Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Wolverine: Czerń, biel i krew

Recenzowanie antologii stanowi niemałe wyzwanie. W przeciwieństwie do typowego tomu przygód danego bohatera, stanowiącego najczęściej zamknięty zbiór konkretnego etapu historii (ewentualnie dwóch jak chociażby w przypadku tomu 3 „Doktora Strange’a”), nie mogę przyjąć typowego sposobu oceniania obejmującego analizę fabuły, warstwy charakterologicznej i szaty graficznej - poświęcanie kolejnych akapitów na odbębnianie omówienia kolejnych, krótkich historii według ww. schematu byłoby (przynajmniej w moim przekonaniu) zwyczajnie nieatrakcyjne dla Odbiorców. Stąd w przypadku „Wolverine: czerń, biel i krew” zdecydowałem się na przyjęcie nieco innego podejścia, które według mnie pozwoli Wam lepiej zrozumieć moje wnioski po lekturze tego komiksu.  
 
Zacznę nietypowo, bo od strony graficznej. Sam pomysł na wykorzystanie stylistyki kolorystycznej nawiązującej do złotej ery twórczości Franka Millera wydaje się w przypadku opowieści o takiej postaci jak Wolverine strzałem w dziesiątkę. Skromna, ale wyjątkowo sugestywna paleta barw stanowi doskonale narzędzie narracyjne, oczywiście jeżeli jest na nią pomysł. Mam wrażenie, że w przypadku „Wolverine: czerń, biel i krew” niechlubną regułą jest… brak tego pomysłu. Niestety, czerwony kolor ogranicza się najczęściej do uwydatnienia brutalności krwawego starcia Rosomaka z hordami jego przeciwników, a zabawa czernią i bielą kończy się na przeskoczeniu etapu nakładania kolorów w procesie powstawania komiksu. Niestety, w mojej ocenie potencjał wielu historii został poważnie osłabiony właśnie przez brak odwagi czy chęci do zabawy konwencją przyświecającą powstaniu antologii. Co więcej, w przypadku jednej, konkretnej historii ograniczenie kolorów działa wręcz odpychająco – „Spłoń!” od Donny’ego Catesa i Chrisa Bachalo jest na płaszczyźnie graficznej ciężki do odbioru. Przez wykorzystanie czerni i bardzo ciemnego odcienia czerwieni, specyficzna kreska Bachalo staje się zwyczajnie nieczytelna.

Oczywiście, są chlubne wyjątki. Jeśli chodzi o kreatywne wykorzystanie kolorów do gustu przypadły mi trzy historie – „Trzydziestu dwóch wojowników i złamane serce” (scen. John Ridley, rys. Jorge Fornes) o tytule dorównującym dramatyzmowi jedynie finałowi przygody Logana w Japonii (którą uważam jednocześnie za najlepszą historię w całym tomie), pozostaje najbliższa mojej wizji tworzenia podobnego rodzaju komiksów. Elegancka prostota w wykorzystaniu kontrastów pomiędzy czernią i bielą oraz subtelne wtrącenia czerwieni doskonale podkreślają fatalizm snutej opowieści. Świetnie współgra z tym stosunkowo prosta kreska Fornesa. W przypadku „Domku w górach” (scen. I rys. Declan Shalvey) podoba mi się wykorzystanie czerwieni przy zaznaczeniu rosnącej wściekłości Logana. Choć sama historia jest dosyć prosta (jak w większości przypadków), odpowiednie użycie kolorów zdecydowanie wzmacnia jej odbiór. Podobne, pozytywne wrażenie wywarł na mnie „Wilk w owczej skórze” (scen. Matthew Rosenberg, rys. Joshua Cassara), w którym rozwój  intrygującego konspektu wyjściowego jest podbijany przez właściwe wykorzystanie zarówno światłocienia, jak i czerwieni. W konsekwencji miałem poczucie, że w pierwszym przypadku śledzę ciężką, duszną historię stanowiącą intrygujące połączenie scenariusza policyjnego dramatu z lat 70 i filmu noir, w drugim zaś naprawdę udany thriller szpiegowski.
 
Z powyższych rozważań wynika wniosek, że siła tkwi w prostocie i coś w tym jest. Artyści tworzący kadry do poszczególnych historii prezentują różny poziom, ale złożoność kreski nie zawsze przekłada się na polepszenie odbioru. W przypadku „Bluesa Czerwonej Planety”, (scen. Jed MacKay, rys Jesus Saiz), „Niedokończonej sprawy” (scen. Vita Ayala, rys. Greg Land) czy „Dzikich wakacji” (scen. Steven deKnight, rys. Paulo Siqueira), warstwa graficzna pozostaje bez zarzutu, rysunki są czytelne, dynamiczne i nierzadko bardzo kreatywne, ale – tak, jak wspomniałem w poprzednim akapicie – przez brak kreatywności przy użyciu kolorów sprawiają wrażenie jedynie niepokolorowanego komiksu.

Oczywiście jest też grupa twórców, którzy według mnie wypadają niekorzystnie. Oprócz Chrisa Bachalo są to Adam Kubert i Salvador Larroca. Gwoli ścisłości, w ich przypadkach trudno jednak mówić o tym, by konkretna konwencja antologii wpłynęła na jakość prac, po prostu nie jestem fanem twórczości tych dwóch, konkretnych artystów. Ograniczenie palety barw w żaden sposób nie przełożyło się na zmianę zdania o ich pracach – Kubert dalej pozostaje dla mnie niedoścignionym mistrzem kanciastych krawędzi, a specyficzny, pseudo – hiperrealistyczny styl Larroci zwyczajnie mi nie podchodzi.

