Avalon » Publicystyka » Artykuł

X-Men 3: Last (But Not Least) Stand

X-MEN 3: LAST (BUT NOT LEAST) STAND

tekst: Gil Galad

Jestem świeżo po seansie X3, więc czym prędzej zasiadam do recenzowania, zanim reszta informacji wywietrzeje mi z głowy. Tak, reszta właśnie, bo połowa wyleciała gdzieś zaraz po wyjściu z kina. Nie będę się rozwodził nad tym faktem, bo w moim przypadku było tak ze wszystkimi filmami o X-Men - dwie godziny wpatrywania się w ekran z mniej lub bardziej zapartym tchem, a zaraz po zakończeniu... przeminęło z wiatrem. Recenzja będzie więc może trochę niepełna, ale postaram się umieścić w niej to, co powtarzałem sobie w myślach przez całą drogę do domu.

Fabuła = plecionka

Innym faktem dotyczącym filmów z udziałem Mutantów Marvela jest trochę dziwna konstrukcja fabuły. O ile w pierwszej i drugiej części mieliśmy główny wątek i kręcące się wokół niego wątki poboczne, tak tutaj mamy wiele wątków, które nie zawsze zderzają się ze sobą, by spleść się w końcu w ten najważniejszy motyw. Mam wrażenie, że scenariusz tej części był zlepkiem dwóch pomysłów, domieszkowanych wątkami z komiksu.

Najpierw, na pierwszy plan wysunięty zostaje wątek leku na mutację, jakby żywcem wyjęty z historii p.t. "Gifted" [Astonishing X-Men vol.3 #1-6 jakby ktoś nie kojarzył - Gil], na tle którego pokazane zostają liczne wątki poboczne oraz powrót Jean Grey, a z nich wyłania się wreszcie napakowany akcją do granic możliwości finał. Nie wszystkie z tych wątków wydają mi się potrzebne, ale niektóre są całkiem interesujące - zwłaszcza te rozpoczęte wcześniej, które pomagają rozwinąć postacie. Dzięki tym ostatnim, filmowe uniwersum zaczęło trochę żyć własnym życiem, ale też zbliżyło się bardzo do świata Ultimate X-Men, w kształtowaniu relacji między bohaterami.

Muszą przyznać, że jest w tym filmie kilka scen, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie (tu mam na myśli siebie jako fanboya) ale też kilka, które wywołały uśmiech politowania (i tu wypowiadam się jako recenzent).

Kategoria pierwsza to przede wszystkim występy Phoenix. Obawiałem się, że wątek będzie mocno trącał, ale został poprowadzony zgrabnie i nie kopiuje na całej linii Dark Phoenix Sagi, a jedynie nieco Planet X w finale. Famke Janssen starała się jak mogła odegrać swoją rolę w oryginalny sposób i wyszło jej to naprawdę dobrze - szkoda tylko, że scenarzyści kazali jej przez spory kawałek filmu stać i się przyglądać. Jeśli chodzi o wrażenie, spore wywołuje też początkowa scena treningu w Danger Room z udziałem Sentinela oraz finałowa bitwa, chociaż tutaj momentami trochę już przekombinowano. No i jest jeszcze ten fantastyczny prolog, w którym gościnnie wystąpili Stan Lee i Chris Claremont oraz całkiem udane odwrócenie sceny pierwszego spotkania Logana i Jean.

Co się zaś tyczy scen bardziej śmieszących niż efektownych, wszystkie na głowę bije sposób, jaki wymyślił Magneto, by dostać się do Alcatraz. Efekt może i był ciekawy, a z pewnością miał zrobić wrażenie, ale taki patos może chyba poruszyć tylko i wyłącznie jankeskie serca. Na drugim miejscu są cierpienia młodego Summersa, a tuż za nimi rozpacz Logana - obie okraszone obowiązkowym zaciskaniem zębów i pięści oraz krzykiem w kierunku nieba. Na koniec zaś zostawiłem sobie większość występów Angela, ze szczególnym uwzględnieniem tego finałowego, który był potrzebny jak Powrót Supermana (tak, to jest sarkazm).

Jest też kilka innych interesujących momentów, o których nie wspominam tylko dlatego, że za wszelką cenę staram się powstrzymać od spolerowania, a byłoby o czym opowiadać...

