Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #46 - New Avengers vol. 1: Breakout TP

New Avengers vol. 1: Breakout TP
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: David Finchna1.jpg
Okładka: David Finch
Liczba stron: 160
Cena: $14,99
Zawiera: New Avengers #1-6



Crov: Avengers to najważniejsza grupa w świecie Marvela, ale nie najważniejsza w wydawnictwie Marvela. Mściciele radzili sobie całkiem nieźle pisani przez Busieka czy Johnsa, ale – jakby to powiedział Banaczek – jest takie stare polskie powiedzenie: "Przyjdzie Austen, a karawanie i tak odpada koło", z czego jasno wynika, że kiedy pojawił się Chuck Austen, nie pomogło to serii. Sprzedaż cały czas spadała, więc postanowiono powierzyć serię komuś, kto już się sprawdził i stawał się jedną z najważniejszych postaci amerykańskiego komiksu.

Brian Michael Bendis zasiadł na chyboczącym się stołku scenarzysty i napisał historię "Avengers: Disassembled", która na sześć miesięcy pozostawiła uniwersum 616 bez Avengers, ponieważ nikt nie spodziewał się zwariowanej mutantki! Przez następne sześć miesięcy pewien (dziś już nie tak tajemniczy) złoczyńca obmyślał szatański plan, który miał mu pomóc zrealizować Electro (znany też w kręgach superzłoczyńców jako "ten z cholernie obciachową maską"). Jego zadaniem było uwolnienie wszystkich złoczyńców z superwięzienia The Raft, poprzez bardzo subtelne wyłączenie prądu w całym mieście. Kiedy bandzior zaczął robić typowe dla siebie "piorunujace wrażenie", na jego drodze stanęli Luke Cage, Spider-Woman, Captain America, Iron Man, Spider-Man, Daredevil oraz Sentry, o którym nikt nie pamięta! Tym sposobem rozpoczyna się akcja, formują się nowi Avengers (bez Daredevila, który zwyczajnie nie widział powodów, aby dołączyć), Sauron ucieka, a Carnage’owi nie udaje się zostać symbiocim odpowiednikiem Tierieszkowej i ginie w kosmosie. Akcja rozwija się w zawrotnym tempie, więc z Nowego Jorku szybko przenosimy się do Savage Land, spotykamy Wolverine’a, który zostaje członkiem składu i odkrywamy tajemnicę S.H.I.E.L.D.

Komiksom pisanym przez Bendisa nie można wiele zarzucić. Dialogi, które pisze, są zazwyczaj błyskotliwe, świetnie napisane i dowcipne. Komuś, kto czytał większą część twórczości tego Clevelandczyka, może nie podobać się, że wiele postaci wydaje się mówić w podobny sposób, jednak w moim odczuciu to mylne wrażenie. Luke Cage operuje ulicznym slangiem, Murdock wypowiada się bardziej poważnie i elokwentnie, a Spider-Man ma tendencję do raczej krótszych, dowcipniejszych wypowiedzi. Poważniejszym zarzutem będzie raczej zbyt długie budowanie napięcia przed akcją, które może zniechęcić niektórych. Samej akcji w pierwszym numerze nie ma prawie wcale, choć nie można zaprzeczyć, że kiedy się czyta całość, historia na tym tylko zyskuje.

Ołówkiem silniejszym od miecza włada tutaj David Finch, czyli człowiek, który przypomina trochę połączenie Jima Lee i Franka Quitely. Potężnie zbudowani, przystojni mężczyźni i szczupłe, seksowne kobiety – to to, czego możemy oczekiwać od jego stylu. Jak najbardziej sprawdza się on w komiksie rozrywkowym, choć czasem wszystko bywa zbyt ciemne i niewyraźne. Dla mnie najbardziej irytujące były jego wyjątkowo ograniczone zdolności w rysowaniu twarzy postaci. Bez problemu uda nam się odczytać z nich proste emocje – wściekłość, przerażenie, radość – ale nie potrafią przekazać nic więcej. Przypominają trochę ludzi z wstrzykniętym botoksem. Oczywiście tutaj ta wada nie ma większego znaczenia, ponieważ ważne, żebyśmy mogli rozpoznać bohatera i te proste emocje – na wyższe uczucia nie ma tu miejsca. Nic w tym złego. Ciągle przechodzi mnie mały dreszcz, kiedy widzę wejście Sentry’ego i orbitowanie Carnage’a w wykonaniu Bendisa i Fincha.

Rozpocząć nową serię jest ciężko, podnieść taką, która upadała, może być nawet trudniej. Bendisowi się to udało – zwiększył sprzedaż serii o Mścicielach o prawie sto tysięcy sztuk.
W dużej mierze jest to zasługą wprowadzenia do grupy dwóch najpopularniejszych bohaterów Marvela – Spider-Mana i Wolverine’a, ale nie ma wątpliwości, że słabszy duet nie dałby sobie z tym rady tak dobrze. Nie będziemy się dłużej zastanawiać nad fabułą, interpretować jej przez następne miesiące szukając przesłań o homoseksualizmie, rasizmie czy sensie życia. Od komiksu rozrywkowego nie tego oczekujemy, nie od tego jest. Chodzi przede wszystkim o dobrą, przyjemną rozrywkę. Bendis potrafi stworzyć dzieło znacznie głębsze i poważniejsze. Serwowanie smakowitej rozrywki, w ducie z Finchem, wyszło mu jednak też bardzo dobrze.


