Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #56 (11.08.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 11 sierpnia 2008 Numer: 31/2008 (56)


Z komiksami w zeszłym tygodniu było jak z naszymi reprezentantami na Olimpiadzie - solowo niezbyt dobrze, ale poziom ratują zespoły.



Cable vol. 2 #6 avalonpulse0056b.jpg
Gil: Czyżby Swierczynski przeczytał swoje poprzednie numery i doszedł do wniosku, że trzeba jakoś wytłumaczyć część tych głupot? Too little, too late - jak mawiają Anglosasi. Tym bardziej, że dorzuca kilka nowych cukierków. Na przykład, jak u diabła Cyclops może wspominać cokolwiek, jednocześnie nie myśląc o tym, żeby Emma nie podglądała? Musi być jakaś specjalna technika, której nauczał Xavier - myśleć, nie myśląc (cholera, chyba nasi politycy znają jej odwrotność). Można też nie odrobić pracy domowej i pomylić Rachel Summers a.k.a. Mother Askani z Askani, która zabrała małego Kabelka w przyszłość. Na niewielki plus zaliczam mniejszy udział komputerowo wspomaganej grafiki Olivettiego, a więcej gościnnego rysownika, którego nazwiska nie zapamiętałem. Tak czy inaczej, jest to stały poziom 3/10.
Demogorgon: Znane też jako "Cyclops #1". Dobry pomysł z przydzieleniem jednego rysownika do teraźniejszości a osobnego do przyszłości - nareszcie ten komiks nie odstrasza grafiką rodem z 3-D porno, przynajmniej nie cały. A sama historia? Mamy tu Cyclopsa, który pokazuje, że jest niezłym aktorem. Udaje starego pana ofermę, a tymczasem w tajemnicy przed Emmą wykonuje kilkanaście planów pomocy Cable'owi i dopadnięcia Bishopa. Cieszy, że Swierczynski tak mocno szanuje continuity i udało mu się niczego nie zepsuć, a jednocześnie ładnie opowiedzieć o skomplikowanej relacji Scotta i Nathana. Szkoda tylko, że akcja jakoś nie za bardzo ruszyła do przodu. 6/10
S_O: Nietypowy numer, bo skupia się na tatuśku Cable'a, czyli Cyclopsie. Umęczonym Cyclopsie. Najwyraźniej Swierczynski jako jedyny z mutancich scenarzystów doszedł do wniosku, że nagłe wyrośnięcie jaj jest bolesne. A poza tym Cyke kombinuje, jak przyprawić Bishopowi fontannę na miejsce głowy. A wszystko to narysowane przez gościa, który nie jest Olivettim, co samo w sobie jest plusem.
A Nathan tymczasem pośrodku strzelaniny. Bo hej, w końcu to dystopijna przyszłość, nie? Tam wszyscy strzelają do siwych ludzi z dziećmi.

CrissCross: Takie sobie czytadełko. Skupia się właściwie na wątpliwościach Scotta i jego usilnej chęci ukrycia przed Emmą tajemnicy o X-Force. Akcja nie porusza się do przodu, ale daje trochę wytchnienia po poprzedniej historii.

Avengers/Invaders #4
Gil: Mam wrażenie, że lepiej już było. Ten numer zdaje się udowadniać, że seria powinna jednak być krótsza, bo wtedy byłaby bardziej treściwa. 2/3 jego zawartości to wciąż ten sam pojedynek między bohaterami z uzasadnieniem: "a bo nam się zdawało, że to naziści". Są dwa naprawdę ciekawe momenty: odkrycie Strange'a, że historia już została zmieniona i spotkanie dwóch Buckych, które dopiero może czymś zaowocować. Dla odmiany, są też momenty straszne naiwne, jak uznanie nazwiska Stark za niemieckie ("stark" = ang. "sztywny, drętwy") albo pomylenie smoka na piersi Iron Fista z faszystowską wroną. Jak już mówiłem - mniej numerów, a więcej treści by się przydało. No i rysunki z numeru na numer jakby słabsze. Tym razem tylko 6/10 dostanie.
Demogorgon: No, to ja nazywam dobrym komiksem! Historia z numeru na numer robi się coraz ciekawsza i bardziej zakręcona, a im więcej wiemy, tym więcej pojawia się pytań. Ten komiks trzyma w napięciu i powoduje, że chce się więcej i więcej. I to czyni go takim cudnym. 8/10
S_O: Czyli nieporozumieniowej walki odcinek czwarty (trzeci, jeśli ktoś stwierdzi, że T-Bolsom się należało) i muszę powiedzieć, że cała sytuacja typu "A macie, wraży naziści!" "Nie jesteśmy nazistami!" "Aha! Dokładnie to, czego spodziewałem się usłyszeć od nazisty!" zaczyna BARDZO szybko robić się BARDZO nudna. Ale w końcu coś zaczyna się dziać, Strange odkrywa, że przeszłość się zmieniła na gorsze (bo, jak wszyscy wiemy z lekcji historii, bez superbohaterów nigdy byśmy tej wojny nie wygrali), a do tego dochodzi do długo oczekiwanego spotkania Bucky'ego z Kapitanem Puerto Rico. A żeby nie przegrzewać naszych mózgów niesamowitością tego spotkania, autorzy postanowili wziąć sobie dodatkowy miesiąc przerwy.