Ogólnie, fabuła budzi mocno mieszane uczucia. Obok dobrych fragmentów, są sytuacje tragicznie naiwne, które mają tylko napędzić akcje lub efektownie wyglądać. Ogląda się jednak przyjemnie, bo całość to ponad półtora godziny akcji i rozrywki w czystym sensie, która jest lekkostrawna i nie zalega na wątrobie jak dzieła pana Wajdy. Jeśli komuś się nie spodoba, może mieć pewność, że szybko zapomni, a jeśli komuś się spodoba, może wrócić na kolejny seans i kolejny, a potem kolejny... Tak jak było przy poprzednich filmach spod znaku X.

Za dużo mutantów

Teraz będzie o postaciach i o tym, że jest ich stanowczo za dużo. Zacznijmy od tego, że Magneto postanawia zmontować armię i nie ma z tym najmniejszego problemu, tylko że ta armia prezentuje się jak amatorzy darmowych zupek Caritasu - bida z nędzą. Szara masa rozbija namioty w lesie i biega po wyspie, ale jakby chcieć się im przyjrzeć, można dostrzec, że najwyżej co piąty osobnik ma coś dziwnego przyklejonego na twarzy i to wszystko jeśli chodzi o podkreślenie, że jest to armia mutantów. Na szczęście, w szkole Xaviera mamy już większą różnorodność i wśród znanych już z poprzednich części uczniów, możemy wypatrzeć kilka nowych twarzy.

Ale skupmy się na bohaterach pierwszo- i drugoplanowych:


Wolverine - Mam wrażenie, że stracił jaja gdzieś po dziesiątej minucie filmu. Najpierw biega jak maczo i odpala cygaro od płonącego samochodu, a potem cichnie i już do końca nie wychyla się z szeregu, nawet w solowych scenach. Prawdopodobnie miało to posłużyć pokazaniu, jak bardzo przejmuje się sytuacją z Jean, ale w moim odczuciu zupełnie ten plan nie wypalił i tylko snuje się jak struty tu i ówdzie. Do kompletnej klapy zabrakło tylko symbolicznej łzy i odjazdu ku zachodzącemu słońcu na koniec.

Jean Grey/Phoenix - Powiem to tak: bez niej tego filmu w ogóle by nie było. Jean właściwie pojawia się rzadko i przez większą część swoich występów nic nie robi, ale kiedy już coś robi... That kicks asses! Częściej jest podmiotem rozmów i elementem napędowym fabuły, ale kiedy już coś robi... a nie, to już pisałem. Trzeba przyznać, że tak dobrze napisaną Jean widziałem w komiksie tylko w wersji Morrisona i Phoenix Sadze. W żadnym razie nie jest tą nudną postacią bez osobowości, która zapychała dziury w fabule - tutaj jest tym, czym powinna być Phoenix: ciałem i ogniem, i ucieleśnieniem pasji.

Kitty Pryde - Jest największym odkryciem tej części! Po prostu i w każdym tego słowa znaczeniu Kitty roxx! Wyszła z tła i weszła do głównego składu w wielkim stylu, więc mam nadzieję, że pozostanie na tej pozycji, jeśli przytrafi nam się kiedyś ciąg dalszy. Filmowa Kitty przypomina mi bardzo tą, pisaną przez Whedona - ma silną osobowość, jest wyraźna, potrafi zaskoczyć, rozbawić i wzruszyć. Autorytarnie wpisuję do klasyki scenę, w której nazywa Juggernauta "dickhead"!

Storm - Największy sukces Halle Berry jeśli chodzi o X3 to wkręcenie się na powrót do obsady, po tym jak stworzyła początkowo masę problemów oraz zmuszenie scenarzystów, by umieścili ją w prawie każdej scenie. Tak więc, Storm walczy, przemawia, dowodzi, rozpacza, podejmuje decyzje, doradza, lata, strzela piorunami, a wszystko to bez większego wpływu na charakter postaci. Próbuje, stara się, ale jedyne co dostrzegłem to fakt, że za wszelką cenę próbuje zbliżyć się do Storm z serii Ultimate od charakteru począwszy, a na fryzurze skończywszy. Mało oryginalne.

Beast - Co do niego mam mocno mieszane uczucia. Z jednej strony, poczciwy stary Hank McCoy jest poczciwym starym Hankiem, który cytuje filozofów, wybija zęby i wypowiada swoje nieśmiertelne "Oh, my stars and garters", ale z drugiej strony jest też facetem w nienajlepiej wykonanym kostiumie niebieskiego małpoluda, który na ekranie prezentuje się co najwyżej średnio. Dobrze zagrany, źle wykonany - to niemalże dramat w stylu McCoya.

