Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse #53 (21.07.2008)

avalonpulse0.png
Poniedziałek, 21 lipca 2008 Numer: 28/2008 (53)


Avalon Pulse - wydanie pięćdziesiąte trzecie. Tak, tak - Pulsik obchodzi dziś swoje pierwsze urodziny. Możecie składać życzenia, możecie śpiewać "100 lat", możecie dawać prezenty... choć jubilat mówi (tak - mimo młodego wieku już mówi!), że woli gotówkę. Najważniejsze jednak, abyście czytali kolejne edycje Pulse'a, bo to Wasze zainteresowanie sprawia mu największą przyjemność. Tradycyjnie życzymy miłej lektury.



Roczek Pulse'a
Gil: Stuknął naszemu Pulsikowi roczek. Chciałem policzyć, ile komiksów oceniliśmy dla Was w tym czasie i jakie były średnie oceny, ale jak zacząłem to robić, to się przeraziłem. Ludzie, ile tego było! Klepiąc co tydzień po kilka - w porywach do kilkunastu - opinii nawet nie zdawałem sobie sprawy, że zrobiliśmy aż tyle. Wypada więc podziękować moim szanownym wspólnikom w zbrodni za dobrą robotę. I nie mam tu na myśli tylko redakcji, ale też Was, bo udzielacie się na forum i pomagacie w tworzeniu tej, jedynej w swoim rodzaju, kolumny. Cieszę się, że pomysł chwycił i Pulse trzyma się mocno, chociaż początkowy zapał nieco osłabł. Dobra, nie przedłużam - pogadamy o tym znowu za rok.

S_O: Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale czytacie pierwszy "numer" Pulse'a po jego pierwszych urodzinach. Normalnie byłaby to pora na wspomnienia, opowieści o tym, ile pracy co tydzień wkłada się w napisanie tych komentarzy, narzekanie na stopnienie "pulsowej załogi" (ilu nas? Czterech? Pięciu?), opowiadanie o krytyce, z jaką się ta inicjatywa spotkała tak wewnątrz, jak i poza redakcją... Ale nie zrobię tego, bo Pulse to tylko fragment naszego serwisu, jeden z wielu trybów w maszynie (a wkrótce tych trybów będzie jeszcze więcej), więc nie pozostaje nic innego, jak wirtualnie uścisnąć dłonie pozostałym komentatorom, powiedzieć: "dobra robota" i zabrać się do pisania kolejnych komentarzy.



redevil:
Rok Pulse'a za nami - czas płynie zdecydowanie za szybko. Przez ten rok na łamy naszego tygodnika trafiło wiele komiksów, niestety w dużej części były to mierne gnioty, niewarte papieru, na którym zostały wydrukowane, a którym recenzent z litości dawał kilka punktów przy ocenianiu. Najwyższy czas to zmienić. Pamiętam, jak dobre dziesięć lat temu w jednym z komiksów Tm-Semic przeczytałem wypowiedź Arka Wróblewskiego, iż czytanie komiksów to ciężka praca. Pukałem się wtedy w głowę myśląc, że chłopak zwariował, ale teraz wiem, że to prawda. W cotygodniowym zalewie tandety postaram się wyłowić kilka perełek. Skala oceny jest prosta - albo komiks nadaje się do czytania, albo nie6.

Na początek gniot tygodnia, zresztą jak zwykle, gdy tylko się ukaże, a że ukazuje się 3 razy w miesiącu, to zasługuje chyba na miano najgorszego komiksu Marvela. Panie i Panowie, przed Wami Amazing Spider-Man #566!
W tym komiksie wszystko jest nie tak - szkaradna okładka, robiona "na kolanie", nie napracował się przy niej nikt - ani rysownik, ani inker, ani kolorysta. W środku też nie jest lepiej, rysunki średnie, pasujące do jakiegoś drugoligowego komiksu, na pewno nie do jedynej! serii o Spider-Manie. Widziałem Jimeneza w kilku dobrych komiksach, ale Spidey wychodzi mu fatalnie - może to wina pośpiechu, aby zdążyć w terminie? Do tego scenariusz, Guggenheimowi nie udało się nigdy napisać dzieła wybitnego, ba, nie udało mu się napisać nic ciekawego. Ja rozumiem, że nie każdy komiks musi nieść ze sobą wiekopomne wydarzenie, ale na Boga, tu z każdej sceny, dialogu, wieje komiksowymi latami '80 (i to nie tymi Millera czy Moore'a) i nudą! Na dodatek pełno w nim błędów i niedociągnięć, dla przykładu na pierwszym obrazku talent Jimeneza w całej okazałości, na drugim reklama samoprzylepnych butów - ktoś zapomniał, że jednym z powodów, dla których Spidey nosi cienki strój jest fakt, że dzięki temu może używać swojej pajęczej mocy i przyklejać się do ścian.

avalonpulse0053d.jpg       avalonpulse0053e.jpg

Do tego te żarty scenarzysty, który jakby po napisaniu scenariusza przypomniał sobie, iż Peter jest zabawny - wplecione na siłę i na poziomie "American Pie 37".