Gamart: PW 2004 r. sprzedaż Avengers, jednego z flagowych tytułów Marvela, osiągała poziom wyjątkowo słaby, jak na komiks o tak zasłużonym zespole. Wcześniej mieliśmy dobry run Busieka i Pereza, potem na chwilę pojawił się świetny Johns, ale po nim wszystko zaczęło sie sypać, gdy za sterami zasiadł znany ze niszczenia X-Men Chuck Austen. Potrzeba było kogoś, kto wstrząśnie Avengers i sprawi, że znowu pojawią się na szczytach list sprzedaży. Czy ktoś jednak spodziewał się aż takiego przełomu?

Brian Michael Bendis, znany z tak niezwykłych komiksów, jak Alias czy Ultimate Spider-Man, podszedł do pracy nad Mścicielami bez kompleksów. Jego pierwsza historia doprowadziła do wywrócenia do góry nogami świata Avengers i zamknięcia zespołu. Była akcja, były zaskoczenia, parę osób nie wytrzymało do końca (Hawkeye, Ant-Man, Vision - to do dzisiaj robi wrażenie, nawet, jeżeli dwójka z nich juz powróciła). Cały crossover Disassembled był otwarciem niezwykle płodnego okresu w Marvelu i historii takich jak "House of M" czy "Civil War". Bendis zamknął więc tytuł, który miał 500 numerów. Co dalej? Wiadomo, świat długo bez Mścicieli nie może wytrzymać i uraczeni zostaliśmy całkiem nową serią, pisaną właśnie przez Bendisa. Wszystko jednak zaczęło sie od ucieczki z wiezienia.

"Breakout", bo taki tytuł nosi pierwsza historia w New Avengers, jest idealnym przykładem perfekcyjnego komiksu rozrywkowego. W żadnym momencie nie sili się na wielkość, po prostu robi to, co miała robić, czyli przywraca zespół. Punktem, który spaja całą fabułę, jest ucieczka superprzestepców z wiezienia Raft za sprawą Electro, który został wynajęty do tego zadania przez tajemniczego osobnika (jego tożsamość poznaliśmy dopiero niedawno). Dziwnym trafem jednak, przestępcy mają wielkiego pecha, bo w tej samej chwili na wyspie są również najtwardsi z twardych, dzielni herosi w osobach Spider-Woman, Daredevila, Luke'a Cage'a, Sentry'ego i dołączających szybko Captaina America, Iron Mana i Spider-Mana. Świetny koktajl charakterów podany w wyborny sposób dzięki warstwie dialogowej, która u Bendisa zawsze jest wyśmienita. Parker żartuje jak zawsze, Luke pokazuje, że jest czarniejszy niż najczarniejsza noc, a Captain America krzyczy swoje "Assemble!". Cała sytuacja na wyspie jest hołdem dla początków zespołu zaserwowanych nam w latach 60 przez Lee i Kirby'ego, za co ceni sie twórców Breakout.

Historia jest bardzo filmowa. Mamy zawiązanie fabuły, przedstawienie postaci i szybko następującą akcję. Bendis nawiązuje do wielu wcześniejszych rzeczy, które działy sie w kontinuum, choćby sytuacja z Sentrym, konflikt Cage'a i Purple Mana czy tajna tożsamość Murdocka, o której wszyscy wiedzą. Widać, że historia i bohaterowie to dla Bendisa czysta, przez nikogo nie narzucona, zabawa. Korzysta z postaci, które lubi, jak Cage, Daredevil i Spider-Woman oraz dodaje do nich znanych bohaterów - Spider-Mana, Captaina America czy, w połowie historii, Wolverine’a. Widać również, że ta prosta historia od początku była częścią czegoś większego, a mianowicie Secret Invasion. Dopiero teraz można ją w pełni docenić i odkrywać całkiem nowe jej aspekty.

Oddzielną sprawą są rysunki Davida Fincha, który z miejsca stał się ulubieńcem fanów. Jest on takim współczesnym Jimem Lee, u którego postacie męskie są zawsze umięśnione, a kobiety po prostu muszą się podobać. Zachwyca również szczegółowość i filmowe sceny akcji. Również kolorysta się postarał i ich wspólna praca jest jedną z ciekawszych rzeczy, jakie widziałem w komiksach w ostatnich paru latach. Jedynym mankamentem są twarze, które często wydają się jakby kopiowane z jednej postaci - Steve Rogers np. jest bardzo podobny do Sue Richards. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze komiksu.

Co więcej można powiedzieć o tym zbiorze? Jest to świetny komiks akcji z dobrymi dialogami, który po prostu trzeba znać, bo jest kamieniem milowym we współczesnej historii Marvela. Zobaczcie sami, jak Bendis zaczynał władać w Marvelu.

LTplus.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.