Avalon » Publicystyka » Artykuł

Living Tribunal #43 - World War Hulk TPB

wwh.jpgWorld War Hulk TPB

Scenariusz: Greg Pak
Rysunki: John Romita Jr.
Okładka: David Finch
Liczba stron: 224
Cena: $24,99
Zawiera: World War Hulk #1-5


Crov: Nigdy nie byłem wielkim fanem Hulka. Doceniałem, lubiłem, ale nie czytałem go regularnie. Ba, do dziś nie zdążyłem zapoznać się jeszcze z całym „złotym wiekiem”, czyli czasami, w których pisał go Peter David, nie ruszyłem też Hulka z czasów działalności Bruce’a Jonesa. Miałem dużo rzeczy do nadrobienia i odkładałem serie o tym bohaterze na potem. Aż pojawił się Greg Pak.
Greg Pak wszedł do mojego saloonu niczym John Wayne czy Clint Eastwood - i rzucił mi wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Planet Hulk”. Przeczytanie początku zmusiło mnie nawet do zakupu paru pierwszych numerów tej historii w zeszytach, ale Pak na tym nie poprzestał. Niczym Punisher w najnowszej wersji swych przygód powiedział mi: „To dopiero początek”.

Nie było może tak, że kiedy usłyszałem nazwisko Grega, od razu sięgnąłem po nowego Hulka, to akurat było raczej dziełem przypadku. Do dziś nie pamiętam, jak to się stało – może zwyczajnie postanowiłem sprawdzić „co tam u Hulka”? A jeśli ktoś nie wie, „co tam u Hulka”, niech słucha uważnie, bo nie będę powtarzać: grupa superbohaterów rozmyślająca o przyszłości ichniej superbohaterskiej społeczności w superbohaterskiej tajemnicy przed resztą superbohaterów (czyt. „Illuminati” w składzie: Iron Man [miotacz], Reed Richards [chłopiec od podawania kijów], Charles Xavier [bramkarz], Black Bolt [wokalista], Dr. Strange [kierowca]) postanowiła kopnąć Hulka tak, żeby poleciał aż na Księżyc. Niestety, jako że Black Bolt nie chciał go na Księżycu, wybrali mu inną miejscówę, na którą - koniec końców – Zielony Gigant też nie trafił. Znalazł się za to na jakieś planecie rządzonej przez imperatora, który wyraźnie prosił się o to, żeby dostać kopa (dumbass!). Jak się okazało – o dziwo – kopanie, bicie, szarpanie i cięcie to rzeczy Hulkowi najbliższe i tak też nasz zielonoskóry okazał się być wielkim wyzwolicielem - a w końcu także i władcą - planety Sakaar. Niestety, statek, którym Hulk przybył na tego pięknego przedstawiciela gatunku ciał niebieskich, eksplodował w najmniej oczekiwanym momencie, odsyłając małżonkę zawierającą nienarodzonego, zielonego dzidziusia, do krainy wiecznych łowów. Razem z zebraną do tej pory kompanią, wdowiec postanowił zrobić to, w czym jest najlepszy, a to, w czym jest najlepszy, wcale nie jest ładne! Wielkolud wrócił na Ziemię w celu skopania swoich dawnych kumpli, gdyż to ich obarczał winą za śmierć małżonki.

I tu zaczyna się zabawa.

Przez pięć numerów dostajemy nieustanną akcję, w której - mówiąc zwięźle – Hulk miażdży. Miażdży, łamie, wyrywa, tnie... Pokazuje, że drugie stadium żałoby nie jest mu obce, czyli to samo, co zawsze tylko na większą skalę. Całe szczęście Pak wie, że nie można bić Hulkiem wszystkich superbohaterów w Marvelu przez pięć numerów i daje nam odpocząć. Tu jakaś dłuższa rozmowa, próba negocjacji, a potem znów łupanie po łbach i jakiś zwrot akcji – jeden czy dwa. Niestety, nie masz co oczekiwać, drogi czytelniku, większych zaskoczeń czy doznań innych niż wizualne (o tym za chwilę). Jest, co prawda, próba wejścia w psychikę Zielonego Goliata, ale to zaledwie prześliźnięcie się po gniewie i smutku głównego bohatera w sposób, którego możemy oczekiwać od typowego, wakacyjnego filmu akcji. Nie jest to zarzut – World War Hulk nie próbuje udawać niczego innego niż jest. To oczywiście komiks czysto rozrywkowy, stosunkowo brutalny i bez głupich czy infantylnych motywów.