avalonpulse0056c.jpg Eternals vol. 4 #3
Gil: Kolejne kawałki układanki wskakują na miejsce, gdy dowiadujemy się, co naprawdę zaszło podczas drugiego przyjścia Celestian. Oczywiście rodzi to także dalsze pytania (o co chodzi tym Fulcrumom?), ale częstotliwość odpowiedzi na nie jest satysfakcjonująca. Ajak w roli draba nachodzącego rodzinę generała po nocy wypada świetnie. Nowy design Gilgamesha też na plus. Sposób, w jaki Joey podchodzi Zurasa, również dobrze rozwiązany. I w ogóle mamy same plusy, chociaż przy drugim rzucie oka odkrywamy, że tak naprawdę niewiele się zdarzyło. Rysunki wciąż odbieram jako innowacyjne, a za całokształt nadal daję 7/10.
Demogorgon: Jak zauważył Gil, niewiele ruszyło do przodu, ale było wiele wyjaśnień. Podoba mi się, że Knaufowie odrobili pracę domową i wykorzystali stare wątki z czasów Jacka Kirby'ego. Wreszcie wyjaśniono też historię Dreaming Celestiala i to w bardzo ciekawy sposób. Z niecierpliwością czekam na następny numer i mam nadzieję, że Gilgamesh nie skrzywdzi naszych bohaterów. Zbytnio. 8/10
S_O: Nadal nie mam zielonego pojęcia, w którym wszechświecie się to dzieje (i znowu zagram kartą całej rasy Skrullów, których żarli jedynie Galactus i Annihilus, a nie żadne hordy czy inne ostoje), ale poza tym, świetny komiks. Badass Ajak prowadzi własną agendę, Gilgamesh znaleziony, agent Hordy manipuluje Zurasem (o tak, wielki powód do dumy, przechytrzyć gościa ze starczą demencją), no i historia Śniącego Celestianina w końcu odkryta (teraz Gil pewnie po cichu aktualizuje swój podręcznik do marvelowej historii). I albo ta historia rozrywa się już po Inwazji, albo Hercules i spółka mają jeszcze jednego Skrulla w zespole.