A teraz dla odmiany numer tygodnia. Incredible Hercules 119 to komiks idealny. Nie dość, że opowiada historię trzecioligowego bohatera Herculesa i jego side-kicka w komiksie poświęconemu innemu bohaterowi (Hulkowi), to jeszcze jest częścią wydarzenia zwanego Sekretna Inwazja. I w każdym aspekcie jest świetny.
Przede wszystkim postać Herculesa, jak pokazują nam scenarzyści Pak i van Lente, to świetny materiał na niejeden zeszyt - ciekawa osobowość, świetne zaplecze rodzinne (bogowie greckiej mitologii), tysiące możliwości do cofania się do dowolnego etapu z jego żywota i kochliwa natura sprawiają, iż czytamy o jego przygodach z zapartym tchem. Dla równowagi mamy postać Amadeusa Cho, przyjaciela Herculesa - nastolatka, któremu wydaje się, że dzięki swojej inteligencji może wszystko. Równie ciekawy duet bawił mnie dekadę temu, gdy oglądałem pierwsze odcinki "Z Archiwum X". A teraz dzięki SI scenarzyści rzucili tę wybuchową parę w wir przygody tak odmiennej w swoim pomyśle od serwowanej co miesiąc przez Marvela papki, iż szeroki uśmiech gości mi na ustach, gdy czytam kolejny rozdział tej historii. Oto bowiem Herc i Amadeus wraz z liczną gromadą przedstawicieli najróżniejszych bóstw (i pożeraczy bogów) wyruszyli na wojnę z bogiem Skrullów, kosmitów, którzy właśnie dokonują inwazji na Ziemię. Teoretycznie pomysł jest prosty - zwykłych bohaterów i złoczyńców ze standardowych komiksów zastąpili bogowie. Jednak ten komiks ma to, czego brakuje np. 400. numerowi Avengers - świeżość. Nieszablonowi bohaterowie, świetne pole bitwy i nowo powstała, ale już skomplikowana sieć relacji między postaciami sprawiają, że czytam o ich Odyseji tak, jak robiłem to za młodu (kiedy nie wiedziałem, że ikony wydawnictwa nigdy nie zginą) - nie wiedząc, czy dany bohater przeżyje, a może zmieni front, czy po prostu zrezygnuje, albo okaże się Skrullem.
Całość ozdobiona jest cudowną okładką Romity Jr., który wprost urodził się, by rysować bogów. A rysunki w środku są takie, jakie być powinny - nie przeszkadzają w odbiorze, czy to swoją szpetotą, czy nadmiernym, tanim efekciarstwem.

I znów w dół sinusoidy - najrówniejszy komiks ostatnich lat, wielki zawód i pierwsza ofiara bycia tie-inem do Secret Invasion - X-Factor #33. Scenarzysta, do świetnego dotąd komiksu skupiającego się na działalności agencji detektywistycznej Madroxa, wprowadził wątki ataku Skrullów, połączył to z drugą pisana przez siebie serią - She-Hulk - i w ten sposób zepsuł jedną z lepszych serii na rynku. Nic w komiksie nie jest takie, jak być powinno - przede wszystkim koszmarne rysunki, słabe dialogi i kręcące się bez celu postacie, które dotąd elektryzowały swoją obecnością - Siryn, M, no i wciąż brak Layli. Mam nadzieję, że ten numer to jednorazowa wpadka PADa, a nie wyznacznik nowej jakości serii.

Zostajemy przy średnich komiksach, 16 numer Mighty Avengers opowiada nam o tym, jak Elektra została zamieniona przez zielonych kosmitów. Całość ciekawa, dobrze narysowana i potrzebna - nie ma to, jak dokładne pokazanie wszystkich posunięć Skrullów włącznie z zaplanowaniem ujawnienia Inwazji. Niestety ogólną ocenę psuje rozciągnięcie tej historii na 22 strony, a historia z łatwością zmieściłaby się na połowie z nich. Niestety, po 4 części Secret Invasion, kolejna słabsza część eventu, który zaczął się tak dobrze.

Na chwilę wróciłem do komiksu Moon Knight, bowiem najnowszy - 20 - numer przyniósł ze sobą rysownika Mike'a Deodato Jr., niestety ten komiks dalej nie trafia w moje gusta. Z kolei Captain America #40, Punisher #59 i Ghost Rider #25 cierpią na chorobę "środka historii" - paskudztwa powstałego, gdy scenarzyści zaczęli pisać historie tak, by idealnie pasowały do TPB i należy je czytać jedynie w tej formie, bowiem jako samodzielne historie niczym się nie bronią. Przy okazji scenarzysta Ridera (i Wolverine'a) pan Aaron wyrasta na drugiego Chucka Dixona - świetnego rzemieślnika, który rzucony w dowolny tytuł i moment w historii postaci potrafi napisać dający się czytać scenariusz. No i jest jeszcze Foolkiller: White Angels #1, ale dla mnie to dalej podróba Punishera - naprawdę wystarczy dorysować mu na klacie czaszkę i mamy Franka w akcji. Z kolei Ultimate Fantastic Four #56 pokazuje, jak komiks rysowany kreską a'la Image (wydawnictwo komiksowe, które w latach '90 lubowało się w wydawaniu komiksów, których jedyną zaletą były seksowne bohaterki) może mieć świetny scenariusz i jak środkowa część historii może być ciekawa - relacje Namor-Susan idą w pysznym kierunku i cliffhanger też jest udany.

Podsumowując: jedynie autorom komiksów o Herculesie i wesołej kompanii oraz "ostatecznej" Fantastycznej Czwórce udało się stworzyć komiksy, które w tym tygodniu warto przeczytać. Słownie dwie pozycje warte uwagi. The End.




Demogorgon: Nie jestem z Pulsem od początku jego istnienia, ale cieszę się jego urodzinami jak wszyscy z załogi. Mam nadzieję, że podobają Wam się wyrażane przez nas opinie, jak również, że pomagamy wam w wyborze cotygodniowych lektur komiksów, a część z Was uchroniliśmy od strzelenia sobie w głowę po przeczytaniu jakiegoś gniota. Idąc za przykładem towarzysza redevila, który wyszedł naprzeciw krążącym mi po głowie od dawna myślom (telepata jeden), pozwolę sobie na własny felietonik.