Historie zawarte w analizowanym tomie różnią się między sobą jakością również w warstwie scenariuszowej. Żeby nie było niejasności, to nie są jakieś wielce odkrywcze historie mające zatrząść status quo Rosomaka w Marvelu, ale krótkie, najczęściej krwawe opowiastki stanowiące interpretację idei przyświecającej antologii przez wybranych scenarzystów. Nie ma co się oszukiwać, opowieści te służą możliwie kreatywnemu zaprezentowaniu śmiercionośnych umiejętności Logana i możliwie najbardziej widowiskowemu przedstawieniu krwawej sieczki, jaką potrafi rozpętać Wolverine. Część twórców zdecydowała się pójść właśnie w stronę tego bezpretensjonalnego gore i wykorzystać go do zareklamowania stworzonych przez siebie bohaterów ( Donny Cates w „Spłoń!”) podkreślenia ironii i groteski niektórych przygód Logana (Steve deKnight w „Dzkich wakacjach”), czy próby dopisania zdania czy dwóch do dawno zakończonych rozdziałów ( Ed Brisson w „Jatce na morzu”, Kelly Thompson w „Sztuce radzenia sobie ze stratą” i Chris Claremont w „Czy dzisiaj umrzemy?”). W większości przypadków tego rodzaju koncept jest uczciwy – nieskrępowana rozrywka, w której scenarzyści biorą swoje ulubione wersje figurek Wolverine’a i jego przeciwników, a potem po prostu się nimi bawią.

Mi do gustu najbardziej przypadły te opowieści, których nie da się umiejscowić na osi czasu – ot kolejne, zamknięte epizody barwnego życia Logana. Nieco gorzej wypadają według mnie przypadają próby nawiązania do dawnych przygód Wolverine’a – rozumiem, czemu mają służyć takie wstawki, ale w ostatecznym rozrachunku nie ma w tym właściwie żadnej różnicy poza zakomunikowaniem, że scenarzysta stara się dodać swoje trzy grosze do oficjalnego kanonu.
 
Jest także grupa twórców, którzy oprócz samej sieczki przy wykorzystaniu szponów, kul, noży, mieczy i wszelkiej maści innego typu uzbrojenia, stara się przekazać coś jeszcze. Próby pogłębienia psychiki czy zrozumienia emocji Logana wypadają dobrze, a nawet bardzo dobrze. W tym wypadku na pierwszy plan wysuwa się „Trzydziestu dwóch wojowników i złamane serce”, „Zwierzęca Furia” (scen. Saladin Ahmed, rys. Kev Walker) oraz otwierająca tom historia „Ich własne bestie” (scen. Jerry Duggan, rys. Adam Kubert). Oczywiście, nie są to opowieści redefiniujące Logana, ale raczej statuujące jego najbardziej intrygujące cechy jego charakteru – poczucie o potrzebie odseparowania od siebie ludzi, na których mu zależy dla ich dobra, dążenie do opanowania zwierzęcych instynktów czy determinacja w zachowaniu człowieczeństwa pomimo przemocy jakiej doświadczał – oraz stanowiące ciekawe studium konsekwencji, jakie może rodzić dla niego samego i innych ludzi.
 
Największa siła omawianej antologii leży właśnie w tej warstwie filozoficzno – egzystencjalnej wszystkich, opowiadanych historii. Wnioski jakie płyną z tych opowieści nie są bowiem jednoznacznie pozytywne – mamy bowiem do czynienia z losami jedynego w swoim rodzaju bohatera, który pomimo albo dobrych chęci, albo braku jakiegokolwiek zainteresowania czy nawet wbrew własnym intencjom, musi stawić czoła kolejnym, potwornym wyzwaniom. Powyższe opowieści składają się na obraz skomplikowanego, niepozbawionego wad człowieka, który wbrew pożodze i śmierci jaką po sobie pozostawia stara się znaleźć w zadawanej i otrzymywanej przemocy choćby odrobinę sensu czy większego celu. „Wolverine: czerń, biel i krew” to antologia historii o mutancie zmagającym się z własnymi demonami i brnącym ku choćby odrobinie dobra, czy to w postaci uratowania życia przypadkowemu dziecku, czy wyciągnięcia z tarapatów całej populacji pierwotnych istot.

Jakub Stępień

Wolverine: Czerń, biel i krew
Scenariusz: Gerry Duggan, Matthew Rosenberg, Declan Shalvey, Vita Ayala, Saladin Ahmed, Chris Claremont, John Ridley, Donny Cates, Jed Mackay, Kelly Thompson, Ed Brisson, Steven S. Deknight
Rysunki: Steve Epting, Andy Kubert, Joshua Cassara, Declan Shalvey, Greg Land, Jay Leisten, Kev Walker, Salvador Larroca, Jorge Fornés, Chris Bachalo, Jesús Saíz, Khary Randolph, Leonard Kirk, Paulo Siqueira, Oren Junior
Kolory: Frank Martin, Guru-Efx, Frank D'Armata, Andres Mossa
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Liczba stron: 152
cena okładkowa: 65 zł

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2021 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.