Iceman - Jedna z niewielu postaci, które faktycznie się rozwinęły w tym filmie. Bobby przeżywa trochę rozterek i musi podjąć trudne decyzje, ale w końcu ma swój wielki moment i przyznaję, że należało mu się.

Colossus - Przez cały film spodziewałem się wielkiej naparzanki z Juggernautem, ale byłem pozytywnie zaskoczony, kiedy się jej nie doczekałem. Piotrek ma swoje dwa większe momenty i oba związane z manewrem fastball special, więc zaczynam podejrzewać, że tylko to zapewniło mu miejsce w podstawowym składzie. Tym bardziej, że przez resztę swoich występów, kręci się gdzieś w tle, jakby telewizory nosił pod pachami. Co do samego efektu przemiany w stalowego olbrzyma - jest dobrze, choć trochę za bardzo lśni ta jego organiczna stal.

Rogue - Właściwie przepadła i to chyba na dobre. Zważywszy, że to moja ulubiona postać wszechczasów, to co zrobili z nią scenarzyści w tej części, woła o pomstę do nieba.

Charles Xavier - Chyba nigdy nie przestanie mnie śmieszyć wymowa jego nazwiska w filmach... Tak więc, profesor "Eskejwjer" pokazał wreszcie, że nie jest z niego taki aniołek. Z jednej strony to było do przewidzenia, ale z drugiej bardzo dobrze, że tak się stało, bo przestał być antyczną figurą bez osobowości, powtarzającą maksymy filozoficzne. Szkoda tylko, że tak w ostatniej chwili...

Cyclops - Był i znikł. Dosłownie. Może to i lepiej, bo jego advanced self-pity już dość gra mi na nerwach w komiksie, więc na ekranie im mniej tym lepiej.

Angel - Prolog sugeruje, ze odegra dużą rolę w filmie, ale szybko okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. Warren pojawia się poza tym chyba w trzech scenach, z których jedna ma sens i jest ściśle związana z fabułą. Ponadto, jest doskonałym dowodem, że mimo milionowych wydatków na efekty specjalne, studia wciąż nie potrafią stworzyć realnego efektu latającego człowieka.

Magneto - Filmowy Mags od początku wydawał mi się po prostu słaby. W sensie fizycznym. Ian McKellen w dalszym ciągu nie potrafi oddać tej charyzmy, którą powinien cechować się Magneto i dlatego wszystkie jego teatralne gesty wydają się patetyczne, choć z założenie miały być wyniosłe. W trzeciej części, Mags wykonuje kilka imponujących sztuczek i pokazuje jaki z niego bastard, ale nie zmienia to faktu, że znowu zostaje pokonany w tragicznie naiwny sposób. W stosunku do poprzednich części jest tylko odrobinę lepiej.

Pyro - Ta postać w dalszym ciągu wydaje mi się zbędna. Czytałem peany na temat ukazywania rozwoju jego charakteru, ale dla mnie on wciąż jest drobnym cwaniaczkiem, który kręci się po planie i zajmuje miejsce przeznaczone dla naprawdę interesujących postaci. Wcześniej kręcił się za Bobbym i Rogue, teraz biega jak piesek za Magneto i robi za jego prywatną zapalniczkę, a kiedy wreszcie ma okazję się popisać... Tutaj piszący te słowa unosi dłoń do czoła i tworzy palcami literę L.

Mystique - Niezły początek, ale potem... Cóż, wygląda na to, że wciąż mogą znaleźć z Erikiem wspólny język. Szkoda, że tak mało jej było, bo zawsze miło było popatrzeć na figurę Rebecci Romijn.

Juggernaut - W sumie, mogło być gorzej... Zamiast tępego osiłka, dostaliśmy zarozumiałego osiłka, który okazuje oznaki charakteru, ale i tak nie grzeszy bystrością. Nieźle wypada w starciu z Loganem, a konfrontacja z Kitty jest już bliska maestrii... tyle, że nie z jego strony.

Callisto i Arclight - Taka dziwna para o nieokreślonej proweniencji. O ile Callisto jest jeszcze dość wyraźna (ale nie przypomina w niczym komiksowej Callisto), to sensu istnienia Arclight oraz tego jakiej płci nie jestem w stanie pojąć.

