Avalon » Publicystyka » Artykuł

Gwiezdny fan w czasach hejtu

Od wielu lat – jeśli dobrze liczę to koło dwudziestu – jestem wielbicielem najsłynniejszej kosmicznej sagi. Chodząc do szkoły podstawowej w wolnym czasie zaczytywałem się w kolejnych przygodach dzielnych rycerzy Jedi, przemytników, łowców nagród i tak dalej, i tak dalej. Wystarczy powiedzieć, że Gwiezdne Wojny stały się pewnym stałym elementem mojego życia, tak jak milionów ludzi na całym świecie.

Jako polscy fani Gwiezdnych Wojen, po obejrzeniu pierwszej trylogii na wielkich ekranach mogliśmy pobudzać swoją wyobraźnię czytając książki osadzone w tym uniwersum już od 1994 roku, kiedy to wydawnictwo Amber zaczęło podbijać rynek wydawniczy tytułami o Rebelii, Imperium, Republice, zakonie Jedi i Sithach. Pierwszym tytułem, jaki było nam dane przeczytać był Dziedzic Imperium, pierwsza część kultowej trylogii Thrawna autorstwa Timothy'ego Zahna. Rok później przyszła pora na drugą i trzecią część tej trylogii oraz dwa kolejne tytuły: Pakt na Bakurze i Ślub księżniczki Leii. I że tak powiem, jakoś powoli się to kręciło, kolejne lata przynosiły jeszcze więcej nowych serii, ale też pare wznowień.

Przez około dwadzieścia lat, wydawnictwo Amber zapewniało nam niesamowitą przygodę u boku ulubionych bohaterów najsłynniejszej gwiezdnej sagi. I pewnie gdyby Internet i wirtualne życie były na tak wysokim poziomie jak obecnie, to pewnie hejt też by momentami spływał na Amber. Bo i dlaczego miało by im się upiec? Też im się zdarzały opóźnienia no i momentami tłumacze też dawali mniejszą czy większą plamę. Bo przecież jest różnica między Czarnym Lordem a Mrocznym Lordem, "prawdziwego" fana to powinno razić w oczy. W Labiryncie zła pojawia się seismic tank, co zdaniem tłumacza jest zbiornikiem sejsmicznym a nie pojazdem używanym przez Separatystów. No i nieszczęsny Rogue Squadron tłumaczony jako Eskadra Rogue, Eskadra Łobuzów czy Eskadra Hultajów. W Ślubie księżniczki Leii zamiast o wojnach klonów czytamy o wojnach klonowych. A, no i nasz najukochańszy gwiezdny szmelc, czyli Tysiącletni Sokół. W Szlaku przeznaczenia zamiast X-wingów mamy 'czteroskrzydłowce', zamiast A-wingów mamy 'maszyny w kształcie ściętego klina' a B-wingi to 'ciężkie myśliwce'. W Pakcie na Bakurze czytamy o gdakającym R2-D2. No i jeszcze w którejś książce dowiedzieliśmy się, że 'cesarz' rozwiązał senat. Generalnie Amber dawał nam powody do mniejszego lub większego narzekania. Ale nie było wtedy fejsbuków i innych portali społecznościowych, gdzie ludzie mogli wylewać swoje pomyje. Owszem, był jeden z większych portali poświęconych Gwiezdnym Wojnom i zdarzało się, że na forum ktoś coś tam przebąkiwał. Mam wrażenie, że skala tego była jednak dużo mniejsza.


No niestety, dzisiejsze czasy to czas „miecza i topora […] Czas Szaleństwa i Czas Pogardy”1 i z hejtem spotykamy się niemal na każdym kroku. Czy to w Internecie czy też w telewizji albo nawet i w kontakcie z ludzmi w świecie rzeczywistym. Jednak nie ma co się rozwodzić nad tym zjawiskiem, bo niestety – spójrzmy prawdzie w oczy – tak łatwo hejtu się nie pozbędziemy. Składa się na niego wiele czynników i przed nami, jako społeczeństwem, długa droga aby to wszystko naprawić. Nie raz widziałem w sieci komentarze o generalnym wydźwięku, że Amber to był cacy, a Uroboros jest ble. I mnie to kurczę – żeby nie powiedzieć dosadniej – bardzo denerwuje i boli. Po co te pomyje? Statystycznie polski hejter to mężczyzna w wieku od 16 do 24 lat. Większość osób hejtujących Uroboros idealnie wpasowuje się w ten wiek. No a taki czytelnik przecież nie do końca wie, jakie były perypetie z wydawnictwem Amber. 