W tym tygodniu było wiele komiksów, od których zalatywało lekkim brakiem sensu. W przypadku 1985 #3 był to zapaszek ledwo wyczuwalny w postaci MODOK'a, którego rola mnie zdziwiła. Ale mimo to bardzo dobrze bawiłem się przy tym komiksie, nawet mimo tego, że ostatnimi czasy wieszałem psy na Millarze, a rysunków Edwardsa nie lubię. Historia zaczyna robić się ciekawa i nabiera dobrego tempa. I gotów jestem wybaczyć fakt, że MODOK robi coś kompletnie nie w jego stylu, o ile się orientuję, bo opowieść sprawia wrażenie na tyle sensownej, że w końcu dowiemy się, co kombinują superprzestępcy i jaki związek ma z tym ojciec Toby'ego i jego kumpel.

Niezobowiązującym komiksem, w którym naciągana fabuła nie boli, jest Moon Knight #20 z bardzo ładnymi rysunkami Mike'a "Faceta od Thunderbolts" Deodato. Może i zwyczajna bijatyka z wilkołakami, ale nie jest pozbawiona sensu i spokojnie da się to czytać.

Podobnie jest w wypadku Ghost Rider #25, który zostanie zapamiętany jako "Opowieść o tym, jak wziął Biblię i zatłukł nią gościa na śmierć". Mimo tego jak to brzmi, komiks czytało się całkiem nieźle. Zahacza miejscami o groteskę, ale groteskę zamierzoną, więc gotów jestem wszystko wybaczyć.

Nie można za to wybaczyć tej tony bullshitu, który zaserwowano nam w the Amazing Spider-Man #556. Wyliczankę głupot w tym komiksie można zacząć od Kraven, która zachowuje się, jakby ktoś mącił jej w głowie, ilekroć zdaje sobie sprawę, że ma nie tego faceta. Jeżeli w ostatnim numerze nie zobaczę Mepshito ukrytego gdzieś i robiącego jej pranie mózgu, będę mocno wkurzony. Potem jest równie ogłupiony Daredevil, aczkolwiek wyszedł mu żart z Supermanem. Potem jest coraz gorzej ze strony na stronę. Najbardziej powaliła mnie, w negatywnym sensie, przeróbka pajęczej piosenki - "Devil Man, Devil Man. Can do whatever devil can". Aż ma się ochotę wejść do świata komiksu i powiedzieć mu w twarz, że jakoś ciotki własnej ocalić nie umiał. Niech już przyjdzie Slott z Romitą i Thunderbolts, bo może wtedy znów ten komiks będzie miał jakiś poziom.

Dobrym wyznacznikiem poziomu, na jakim znów chciałbym widzieć Spider-Mana, jest Ultimate Fantastic Four #56. Historia rozwija się w naprawdę ciekawym kierunku i jest bardzo dobrze poprowadzona. Carey doskonale wszystko przemyślał i wprowadził w bardzo dobrym stylu. Wszystkiego bym się spodziewał w wyjaśnieniu relacji miedzy Agathą Harkness i Salem Seven, tylko nie tego. Carey zaskoczył mnie, jestem pod dużym wrażeniem. A Namor mnie powalił swoim zachowaniem i poczuciem humoru. Poważnie.

Powyższy komiks miałby szanse na numer tygodnia, gdyby nie Incredible Hercules #119, który dosłownie skradł mu ten tytuł sprzed nosa. Wszystko tu jest na swoim miejscu. Dużo akcji, humor, tajemnica i jednocześnie jeden z najlepszych tie-inów do Secret Invasion. Nie wiem jak Wy, ale ja będąc na miejscu mówiącego o sobie w trzeciej osobie boga Skrullów zacząłbym się bać. Wkurzony po stracie szczeniaczka Cho + Wkurzony po stracie nowej dziewczyny Hercules + Wkurzony po widoku tylu obiadów przechodzących mu koło nosa Demogorg może dać tylko jeden wynik. Jak by to powiedział kolega Hulk, który niecierpliwie czeka, kiedy odzyska swój komiks - GOD SQUAD SMASH!

Inny tie-in Secret Invasion, Mighty Avengers #16, też stoi na wysokim poziomie. Hotaru zauważył kiedyś, że z całej Inwazji najbardziej interesuje go, jak to wszystko się zaczęło, a nie to, co to się teraz dzieje. I wcale mu się nie dziwię, ponieważ dzięki obu tie-inom Avengers historia nabiera coraz więcej sensu. Wiemy już, kto wynajął Electro i jak podmieniono Elektrę. Mamy też spore zaskoczenie w rozmowie Skrullektry z Veranke, nawet podwójne. Po pierwsze - dowiadujemy się, że ujawnienie infiltracji było zaplanowane przez Skrullów. A po drugie - albo wszyscy Skrullowie całują się z cesarzową przy powitaniu, albo Bendis wrzucił jedyną rzecz, jakiej nie spodziewałem się po przywódczyni Skrullów - lesbijski fanserwis.

Skoro już mówimy o historiach będących częścią czegoś większego, to wspomnę o pewnych przypadkach. Spośród wielu komiksów z tego tygodnia dwa rzucają się w oczy jako kolejne fragmenty historii, które dobre będą w TPB, ale samodzielnie ich numery sobie nie za bardzo radzą. Są to Captain America #40 i the Punisher #59. W obu komiksach akcja idzie bardzo powoli, nawet mimo bijatyki w tym pierwszym. Brubaker daje nam się rozerwać, ale naprawdę wydarzenia postąpiły zaledwie o kroczek naprzód, a my dalej niewiele wiemy. Inaczej w Punisherze, gdzie akcji nie ma, za to powiedziane (i odtworzone) słowa bardzo dobrze rokują na następne numery. Mimo to oba komiksy swoje miejsce znajdą w odpowiednich TPB.