Wracając do doznań wizualnych. John Romita junior, którego osobiście lubię (jako rysownika, a i jako człowiek wydaje się być sympatyczny), tutaj akurat nie pokazuje niczego dobrego. Po części to wina kolorysty i tuszownika, którzy po prostu się nie postarali, ale sam JRJR zdaje się tu zbytnio śpieszyć, rysując często okropnie uproszczone i zwyczajnie brzydkie postaci. Kolory wyglądają zwykle strasznie ponuro, co może być zgodne z zamysłem artystycznym, ale z pewnością nie jest przyjemne dla oka. Bywa, że otoczenie zlewa się z postaciami w nieciekawą, szarawą papkę – zwłaszcza w początkowych numerach. A może to zwyczajnie złe odczucia, które wynikają z nieciekawego połączenia rysunków, tuszu i kolorów? Tak czy siak, graficznie prezentuje się to przeciętnie.

"WWH" reklamowane było jako wielkie wydarzenie, podobne do „Civil War” albo obecnego „Secret Invasion”, ale czytając, nie sposób nie spostrzec, że brakuje mu mocy i pomysłu dwóch wymienionych historii. Hulkowa Wojna Światowa nie ma też wpływu na całe uniwersum, jaki miało ot choćby „Civil War”, i dotyczy jedynie świata Hulka. Czy warto mieć ten komiks w swojej kolekcji? Fan Hulka zapewne już go nabył, a przeciętny fan Marvela? Spokojnie może odpuścić i wydać pieniądze na lepsze rzeczy wydane przez nich.


redevil: Greg Pak to scenarzysta, który ostro namieszał w życiu Hulka. Jest to także pan, który stworzył jedną z najciekawszych historii o jadeitowym potworze - "Planet Hulk". Opisywana dziś "World War Hulk" jest jej bezpośrednią kontynuacją.

Wszyscy wiemy, jak skończyło się wygnanie Hulka na planetę Sakaar (kto jest jeszcze nieświadomy, niech żałuje) i w miniserii "WWH" zielony potwór wraca, żeby zemścić się na ludziach odpowiedzialnych za jego cierpienie. Historia zyskała miano crossoveru przez jeden detal - obiektem zemsty Hulką są: Sorcerer Supreme Stephen Strange, lider Fantastic Four Reed Richards, władca Inhumans Balck Bolt, a także dyrektor S.H.I.E.L.D. Tony "Iron Man" Stark.

Miniseria zaczyna się od mocnego uderzenia. W drodze na Ziemię Hulk odwiedza Księżyc, gdzie stawia czoła Black Boltowi. Sama scena i słowa, jakie wypowiada Hulk pod adresem Inhumana, są jednymi z najlepszych, jakie czytałem w mainstreamowym komiksie - fanboy uwięziony we mnie piał z zachwytu. Następnie historia nie traci swojego impetu - Hulk ląduje na Ziemi i wyjawia całej ludzkości cel swojej wizyty: chce, żeby winni jego tragedii, poddali mu się. Jak łatwo się domyślić, Illuminati nie kapitulują i wywiązuje się walka. Tu zaczynają się zgrzyty. Nie w historii, ale w polityce Marvela. Ukoronowaniem zemsty zielonego byłaby śmierć przeciwników - logiczna, poruszająca i otwierająca nowy rozdział w historii wydawnictwa. Nikt jednak nie pozwolił Pakowi zabić tylu znanych herosów Marvela, ba - nie pozwolił mu zabić nikogo! Dlatego czytając kolejne karty komiku, wiemy, że winni całego zamieszania ujdą z życiem, a Hulk zostanie pokonany. Dlatego końcówka minserii jest dość przeciętna i niemal całkowicie przewidywalna. Ratują ją dwa fakty. Pierwszy: "WWH" jest dopiero drugą częścią trylogii. Nadzieja - na godne zakończenie - tli się we mnie. Drugi fakt: jako dobry scenarzysta Pak na sam koniec nie zaserwował nam jedynie odgrzewanego kotleta i wplótł w scenariusz prawdziwe, wzruszające zakończenie, w którym zgrabnie udało mu się pominąć Illuminati. Aby docenić jego wagę, należałoby się zapoznać z wcześniejszymi przygodami Hulka.