Ale umówmy się, i jeden i drugi wydawca nie ma na swym koncie aż tak wielu, nazwijmy to wpadek. W prypadku Uroboros najgłośniej było o książce Phasma i brakujących stronach. Pozwolę tu sobie przytoczyć słów kilka z artykułu zamieszczonego na portalu reb1scum.com:

Dziś Uroboros wydał oficjalne oświadczenie, odnosząc się do sprawy i wychodząc naprzeciw czytelnikom, którzy zdążyli już zakupić egzemplarz tytułu. Trzeba przyznać, że wydawnictwo zachowało się w tej sytuacji honorowo, gdyż w związku z pomyłką postanowiono naprawić błąd i zaproponowano klientom nieodpłatny przedruk wadliwych egzemplarzy książek oraz 30% zniżki na zakupy w sklepie gwfoksal.pl (niezależnie od tego, czy posiadacie paragon na egzemplarz Phasmy, czy nie). Wystarczy, że wyślecie książkę na adres wydawnictwa podany w oświadczeniu, a wróci ona do Was z pełną treścią2

Nieco podobna sytuacja miała miejsce w 2009 roku, kiedy to Amber wydał książkę Komandosi Republiki: Prawdziwe barwy, w których brakowało jedenastego rozdziału. Co w takiej sytuacji zrobiło tak chwalone przez hejterów wydawnictwo? Odpisało jednemu fanowi na maila i przekazało informację, że na taki i taki adres można pisać, aby dostać ten rozdział w pliku PDF. Dopiero kilka tygodni po premierze pojawiła się dłuższa wypowiedź ze strony wydawnictwa i informacja o wymianie wadliwych egzemplarzy. Fakt, oba wydawnictwa zachowały się fair, ale to jednak Uroboros z miejsca przyznał się do błędu i wyszedł czytelnikom naprzeciw. W przypadku Prawdziwych barw dopiero mail od fana uruchomił całą procedurę. 


Ale zaraz, zaraz, pochylmy się nad jedną ważną kwestią. Bo niektórzy wytykają, że „za Amberu to było dobrze, a teraz to panie...”. No owszem, było dobrze, nie powiem, że nie. Sam chętnie kupowałem ich książki i miałem frajdę z czytania. Jednak... no właśnie, zastanówmy się, DLACZEGO Amber już nie ma praw do gwiezdnowojennej licencji? Ostatnią ich książką był „Kenobi” wydany w 2014 roku. Od tamtego czasu, fani nie doczekali się żadnej nowej pozycji. No i raczej próżno było doszukiwać się informacji o tym co się dzieje. Dopiero prawie rok później, Amber poinformował, że nie udało im się dojść do porozumienia z przedstawicielami The Walt Disney Company – obecnego właściciela licencji. I w sumie nawet nie wiem czy gdzieś pojawiło się oficjalne oświadczenie, bo szybki risercz doprowadził mnie jedynie do screena z facebookowej rozmowy3

Jednak grzebiąc na forum star-wars.pl znalazłem kilka ciekawych wpisów:

Faktem jest, że sprzedaż spada, ale tu przyczyn jest co najmniej kilka. Pierwsza rzecz, to oczywiście same książki, tu jest różnie, wielotomowe serie, gubiące głównych bohaterów, wymagające wiedzy i często dość średnie, nie są zbyt dobrym materiałem by przyciągnąć nowych fanów. Wręcz przeciwnie, raczej odstraszają i nie dziwię się.”

„Dla mnie najbardziej denerwującą cechą Amberu jest to, że prawie nie ma wznowień. Nie ma mowy o znalezieniu w księgarnich chociażby nowelizacji starej trylogii, lub powieści bezpośrednio z nią związanych (np. "Cienie Imperium"). To zniechęca potencjalnych fanów, bo zamiast znanych z filmów bohaterów czytają o zupełnie nowych postaciach, często nie rozumiejąc o co chodzi” 

„Problem polega w tym, na ile prawdopodobne jest przejęcie licencji przez innego polskiego wydawcę?”