Inaczej ma się sprawa w przypadku Iron Man #31. To też część większej historii, niezrozumiała bez reszty, ale mimo to, komiks daje spokojnie radę. Podobał mi się od okładki aż po zakończenie, a choć opowiedziana w nim historia nie należy do najoryginalniejszych, ma kilka genialnych momentów, wartych zauważenia.

Również Omega the Unknow #10 jest doskonałą częścią, a raczej zakończeniem doskonałej historii. Nawet mimo braku dialogów mówi on czytelnikowi więcej, niż kilka innych komiksów z tego tygodnia razem wziętych. Podobnie jak całą serię Omegi, ten komiks po prostu trzeba przeczytać. Nie będę oceniał, ale dla mnie zajmuje pierwsze miejsce egzekwo z Herculesem. Szkoda, że cała ta miniseria przeszło bez echa - jest genialna.

Ostatnim komiksem, jaki ocenię, jest Foolkiller: White Angels #1, komiks bardzo dobry i zachowujący klimat poprzedniej serii o Głupcobójcy. Od jego pierwszego występu tutaj, kiedy traktuje dręczyciela psów jego własnym lekarstwem zaczynając, a na bardzo typowym dla niego zakończeniu kończąc. Ale nie jest to tylko opowieść o Foolkillerze. Wielka rolę odgrywa tutaj też biedny chłopak, który wychodzi na wolność po pięciu latach w pudle. Rodzina się od niego odwróciła, nikt nie chce dać karanemu pracy, a kiedy w końcu znajduje się ktoś, kto daje mu szansę na nowy start, jakaś banda rasistów ot tak sobie go morduje. To smutne i brutalnie prawdziwe. Już podoba mi się nowa seria Foolkillera i niecierpliwie czekam na jego team-up z Frankiem Castle.




Amazing Spider-Man #566 avalonpulse0053f.jpg
Gil: I mamy powtórkę z zeszłego tygodnia. Trochę się dzieje, ale trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy źle i czy dokądkolwiek to zmierza. Na razie jest nieco naiwnie, Pajęczak udaje Daredevila, który jakimś cudem nie zna jego tajnej tożsamości, chociaż już wieki temu ktoś mądry wpadł na to, że jego radar widzi to, co pod maską. Swoją drogą pomysł, żeby Piotrek przyszedł do niego z twarzą oblepioną siecią jest wybitnie głupi. Ale za to piosenka o Devil-Manie zdołała mnie rozbawić (chociaż raczej swoją głupotą). Dla odmiany Kravenka przeczytała dokładnie "Ostatnie Łowy Kravena" i nawet Vermina ściągnęła, żeby wypaść wiarygodnie. Ale podanie ofierze MGH, żeby szybciej uciekała? What is your problem, Marc Guggenheim? Ocena... niech będzie, że nadal 6/10, ale bardzo słabe.
S_O: Więc Guggenheim oglądał "Simpsons - The Movie", tak? Dlaczego tak sądzę? Bo fascynacja "Spider-Pig" jest jedynym sensownym wytłumaczeniem faktu, że już drugi raz Mareczek nieudolnie parodiuje znany opening do pajęczej kreskówki. Co poza tym? Kravenówka zabrania obrażania jej inteligencji, co nie byłoby nawet w połowie tak śmieszne, gdyby nie to, że za jej pośrednictwem Guggi nie robi nic innego. Pająk w gaciach Diabła (© by S_O 2008 - na wypadek, gdyby Pulsa czytał jakiś scenarzysta filmów kung-fu) robi taki sam numer, jak w dawnej historii Gale'a w Daredevilu (której miałem szczęście nie czytać) - brawo, Guggi, po co wzorować się na najlepszych, skoro można na zakałach komiksowego światka? No i na wierzch wychodzi jedyna w swoim rodzaju, amerykańska szkoła nauki w społeczeństwie, gdy Spider mówi Verminowi, że nie chce z nim walczyć, co udowadnia, kopiąc go obunóż w twarz. Taaa...
owcaboski:
Co mamy w tym tygodniu? Kolejną odsłonę "Całkiem Nowego Dramatu" - z Pająkiem w roli głównej. Tylko czemu Pająk nie jest Pająkiem, tylko Daredvilem, czemu pamięta, że był związany z Mary Jane, jak "It's Magic" to podobno wymazało? Oj, scenarzyści miotają się w konwulsjach, tworząc ten tytuł, a fani łapią się za głowę, czytając kolejne numery... Dodatkowo Vermin i kolejne nawiązanie do ŚP "Ostatnich Łowów Kravena" i ŚP Dobrych Historii ze Spider-Manem. Z każdym numerem nie mogę się nadziwić, jak flagowy tytuł Marvela (od którego ja zaczynałem swoją przygodę z komiksami) stacza się głębiej niż dno. Zastanawiam się, kto tu tak naprawdę podpisał pakt z Mephisto - Spider-Man za cenę wymazania małżeństwa z MJ, czy Joe Quesada za cenę wymazania dobrych historii z Pająkiem? Jak ostatnio numer ratują, lub raczej podnoszą lekko od dna, rysunki, reszta to badziew... Ocena: 3/10
CrissCross:
Może jestem mało bystry i zdarza mi się czegoś nie dopatrzyć, ale... czemu Kravenka najpierw ściga Petera, a później porywa Vina, bo niby on jest Spiderem? Po pierwszej części myślałem, że się pomyliła w ciemności, porywając nie tego co trzeba, ale jednak nie. Coś jest nie halo chyba. Poza tym wydawało mi się, że Vermina wyleczyli już dawno temu. Ogólnie tragicznie rozwiązane nawiązanie do klasycznych "Ostatnich Łowów".

