Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "The Incredible Hulk" - Volf

RECENZJA FILMU THE INCREDIBLE HULK

Do dziś pamiętam, jak jako trzynastolatek niecierpliwie wyczekiwałem premiery Hulka w reżyserii Anga Lee. Komiksów o zielonym gigancie wtedy nie czytywałem, ale "sałatę" lubiłem z emitowanego wtedy w telewizji serialu animowanego, w którym to główne skrzypce grała sentencja "Hulk niszczyć" oraz czynności w mniej lub bardziej bezpośredni sposób z nią związane. Tym bardziej rozczarowany byłem, gdy już siedząc w sali kinowej, z natchos i colą w dłoniach, okazało się, że w samym filmie miażdżenia jest tyle, co kot napłakał, a zamiast tego dwie godziny życia upłynęły mi na oglądaniu pseudo-ckliwego pseudo-dramatu, który z każdą kolejną minutą stawał się coraz mniej zrozumiały dla umysłu młodego trzynastolatka, aż po wielki finał, którego już mój młody, zwichrowany umysł nawet nie próbował pojąć.

Na szczęście, przy drugim podejściu do przeniesienia na ekrany kin historii Bruce’a "Hulk smash puny humans!" Bannera autorzy postanowili skupić się nie na poczwórnej głębi umysłu nerdowatego naukowca, a na tym, za co Niesamowitego Hulka wszyscy lubią najbardziej – na miażdżeniu, niszczeniu, rozrywaniu, miażdżeniu, rzucaniu i zgniataniu. No i oczywiście na miażdżeniu.

Skupiono się na tym tak bardzo, że w zasadzie film zaczyna się od środka – tego, w jaki sposób Bruce Banner stał się zielonym potworem, kogo lubi, a kto go nie lubi i zamierza mu zrobić kuku, dowiadujemy się w pierwszych kilku minutach seansu, w trakcie których wraz z napisami początkowymi przez ekran przewijają się przebłyski wydarzeń, jakie doprowadziły do aktualnej sytuacji Bannera. A aktualna sytuacja jest taka, że ten, uciekając przed wojskiem chcącym użyć jego niecodziennej napromieniowanej krwi do stworzenia armii super-hiper żołnierzy (bo super żołnierzy już mają), schronił się gdzieś w Brazylii. Tam, w wolnych chwilach między pracą w fabryce napojów, stara się on nauczyć panować nad swoim gniewem, będącym bezpośrednią przyczyną przemian w ograniczone umysłowo monstrum o niewyobrażalnej sile oraz koresponduje z tajemniczym naukowcem o pseudonimie Mr. Blue, który pomaga mu odnaleźć antidotum na syndrom dwumetrowego-zielonego-niezniszczalnego-półgłówka-niszczącego-wszystko-co-znajdzie-się-w-pobliżu. Sielanka jednak długo nie trwa i żeby film zbyt nudny nie był, już po kilkunastu minutach wstępu następuje SMASH!, w którym oddział wyszkolonych komandosów dowiaduje się paru nowych praw rządzących światem (lekcja pierwsza – jak coś jest zielone, to jest kuloodporne. Lekcja druga – jak coś jest kuloodporne, to może z łatwością rzucać kilkutonowymi kontenerami. Lekcja trzecia – Hulk smash puny humans. Zawsze.), a niejaki Emil Blonsky wynajduje sobie powód, żeby przez resztę filmu uganiać się za Hulkiem i uprzykrzać mu życie. Dalej robi się tylko ciekawiej – akcja przenosi się do Stanów Zjednoczonych, armia ciągle depcze Bruce’owi po piętach, Blonsky bierze coraz silniejsze sterydy, a w całość mieszają się jeszcze miłość życia Bannera, Betty Rose, oraz jej ojczulek, generał Thaddeus Ross, podobnie jak Blonsky zdeterminowany do złapania swego niedoszłego zięcia.

