Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Giant Days tom 7 Bądź dla niego miła, Esther

Susan wraca do domu na święta. Esther próbuje walczyć o lepszy świat. Daisy wierzy, że ktoś włamuje się w nocy do garażu. Wzloty miłosne Deana działają Edowi i McGrawowi na nerwy. Pozornie siódmy tom serii Johna Alisona i Max Sarin to cztery niezwiązane ze sobą historie. Łączy je jednak motyw przewodni. Miłość i jej różne odcienie przewijają się przez wszystkie opowieści. W domu na Susan czeka próba pogodzenia rodziców, których związek wpadł na wyboistą drogę. Daisy czekają pierwsze kłótnie z Ingrid. Dean zdecydowanie nie jest gotowy na poważny związek. Esther jak zawsze szuka sposobu aby połączyć pożyteczne z przyjemnym. I wygląda na to, że Susan i McGraw mogą się znowu schodzić. Nie jest to centralny wątek ale doskonale służy jako spoiwo.

Giant Days zawsze czerpało nieco z opery mydlanej. Nie na tyle aby zatracić swoje korzenie jako komiksowy sitcom, rzecz jasna. Ale w dostatecznym stopniu aby dało się wyczuć, że pewne sceny nie służą opowiedzeniu kolejnych żartów, ale pchają naprzód różne wątki fabularne. To widoczne jest i tutaj, nadając zbiorowi poczucia wewnętrznej ciągłości, którą inaczej można by zatracić przeskakując od jednego epizodu do kolejnego. Niektóre z poruszanych tu wątków powracają do rzeczy, wydawałoby się, dawno pozostawionych z tyłu. Jasne można jeszcze się spodziewać, że relacje Susan i McGrawa, jakkolwiek by ich nie określić, to coś do czego jeszcze wrócimy. Ale wątek Esther mnie zaskoczył. Jej beztroskie podejście do życia powracające aby ugryźć ją w tyłek to coś co widzieliśmy we wczesnych tomach serii. Nie spodziewałem się, że ten element jej charakteru zostanie wyciągnięty z powrotem po tak długim czasie. Alison rozplanował rozwój tych postaci nie jako pokonywanie kolejnych przywar co "rozdział". Ale jako drobno stawiane kroki naprzód.

Jednocześnie jednak zaczynam się zastanawiać jak bardzo aktualna jest jego perspektywa. Najbardziej ten problem jest widoczny w historii z numeru #26, koncentrującej się na Deanie. Poznaje on swoją narzeczoną w nowej, hitowej grze fantasy MMO. Trochę nagina zawieszenie niewiary idea, że na tym rynku miałby nagle pojawić się nowy, wielki hit. World of Warcraft jest taki stary, że sprzedaje nostalgiczne powroty do korzeni. Wojna o wykrojenie sobie kawałka z ciasta MMO zakończyła się. A na polu bitwy pozostali tylko najtwardsi zawodnicy. Jedynym sukcesem ostatnich lat było wydanie na zachodzie Phantasy Star Online 2. Które już miało ogromy fandom. Tymczasem producenci gier ruszyli ku innym typom sieciówek. Trudno mi uwierzyć, że nowe MMO przebije się w erze looter shooterów, hero shooterów, MOBów i Battle Royale. Szczególnie takie, które oferuje powolna satysfakcję z normalnych średniowiecznych zajęć. Przynajmniej święte oburzenie McGrawa na widok nerdów fetyszyzujących ciężką pracę dawnych zawodów było miłe dla oka.