Captain America #40
Gil: Nareszcie lepiej! Bijatyka dwóch Kapciów całkiem dynamiczna, z przyzwoitymi zwrotami. Dobrze przypomniany został fakt, że Bucky zabił Bucky’ego, to znaczy Nomada, to znaczy Jacka Monroe (na wszelki wypadek przypomnę Wam, że to on był Buckym, gdy ten tutaj podszywacz robił za Kapitana w latach ’50.). Zaskakujące rozwiązanie wątku z Sharon i Sin, które z jednej strony komplikuje sprawy, ale z drugiej stwarza też możliwość przedwczesnego wprowadzenia Steve’a Juniora przy odrobinie kombinacji z akceleracją wzrostu (co nie byłoby znowu takie rewolucyjne, bo w końcu to komiks jest). Brakuje tylko wyraźnego ruchu naprzód w wątkach politycznych, co jest trochę dziwne zważywszy, że dominowały one w kilku poprzednich numerach. Tym razem Bru zasłużył sobie na 7/10.
S_O: Morał z tej historii - nie korzystaj z ofert aborcji, jeśli zajmować się ma tobą ruda nazistka z kompleksami. Teraz może się to potoczyć kilkoma ścieżkami - albo uratują Sharon, ale nie dziecko, albo uratują dziecko, ale nie Sharon, względnie uratują oba albo żadne. Tak, czy inaczej, pozostanie smród. A walka Ameryki z Puerto Rico... nudna, chociaż finał z demaskacją mocny. Ale nadal toczy się to-to pooowoooliii...
CrissCross:
Dzieje się coś! Nareszcie! Chyba zbliżamy się do końca historii, bo Bru notuje wzrost formy. Końcówka zapowiada się iście interesująco.

avalonpulse0053g.jpgFoolkiller: White Angels #1
Gil: Numer ten chciałbym szczególnie polecić panu Reginaldowi Hudlinowi i to jako lekturę obowiązkową, bo pokazuje, że można napisać historię o rasizmie bez banału i uderzania w ton skrzywdzonego przez świat. White Angels zaczyna się podobnie do poprzedniej opowieści o Głupcobójcy, ale szybko zmienia ton i pokazuje się z bardzo odważnej strony. Przy tych entuzjastach łajt pałer, KKK wyglądają jak dzieci z reklamy wybielacza i to właśnie idealnie pokazuje siłę serii spod znaku MAX. Jeśli można na cokolwiek narzekać, to tylko na mało wyraźne rysunki, ale cóż - nie zawsze można mieć Medinę. Dodam jeszcze, że to świetny materiał na film albo nawet serial. A tymczasem ocena 7/10 tuż przy granicy z ósemką i z dużą szansą na podwyżkę.
S_O: I pity da foo' who doesn't read this! Nowy Głupcobójca jest co prawda niewyraźny, ale nadrabia to fabułą, która od samego początku jest gęsta, brutalna i boleśnie prawdziwa. I taka jest zaleta MAXa - nie obawia się iść tam, gdzie NIKT inny nie zagląda, choćby do mieszkań tych prawdziwych rasistów (a nie tych, co nie ustępują inno-skórym miejsca w autobusie). Pozycja obowiązkowa!
Hotaru: Po poprzednią miniserię z Foolkillerem sięgnąłem ze względu na świetne rysunki Mediny. To, że zabrałem się za kolejną nawet, kiedy zmienił się artysta, świadczyć może tylko o tym, że Hurwitz mnie kupił - wystarczył dobry scenariusz. Spójna historia, wyraziste postaci, w tym świetnie zarysowana postać protagonisty, i wplecione komentarze, które bez natrętnego moralizowania zwracają uwagę czytelnika na patologie drążące nasze społeczeństwo. Taka była poprzednia miniseria i po przeczytaniu pierwszego numeru White Angels widzę, że nie zabraknie tego i tutaj. Może brakuje trochę kreski Mediny, ale Edwards przygotował mnie na Azacetę, więc jest dobrze. I z każdym kolejnym numerem będzie lepiej.

Ghost Rider #25
Gil: Obiecałem sobie nie tykać tego, ale zachęciły mnie pozytywne opinie współkomentatorów, więc zajrzałem. O dziwo, okazało się całkiem dobrym czytadłem. Aaron sobie nie żałuje i sprzedaje kilka świetnych tekstów oraz fajnie bluźnierczych motywów. Zwłaszcza ta akcja z biblią, która jest zabójcza, chociaż mieści się w kategorii wielkich SNORRRTów. Tylko, że cały czas w powietrzu unosi się ten wstrętny motyw z Zadkiem (autokorekta czyta mi w myślach, ale ma być Zadkielem). Dla mnie obcowanie z Ghost Riderem w obecnych czasach to jak wizyta w pięknie odpicowanej toalecie, gdzie Daniel Way zostawił po sobie brzydki zapach i nie tylko. No cóż, skoro byłem łaskawy dla Pająka, to i Ghostkowi dam 6/10. Za tę akcję z biblią, a co!
S_O: BIBLE FIGHT! Genialne redshirtowe postacie, świetne teksty, niebanalny pomysł na historię... Aż dziwne, że coś takiego mogło wyewoluować z pomysłu kogoś takiego, jak Daniel Way. Nawet taka durnotka, jak walka gigantyczną biblią cieszy w wykonaniu Aarona. Tak jak zawszę mówię: świętokradztwo - zdrowa zabawa dla całej rodziny!