Invincible Iron Man #4
Gil: Mamy obecnie trzy serie z Iron Manem i odnoszę wrażenie, że każda z nich dzieje się w osobnym świecie. No, bo niby dlaczego Antonio znowu nosi świecący magnes na piersi, skoro pozbył się odłamka lata temu i w ogóle ma teraz Extremisa? Dlaczego wygląda jak Tom Selec nawet nie będę pytał, bo zrobiłem to przy pierwszym numerze, a nawet Fraction zauważył to w tym. Ale zapytam, dlaczego wszystkie panie nagle zmieniły się w mulatki? Zabrakło różowego koloru, czy przedawkowały solarium? A tak naprawdę, skupiam się na tym, co widzę, bo o fabule niewiele da się powiedzieć. Gadają dużo, ale właściwie o niczym, a z tego Antonio wyciąga przebiegły plan oraz wniosek, że Stane chce zniszczyć jego firmę. No, co ty, kurde, powiesz, Antek? Syndrom czwartego numeru, czy po prostu słabość fabuły wyszła? Ocena: 5/10.
S_O: Wiecie, miałem plan na ten komentarz. Chciałem trochę ponarzekać na odpicowanie Pepper, a potem stwierdzić "ale poza tym, całkiem nieźle". Ale potem zacząłem szukać, co jest takiego niezłego... i nic nie znalazłem. To, co nam zaserwowano, jest w najlepszym wypadku średnie. Czy to rozmowa jednych z NAJBARDZIEJ INTELIGENTNYCH LUDZI NA ZIEMI, gdzie wykorzystuje się metafory o kanapkach, czy to głupie zakończenie wątku filipińskich bohaterów "no tak, zginęli, ale na szczęście mnożą się jak króliki", czy to ratujące świat automaty z colą, czy w końcu magnetyczna Pepper. Tylko czekać, jak założy nocnik na głowę.
A właśnie... skoro można kupić magnetyczne sztuczne cycki za 2 miliardy sztuka, to czemu we współtworzonym przez Fractiona Uncanny X-Men Magnus płakał nad super-nowoczesnym i jedynym w swoim rodzaju strojem? Trochę konsekwencji, doprawdy.


Hulk vol. 2 #5
avalonpulse0056d.jpg
Gil: To już się robi tak głupie, że aż śmieszne. Pojawienie się Thora i cały pojedynek z Krasnym Hulkiem sensu ma zero. Chyba po prostu McGuinness chciał sobie Thora porysować trochę. Ten go wali młotkiem w łeb, a tamten go za młotek ciągnie w kosmos i zrzuca na Księżyc. Koniec fabuły. Ale jak się to czyta, chce się śmiać - chociaż może po to, żeby nie płakać. Ach, byłbym zapomniał - jeszcze niebieski się skumał z zielonym, żeby stłuc czerwonego, a żelazny i jego banda podwórkowa (najwyraźniej Avengers gdzieś zgubił) chcą im pomóc. Mam wizję, że w następnym numerze będzie... więcej bezsensownej nawalanki. No, ale skoro mnie rozśmieszył, może dostać 4/10.
Demogorgon: Podjąłem dzisiaj pewną decyzję i postanowiłem ją uzasadnić następującymi powodami:
- Thor zachowujący się nie tylko kompletnie out of character, ale także jak gdyby miał amnezję. Nie pamięta Civil War, nie pamięta śmierci Odyna, nie pamięta, że nie musi już się zachowywać jak w latach 60.
- A-Bomb przemierzający całą tę drogę z New Yorku w... no właśnie, w ile? Pięć sekund?
- Iron Man zbierający skład na czerwonego Hulka. Dobra, Ares jest tam oczywisty, Thing i Human Torch nie bolą, Skulkie mogę jeszcze wybaczyć. Ale co tam do ciężkiej śrubki ciemności robi Namor?
- Czemu w ogóle Iron Man zbiera ten skład, skoro na zawołanie ma Mighty Avengers, z Sentrym, Wonder Manem i Ms. Marvel?
- A jeżeli już zbiera, to co mu strzeliło do głowy, żeby zapraszać do niego Hulka, alias "Iron Man wysłał mnie w kosmos, więc chcę go za to zmiażdżyć?" Już zakładając, że zielony zgodzi się współpracować, zamiast rzucić się na niego z pięściami, to co za ciężki idiota zaprasza niedawnego wroga do drużyny, mając setkę bardziej przyjaznych przepaków pod ręką?
Za sprawą tych powodów pragnę zaznaczyć, że od tej pory Hulk Loeba jest dla mnie out of continuity i wam radzę to samo - wszystkim wyjdzie to na dobre. Co do walki Hulka z Thorem, to zaczyna mnie nudzić pokazywanie na siłę, jakim to czerwony jest przekozakiem, choć to jedyna rzecz, na którą Loeb ma tu pomysł. Idę o zakład, że w przyszłych numerach nie będzie lepiej - czerwony skopie pewnie jeszcze całą Inicjatywę, Sentry'ego i Ghost Ridera, a potem odgryzie jądra Galactusowi. I uwierzcie mi, to nie będzie wcale przyjemne dla czytelnika. 2/10