Podobne problemy mam w numerze #27. Skupia się on na Esther znajdującej sobie politycznie zaangażowanych znajomych. I samej próbującej być bardziej aktywną w tej kwestii. Jestem jak najbardziej za krytyką grup walczących o lepsze grup i panujących w nich nastawień. Nawet jeśli, a może własnie dlatego, że sam jestem członkiem tego środowiska. Nie jestem jednak pewien czy ta kwestia nie wymagałaby nieco silniejszego zaadresowania. Silniejszego przynajmniej, niż pozwalają ramy komiksowego sitcomu. Ani czy byłoby to możliwe bez łamania jego formuły by urządzić wykład. Historia jest zakończona w sposób który pozostawia otwarte do interpretacji co właściwie powinniśmy z niej wynieść. Niestety myślę, że większość ludzi uzna, że przesłanie zeszytu wypowiada cyniczna i samolubna Ingrid. I nieważne, że wyraźnie mówi ona z perspektywy własnych tarć z coraz bardziej krytyczną wobec jej stylu życia Daisy. Dla niej postępowi ludzie wymagają od wszystkich doskonałości i nie tolerują nikogo, kto do niej nie dorasta. Wielu ludzi zdaje się nie rozumieć, że walka o jedną dobrą sprawę czy nawet o dziesięć albo sto nie czyni cię wolnym od krytyki. Rozstrzał między "wojownikami o społeczną sprawiedliwość" a ludźmi jak Ingrid jest w nastawieniu nikt komu naprawdę zależy na lepszym jutrze nie jest w tym bo chce się poczuć jak jeden z tych dobrych. Czyny liczą się dla nas bardziej niż myśli. A jeśli ktoś cię za coś krytykuje, nie przekreśla to tego dobrego, co zrobiłeś. Dziwi mnie, że to Ingrid jest tu pokazana jako głos rozsądku. Zwłaszcza, że wiem, że Alison nie pokazuje jej wcale jako pozytywnej siły w życiu Daisy.

A tymczasem prawdziwy morał wydaje się być tuż obok i jest o wiele bardziej skomplikowany. Nie ma etycznej konsumpcji w kapitalizmie. Żyjemy w społeczności pod każdym względem ukształtowanej aby wyciągać od nas każdy grosz. I jednocześnie wyzyskiwać naszą pracę na każdym kroku. Jest niemożliwe aby nie brać w tym udziału o ile nie zostaniesz pustelnikiem jedzącym korzonki gdzieś w górach. Jednak wielu krytyków lewicowych ruchów, a nawet wielu ich członków, nie rozumie, że my nie jesteśmy tu aby osądzać jednostki. Indywidualne zachowania to jedynie symptomy choroby trawiącej społeczeństwo. Prawdziwa walka jest o to aby wyeliminować środowisko w którym są nie tylko normą, co wręcz nagradzane. Oraz systemy które takie środowiska produkują. Esther miałą tego lekcję w tym zeszycie. Bojkot jednej sieci sklepów nie ma znaczenia dla korporacji, która posiada wiele firm. O wiele bardziej efektywne jest uderzenie na poziomie samego prawa, które może wpłynąć na całe korporacje. Oczywiście nawet to jest dość uproszczone podejście do skomplikowanego problemu. Między innymi zachęca do postawy w której nic prócz pełnej rewolucji nie ma znaczenia. Tacy ludzie nie kiwną palcem by powstrzymać współczesne problemy przed pogorszeniem. Status quo jest dla nich i tak nie do przyjęcia i reszta świata może spłonąć byle oni nie musieli czuć, że wybrali mniejsze zło. Co w sumie ironicznie sprowadza nas znowu do podejścia Ingrid. I pokazuje jak skomplikowany problem komiks próbował zaadresować. Bo niestety, prawda jest taka, że walka o lepszy świat JEST skomplikowana. I bardzo niewiele pytań ma proste odpowiedzi. Dlatego tak trudno jest pokazać niuanse tak realistycznego problemu w dwudziestu stronach. Nawet jeśli należy się pochwała za próbowanie. To powiedziawszy, widzę jak Alison lubi odkładać i wracać do wątków z czasem. Mam nadzieję, że i do tego przyjdzie mu wrócić w dalszych tomach. Jesteśmy wszak dopiero w połowie serii.

Wypowiadałem się w poprzednich tomach o oprawie graficznej i moja opinia się nie zmieniła. Pochwalam częstsze niż wcześniej odejście od sztywnego podejścia do komiksowych ramek. ich płynne wręcz zamienniki nadają scenom chaotycznego, niemal psychodelicznego nastroju. doskonale obrazując niekontrolowane emocje targające bohaterkami.

Obawiałem się tego tomu. Głównie z powodu osławionego już politycznego zeszytu. Jednak chociaż mam swoje uwagi, dalej byłem zadowolony z lektury. Polecam wszystkim oddanym fanom serii.

Demogorgon

Giant Days, tom 7 Bądź dla niego miła, Esther
Scenariusz: John Allison
Rysunki: Max Sarin
Tłumaczenie: Paweł Bulski
Ilość stron: 112
Cena z okładki: 42 zł

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.