Naprzeciw fanow wyszło włąśnie wydawnictwo Uroboros wydając ponownie Trylogię Thrawna. Nowy przekład, nowa okładka, nowy format. Jak dla mnie bomba, bo akurat swoją amberową trylogię komuś pożyczyłem i tyle ją widziałem. Kupiłem z miejsca uroborosowe wydanie. Na wydawnictwo non stop wylewano wiadra pomyj, bo "po co komu wznowienia".  No to już mówię: nie każdy starszy czytelnik zdołał kupić wszystkie książki z legend a teraz może ich albo nie kupować, albo płacić np. 100 zł za sztukę. Za sprawą najnowszej trylogii i wydawanych przez Egmont komiksów pojawili się też nowi fani Gwiezdnych Wojen, którzy może i by chcieli przeczytać starsze tytuły o ulubionych bohaterach ale ich nie kupią bo ich nie ma albo kosztują tyle, że ho ho. Sprawdziłem na portalach aukcyjnych i na przykład: duologia Medstar jest na dwóch aukcjach, za 237,99 i 414 zł z wysyłką. No, przyznacie sami, cena bagatelnie niska i nic tylko kupować! „Darth Plagueis” znajdzie się od 51,30 zł do 88,79 zł z wysyłką. Z kolei stare wydanie Trylogii Thrawna można wylicytować i na dzień 20 lutego, cena wynosi 265 zł. „Posłuszeństwo” można kupić i za 48 zł i za 99 zł. Trylogia Heretyk Mocy jest i za 514 zł z wysyłką. No baja! Owszem, nie mówię, że wydawnictwo powinno skupiać się tylko na wznowieniach starych tytułów, tylko wydawać także bieżące tytuły.

A właśnie, bieżące. Tu cytat z uroborosowego profilu, post dotyczący zapowiedzi jednej z nowszych powieści z uniwersum, Thrawn: Sojusze: „Przypominam też książkę o Ahsoce, która wyszła chyba ze 2 albo i 3 lata po premierze w USA XD”. Bo Amber to zawsze wydawał na drugi dzień... Nie wspominając już o ich pierwszych publikacjach z tego świata, wspomniane Prawdziwe barwy w USA pojawiły się w 2007 roku a u nas w 2009 roku. „Ręka sprawiedliwości” w Stanach 2011 u nas 2013 rok. No rzeczywiście... Uroboros zły, Uroboros niedobry... AleOstatni strzał wydał niecały rok po premierze w Stanach.


Wspominałem, że Amber się nie dogadał z Disneyem. Uroboros się dogadał i ruszyli z wydawaniem książek. I super! Dopinguję ich z całego serca i liczę, że będą wydawali kolejne tytuły, zarówno z legend jak i nowego kanonu. Jednak... no właśnie, jest pewien niewielki, tyci-tyci, maniuni problem. I to problem, o którym zwykły, szary wyjadacz... znaczy czytelnik nie zdaje sobie chyba za bardzo sprawy. To nie jest tak, że Uroboros wysyła maila do Disneya i pisze „Disney, chcemy wydać "Thrawn Ascendancy: Chaos Rising" i to już”, a Myszka Miki odpisuje po sekundzie: „OK”. No nie, niestety to tak nie działa, chociaż wszyscy byśmy tego chcieli. Disney jak każdy inny właściciel praw do licencji ma w rękach wszystkie karty, i to on decyduje, co i jak. Wystarczy spojrzeć na Egmont wydający komiksy Marvela, mając to ograniczenie, że nie mogą wydawać komiksów z około 2-3 ostatnich lat. Generalnie, upraszczając: wydawnictwo, podpisując kontrakt na wydawanie tytułów Star Wars przez jakiś okres, czyli licencję na wydawanie książek danej marki, dostaje pewnie określoną listę tytułów, które obejmuje kontrakt podpisany, powiedzmy, rok czy dwa lata temu. Na tej liście jest powiedzmy dwadzieścia konkretnych tytułów, które już w Stanach się ukazały. Powiedzmy, że jest tam legendarna trylogia Thrawna, kanoniczna trylogia Thrawna, trylogia Bane'a, „Ślub Księżniczki Lei” i seria Komadosi Republiki / Imperium. W chwili gdy w Stanach wychodzi książkowa adaptacja „Skywalker. Odrodzenie”, Uroboros prawdopodobnie nie może go wydać nie dlatego, że jest zły, nie lubi fanów i chce im zrobić na złość, ale dlatego, że ten tytuł nie jest uwzględniony w kontrakcie i nie jest zaakceptowany przez Disneya, bo w momencie podpisywania kontraktu W Polsce jeszcze nie wiedział, że taki tytuł powstanie. I gdyby polski wydawca dwoił się i troił, stawał na głowie, żeby dogodzić fanom wypisującym w komentarzach pod każdym jednym postem pytania „Kiedy 'Skywalker. Odrodzenie'?”, to tak szybko tej książki nie wyda. Dlaczego? No bo nie może. 