Marvel 1985 #3 avalonpulse0053h.jpg
Gil: A tu dla odmiany nie dzieje się nic ciekawego… nadal. No dobra, powiedzmy, że tatuś zaliczył panią policjantkę, a złoczyńcy rozpełzli się po mieścinie, ale i tak nic się nie dzieje. Jeśli obietnicą akcji ma być jaszczurka na dachu, to śmiem twierdzić, że w następnym numerze również wydarzy się nic. Graficznie też mało atrakcyjnie, więc w porywie łaski mogę dać mu najwyżej 4/10.
S_O: Taa... ważny rok. Pierwszym Sekretarzem KC KPZR został "młody" Michaił Gorbaczow, który poprzez swoje reformy - pierestrojkę, głasnost i uskorienie - doprowadził, niechcący co prawda, do upadku ZSRR i zakończenia Zimnej Wojny. A w małym miasteczku na zadupiu Ameryki superłotrowie radośnie mordują wszystko, co się rusza (czemu tego nie ma w podręcznikach do historii?). Wygląda to trochę tak, jakby po dwóch numerach wstępu Millarowi nagle się przypomniało, że ma do czynienia z sześcionumerową miniserią, a nie z rocznym runem, jak zwykle. Z drugiej strony jednak, ma to sens - wysłać pojedyncze osoby na zwiad, a jak się okaże, że droga wolna - przypuścić zmasowany atak. Inna rzecz, że jeszcze ani śladu odpowiedzi, ale jak znam życie, znajdą się one w ostatnim numerze FF albo Wolverine'a - zależy, kto będzie wolniejszy - Hitch, czy McNiven.
Hotaru: Może zacznę od rysunków Edwardsa, które naprawdę urzekają mnie swym pięknem. Nie chodzi tylko o charakterystyczną kreskę z hojnymi pociągnięciami tuszem, ale i spójny dla tego tytułu schemat kolorystyczny, a nawet ujęcia. Zabawa perspektywą przychodzi Edwardsowi tak łatwo, że podczas pierwszej lektury niemal nie zauważa się wszystkich perełek. To trochę jak z pracą operatora w filmie - dobrze wykonał swoją robotę, kiedy widz zapomina o istnieniu kamery, kiedy zwraca na nią uwagę, coś jest nie tak. Co się tyczy fabuły Millara... tu mój entuzjazm trochę stygnie. Nawet nie dlatego, że ten numer jest kiepski, bo jest w porządku. Bardziej martwi mnie, że to już półmetek i trudno mi uwierzyć, że skryba zmieści się w pozostałych stronicach bez cięć. Ale cóż, to się okaże wraz z numerem szóstym.

Incredible Hercules #119
Gil: God Squad przechodzi od sekretności do inwazyjności błyskawicznie i z hukiem. Okazuje się, że cała akcja została przepowiedziana i Skrullowie zawczasu podjęli odpowiednie środki. Dowiadujemy się, w którym momencie Kirby został podmieniony na zielonego i co z tego wynikło. Mamy porządną rozróbę, podczas której Bogożerca coś sobie przekąsił, a Snowbird pokazała klasę, no i wreszcie w finale poznajemy tego, co to wszystkich kocha. Miły gość, ryli. Teraz pozostaje poczekać na dalszy ciąg rozróby i zobaczyć, jak nasi dzielni bogowie unikną orbitowania wokół panteonu oprawców. Porządne 7/10.
S_O: Kolejny komiks świetny od recap page'a do ostatniego kadru. Jest tu wszystko - humor, zdrada, walka, boski banter, poświęcenie... no i kosmici. Jakby jeszcze dołożyli do tego dinozaury (które, przypominam, są awesome), byłby to bestseller. Mógłbym się tak zachwycać nad każdym pojedynczym kadrem, ale wybiorę jeden - ten największy, z cmentarzyskiem totemów. Sandovala nie opuszcza dobry humor, więc pobawcie się w "Gdzie jest Wally?" i znajdźcie te kilka smaczków, które nam zostawił.