Sama historia prowadzona jest w dość szybkim tempie, dużo w niej monumentalnych walk, które nie sprawiają wrażenia wymuszonych - świetne dialogi postaci drugoplanowych także pomagają w czytaniu. Najjaśniejszym punktem trejda jest jednak sam Hulk. Widzieliśmy go do tej pory wielokrotnie jako złego, szukającego zemsty, niszczącego wszystko na swojej drodze potwora. Tu po raz pierwszy widzimy go zrezygnowanego: wyraźnie za jego gniewem nie czai się już nic prócz rezygnacji - i to zarówno u Hulka, jak i Bannera.

Historia jest częścią całego crossoveru ("World War Hulk", a jakże), a "WWH" stanowi jej centralną część i jest całkowicie zrozumiała bez potrzeby zaznajomienia się z innymi komiksami.

Rysunki Johna Romity młodszego świetnie oddają klimat serii. Rysownik raczy nas kilkoma przepięknymi kadrami i utrzymuje resztę komiksu na wysokim poziomie. Bardzo dobrze udaje mu się oddać wiele pojedynków, podczas których w każdym kadrze poświęconym wymianie ciosów maksymalnie stara się przekazać ich dynamikę. Szczególnie dużo zyskuje w jego wykonaniu Thaddeus Ross i główny bohater historii - Hulk. Moja ocena 8/10.


Black Bolt: Ta miniseria, jak sam tytuł wskazuje, to główny trzon całego crossa. A kryjąca się wewnątrz niej historia jest dość prosta, ale i zarazem chwytliwa. Oto wściekły Hulk powraca na Ziemię, aby wymierzyć sprawiedliwość Illuminati, których obwinia za całe zło, jakie spotkało go na planecie Sakaar. Tyle tylko, że tym razem zielony olbrzym po raz pierwszy od dawna nie jest sam. Za sobą ma tysiące oddanych podwładnych, wierne Przymierze oraz ludzi, którzy nigdy w niego nie zwątpili. Warto też wspomnieć, że napompowany potwornym gniewem, jest silniejszy niż kiedykolwiek. Po krótkim, ale miażdżącym wstępie, pięknej narracji nawiązującej do Planet Hulk, która właściwie ciągnie się aż do ostatniego numeru, i dwudziestoczterogodzinnym ultimatum, w końcu rozpoczyna się prawdziwa akcja. Hulkster biega po Nowym Yorku i tłucze każdego kto stanie mu na drodze, a wielcy uniwersum Marvela padają, jeden po drugim. Illuminati polegli, jak i cała społeczność superbohaterska. Black Boltowi dostało się jako pierwszemu, choć całkiem możliwe, że był to Skrull podszywający się pod niego, Iron Man został obdarty z godności i swej zbroi, doktor Strange omal nie zaprzedał swej duszy i skończył ze zmiażdżonymi dłońmi, a Mr. Fantastic nie mógł się nawet równać z potęgą zielonego olbrzyma. Hulk coraz bardziej zatracał się w swym gniewie tracąc kontrolę nad całą inwazją. Aż w końcu doszło do ostatniego starcia, z Sentrym. Ono również zakończyło się zwycięstwem zielonego olbrzyma, ale spowodowało, że powrócił on do formy Bannera i w końcu się uspokoił. I gdy wydawało się, że to już koniec, wtedy otrzymujemy nagły zwrot akcji. Rick Jones, największy przyjaciel Hulka, pada ciężko ranny na ziemię, Miek wyjawia, że mógł powstrzymać całą tragedię, jaka miała miejsce na Sakaar, zielony olbrzym szaleje ze wściekłości, a cała planeta drży w swych fasadach. Na szczęście Bannerowi wystarczyło sił i samokontroli, aby się powstrzymać i poddać, i po raz kolejny okazało się, że większy z niego bohater niż potwór.

Jeśli chodzi o rysunki, to nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem Romity młodszego, ale to co tu ujrzałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jego kreska idealnie pasuje do WWH, jest prosta i dynamiczna, tak jak i cała historia, a do tego te liczne kadry na całą stronę. Ach, szkoda gadać, to trzeba zobaczyć.

World War Hulk to miniseria kompletna. Świetny scenariusz i jeszcze lepsze rysunki. Komiksy są wręcz przepełnione scenami, które śmiało można nazwać kultowymi i spodziewać się, że zapadną one każdemu czytelnikowi na długo w pamięci. I nie ma się tu co doszukiwać jakiś głębszych przemyśleń. To po prostu akcja, akcja i jeszcze raz akcja, która ma na celu raz na zawsze pokazać, kto jest najsilniejszy w uniwersum Marvela. Rozrywka w najlepszym wydaniu. Polecam.

 

LTneutral.jpg

 

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.