Oczywiście każdy kontrakt można aneksować, ale po pierwsze, jak wszystko w wielkich machinach wydawniczych, tak to też prawdopodobnie trwa długo, a po drugie, łaska fana na pstrym koniu jeździ, więc nawet gdyby fan chciał na już „Skywalker. Odrodzenie” po polsku, to zanim machina zadziała, ukaże się w Stanach kilkanaście nowych tytułów, i znowu powód do hejtowania się znajdzie. No bo czemu dostajemy po wielu miesiącach marudzenia akurat tę książkę, a nie trzy kolejne nowości? 

No i po trzecie wreszcie, albo rybka, albo akwarium. Plan wydawniczy nie jest z gumy. Wydawnictwo Uroboros wydaje nie to, co fani Star Wars by chcieli, ale to, na czym zarabia. To proste. Nawoływanie zatem do bojkotu, ośmieszanie innych książek niestarwarsowych i chamskie pytanie pod każdym postem o innych książkach o daty premier Star Wars odnosi zatem skutek odwrotny do zamierzonego. Więc hejtowanie wydawcy, że nie wydaje na bieżąco tytułów, które pojawiają się u naszych sąsiadów, nie wynika ze złych chęci czy lenistwa. Wynika z ograniczeń nałożonych przez właściciela praw do licencji. Bo sam kontrakt, jak każda umowa, jakieś ograniczenia nakłada na licencjobiorcę. Niestety, sprawa też jest taka, że rynek polski dla Disneya jest po prostu jednym z wielu rynków, a polscy fani nie są na tle innych jacyś wyjątkowi, zwłaszcza że nie stanowią wśród innych jakiejś wyjątkowo dużej grupy, nie są więc traktowani w sposób szczególny, mimo że głośno krzyczą pod każdym postem na fanpejdżu wydawnictwa. Wystarczy spojrzeć na poziom czytelnictwa u nas i u naszych sąsiadów i porównać je na spokojnie. Nasz wydawca nie może podjąć pewnych działań – takich jak chociażby adaptacja projektu okładki do polskiego wydania – bez jego zgody. To też nie jest jakaś wyjątkowa sytuacja, wystarczy spojrzeć na mangowy rynek i problemy niektórych wydawców z akceptacją nawet najmniejszych detali i z wysyłaniem próbnych wydruków do Japonii włącznie. Licencjodawca może zastrzec w kontrakcie wszelkie akceptacje, które też trwają, od ręki nikt tego nie robi. Wydawnictwo prawdopodobnie nie jest niczemu winne, a i tak od hejterów dostaje, za przeproszeniem, zjebę. Bo najprościej opieprzać tego, kto jest pod ręką.

No i tak, osobiście muszę pochwalić wydawnictwo Uroboros za to, że dokładają wszelkich starań aby Gwiezdne Wojny pojawiały się na naszym rynku. Widać, że w wydawnictwie są osoby, które wkładają w to całe serce i chcą, żeby fani byli zadowoleni. Nie wińmy ich za coś, na co – często gęsto – nie mają żadnego wpływu. Korzystajmy, cieszmy się z książek, które dzięki nim możemy czytać. Serio, wielki szacun dla tłumaczy, takich jak Marcin Mortka czy Anna Hikiert-Bereza. Tak czy siak, jestem zadowolony z obecnego wydawcy i apeluję do was, drodzy czytelnicy: nie obrażajcie się, nie hejtujcie dla samego hejtu, więcej zrozumienia i wsparcia dla wydawcy. Pokażcie swoją miłość i uwielbienie do Gwiezdnych Wojen, kupujcie kolejne książki bo to wyniki sprzedaży zadecydują, czy będziemy czytać kolejne powieści z tego bogatego i fantastycznego uniwersum.

"Gwiezdny fan"

__________________________________________________________

1 Andrzej Sapkowski – Krew elfów, wyd. Supernowa
2 https://rebe1scum.com/2018/05/08/uroboros-odnosi-sie-do-kwestii-brakujacych-stron-w-nakladzie-ksiazki-star-wars-phasma/
3 https://images66.fotosik.pl/1000/825acfbcf357bd8dgen.jpg

Grafiki użyte w artykule pochodzą z Facebooka wydawnictwa Uroboros
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.