Poza wyżej wymienionymi, mamy jeszcze całą masę postaci dodatkowych: Jest Jamie Madrox, który odwala kawał niezłej roboty, jest Siryn i Jubilee, i nawet trojaczki, przypominające Stepford Cuckoos. Jest Betsy Braddock (albo ktoś bardzo podobny) i facet przypominający połączenie Omegi Red i Marrow. Jest Moira MacTaggert, Kavita Rao i Trask (jakiś opalony). No i najważniejszą chyba postacią z tła jest Jimmy, żywo przypominający Leecha. Pozostaje tylko usiąść i wypatrywać więcej ukrytych postaci, kiedy już film zostanie wydany na DVD i każdy będzie mógł obejrzeć go sto razy w domu.

Efekty niezbyt specjalne

Zasadniczym elementem filmu takiego jak którakolwiek z części X-Men są efekty specjalne. Tutaj mamy ich naprawdę sporo i widać, że zakrojone są na szeroką skalę, ale z tego rodzi się od razu pytanie, czy aby ilość nie zastąpiła jakości? Animacja z czołówki została chyba zrobiona przez praktykantów. Angel macha skrzydełkami ładnie, ale nogi mu wiszą. Beast ma trochę plastikową twarz, a przy wykonywaniu akrobacji widać, jak porusza się maska dublera. Efekt przyspieszenia Juggernauta wygląda jak wyjęty z gry komputerowej z ubiegłego wieku, a magnetyczne wibracje Magsa jak pospolite rozmycie obrazu. Na szczęście jest Phoenix! Co prawda, nie towarzyszy jej majestatyczny ognisty ptak, ale i tak jest super. Efekt wypełniającego ją ognia robi interesujące wrażenie, a sposób w jaki rozkłada materię na czynniki pierwsze jest co najmniej oryginalny (mi się kojarzy z okładką pierwszego numeru House of M autorstwa Quesady). Spece od efektów dobrze zajęli się także Loganem, który odnosi tym razem sporo poważnych ran i wszystkie wyglądają odpowiednio. Warto wspomnieć także o efektach towarzyszących poczynaniom Kitty i Icemana, bo one również są przyjemne dla oka.

Zastrzelić tłumacza?

Również tym razem nie udało się uniknąć podstawowego problemu dystrybucji filmów w Polsce - trudności przekładu. Tłumacz nie mógł się zdecydować, czy używać oryginalnych imion i pseudonimów, czy kombinować coś z przekładem, więc pomieszał oba pomysły. Tak więc, na Logana wszyscy mówią "Wolverine", ale na Piotra już "Kolos". Popisem lamerstwa tłumacza jest moment, w którym Juggernaut się przedstawia, a w nawiasie pojawia się przypis, że jego imię oznacza - tu uwaga na opadającą szczękę - TIRa (w sensie samochodu ciężarowego, żeby nie było wątpliwości). Pominę już fakt, że w polskiej wersji ani razu nie pada nazwisko dr Rao, ani imię Callisto, a prosta nazwa leku - The Cure - została poetycko przetworzona na Remedium. Ale może ze strzelaniem do tłumacza poczekajmy, aż na ekrany telewizorów trafi polsatowe tłumaczenie z Wilkiem i Rudą...

Podsumowanie

Powiedzmy sobie szczerze: jeśli ktoś spodziewał się niewiadomo jakich rewelacji po trzeciej części cyklu, to jest chyba bardziej naiwny niż doktor Rao (zrozumiecie, jak zobaczycie... ). X3 po prostu trzyma poziom dwóch pozostałych części: chwilami jest bardzo fajnie, chwilami trochę trąca, ale ogólnie ogląda się dobrze. Jeśli miałbym zdecydować, komu ten film polecać, w pierwszej kolejności wskazałbym zatwardziałych fanów, a w drugiej osoby, które widziały już poprzednie dwie części - reszta może się w kinie dobrze bawić, ale istnieje spora szansa, że nie załapią o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. A ponieważ w recenzji mam prawo oceniać subiektywnie i być zimnym draniem, na zakończenie powiem, że zawsze wolałem i będę wolał komiksowe przygody mutantów, dlatego zamiast stać w kolejce na drugi seans, pójdę poczytać coś naprawdę dobrego.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.