avalonpulse0053i.jpg Mighty Avengers #16
Gil: Auuua… Sezon owocowy w pełni, więc nie powinno dziwić, że Majty moga błyskawicznie powędrować w dół, ale jednak rozpuścili nas trochę ostatnimi wysokimi lotami i teraz to boli. Co takiego? Zupełnie kiepska historia Skrullektry. Nie wiem, kto się podszył pod Bendisa, ale mam nadzieję, że za karę będzie łysy jak oryginał. Nic tu się nie klei! Czas podmiany - nieokreślony (zgaduję, że gdzieś po "Enemy of the State"). Fakt, że pod Elektrę podszywał się niby Skrull męski, a po śmierci wrócił do swojej prawdziwej – kobiecej – postaci. Spotkanie z Veranke pod postacią Jessicki, zanim jeszcze sama zaproponowała jej, by przyjąć tę postać. Jedyne, co można zaliczyć na plus, to fakt, że śmierć Skrullektry i wszystko potem było częścią planu. Na dodatek, rysunki też są kiepskawe i to chyba wina tuszowania, bo Pham rysuje dużo lepiej. A w następnym numerze poznamy historię podmianki Pyma... znowu? Jakoś tak piątkowo się zrobiło... 5/10.
S_O: Posiekane to, porozstrzelane po linii czasowej do tego stopnia, że trudno się domyśleć, kiedy co się dzieje. Najwyraźniej zdając sobie z tego sprawę, Bendis wykorzystał asa, który zawsze zapewnia wysoką sprzedaż - bo jedynym, co jest bardziej awesome od dinozaurów, są lesbijki (oprócz wielkich, wrednych lesbijek, jak ta, na którą narzekałem przy okazji któregoś Wolverine: Origins). No i jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości - twarda sztuka z tej Elektry. Tylko szkoda, że jest bardziej pomarszczona, niż podszywający się pod nią Skrull...
Hotaru: Jako nie czytającego ani New Avengers, ani Daredevila, zaprezentowana tu historia średnio mnie zaabsorbowała. Fajnie było zobaczyć, że Elektra daje czadu... nawet jeśli i tak z góry była skazana na porażkę. Inną cenną informacją, jaką wyniesiemy z lektury jest to, że Inwazja nie wyszła na jaw wbrew woli Zielonych. I co z tego wynika? Że Ziemianie mogą być w jeszcze głębszym szambie, niż im się już teraz wydaje. Rysunki Phama są całkiem dobre... na kilku pierwszych stronach. Potem chyba siadł na niego zegar z kukułką odmierzający czas do deadline'u, bo jakość jego pracy wyraźnie spadła. Cały ten numer jest średni i mam nadzieję, że to nie początek tendencji równania w dół do głównej miniserii.
owcaboski:
Tie-In z Mighty idzie równią pochyłą w stronę dna, historia z Elektrą nudna jak flaki z olejem, koszmarnie narysowana. Szczególnie postać Elektry - wygląda, jakby miała 70-tkę na karku. No i mały smaczek - wiemy, kto zapłacił Electro za zadymę w Raft, ale i tu mamy drobny błąd - w New Avengers #1 postać siedzi sama (w tle jest okno), a tu Elektra otoczona jest przez Ninja... Ocena 4/10
CrissCross:
Elektra, jak na twardą babkę przystało, łatwo się nie poddała. Pytanie tylko, co się stało z orginałem po tym, jak wreszcie dostała bęcki? A jeśli nie żyje, to... kiedy ją przywrócą do życia?

Iron Man Director Of S.H.I.E.L.D. #31
Gil: Latający Cyrk Tima Dugana prezentuje skecz pod tytułem "Ten Drugi Nick". Ten Drugi Nick jest wkurzony, bo nikt go nie zauważał, chociaż zbudował zajesuperbistą broń. No to, kiedy broń mu ożyła, połączył się z nią i stał się czymś w rodzaju wkurzonego, latającego cyber-mózgu. I wkurzył się jeszcze bardziej, kiedy Antoś pomylił go z jakimś tam podrzędnym rewolucjonistą. Cóż za fatalne posunięcie, panie dyrektorze. Za to rozwiązanie problemu Paladina bardzo ładne. I ku olbrzymiemu zaskoczeniu wszystkich zebranych okazało się, że chłopcy w czerwonych koszulach zostali wybici prawie co do jednego. Mogłoby się wydawać, że się nabijam i jest to kiepska lektura, ale tak naprawdę, czyta się ją całkiem miło i dlatego dostanie mocne 6/10.
S_O: "Jejku, Móżdżku, co będziemy robić dzisiejszej nocy?" "To samo, co zawsze, Drugi Nicku... spróbujemy zabić Tony'ego Starka!" Cóż, przynajmniej teraz wiemy, czemu zbroje "Alpha Teamu" były całe czerwone, a nie czerwono-żółte, jak u ich nieustraszonego przywódcy (podpowiedź: słowo-klucz zaczyna się na "r", a kończy na "edshirt"). Przypomnienie o działaniu Extremis, teksty Paladina (który się tak słodko łasi)... No i Stark gadający z szalonym mordercą o pudełku na sugestie. Daje radę.

Moon Knight #20
Gil: Nie sposób nie zaliczyć tego numeru na plus w porównaniu z ostatnimi wydarzeniami w serii. Historia wilkołakowego Fight Clubu opiera się na całkiem ciekawym pomyśle, a i do wykonania nie można się przyczepić. Zdecydowanie na zdrowie wyszło jej to, że została osadzona w przeszłości i zamknięta w jednym numerze, ale też pozostawia to pewien niedosyt, bo rola Jacka Russela jest dość mała. Jeśli chodzi o rysunki... cóż, Deodato to Deodato, ale śmiem stwierdzić, że nie jest to jego największe dzieło. Po prostu dobrze jest. A skoro tu jest dobrze i tam jest dobrze, to może dostać w końcu dobrą ocenę - na przykład mocne 6/10.

Omega The Unknown #10
Gil: Ekhm… jeśli spodziewaliście się wielkiego finału z fajerwerkami, to twórcy spłatali Wam psikusa. Jeśli natomiast przeczuwaliście jazdę do samego końca, dobrą wiadomością będzie to, że odlot jest absolutny. Pokazane jest wiele, ale interpretację pozostawiono nam. Jedyne dwie linijki tekstu są jak nagłe przerwanie ciszy przez Silent Boba, które wyjaśnia cały sens. Nie zabrakło scenek dziwnych, zabawnych i absolutnie genialnych, więc w swojej własnej kategorii numer zasługuje na dziesiątkę, ale jednak w kategorii mainstreamowej może dostać tylko 7/10.