S_O: Loeb jest jak... nie wiem, stary parasol albo co. Wiesz, że jest zepsuty i do niczego się nie nadaje, ale mimo to trzymasz go w szafie. Problem pojawia się wtedy, gdy mimo wszystko zaczyna się używać takiego zepsutego parasola. W najlepszym wypadku cię oleją, w najgorszym zadziała jak piorunochron i szlag cię trafi.
A w numerze to samo, co od początku: Czerwony pokazuje, jak bardzo jest niesamowity i naparza wszystkich powerhousów w okolicy. Diabli co prawda wiedzą, skąd Thor nagle wziął się w San Francisco, pół kontynentu od Asgardu, diabli wiedzą, jakim cudem Hulk potrafi wydostać się poza atmosferę planety za pomocą JEDNEGO SKOKU, diabli wiedzą, czemu Hulk znowu gada jak niedorozwój... i tak dalej, i tak dalej.
Swoją drogą, ciekawostka. W Recap Page Loeb wspomina o tym, że wszyscy MYŚLĄ, że Samson jest Czerwonym, a Banner ma teorię, że Ross i Leonard są *szumy*. więc logiczne wydaje się, że Czerwony to... połączeni w jakiś sposób Thunderbolt i Doc Samson? Nieeee, to za głupie, nawet jak na Loeba. A poza tym, czemu po tym, jak Bruce im to powiedział, pozwolić na ponowne przeistoczenie? Czy są aż tak niedorozwinięci? Nie, prawda?
Prawda?


Iron Man Viva Las Vegas #2
Gil: Lepszy z Iron Manów w tym tygodniu. Przynajmniej wiemy, że dzieje się w jakimś alternatywnym świecie, więc nic specjalnie nie dziwi. Powiem nawet, że kilka alternatywnych designów z chęcią zobaczyłbym w regularnym uniwersum - zwłaszcza Fin Fang Fooma jako złotego smoka, nie noszącego fioletowych gatek. Elsa Bloodstone też jest hot, a momentami strzela takimi spojrzeniami, jak w Nextwave, więc jestem zadowolony. Fabuła jest prosta, ale w ten przyjemny sposób, nie w ten debilny, więc czyta się miło i szybko. Za całokształt mogę dać śmiało 7/10 i powiedzieć, że czekam na więcej.
Snak3: Niby to inne uniwersum, ale mimo to krzywię się widząc atak złotego F.F.F. i dialogi w stylu "to miasto jest too little 4 ass too". Z drugiej strony mamy świetne rysunki i kolory, a sam Tony trzyma poziom i udowadnia, że nie trzeba nosić zbroi, żeby być bohaterem komiksu. Gdyby ktoś wprost zapytał mnie, czy warto kupić ten komiks odpowiedziałbym, że nie. Dwie miny Bloodstone to za mało.