Film jest wypełniony akcją. Spokojniejsze momenty są jedynie wiązaniami popychającymi wydarzenia do przodu i nieuchronnie zmierzającymi do kolejnej wielkiej batalii z Zielonym w roli głównej. Na szczęście nie zostały one potraktowane po macoszemu. Wszystko jest logicznie powiązane ze sobą, każdy wątek w jasny i klarowny sposób prowadzi do następnego, nie ma tutaj nieścisłości ani elementów wciśniętych na siłę. Do tego dochodzi naprawdę świetna gra aktorska. Edward Norton fenomenalnie zagrał Bruce’a Bannera, moim zdaniem tylko w niewielkim stopniu ustępując kreacji Tony’ego Starka w wykonaniu Roberta Downey’a Juniora, która to pozostaje absolutnym fenomenem. Tim Roth grający Emila Blonsky’ego za to moim zdaniem zdeklasował wszelkich innych złoczyńców znanych z pozostałych ekranizacji Marvela, to najbardziej "żywy" z przeciwników, z jakimi musieli się mierzyć zekranizowani bohaterowie tego uniwersum. Pochwały należą się także Williamowi Hurtowi, którego generał Ross jest wręcz kalką postaci znanej z komiksu. Na tym tle nieco odstaje Liv Tyler grająca główną rolę kobiecą, ale jest to wyróżnianie się na zasadzie "bardzo dobra wśród wybitnych".

Prawdziwym daniem głównym są jednak, jak już wspomniałem, walki. Wysoki poziom efektów specjalnych to już w zasadzie norma w takich produkcjach, więc nie ma sensu się nad nimi rozpisywać, wystarczy rzec, że Hulk wygląda tak, jak wyglądać powinien, a taniec zniszczenia w jego wykonaniu wygląda jak najbardziej wiarygodnie. Pochwalić za to należy choreografię "smashy". Przede wszystkim, każda z trzech znajdujących się w filmie walk Hulka dość znacznie różni się od pozostałych. Pierwsza przypomina nieco sceny z horrorów science-fiction, w których oddział komandosów walczy wśród mroku z tajemniczą istotą, której nie potrafi zatrzymać. Druga to radosna parada wybuchów, w której Hulk staje naprzeciw armii w całej swej okazałości. Trzecia, finałowa, to wreszcie pojedynek jeden na jeden z kimś równym Hulkowi, walka, z której aż kipi epickością. Wszystkie batalie łączy też jedno – autorzy zrobili wszystko, aby je jak najbardziej urozmaicić i aby nie ograniczały się do standardowego "Hulk łapie samochód, Hulk rzuca samochodem w helikopter". Szczególnie uśmiech na mojej twarzy wzbudziło robienie sobie metalowych pięści z samochodu – ruch ten był jednym z moich ulubionych w grze Incredible Hulk: Ultimate Destruction.

Nie mogło także zabraknąć puszczania oka do fanów komiksu, choć tego jest jakby mniej niż w Iron Manie, być może przez to, że klimat filmu jest jednak cięższy i nie ma tu miejsca na ciągłe gagi. Ale swój występ zaliczył już standardowo Stan Lee, program superżołnierza też jakoś tak brzmi znajomo. W końcu też ktoś postanowił wyjaśnić, dlaczego spodnie Bruce’a nie pękają w trakcie przemiany w bądź co bądź kilka razy szerszego Hulka. Najlepsze i tak, podobnie jak w Iron Manie, dostajemy dopiero na koniec. W tym wypadku jest to gościnny występ samego Roberta Downey’a Jr. aka Tony’ego Starka, który dorzuca kolejną cegiełkę do tego, co już w ciągu kilku lat powinno przerodzić się w pełnometrażowy film o Avengers.

Muzyka prezentuje raczej przeciętny poziom. Przez cały film pełni jedynie funkcję tła, ani przez chwilę nie wybija się na pierwszy plan i nie stara się zdominować obrazu. Soundtrack z filmu raczej wielu amatorów więc nie odnajdzie.

Czy więc warto Incredible Hulka obejrzeć? No cóż, to zależy, czego oczekujemy od seansu. Jeśli ktoś jest amatorem efektownym walk, które wciskają w fotel i zapierają dech w piersiach, to warto. Jeśli ktoś po prostu jest fanem komiksowego olbrzyma i chce zobaczyć swojego ulubieńca na dużym ekranie, to też się nie zawiedzie. Jeśli jednak komuś zależy na ambitniejszym widowisku, to może sobie film odpuścić. Świetne aktorstwo i logicznie poprowadzony scenariusz bynajmniej nie zmieniają faktu, że jest to jeszcze jedno widowisko dla amerykańskich nastolatków, którego siła tkwi w walkach i kosztujących miliony dolarów efektach specjalnych, którego scenariusz jest od początku do końca przewidywalny, a cała reszta to tylko dodatkowe smaczki. Ale takie filmy też są potrzebne, szczególnie, jeśli realizowane są na tak wysokim poziomie. Najważniejsze, że udało się naprawić kinowy wizerunek Hulka, tak bardzo nadszarpnięty przez poprzednią ekranizację.

Autor: Volf
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.