X-Factor #33 avalonpulse0053j.jpg
Gil: Inwazja dotarła do Detroit i zapukała do drzwi pewnej agencji detektywistycznej. Zapukała więcej niż jedną zieloną łapą i chyba nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że nie wszystkie należą do Skrullów. Zaczyna się trochę dziwnie, ale szybko wiele rzeczy się wyjaśnia i można zrozumieć, dlaczego interesują się akurat Darwinem. Tylko ten jego ojciec trochę dziwny jest, bo skąd on w ogóle wie, że Darwin zmartwychwstał? (Pewnie czyta komiksy... duh!) No cóż, pozostaje czekać na ciąg dalszy. Natomiast jeśli chodzi o rysunki i pana Stromana, to przyznać trzeba, że jest średnio. Widywałem lepsze jego prace, ale z kolei te tutaj przypominają jego dokonania z czasów, gdy rysował X-Factor w latach '90. Jakoś trudno mi go oceniać, bo jednocześnie się podoba i nie podoba. Tak czy inaczej, całości dajemy 7/10.
S_O: Pierwsza sprawa - grafika. Słodki Jezu na patyku. Pewnie wielu fanbojów w odmętach internetu napisze "Co z tego, że szmirowata, ważne, że rysuje ten sam gość, co kiedyś!". Ale ja pójdę pod prąd i powiem "co z tego, że rysuje ten sam gość, co wtedy, gdy ludzie zapierniczali wszędzie z maczugami, skoro kreska wywołuje sensacje żołądkowe?" Pozostałe pytania dotyczą fabuły: czemu Darwin kumpluje się z Longshotem, gościem, któego nawet nie powinien znać? Czemu Skrull podszył się pod gościa, którego ostatnim znanym miejscem pobytu były Wyspy Brytyjskie? Czemu ten Skrull pomaga właśnie gościowi, który ostatnie kilka lat spędził w gadającej wyspie (OK, wiem, że nie była gadająca. Cicho być)? I czemu gada sam do siebie? Czemu Jan&Jaz ścigają akurat tego Skrulla? Czemu, czemu, czemu? No i jak zwykle przy crossoverach, w drugim numerze będziemy świadkami nieporozumieniowej walki. PAD równa w dół...
Hotaru: Aj, boli! Mój zmysł estetyczny jest smagany oprawą graficzną tego numeru niczym biczem z ćwiekami. Kto dał Stromanowi ołówek do ręki? Równie zamaszyście kaleczy sylwetki, twarze, jak i tła - zgroza. Trzeba jednak przyznać, że dzięki temu by uniknąć porażenia wzroku człowiek bardziej niż zwykle skupia się na fabule, która... na razie nie zdążyła się rozkręcić. Są minimalne dłużyzny, ale i kilka momentów charakterystycznych dla lekkiego pióra Davida. Chyba nie jest źle, kiedy decyduję się sięgnąć do She-Hulk po następny rozdział tej historii, co nie?

Ultimate Fantastic Four #56
Gil: Agatka nadal jest super hot i nie zmienia tego nawet fakt, że wylazła z oślizgłego jaja, aby się rozmnożyć i zalać Ziemię mackowatym paskudztwem. Namor w tej wersji okazuje się całkiem fajnym gościem (tak, wiem, że pojawił się wcześniej, ale go nie czytałem), a historia Atlantydy jest interesująca. Chętnie zobaczę finał, a póki co przyznaję mocarną 6/10.

War Is Hell - The First Flight Of The Phantom Eagle #5
S_O: Nareszcie koniec. Wszyscy bohaterowie oprócz tytułowego zginęli, on sam nie wrócił z frontu cały (bo odstrzelili mu jądro. Zgaduję, że w założeniu miało to być śmieszne). No i najwyraźniej Garth miał dziadka w piechocie, który opowiadał mu, jak to dzielnie szarżowali na karabiny wroga, a wnuczek potem został szanowanym scenarzystą komiksowym (o ile to nie oksymoron) i opowiedział o tym na łamach tego numeru. Jeden wielki meh dla tego numeru i całej miniserii.




Spośród okładek z zeszłego tygodnia najbardziej wyróżniły się:

Hity tygodnia:


avalonpulse0053a.jpgSky Doll #3

Autorzy:
Alessandro Barbucci i Barbara Canepa

Hotaru:
Europejczycy górą! To trochę żałosne, że tak fajny komiks powstały niamal za miedzą trafił do mnie za pośrednictwem Jankesów, ale nie mam zamiaru narzekać - grunt, że dzięki Marvelowi miałem okazję poznać ten fenomenalny tytuł. A okładka do trzeciego i ostatniego numeru prezentuje wszystko, co najlepsze w środku. Dbałość o detale, nieoklepana, ale i nie męcząca kompozycja, przepiękne kolory i świetna kreska. Zaiste, okładka tygodnia.


avalonpulse0053b.jpgWar is Hell: The First Flight of the Phantom Eagle #5

Autor: John Cassaday

Gamart: Okładka idealnie ilustruje tytuł komiksu. Świetna kompozycja z dwójką żołnierzy, którzy przyglądają się martwym towarzyszom. Cała scena wygląda tak, jakby ta dwójka była na bezludnej wyspie otoczonej morzem martwych ciał. Świetnie zilustrowane okrucieństwo wojny.






Gniot tygodnia:

avalonpulse0053c.jpgSkaar: Son Of Hulk #1 (Second Printing Movie Variant)

Autor:
Carlo Pagulayan

Black Bolt:
Muahahahaha, co to w ogóle ma być? Bez ładu i składu wybrane dwa kadry, jeden z filmu, drugi z komiksu. Obydwa wycięte byle jak, może w pośpiechu, i wlepione na okładkę. Do tego zero tła, zero jakiejkolwiek treści. Pomysł może jakiś był, połączyć Hulka z synem i przy okazji zapromować film, ale jego wykonanie woła o pomstę do nieba. Marvel powinien wstydzić się, wypuszczając coś takiego pod własnym logo, a autor tej wycinanki, Carlo Pagulayan, niech lepiej wraca do rysowania, bo to znacznie lepiej mu wychodzi.




Zgadzasz się z opiniami, a może wręcz przeciwnie? Skomentuj na forum, w temacie New Spoilerownia - 2008.07.16


Redaktor prowadzący: viqKorektor: S_O
Redaktor techniczny: Black Bolt
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.