avalonpulse0056e.jpg NYX: No Way Home #1
Gil: Chyba za pierwszym razem odbierałem to trochę inaczej. Ale cóż, czasy były inne. A poza tym, teraz nie jest to już nowość i nie ma zaskoczenia. Jest za to kilka postaci, o których pamiętają nieliczni, a które walczą z życiem na zapleczu lśniącego sławą Nowego Jorku. I tak po prostu sobie są. Przez większość numeru sobie są i się przypominają. Gdyby nie perwersyjnie dziwna scena na początku i masakra na końcu, nie byłoby w ogóle o czym mówić, a tak przynajmniej ciekawość popchnie nas do sięgnięcia po numer drugi. Rysunki trochę przypominają pierwowzór, ale miejscami wyglądają dość paskudnie. Na razie nie wiem, co o tym myśleć, więc dam 5/10.
Hotaru: Nie czytałem pierwszej miniserii, więc jest to dla mnie pierwsze spotkanie z tymi bohaterami. Sięgnąłem po ten komiks po zobaczeniu zapowiedzi, jakoś zafascynowała mnie wizja Kidden w tak kiepskiej sytuacji - przywiązanej do stołu, bezbronnej i ogłuszonej dragami. Ciekawiło mnie nie tylko, jak znalazła się w takich tarapatach, ale też jak się z nich wykaraska. Niestety, reszta numeru nie podtrzymała mojego zainteresowania. Fabularnie akcja rozwija się zbyt wolno, a rysunki są w przeważającej części przeciętne. Liczbę dobrych paneli można zliczyć na palcach jednej dłoni. Reasumując, zawiodłem się i sięgnę po kolejny numer tylko, jeśli będzie wychodził w tak ubogim w tytuły tygodniu, jak ten zeszły.
S_O: No, bardzo bym chciał, żeby Waya nie było w Domu (Pomysłów). Ale dosyć o mnie, czas zająć się komiksem. Jak niektórzy inni, ja również nie czytałem pierwszej miniserii, więc zupełnie nie znam postaci. I po przeczytaniu pierwszego numeru wiem o nich niewiele więcej, niż przed, więc jako przedstawienie ich na nowo komiks nie zdaje egzaminu. Przez większość numeru dowiadujemy się, jak naszym bohaterom żyje się w Nowym Jorku, co może osoby znające te postaci by zaciekawiło, ale tym, które ich nie znają, wisi to i powiewa (i mówię to z autopsji). Czyli tu też porażka. Ale i tak zapewne sięgnę po następny numer, oczywiście ze względu na jeden pokój pełen krwi i jedną dziewczynę przywiązaną do stołu.
Fylyp3g: Nikt nie czytał NYX pierwszego (nie licząc Gila i, jak się szczęśliwie składa, Snak3'a)?! [Ja czytałem, ale ta mini seria jest póki co dużo słabsza, Nie czytam dalej - Foxdie] Przegapiliście zatrzymywanie okolicy w miejscu przez Kidden (hmmm... nie wiem, jak to inaczej nazwać), dziewczynę zamieniającą się we wszelakie gadziny, no i X-23 w najstarszym zawodzie świata. Nowa seria wcale nie jest taka zła. Toć to pierwszy numer, dajcie szansę na sukces, przeca mamy tu do czynienia z prawdziwą drogą do gwiazd, Kidden jeszcze może zostać idolką. Ech, tak się już wtopiliście w to hirołowanie, że tylko szotguny i inne magiczne rewolwery Wam w głowie. Zła to była w tym tygodniu Patsy Walker.

New Exiles #9
S_O: A-ha, następny zepsuty parasol. Po pierwsze - kolejne posunięcie typu "Zmieniam niektórym znanym bohaterom płeć. Czemu? Bo @&%$! mogę!". A dalej... cóż, nawet nie chce mi się komentować (oprócz tego, że Morphowi udało się zmienić w plakat na ścianie, jednak nie wpadł na pomysł, że może się wydawać dziwnym, że plakat ów przedstawia całkiem białą postać bez nosa). Ale, jak ktoś w odmętach internetu zauważył, najlepiej numer skomentował sam Claremont, gdy kazał Pumie (czyli przygarbionemu Beastowi z ogonem. Czemu? Bo @&%$! może!) uderzyć Rogue i krzyknąć "Stop laughing at us!".


Punisher War Journal vol. 2 #22
S_O: Wita nas dziura logiczna, gdy po dwóch tygodniach Clarke wie, kiedy i którędy będą transportować Puniego, ale nie ma zielonego pojęcia, gdzie go przetrzymują - bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że zamierza zaatakować konwój S.H.I.E.L.D. zamiast szpitala, z którego mogłaby Franka wyprowadzić moja babcia (choć trzeba przyznać, że dziarska z niej staruszka)? Następnie Bridge zamienia się w doktora Phila (czyli białą i męską Oprah) i zagłębia się w psychikę Castle'a. A na koniec konwój atakują nasi ulubieńcy, czyli Wrecking Crew. Co też jest zabawne, bo najwyraźniej Fraction uważa, że jak gość nazywa się Thunderball i ma kulę na łańcuchu, to ta kula ciska piorunami. Niespodzianka, Matt! Nie ciska! Co zapewne powiedziałby ci twój edytor, gdyby nie miał wszystkiego gdzieś.
Czyli nie, nie podobało mi się.

