil: W dzisiejszym odcinku popularno-naukowego serialu "Wywracanie Fizyki Na Lewą Stronę", Marc Guggenheim opowie nam, jak zrobić piasek ze stopionego szkła. I to właściwie wszystko, bo całe to odkrywanie, kto jest dobry, a kto zły, bratanie się i zabijanie kudłacza nie jest nawet w połowie tak fascynujące, jak odkrycie nowych, fascynujących zasad inżynierii materiałowej. Pod hasłem: Marc Guggenheim: To Improve Your World! Wystawiam 2/10.




Spośród okładek z trzech ostatnich tygodni najbardziej wyróżniły się:

Hity:

avalonpulsespecial0007a.jpgRunaways vol. 3 #1


Autor: Humberto Ramos

Hotaru: Okładkę tę wybrałem wyłącznie z powodu nostalgii, jaka mnie ogarnęła na widok Uciekinierów. Whedon tak mi ten tytuł zohydził, że widząc moich ulubionych nastolatków z Zachodniego Wybrzeża w innej, świeższej wersji, rokującej odbicie się od dna, postanowiłem to zapunktować. Niestety, środek numeru to inna bajka...

 

 

 

 

avalonpulsespecial0007b.jpgShe-Hulk vol. 2 # 32


Autor: Mike Deodato Jr.

Gamart: Nie będę się znowu rozpisywał, bo jak tylko mam okazję, wybieram okładki She-Hulk. Deodato po raz kolejny narysował całość ciekawie i użył dynamicznie napisu z tytułem serii. Wiecej takich rzeczy chciałbym zobaczyć.

 

 

 

 


avalonpulsespecial0007c.jpgX-Factor Special: Layla Miller


Autor: Boo Cook

 

Gil: Wybrałem tę okładkę, ponieważ doskonale oddaje charakter komiksu i jego głównej bohaterki. Layla wydaje się mała i nic nie znacząca, otoczona przez wielki zły świat, ale też jest jego jedynym kolorowym elementem. Zauważcie, że nie jest w centrum kompozycji, ale nieco z boku i siedzi tak skromnie. Za to bliżej centrum wydarzeń jest świetlisty motyl, który ją prowadzi - symbol... czego? Może tego motyla z teorii chaosu? Może jakiś sił wyższych? To bardzo wieloznaczna i świetnie pomyślana okładka.





Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.08.20


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.