Patsy Walker - Hellcat #2 avalonpulse0056f.jpg
Gil: "Gee, I don't know what you're talking about, Red" - powiedział pan tubylec, a ja się z nim zgodzę i dodam: "...and I'm lovin' it!" To z pewnością najbardziej zakręcony komiks od czasów Omegi The Unknown. Zakręcony inaczej, ale nie mniej pozytywnie. Albo Kathryn Immonen jest ukrytym geniuszem, albo sama nie bardzo wie, o czym pisze - tak czy inaczej, wyszło jej coś niesamowitego. W tej chwili nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje, bo pokrętne tłumaczenia enuickich wodzów w połączeniu z ignorancją Patsy zrobiły mi sieczkę w głowie. A mimo to, strasznie podoba mi się to, co czytam. Bo jest inne, bo jest świeże, bo jest dziwne. Chcę więcej! A rysunki? Patsy w kostiumie wygląda nieco gorzej niż w innych ciuchach, ale rysunki nadal uważam za słodkie. I daję 8/10.
Demogorgon: To lubię. Ledwo Omega: The Unknown się skończył, a już dziurę w przestrzeni wypełnia nowa seria i to z przefajną i przezabawną bohaterką.
Wszystko jest bardzo zakręcone i robi się jeszcze bardziej zakręcone z każdą chwilą - w pewnym momencie czytelnik kompletnie przestaje rozumieć, o co chodzi, ale tym bardziej mu się to podoba. 8/10

S_O: OK, nic nie zrozumiałem z tych indiańsko-eskimoskich opowieści. To źle. Ale z drugiej strony, mogę się utożsamiać z główną bohaterką, która też ni w ząb tego nie pojęła. To dobrze. A że jest zawadiacka i dowcipna, a na swój sposób także śliczna, to też dobrze. Czyli koniec końców, na plus.
I cwany pomysł z kolumną listową a'la kącik porad. Lektura wcale nie gorsza od głównego dania.

The Twelve #7
Gil: Intryga nam się zagęszcza, kiedy Phantom Reporter aktywnie wkracza do akcji i dowiaduje się, że ktoś z grupy zginie. Wreszcie czuć poważny ruch naprzód w kierunku tego, co zobaczyliśmy w pierwszym numerze. Pojawiają się kolejne poszlaki i w tej chwili już naprawdę wszyscy są podejrzani - z nieczynnym robotem włącznie. A Blue Blade jakby starał się o kulkę. Tym razem zabrakło kilku postaci, ale za to przyszedł Captain Tim - postać tragikomiczna. Czyli nadal jest dobrze i dostanie zasłużone 8/10.
S_O: Jak zwykle świetne. Pierwsze publiczne pojawienie się Phantom Reportera jako temat żartów, BB wrabiający Electro (najwyraźniej nie tak nieruchomego, jak by niektórzy sądzili) i jego nową panią w swój serial, Master Mind Excello przepowiadający "czyjąś" śmierć (a Straczynski modlący się, że po z górą pół roku nikt nie pamięta, co się działo w pierwszych numerach), no i postać Tima, czyli Wonderowego sidekicka, który doskonale pokazuje, co musi czuć każdy, który stracił to, co czyni go specjalnym.
Demogorgon: Dalszy ciąg opowieści i dalej jest ona równie dobra. Phantom Reporter wkracza do akcji i zaczyna śledztwo w starym, dobrym stylu, a tym czasem Captain Wonder dostaje kolejny cios w twarz, aby poczuć się jeszcze gorzej. Biedny człowiek - nie wystarczy, ze jego żona i dzieci nie żyją, jemu przyszło mieszkać w świecie którego nie rozumie, a Dynamic Man się do niego przystawia. Musiał dostać jeszcze załamanego pomocnika z depresją. Im dłużej czytam ten komiks, tym bardziej mi się on podoba. 8/10. Co oznacza, że w tym tygodniu wyszły cztery świetne komiksy i nie umiem wybrać numeru tygodnia.

avalonpulse0056g.jpgSecret Invasion Front Line #2
Gil: Jakoś ta historia się rozbudowuje i nawet w dobrym kierunku, ale nadal mam wrażenie, że czegoś jej brakuje. Część z Benem jakby się urwała, a zastąpiła ją część z panem policjantem, w której istotny wydaje mi się tylko autobus, który widzieliśmy ostatnio w Ms. Marvel. Więcej dzieje się w zamkniętej Stark Tower, gdzie grupa przygłupich dorosłych została zamknięta z pewną sprytną nastolatką i Skrullem, który lubi surowe mięso. Pozostaje chyba poczekać i zobaczyć, jak to się rozwinie, bo wciąż wierzę, że jednak się rozwinie. Rysunki trochę nie w moim typie, ale też nie z gatunku tych złych.
Za całokształt dam na razie 6/10.
Hotaru: Wiem, że się powtarzam, ale Secret Invasion nie dorasta oczekiwaniom wypracowanym przez miesiące budowania napięcia przed eventem. Zdarzają się porządne tie-iny, jak SI: Runaways/Young Avengers #1 czy ostatni Black Panther Jasona Aarona, ale ta miniseria nie zalicza się do tych chlubnych wyjątków. Przez moment myślałem, że być może temu wszystkiemu brakuje spójności, bo za pisanie historii towarzyszących wzięło się zbyt wielu scenarzystów, ale spójrzmy prawdzie w oczy: trzy tytuły pisane przez jednego skrybę, Bendisa, też są w najlepszym wypadku średnie (i mówię "średnie" tylko po to, żeby się nie wydało że spisałem już tę całą Inwazję na straty). Front Line średnie nie jest - tutaj jest brak spójności nie tylko z innymi tie-inami, ale i w ramach tytułu. Jakby Reed nie mógł się zdecydować, w którą stronę podążyć, albo chciał złapać zbyt wiele srok z ogon. Wyszedł komiks, który nuży i przez który brnie się bez zaangażowania. Szkoda, mogło być lepiej.
S_O:
Komentowanie tego numeru będzie o tyle trudne, że nic z niego nie pamiętam, co samo w sobie nie świadczy najlepiej. No dobra, niech będzie, że coś pamiętam - pamiętam brak Sally Floyd. Nie mam pojęcia, co podkusiło Reeda, że wybrał nudnego emeryta ponad pyskatą panienkę. "och, jak ja kocham moją żonę" kontra środkowy palec pokazany Daredevilowi? Powiedziałbym, że Floyd powala Uricha (jednym palcem oczywiście).
Aha - podczas, gdy zapowiedzi zapewniają nas, że planem Skrullów nie jest całkowita anihilacja ludzkości, lecz jej asymilacja, to jednak tutaj widzę, że pewien zielony ludek postanowił asymilować ich w znacznie bardziej dosłowny sposób. Zasugerowałbym, że to ten z Ms. Marvel, którego boją się inni Skrullowie, ale tamten był zupełnie gdzie indziej.
CrissCross:
Troszkę lepsze niż pierwszy numer. Walka zwykłych ludzi uwięzionych w wieżowcu ze Skrullami może się okazać całkiem ciekawa, więc daję temu tytułowi jeszcze kredyt zaufania.

Venom: Dark Origin #1
Gil: Stało się to, czego się obawiałem - origin Venoma stał się kolejną bezpotrzebną miniseryjką z cyklu "był sobie chłopiec". Tym razem był sobie chłopiec, który zrobiłby wszystko, by go pochwalili, a na dodatek uważał się za jedynego sprawiedliwego. Rozwój postaci w stosunku do Eddiego, jakiego znamy, jest więc zerowy. Równie dobrze można było napisać "zawsze taki był" i zakończyć opowieść. No i jest jeszcze Angel Medina, który za wszelką cenę próbuje naśladować styl McFarlane'a, a wychodzi mu coś przesadnie kreskówkowego. Ale ponieważ lektura nie była bardziej bolesna, niż na przykład Hulk wg Loeba, odpowiednią oceną będzie 4/10.
Demogorgon: No proszę, bardzo dobry komiks. Eddie jawi nam się jako mocno niezrównoważony psychicznie dzieciak, rasowy kłamca zafascynowany dociekaniem do prawdy - ta postać jest pełna sprzeczności i to sprawia, że komiks ma to coś. I po raz pierwszy Eddie jest fajny jako Brock, a nie jako Venom. 7/10
S_O: Czyli że co, Brock kiedyśtam okłamał kogośtam (co pośrednio doprowadziło do powstania Venoma), bo od małego był chronicznym kłamcą? Czy tylko mi wydaje się to... lame? To jak, nie wiem, wmawianie nam, że Sandman od małego bawił się piaskiem (D'oh!). Jeśli już musieli tworzyć miniserię typu "jest taki, bo był taki od dziecka", to mogliby chociaż się skupić na jego niesławnym, zwichrowanym kodeksie postępowania.

Wolverine Killing Made Simple
avalonpulse0056h.jpg
Gil: Zabijanie może tu ułatwili, ale czytanie nie bardzo. Dostaliśmy kolejny typowy 1-shot łolwerinowy, w którym ktoś dostaje pazurami, bo taki mały, kudłaty gostek jest najlepszy w tym, co robi, a nie jest to miłe jak szczeniaczek. Pierwsza część wyciąga z niebytu niejaką Trance, o której chyba wcześniej nie słyszałem, oraz jeszcze dłużej nie widzianych Nanny i Orphan Makera. Nawet da się to czytać i miejscami jest zabawne, ale wartości merytorycznej nie znalazłem. Część druga to "Wolverine vs. Carpenter's The Thing". Lodowe pustkowie, naukowcy opanowani przez COŚ i niezmordowany Kanadyjczyk. Wystarczy przekartkować. Obie wyglądają jakoś średnio, więc ocenimy znowu na 4/10.
S_O: Kolejny wolverine'owy One-shot, czyli jedno wielkie "Yeah, whatever". Wykopano z niebytu Trance, która przez całą swoją egzystencję miała zapewne koło pięciu kwestii. Yeah, whatever. Wyciągnęli i odkurzyli Nanny i Orphan Makera. Yeah, whatever. Podali nam kilka sposobów na zabicie Logana. Mogłoby to zainteresować kogoś, kto przez dziesięć lat mieszkał w jaskini, ale pozostali widzieli to już "na żywo", więc yeah, whatever.
Co do drugiej historii... nie wiem, kto to napisał, nie chce mi się sprawdzać, ale jestem dziwnie pewien, że to ten sam gość, który pisał trzecią historię w tamtym one-shocie z długim tytułem. Czemu? Bo znowu pomysł żywcem wyciągnięty z odcinka X-Files (który swoją drogą był ukłonem w stronę "Rzeczy"). I jak tamta, ta historia jest mało ciekawa.

Snak3: Logan "nadal" w formie, a nie umiał zrobić użytku ze związanej Hope... Fabuła komiksu trzyma taki poziom, że naprawdę myślałem, że jest to kiepski wstęp rodem z amatorskiego pornola, a szkoda. Sam pomysł ze wspominkami przedstawionymi w stylu "sposoby na zabicie Logana" nie jest najgorszy, ale wykonanie jest okropne. Omijać.

Ultimate Origins #3
Gil: Tym razem jakoś inaczej to odebrałem, bo origin tutejszego Magneto wydaje się strasznie dziwny. Nie ma w nim nic z siły oryginału. Nastolatek, który odkrywa, że rodzice go okłamywali, to materiał raczej na masakrę w szkolnej stołówce, a nie przywódcę rasy. A Charlie, który z radością biega za nim i gdyby mógł, machałby ogonem, to już w ogóle kuriozum. Hm... pewnie właśnie przez takie cukierki nie lubię Ulitimate. Z ciekawostek: jeśli Watchery mają oczy na słupkach, to znaczy, że są ślimakami? Więcej jak 5/10 tym razem nie dam.
Dunton: Jak widać, Bendis olał nie tylko to, co napisał Kirkman, ale też radosną twórczość Loeba z bieżącego Ultimates. Komunikacji zabrakło, czy co? Ech, oby nie zostało jak z podwójnym originem Deadpoola.



Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0056a.jpgEternals vol. 4 #3

autor:
Daniel Acuna

Gil: Ten tydzień nie przysporzył nam wybitnych okładek, ale z tego co dostaliśmy, ta podoba mi się najbardziej. Wprawdzie niewiele ma wspólnego z zawartością, ale jest przyjemnie mroczna, nieco przejmująca i dość dynamiczna. Otoczona przez Hordę Thena, z dzieckiem na ramieniu, wygląda na gotową na wszystko, a kierując broń w stronę czytelnika, zdaje się wołać "wyciągnij mnie stąd!" To chyba najlepszy jak dotąd art z jej udziałem. Co prawda trochę oszukuje sugerując, że w środku wiele się dzieje, ale nie możemy mieć tego za złe rysownikowi.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.08.06


Redaktor prowadzący: LexKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.